Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
411 postów 1324 komentarze

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Dietrich von Hildebrand – dwudziestowieczny Doktor Kościoła

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Dietrich von Hildebrand – dwudziestowieczny Doktor Kościoła - w walce z Imperium Zła o Królestwo Boże

Dietrich von Hildebrand – dwudziestowieczny Doktor Kościoła

 

„... osobiście jestem przekonany, że gdy kiedyś w przyszłości zostanie napisana intelektualna historia Kościoła katolickiego dwudziestego wieku, Dietrich von Hildebrand będzie uznany za jedną z najwybitniejszych postaci naszych czasów.” KARDYNAŁ JOSEPH RATZINGER

„Dietrich von Hildebrand to wróg numer jeden narodowego socjalizmu.” WICEKANCLERZ III RZESZY FRANZ VON PAPEN

„… to dwudziestowieczny Doktor Kościoła.“ PAPIEŻ PIUS XII

 

Dietrich von Hildebrand – dwudziestowieczny Doktor Kościoła

https://www.youtube.com/watch?v=leY-bNfYJkw&feature=share

 

„Jednym przeszkadza fakt, że Hildebrand był katolikiem i autorem tekstów religijnych, innym, że nie był tomistą, niektórzy mają mu za złe jego krytyczne stanowisko wobec tego, co dzieje się w Kościele posoborowym; dla innych wyrzutem jest jego jednoznaczne i zdecydowanie negatywne stanowisko wobec narodowego socjalizmu i komunizmu.”

Źródło; http://www.deon.pl/czytelnia/ksiazki/art,368,dietrich-von-hildebrand-i-narodowy-socjalizm.html

 

 

Dietrich von Hildebrand

LETARG STRAŻNIKÓW

 

Jedną z najbardziej przerażających chorób, które dziś szerzą się w Kościele, jest letarg strażników wiary. Nie mam tu na myśli owych biskupów – członków piątej kolumny, którzy niszczą Kościół od środka lub chcą go przekształcić w coś całkiem innego, co równa się zniszczeniu prawdziwego Kościoła. Mam na myśli o wiele liczniejszych biskupów, którzy nie mają takich intencji, a jednak – gdy idzie o interwencje przeciwko heretyckim teologom i księżom lub przeciwko bluźnierczemu de formowaniu kultur – nie czynią żadnego użytku ze swego autorytetu.

Albo zamykają oczy i próbują ignorować ciężkie niedomagania oraz obowiązek podejmowania interwencji, prowadząc strusią politykę. Albo też boją się, iż zaatakuje ich prasa oraz środki masowego przekazu i okrzyczy mianem ludzi reakcyjnych, małodusznych, średniowiecznych. Boją się bardziej ludzi niż Boga. Do nich odnoszą się słowa św. Jana Bosko: Potęga ludzi złych żywi się tchórzostwem dobrych.Oczywiście, letarg ludzi zajmujących pozycje autorytatywne jest szeroko zakorzenioną chorobą naszych czasów, także poza Kościołem.

Wykrywa się ją wśród rodziców, rektorów uniwersytetów, w college’ach i niezliczonych innych organizacjach, a także wśród sędziów, przywódców państw i innych. Ale fakt, że ta choroba wdarła się także do Kościoła, jest jednym ze strasznych objawów zastąpienia walki przeciwko duchowi świata pod hasłem aggiornamento uległością wobec ducha czasów. Jeśli weźmie się pod uwagę letarg tak licznych biskupów i przełożonych zakonnych, którzy sami są jeszcze ortodoksyjni, ale nie mają odwagi interweniować przeciwko występującym w ich diecezjach i zakonach najjaskrawszym herezjom i wszelkiego rodzaju nadużyciom, nasuwa się myśl o najmicie, który pozostawia swą trzodę wilkom. Szczególnie oburzające jest, że niektórzy biskupi okazujący obojętność wobec heretyków, zajmu ją rygorystycznie autorytatywną postawę wobec wiernych, walczących o ortodoksję – czyniących to, co oni sami czynić powinni.

Miałem okazję przeczytać list, pochodzący z bardzo wysokiego szczebla, skierowany do pewnej grupy, która bohatersko opowiada się za prawdziwą wiarą, za czystą, niezafałszowaną nauką Kościoła i za papiestwem, a przeciwko heretykom. Grupa ta przezwyciężyła więc tchórzostwo ludzi dobrych, o którym mówił św. Jan Bosko i powinna być dla biskupów największą radością. Było tam napisane: jako dobrzy katolicy nie macie żadnego innego zadania, jak posłuszne przestrzeganie wszelkich zarządzeń swego biskupa.

Takie pojmowanie roli dobrego katolika szczególnie zaskakuje w czasie, gdy ciągle podkreśla się dojrzałość współczesnego świeckiego. Jednak również ono jest całkiem błędne, gdyż to, co właściwe w czasach gdy w Kościele nie ma herezji, a co nie spotyka się z natychmiastowym potępieniem Rzymu, nie odnosi się do dane go przypadku i byłoby nieodpowiedzialne w czasach, w których herezje bezkarnie szerzą się w Kościele. A są nimi dotknięci także biskupi i nie są za to odwoływani. Czyż w czasach arianizmu, kiedy to większość biskupów była arianami, wierni, zamiast walczyć przeciwko herezji, powinni byli ograniczać się do grzecznego i posłusznego wypełniania zarządzeń biskupów? Czyż wierność prawdziwej nauce Kościoła nie jest rzeczą nadrzędną wobec posłuszeństwa biskupowi? Czyż nie jest właśnie rzeczą słuszną na gruncie posłuszeństwa wobec treści wiary przyjętych od urzędu nauczycielskiego Kościoła, gdy prawdziwi wierni zaczynają się bronić? Czy oczekuje się od wiernego, by nie zwracał uwagi, gdy w kazaniach głoszone będą rzeczy zupełnie nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła – podczas gdy pozwala się na działalność nauczycielską teologów, twierdzących, że Kościół musi zaakceptować pluralizm, albo że nie ma życia po śmierci; gdy zaprzecza się, iż promiskuityzm jest grzechem, ba, toleruje się nawet jawną niemoralność, co ujawnia żałosną miarę niezrozumienia dla pierwotnie chrześcijańskiej cnoty czystości?

Toleruje się gadanie heretyków – kapłanów i świeckich, w milczeniu ulega się zatruwaniu wiernych, ale ludziom niezłomnym, opowiadającym się za ortodoksją (a powinna ona radować serca biskupów, być ich pociechą, umocnieniem dla przezwyciężenia ich własnego letargu), chce się zamknąć usta, traktuje się ich jak siewców niepokoju, a gdy w swej gorliwości stracą umiar lub pozwolą sobie na przesadę – karani są nawet suspensą. Ukazuje to również wyraźnie tchórzostwo, kryjące się za nie korzystaniem z posiadanego autorytetu. Ortodoksów nie trzeba się bać. Nie dysponują mediami, prasą, nie są przedstawicielami opinii publicznej. A z powodu swej uległości wobec kościelnych autorytetów bojownicy o ortodoksję nigdy nie będą aż tak agresywni, jak tak zwani postępowcy. Gdy się ich gani i każe, nie ryzykuje się tego, iż zostanie się zaatakowanym przez liberalną prasę i że będzie się okrzyczanym mianem reakcjonisty.

Niekorzystanie z ustanowionego przez Boga autorytetu jest praktycznie bodaj najpoważniejszym w skutkach błędem współczesnego Kościoła. Albowiem przez to choroby, otwarte herezje, a przede wszystkim podstępne pustoszenie winnicy Pana nie tylko nie zostaną powstrzymane, lecz pozwala się im przenikać zewsząd. Owo niekorzystanie ze świętego autorytetu dla obrony wiary prowadzi z konieczności do dezintegracji Kościoła.

Tutaj, jak w przypadku wszelkich niebezpieczeństw, ważne jest powiedzenie: principiis obsta (zasady stoją na przeszkodzie). Im dłużej daje się jakiemuś złu czas, by się rozwinęło, tym trud niej będzie je wykorzenić.Dotyczy to wychowania dzieci, życia państwowego i, w sposób szczególny, życia moralnego jednostki. Ale dotyczy to w całkiem nowy sposób interwencji autorytetu Kościoła wobec wiernych. Jak powiedział Platon: Zrozum, ganienie rzeczy niedających się naprawić i w których zabrnęło się daleko w błędy, nie jest przyjemne, jakkolwiek niekiedy konieczne.

Nie ma nic bardziej błędnego od wyobrażenia, iż należy pozwolić się wyszumieć i cierpliwie odczekać, aż wszystko samo się uspokoi. Może to być słuszne w odniesieniu do dzieci w okresie dojrzewania. Ale gdy idzie o bonum commune (dobro wspólne), jest rzeczą całkiem fałszywą. A tym bardziej, gdy idzie o bonum commune Kościoła świętego – o potępienie herezji, które w przeciwnym razie zatrują niezliczone dusze, o bluźnierstwa w kulcie. Tutaj przypowieść o zbożu i plewach nie ma zastosowania.

 

Dietrich von Hildebrand

 

Powyższy tekst stanowi początkowy rozdział książki „Spustoszona Winnica” Dietricha von Hildebranda, opublikowanej po raz pierwszy w 1973 roku. Publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa „Fronda”, które wydało to dzieło w Polsce w roku 2013.

Dietrich von Hildebrand, wielki teolog i pisarz katolicki, zmarł dokładnie czterdzieści lat temu – 26 stycznia 1977.

Źródło;http://www.bibula.com/?p=93367

 

Spisek i infiltracja Kościoła katolickiego  – dr Alice von Hildebrand

https://www.youtube.com/watch?v=NXoE4D39L10

 

Obecny przy rozbiorze – filozof pamięta i przypomina – wywiad z dr Alice von Hildebrand

 

Poniższy tekst wydrukowany został w piśmie The Latin Mass w 2001 roku. Zapisana rozmowa z dr Alice von Hildebrand otwierała na łamach tego pisma dyskusję “Kryzys Kościoła – scenariusze rozwiązania”. Dr Alice von Hildebrand, emerytowany profesor filozofii Hunter College, na krótko przed udzieleniem wywiadu wydała biografię o swoim mężu, Dietrichu, pt „Dusza lwa” (The Soul of the Lion).

Tłumaczenie polskie wywiadu ukazało się pierwotnie w piśmie BIBUŁA, Numer 16, czerwiec 2003.

 The Latin Mass – TLM: Doktor Hildebrand, czy w czasie gdy Papież Jan XXIII zwoływał Sobór Watykański II, odczuwała Pani potrzebę reform wewnątrz Kościoła?

Alice von Hildebrand – AVH: Większość spostrzeżeń na ten temat pochodzi od mojego męża. Zawsze twierdził on, że członkowie Kościoła – w związku ze skutkami grzechu pierworodnego i grzechu aktualnego – stale potrzebują reform. Jednak nauczanie Kościoła pochodzi od Boga i w związku z tym najmniejsza odrobina nie może zostać zmieniona czy rozważana jako wymagająca reform.

 

TLM: W przypadku obecnego kryzysu, kiedy po raz pierwszy odczuła Pani, że dzieje się coś straszliwie złego?

AVH: Było to w lutym 1965 roku, gdy przebywałam we Florencji podczas urlopu z uczelni. Mój mąż czytał jakieś pismo teologiczne, gdy nagle usłyszałam jak się rozpłakał. Podbiegłam do niego w obawie, że może nagle poczuł ból serca. Zapytałam się czy dobrze się czuje. Powiedział mi wtedy, że artykuł, który właśnie czytał ukazał mu wnikliwie, iż szatan wtargnął do Kościoła. Trzeba pamiętać, że mój mąż był pierwszym prominentnym Niemcem, który publicznie wypowiadał się przeciwko Hitlerowi i Nazistom. Miał zawsze wielką intuicję i umiejętność przewidywania.

TLM: Czy Pani mąż kiedykolwiek przed tym przypadkiem opowiadał o swoich obawach o Kościół?

AVH: Wspominam w biografii o moim mężu pt. “Dusza lwa”, że kilka lat po swojej konwersji na katolicyzm, w latach dwudziestych, zaczął wykładać na Uniwersytecie w Monachium. Większość katolików w tamtym czasie uczęszczała na Msze Św., ale mimo tego on zawsze mówił, że właśnie tam zaczął sobie zdawać sprawę, iż zatracony został wśród katolików sens nadprzyrodzoności.Jeden przypadek był dla niego szczególnie wystarczającym na to dowodem, jak również bardzo go zasmucił. Otóż przechodząc przez drzwi mój mąż zawsze zwykł przepuszczać tych studentów, którzy byli księżmi, z czego pewnego razu jeden z jego kolegów (katolik) wyraził zdziwienie i dezaprobatę: “Dlaczego pozwalasz na to, by twoi studenci wchodzili przed tobą?” Mąż odpowiedział: “Ponieważ oni są księżmi.” “Ale oni nie mają doktoratu!” – usłyszał. Mąż był zasmucony: docenianie doktoratu jest naturalną reakcją, jednak odczuwanie lęku przed wzniosłością kapłaństwa jest supernaturalną reakcją. Zachowanie się tego profesora udowodniło, że jego poczucie supernaturalności uległo erozji. Przypadek ten miał miejsce na długo przed Soborem Watykańskim II, ale aż do Soboru piękno i świętość liturgii trydenckiej maskowało ten fenomen.

TLM: Czy Pani mąż myślał, że ten upadek supernaturalności rozpoczął się w tym czasie, a jeśli tak, to jak on to tłumaczył?

 

AVH: Nie, on uważał, że po potępieniu herezji modernizmu przez Piusa X, jego przeciwnicy jedynie zeszli do “podziemi”. Powiedziałby, że przyjęli bardziej subtelne i praktyczne podejście, po prostu rozpowszechniali oni wątpliwości przez zadawanie pytań o wielkie ponadnaturalne interwencje w historii Zbawienia, jak np. o narodzenie Maryi Dziewicy, o trwałe dziewictwo Maryi, o Zmartwychwstanie czy Świętą Eucharystię. Oni wiedzieli, że gdy tylko wiara – jej fundamenty – zachwieje się, liturgia i nauczanie Kościoła za tym podążą.
Mój mąż zatytuował jedną ze swoich książek “Zdewastowana winnica”. Okazuje się, że po Soborze Watykańskim II tornado uderzyło w Kościół.
Modernizm, owoc nieszczęścia Renesansu i protestanckiej rewolty, wymagał długiego historycznego procesu, by się rozwinąć. Jeśli zapytałbyś przeciętnego katolika w wiekach średnich, aby wskazał swojego bohatera, idola, odpowiedziałby wymieniając imię jakiegoś świętego. W epoce Renesansu zaczęło się to zmieniać: zamiast wskazywać na świętych, ludzie myśleli o geniuszach jako o osobach do naśladowania, a z nadejściem wieku przemysłowego odpowiadali nazwiskiem jakiegoś wielkiego naukowca. Dzisiaj wskazaliby na jakiegoś sportowca czy gwiazdę filmową. Innymi słowy, utrata poczucia supernaturalności (nadprzyrodzoności) przyniosła odwrócenie hierarchii wartości.

Nawet pogański Platon był otwarty na poczucie nadprzyrodzoności. Mówił o słabości, kruchości, bojaźliwości często objawiającej się w naturze ludzkiej. Zapytany przez krytyków o wyjaśnienie dlaczego miał on tak niską opinię o ludzkości, odpowiedział, że nie jest tym, który oczernia, lecz tym, który porównuje do Boga.

Wraz z utratą poczucia nadprzyrodzoności następuje dzisiaj utrata sensu potrzeby wyrzeczeń. Ktoś kto zbliża się do Boga, powinien mieć większe poczucie grzeszności. Ktoś kto oddala się od Boga, tak jak ma to miejsce dzisiaj, słyszy coraz częściej filozofię New Age’owską, która głosi, że: “Ja jestem OK. Ty jesteś OK.” Ta utrata potrzeby ofiary spowodowała przyciemnienie odkupienia misji Kościoła.Tam gdzie rola Krzyża jest pomniejszana, zanika myślenie o konieczności naszego zbawienia.

Awersja do ofiary i zbawienia wspomogła sekularyzację Kościoła od środka. Słyszymy od wielu lat od księży i biskupów o potrzebie dostosowania się Kościoła do świata. A przecież wielcy papieże, jak np. Święty Pius X mówili coś zupełnie odwrotnego: to świat musi dostosować się do Kościoła.

TLM: Muszę stwierdzić, że z naszej rozmowy prowadzonej dzisiejszego popołudnia wynika, iż nie wierzy Pani w przyspieszoną utratę nadprzyrodzoności jako przypadek w historii.

 

AVH: Nie, nie wierzę. W ostatnich latach wydane zostały we Włoszech dwie książki, które potwierdzają to, co mój mąż podejrzewał od pewnego czasu, mianowicie to, żeprzez większą część tego [XX] wieku odbywało się systematyczne przenikanie Kościoła przez diabolicznego wroga. Mój mąż był z natury człowiekiem optymistycznym i ufnym, lecz podczas ostatnich 10. lat jego życia byłam świadkiem wielu momentów wielkiego smutku, kiedy to często powtarzał: “znieważyli Kościół (“Holy Bride of Christ“). Miał on myśli “ohydę spustoszenia”, o czym mówił prorok Daniel.

 

TLM: To jest bardzo krytyczne stwierdzenie. Pani mąż został nazwany przez Papieża Piusa XII Doktorem Kościoła XX wieku. Jeśli tak mocno on to wyczuwał, czy nie miał on okazji w Watykanie, by przekazać Papieżowi Pawłowi VI swoje obawy?

AVH: Ależ on to zrobił! Nigdy nie zapomnę prywatnej audiencji, którą odbył on z Papieżem Pawłem VI, na krótko przed końcem Soboru, dokładnie 21 czerwca 1965 roku. Jak tylko zaczął on błagać o potępienie herezji,które się w Kościele szerzyły, Papież przerwał słowami: “Lo scriva, lo scriva”. (“Spisz to, spisz to”). Kilka chwil później po raz drugi mój mąż przyciągnął uwagę Papieża na ważkość sytuacji, lecz odpowiedź Papieża była taka sama. Jego Świątobliwość przyjęła nas na stojąco i było jasne, że Papież czuł się bardzo skrępowany. Audiencja trwała zaledwie kilka minut, po czym Paweł VI natychmiast dał znak swemu sekretarzowi, Ojcu Capovilla, aby przynieść nam różańce i pamiątkowe medale. Po tym wróciliśmy do Florencji, gdzie mąż napisał długi list (do dzisiaj nie opublikowany), który został doręczony Pawłowi VI na dzień przed ostatnią sesją Soboru, we wrześniu 1965 roku. Papież po przeczytaniu dokumentu powiedział ambasadorowi Niemiec przy Stolicy Apostolskiej, Dieter von Satter, który był bratankiem mojego męża, że przeczytał dokument uważnie, ale stwierdził, że list był “zbyt surowy”. Oczywiście powód był oczywisty: mój mąż pokornie w liście prosił o jednoznaczne potępienie heretyckich stwierdzeń[zainicjowanych w dokumentach Soboru].

TLM: Pani doktor, z pewnością zdaje sobie Pani sprawę, że gdy tylko wspomni Pani tę myśl o infiltracji, znajdą się tacy, którzy z irytacją zaczną mówić: “O nie, kolejna teoria spiskowa!”.

AVH: No cóż, mówię tylko to co wiem. Nie jest żadną tajemnicą na przykład to, że Bella Dodd, była komunistka, która wróciła do Kościoła, otwarcie mówiła o wyrachowanej infiltracji agentów Partii Komunistycznej w seminariach duchownych. Powiedziała ona memu mężowi i mnie, że kiedy była jeszcze aktywną członkinią Partii, miała kontakty z co najmniej czterema kardynałami z Watykanu, “którzy pracowali dla nas”.

Bardzo często słyszę Amerykanów, którzy mówią o Europejczykach, że “wszędzie węszą teorie spiskowe”. Ale przecież od samego początku ten Anioł Ciemności “spiskował” przeciwko Kościołowi, a w szczególności obierał sobie za cel zniszczenie Mszy Świętej i podkopywanie wiary w Prawdziwą Obecność Chrystusa w Eucharystii. To, że niektórzy skłonni są do nieproporcjonalnego przedstawiania tych niezaprzeczalnych faktów, nie może być powodem, by zaprzeczać ich istnieniu.
Jako urodzona w Europie mogę pokusić się za to na stwierdzenie, iż wielu Amerykanów jest naiwnych. Żyją oni w kraju, który dzięki Bogu nie zaznał wojny [blessed by peace], lecz posiadając niewielką wiedzę historyczną są oni, bardziej niż Europejczycy – których historia jest bardziej burzliwa – skłonni do padania ofiarą złudzeń. Filozofia Russeau ma kolosalny wpływ w USA.

Kiedy Chrystus powiedział swoim Apostołom podczas Ostatniej Wieczerzy, że “jeden z was wyda mnie” i Apostołowie byli oszołomieni. Judasz tak umiejętnie rozgrywał swoją rolę, że nikt go nie podejrzewał: przebiegły konspirator wie jak zamazywać ślady ukazując się w świetle ortodoksji.

TLM: Czy te dwie książki włoskiego księdza[1], o których wspomniała Pani, zawierają dokumentacje, które dałyby nam dowody na tę infiltrację?

AVH: Dwie książki, o których wspomniałam zostały opublikowane w 1998 i 2000 roku przez włoskiego księdza Don Luigi Villa[2], z diecezji Brescia, który na prośbę [świętego] Ojca Piopoświęcił wiele lat swego życia na badanie możliwej infiltracji Kościoła przez masonów i komunistów.

Don Villa (z którym razem z mężem spotkaliśmy się w latach sześćdziesiątych) mówi, że nie stwierdzałby niczego, czego nie mógłby udowodnić. Kiedy książka “Paulo Sesto Beato?” wydana została w 1998 roku, wysłano ją do każdego włoskiego biskupa z osobna. Nikt nie potwierdził przesyłki, ale nikt też nie zakwestionawał jego stwierdzeń.

Don Villa w swej książce przytacza sprawę, której żaden z kościelnych przedstawicieli ani nie odparł ani nie został poproszony o wyjaśnienie, mimo, iż Don Villa wymienił nazwiska poszczególnych osób powiązanych z tymi wydarzeniami. Sprawa odnosi się do rozbieżności pomiędzy Papieżem Piusem XII a Biskupem Montini, późniejszym Papieżem Pawłem VI, a wtedy Podsekretarzem Stanu. Pius XII, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą komunizm, który po II Wojnie Światowej dominował na połowie Europy, zabronił pracownikom Watykanu kontaktów z Moskwą. Ku swemu przerażeniu pewnego dnia poinformowany został przez Biskupa Upsali (Szwecja), że jego surowy zakaz został złamany. Papież wzbraniał się przed daniem wiary tym pogłoskom, aż do chwili, gdy otrzymał niezaprzeczalne dowody na to, że Montini korespondował z wieloma sowieckimi agencjami [rządowymi]. W międzyczasie Papież Pius XII (tak jak i Papież Pius XI) wysyłał potajemnie księży do Rosji, aby nieść posługę katolikom za Żelazną Kurtyną. Wszyscy z nich zostali aresztowani, torturowani, a później bądź straceni, bądź zesłani do gułagów. W końcu odkryto szpiega w Watykanie, którym był jezuita Alighiero Tonoli, bliski doradca Kardynała Montini.Tonoli był agentem pracującym dla Stalina z misją informowania Moskwy o posunięciach Watykanu, jak na przykład o wysyłaniu księży do Związku Sowieckiego.

Do tego należałoby dodać traktowanie Kardynała Mindszenty’ego przez Papieża Pawła VI. Wbrew swej woli Mindszenty został wezwany przez Watykan do opuszczenia Budapesztu. Jak powszechnie wiadomo, uciekł on komunistom otrzymując schronienie w Ambasadzie Amerykańskiej. Papież obiecał mu solennie, iż zostanie on prymasem Węgier aż do końca życia. Jednak kiedy Kardynał przyjechał do Rzymu, Papież Paweł VI przyjął go ciepło, ale potem wysłał “na zesłanie” do Wiednia.Krótko po tym, ten świątobliwy prymas został poinformowany, że pozbawiono go tej funkcji, którą przydzielono komuś innemu, bardziej możliwemu do zaakceptowania przez węgierski komunistyczny rząd. Na dodatek, jeszcze bardziej tragiczny i smutny jest fakt, że gdy Mindszenty zmarł, żaden z reprezentantów Kościoła nie był obecny na Jego pogrzebie.

Innym przykładem infiltracji podanym przez Don Villa przekazany został autorowi przez Kardynała Gognon. Papież Paweł VI zwrócił się z prośbą do kard. Gagnon (wówczas jeszcze arcybiskupa) o nadzór nad dochodzeniem mającym zbadać infiltrację Kościoła przez potężnych wrogów. Kardynał zgodził się na przeprowadzenie tej nieprzyjemnej czynności i zebrał duże akta, bogate w dokuczliwe fakty. Gdy praca została już ukończona, poprosił on o audiencję u Papieża celem osobistego doręczenia rękopisu. Prośba o audiencję nie została udzielona. Papież wysłał tylko notę, by dokument został złożony w biurze Kongregacji ds Duchowieństwa, zaznaczając by znalazł się on w specjalnym sejfie z dwoma zamkami. Po umieszczeniu dokumentu w sejfie następnego dnia okazało się, że nastąpiło doń włamanie i oryginał tajemniczo zniknął. Zwykle Watykan dba o to, by tego typu wydarzenia nie ujrzały światła dziennego, ale tym razem wzmianka o tym ukazała się nawet w L’Osservatore Romano (prawdopodobnie w wyniku presji, gdyż o wydarzeniu tym zdążyła poinformować już prasa świecka). Kardynał Gagnon, mając oczywiście kopię dokumentu ponownie poprosił Papieża o prywatną audiencję i po raz kolejny jego prośba została odrzucona. Zdecydował się on wtedy na opuszczenie Rzymu i udał się do swego kraju, Kanady. Później Gagnon został wezwany z powrotem do Rzymu, gdzie Papież Jan Paweł II nadał mu godność kardynała.

 

TLM: Dlaczego Don Villa napisał te książki, które przecież ukazują Pawła VI w krytycznym świetle?

 

AVH: Don Villa niechętnie zdecydował się na opublikowanie książek, o których wspomniałam. Ale gdy kilku biskupów naciskało na beatyfikację Pawła VI, ksiądz Don Villa odebrał to jako sygnał do opublikowania informacji, które zebrał w ciągu wielu lat. Czyniąc to wypełniał przepisy Kongregacji [spraw kanonizacyjnych], które mówią wiernym, że obowiązkiem ich jako członków Kościoła jest przekazywanie Kongregacji wszelkich informacji, które mogą stanąć na przeszkodzie ku beatyfikacji.

Biorąc pod uwagę burzliwy pontyfikat Pawła VI i mieszane znaki od niego pochodzące, np. gdy mówił o “dymie Szatana, który wtargnął do Kościoła”, a jednocześnie odmawiał oficjalnego potępienia herezji [mnożących się w Kościele]; ogłosił Encyklikę Humanae Vitae (chwała jego pontyfikatu), jednak bardzo ostrożnie unikał proklamowania jej ex cathedra; wygłosił na Placu Św. Piotra w 1968 roku swoje Credo[ł], a po raz kolejny nie zadeklarował, by była ona wiążąca dla wszystkich katolików; nie podporządkował się surowym rozkazom Piusa XII, by nie utrzymywać żadnych kontaktów z Moskwą, za to działał by się przypodobać komunistycznemu rządowi na Węgrzech przez złamanie swego przyrzeczenia danego kardynałowi Mindszenty; sposób w jaki potraktował bogobojnego Kardynała Slipyj, który spędził 17 lat gułagów, aby w końcu zrobić z niego praktycznie więźnia Watykanu, czy w końcu zwrócenie się do arcybiskupa Gagnon, by przeprowadził dochodzenie o możliwą infitrację Watykanu i odmówienie jemu audiencji, gdy dochodzenie zostało zakończone – to wszystko przemawia dobitnie przeciwko beatyfikacji Pawła VI, nazywanego w Rzymie “Paolo Sesto, Mesto (Paweł VI, Smutny).

Nie ulega wątpliwości, że obowiązek opublikowania tych smutnych informacji wiązał się z uciążliwościami i był przykry dla Don Villa. Każdy katolik raduje się tym, że może z nieograniczonym szacunkiem spoglądać na Papieża, ale katolicy zdają również sobie sprawę, że Chrystus nigdy nie obiecał, że da nam bezbłędnych przywódców; On nam obiecał, że bramy piekielne Go nie przemogą. Nie zapomnijmy jednak tego, że chociaż Kościół miał i bardzo złych papieży i miernych papieży, był również błogosławiony przez wielu wielkich papieży: osiemdziesięciu z nich zostało świętymi a wielu zostało beatyfikowanych. To jest właśnie historia sukcesu, która nie ma sobie równych w świeckim świecie.

Jeden jedyny Bóg jest sędzią Pawła VI, ale nie można zaprzeczyć temu, iż jego pontyfikat był zarówno bardzo skomplikowany jak i tragiczny. To właśnie podczas jego pontyfikatu, w ciągu piętnastu lat, więcej zmian wprowadzono w Kościele niż we wszystkich poprzednich wiekach razem wziętych. To co jest bardzo trapiące to fakt, że gdy czytamy zeznania byłych komunistów jak Bella Dodd, czy też gdy studiujemy masońskie dokumenty – pochodzące z dziewiętnastego wieku i najczęściej spisane przez upadłych księży w rodzaju Paul Roca [4] – to widzimy, że w dużym stopniu plany wrogów zostały już przeprowadzone: odpływ księży i zakonnic po Soborze Watykańskim II, brak potępienia dysydenckich teologów, feminizm, naciski na Rzym celem zniesienia celibatu, niemoralność wśród księży, bluźniercza liturgia[5], radykalne zmiany wprowadzone w świętej liturgii[6] i zwodniczy ekumenizm. Tylko ślepy może zaprzeczyć temu, że plany Wroga nie zostały przeprowadzone perfekcyjnie.

Nie zapominajmy też i tego, że gdy świat był zaszokowany tym, co zrobił Hitler, to właśnie tacy ludzie jak mój mąż właściwie wyczytali to co zostało napisane w Mein Kampf, gdzie spisany był cały plan, choć świat po prostu zdecydował, by w to nie wierzyć.

Jakkolwiek poważnie wygląda sytuacja [w Kościele], żaden zaangażowany katolik nie może zapomnieć tego, że Chrystus obiecał, iż pozostanie w Kościele, ze swoim Kościołem do samego końca świata. My powinniśmy medytować nad sceną przedstawioną w Ewangelii, gdzie łódź z apostołami targana była przez burzę i przerażeni tym uczniowie obudzili śpiącego Chrystusa. Wystarczyło wtedy, że wypowiedział On jedno słowo i nastała cisza. “O wy małej wiary!” [“Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?”]

TLM: Z Pani uwag o ekumenizmie wnioskuję, że nie zgadza się Pani z obecnym kierunkiem zbieżności zamiast konwersji.

AVH: Może wspomnę przypadek, który wydarzył się mojemu mężowi wielce go zasmucając. Było to w 1946 roku, zaraz po wojnie. Mój mąż wykładał wtedy w Fordham, gdzie na jednym z zajęć pojawił się żydowski student, który służył podczas wojny w marynarce wojennej. W czasie [jednej z rozmów] opowiedział on mężowi o pewnym przepięknym zachodzie słońca [które doświadczył] na Pacyfiku, które skierowało go na drogę poszukiwania prawdy o Bogu. [Po wojnie] najpierw poszedł więc studiować filozofię na Uniwersytecie Columbia, lecz stwierdził, że nie jest to czego szukał. Kolega polecił mu, aby spróbował filozofię na Fordham i wspomniał nazwisko Dietricha von Hildebrand. Już zaledwie po jednej lekcji z moim mężem, przekonał się, że znalazł to czego szukał. Pewnego dnia po zajęciach mój mąż poszedł z nim na spacer i wtedy powiedział on mężowi, iż jest zdziwiony faktem, że wielu profesorów po tym, jak dowiadywali się o tym, że jest on Żydem, zapewniali go, że nie będą próbowali nawrócić go na katolicyzm. Mój mąż, oszołomiony tym, zatrzymał się i zwrócił się do niego: “Co oni powiedzieli?!” Student powtórzył historie, na co mój mąż odparł: “Jestem gotowy pójść na sam koniec świata, aby zrobić z Ciebie katolika.” Nie chcę przedłużać tej opowieści, ale ten młody człowiek został katolikiem, przyjął święcenia w zakonie Kartuzów, po czym wstąpił do jedynego w Stanach Zjednoczonych klasztoru Kartuzów (w stanie Vermount).[7]

TLM: Spędziła Pani wiele lat wykładając na Hunter College[8].

AVH: Tak, i wielu z moich studentów zostało katolikami. O, jak piękne historie o konwersjach mogłabym opowiadać, gdybyśmy mieli czas; o tym jak młodzi ludzie zostali zapaleni Prawdą.

Chciałabym jednak podkreślić jedną sprawę, mianowicie to, że to nie ja nawracałam swoich studentów. Myślę, że to co my możemy bowiem zrobić, to modlić się, by zostać narzędziem Boga. Aby być narzędziem musimy robić wszystko, by żyć Słowem Bożym każdego dnia i w każdych okolicznościach. Tylko łaska Boża może dać nam chęć i możliwości, by tego dokonać.

To jest właśnie jedno z moich obaw, które mam w odniesieniu do [niektórych] tradycyjnych katolików. Obaw o pewien flirt z fanatyzmem. Fanatykiem jest ten, kto uważa prawdę jako swoją osobistą własność, zamiast widzieć to jako dar boży. My jesteśmy tylko sługami prawdy, i właśnie jako słudzy powinniśmy się nią dzielić.
Jestem bardzo zatroskana tym, że są tacy “fanatyczni” katolicy, którzy nadużywają Wiary, a prawdę, którą głoszą traktują jako intelektualną zabawkę. A przecież autentyczne użycie wiary zawsze prowadzi do dążenia do świętości. Wiara, w swym obecnym kryzysie, nie może być intelektualną partią szachów, jednak dla każdego, kto nie dąży do świętości, właśnie tylko tym pozostanie. Tacy ludzie szkodzą Wierze, szczególnie gdy są oni zwolennikami tradycyjnej Mszy.

 

TLM: Zatem jako jedyny scenariusz na zaradzenie dzisiejszemu kryzysowi widzi Pani odnowienie tego dążenia ku świętości?

AVH: Nie powinniśmy zapominać, że walczymy nie tylko przeciwko naturze ludzkiej, ale i przeciwko Siłom Zła.To powinno wydobyć z nas pewien lęk i skłonić nas do większego niż kiedykolwiek dążenia do świętości oraz do żarliwych modlitw o to, by Kościół, który teraz znajduje się na Kalwarii, wyszedł z tego przeraźliwego kryzysu bardziej promieniujący niż kiedykolwiek.

Katolicka odpowiedź jest zawsze taka sama: absolutna wierność świętemu nauczaniu Kościoła, wierność Stolicy Apostolskiej, częste przystępowanie do Sakramentów Świętych, odmawianie różańca, codzienna lektura pism i książek wzbogacających duchowo i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy pełnię Boskiego objawienia: “Gaudate, iterum dico vobis, Gaudete“.

 

TLM: Nie mógłbym skończyć tego wywiadu bez spytania się Pani o reakcję na pewien znany i być może trochę wyświechtany temat. Otóż są pewni krytycy wiekowej Mszy Łacińskiej, którzy wskazują na to, że kryzys w Kościele wytworzył się [już wcześniej] w czasie kiedy łacińska Msza Święta odprawiana była na świecie. Dlaczego zatem mielibyśmy sądzić, że jej przywrócenie rozwiązałoby dzisiejszy kryzys?

AVH: Szatan nienawidzi wiekowej Mszy Świętej. Nienawidzi Jej ponieważ jest Ona najbardziej perfekcyjnym wyrażeniem nauki Kościoła. (Tę całą głębię Mszy Świętej pokazał mi właśnie mój mąż.) Tradycyjna Msza Święta nie była problemem obecnego kryzysu. Problemem było to, że księża ją odprawiający już wcześniej stracili sens supernaturalności i transcendencji. Spieszyli się z modlitwami, mamrotali coś, nie wypowiadali modlitw wyraźnie. To był znak tego, że wnosili oni do Mszy Świętej swoje rosnące zeświecczenie. Wiekowa Msza Święta nie znosi lekceważenia i właśnie dlatego tak wielu księży było zadowolonych z jej zniknięcia.

TLM: Dziękujemy Pani za ofiarowanie swego czasu i za umożliwienie naszej rozmowy.

Tłumaczenie: Lech Maziakowski (2002)

 

PRZYPISY

[1] Sac. Luigi Villa, Paolo VI beato?, Editrice Cività, Brescia, 1998, str. 285

[2] Jako znamienne można dodać, iż naczelna instytucja “tropiąca antysemityzm na świecie”, czyli Stephen Roth Institute, działająca przy Uniwersytecie w Tel-Aviwie, kwalifikuje o. Don Luigi Villa jako “jednego z najbardziej ekstremalnych katolickich fundamentalistów, [który] stoi na stanowisku przedsoborowym i antyżydowskim, oraz publikuje artykuły broniące osoby i publikacje zaprzeczające [oficjalnej wersji] Holocaustu. […] Wydawany przez Don Luigi Villa miesięcznik Chiesa Viva (Brescia) […] publikuje artykuły ‘udowadniające’ istnienie żydowsko-masońskiej konspiracji”. – przyp. Red. BIBUŁA

[ł] The Credo of the People of God, Promulgated by Pope Paul VI on June ł0, 1968. – przyp. Red. BIBUŁA

[4] O. Paul Roca (zm. 1891), apostata, teozof, mason, potępiony przez Kosciół, napisał m.in: “Wierzę, że boski kult w formie określonej przez liturgię, ceremonię, rytuał i przepisy Kościoła Rzymskiego przejdzie wkrótce transformacje na powszechnym soborze, który przywróci mu czcigodną prostotę złotego wieku apostolskiego, w zgodzie z nakazami sumienia i nowoczesnej cywilizacji.” – przyp. Red. BIBUŁA

[5] Patrz artykuł “Przyszłość papiestwa” w First Things, kwiecień 2001, pióra Davida Hart.

[6] Patrz książka Kardynała Ratzingera Milestones, strona 126 i 148, Wydawnictwo Ignatius Press

[7] Charterhouse of the Transfiguration, 1800 Beartown Road, Arlington, Vermont 05250-9ł15, USA – przyp. Red. BIBUŁA

[8] Hunter College należy do The City University of New York – CUNY – przyp. Red. BIBUŁA

 

 ALICE VON HILDEBRAND urodziła się w Belgii. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Fordhamw Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1946 roku uzyskała doktorat z filozofii. Uczennica, a później żona wybitnego filozofa Dietriecha von Hildebranda, którego papież Pius XII nazwał XX-wiecznym Doktorem Kościoła. Związała się z nowojorskim Hunter College,gdzie przez 17 lat wykładała filozofię. Wykładała i prowadziła zajęcia na innych uczelniach i uniwersytetach, m.in. w Arlington, VA, Dunwoodie, NY, Thomas More College w Rzymie i Franciscan University w Steubenville, OH, gdzie otrzymała tytuł doktora Honoris Causa. Dorobek Alice von Hildebrand obejmuje wiele książek m.in. takie pozycje jak: “Uświęcone miłością” (wydanie polskie: “Jak kochac po ślubie?” – Wyd. “W drodze”), “Sztuka życia”,Wprowadzenie do filozofii religii”, “Kobiety i kapłaństwo”, “By Love Refined: Letters to a Young Bride”; “By Grief Refined: Letters to a Widow”; “The Privilege to Be a Woman”, czy “Dusza lwa” (The Soul of a Lion: Life of Dietrich von Hildebrand“). Ta ostatnia stanowi biografię jej zmarłego w 1977 r. męża.

Źródło;http://www.bibula.com/?p=37163

 

Ditrich von Hildebrand – biografia i poglądy w skrócie (film)

https://www.youtube.com/watch?v=3KJXg4c2olg

 

Dietrich von Hildebrand (ur. 12 października 1889 we Florencji, zm. 26 stycznia 1977 w New Rochelle, Nowy Jork) – niemiecki filozof i teolog katolicki zwany przez papieża Piusa XII „XX-wiecznym Doktorem Kościoła”, przez Josepha Ratzingera „jedną z najwybitniejszych postaci naszych czasów”[1], a wicekanclerza III Rzeszy Franza von Papena „wrogiem numer jeden narodowego socjalizmu[2].

 

Urodził się i dorastał we Florencji w zeświecczonej rodzinie protestanckiej wraz z starszym rodzeństwem, pięcioma siostrami, Evą, Elizabeth, Irene, Sylvie i Bertel oraz przyrodnim bratem z pierwszego małżeństwa matki, Alfredem Hildebrand-Koppel[3]. Jego dziadek, Bruno Hildebrand, był profesorem ekonomii w Marburgu i jako pierwszy obnażył błąd istoty teorii ekonomicznych Karola Marksa. Bruno za swoje przekonania został oskarżony o zdradę stanu oraz skazany na karę śmierci, której uniknął zbiegając do Szwajcarii. OjciecDietricha Adolf von Hildebrand był rzeźbiarzem, który w roku 1904 otrzymał tytuł szlachecki, a w roku 1917 tytuł Ekscelencji[2]. Zarówno on, jak i żona Irene (choć była wielką admiratorką etyki Kanta) i ich córki, nie przejawiali żadnych poważnych zainteresowań wiarą.Wartości estetyczne uważali za najważniejsze. Oficjalnie byli protestantami, ale nigdy nie uczestniczyli w nabożeństwach ani nie rozważali żadnych spraw religijnych[4]. Dietricha martwił relatywizm etyczny, skłonność do panteizmu oraz moralna nieświadomość ojca[5]. Adolf do końca życia był osobą, która nie odnalazła pełni wiary, ale z wielkim szacunkiem podchodził do życia. Zdecydowanie odrzucał stosowanie sztucznej kontroli urodzeń, ponieważ uważał, że „ingerowanie w tajemnice natury byłoby czymś wstrętnym”[6].

Dom rodzinny rozwinął w Dietrichu umiłowanie do literatury i muzyki. Był zauroczony sonatami Beethovena i Mozarta wykonywanymi przez siostry i muzyką kameralną, którą jego ojciec grywał z przyjaciółmi[7]. Razem z matką Irene czytał dzieła Homera, Platona, Goethego i Schillera[8]. W szkole był uczniem zdolnym i nad wiek rozwiniętym, lecz zawsze ważniejsze od nauki było dla niego życie osobiste i religijne[9].

Sam Dietrich od wczesnego dzieciństwa był osobą wierzącą. W wieku lat pięciu powiedział swojej sceptycznej siostrze: „Ja tobie przysięgam, że Chrystus jest Bogiem”. Nie znosił ludzi, którzy lekceważyli religię lub się z niej naśmiewali. Później stwierdził, że ów brak szacunku sprawia, że „umysł staje się ślepy, serce ociężałe, a stan ten dusi w zarodku jakąkolwiek odpowiedź na wartość”[10]. Mając sześć lat, Dietrich został ochrzczony przez protestanckiego pastora[11].

W roku 1912 w protestanckim zborze poślubił Margarete Gretchen Denck, z którą miał syna Franza[12] i obronił pracę doktorską o temacie Natura działania moralnego, na której okładce Edmund Husserl napisał „wspaniała praca”[13].

Nawrócił się wraz z żoną na katolicyzm w 1914 roku[14] i od tego czasu aż do śmierci codziennie przyjmował Komunię Świętą.Początkowa reakcja jego otoczenia na zmianę wiary była bardzo negatywna. Rodzice i dwaj szwagrowie odmówili wszelkiego kontaktu z nim[15], a Husserl stwierdził, że „filozofia straciła wielki talent: Dietrich von Hildebrand został rzymskim katolikiem” i po nawróceniu Dietricha prawie w ogóle się z nim nie kontaktował[16]. Z czasem otoczenie Dietricha zmieniło swój stosunek do katolicyzmu. Aż na początku lat dwudziestych wszystkie dzieci Adolfa von Hildebranda, trzech jego zięciów i jego synowa wstąpili do Kościoła[17]. Ogółem za życia Dietricha ponad stu jego przyjaciół i znajomych zostało katolikami[18].

Na przekonania Dietricha znacznie wpłynął Max Scheler. Katolickie poglądy Schelera przekonały Dietricha, że Kościół otrzymał i zachował pełnię Prawdy objawionej[19]. Scheler zmodyfikował również poglądy polityczne Hildebranda. Początkowo Dietrich pod wpływem swojego prywatnego nauczyciela Aloisa Fischera, który żył w biedzie, solidaryzował się z socjalizmem. LeczScheler uświadomił swojemu uczniowi niebezpieczeństwo ziemskiego mesjanizmu i możliwość potrzebnej przemiany tylko przez uświęcenie każdej indywidualnej osoby, która może nastąpić dzięki łasce udzielanej za pośrednictwem Kościoła[20].

Na początku I wojny światowej pracował w jednostce Czerwonego Krzyża jako asystent lekarza[21], a pod koniec w roku 1918 gdy nie zezwolono na przedłużenie pełnienia tej funkcji ku swojej rozpaczy został zaciągnięty do armii[22]. Otrzymał pozwolenie na przerwanie swojego pobytu w armii, gdy otrzymał list informujący o przyjęciu jego pracy habilitacyjnej i że musi pojechać do Monachium, aby zdać egzamin[23]. Obronił pracę habilitacyjną o temacie Moralność i poznanie wartości etycznych i po wygłoszeniu wykładu o istocie kary, po którym gratulowano mu, że „miał odwagę wspomnieć imię Boże”, oficjalnie dołączył do kadry uniwersyteckiej w Monachium[24].

Po I wojnie światowej był zaniepokojony rewolucją listopadową, w wyniku której abdykował Wilhelm II Hohenzollern. Hildebrand utrzymywał bliskie relacje rodziną cesarską. Był gorliwym monarchistą i zwolennikiem cesarza Karola, którego uważał za świętego[25].

W roku 1919 Hildebrand złożył wizytę rezydującemu w Zizers Polakowi, generałowi jezuitów, ojcu Włodzimierzowi Ledóchowskiemu. Dietrich stwierdził, że „jest to wyjątkowy człowiek o ponadprzeciętnej inteligencji i potężnej osobowości, który promieniował głębokim życiem duchowym”. Po tym spotkaniu udał się do Saint Moritz, gdzie zachorował na grypę hiszpankę, przez którą był bliski śmierci[26].

Radykalnie występował przeciw nazizmowi i komunizmowi. Postrzegał oba te systemy jako „bliźniaczych braci w niegodziwości”przejawiających ten sam materializm, to samo ubóstwienie państwa, ten sam totalitaryzm i ten sam ateizm[27]. Twierdził, że jakakolwiek próba stworzenia wspólnoty kosztem pojedynczej osoby byłaby całkowicie błędna i wynikałaby z niezrozumienia natury wspólnoty. Wskazywał na grozę antypersonalizmu i na niezgodność tych ideologii z katolicyzmem, jednocześnie potępiając liberalny indywidualizm[28]. Na antynazistowskie poglądy Dietricha wpłynął profesor, który początkowo kierował jego pracą habilitacyjną Friedrich Wilhelm Foerster. Ten otwierał oczy na niebezpieczeństwa pruskiego militaryzmu i groźbę, jaką kult bezwzględnej siły stanowi dla kręgosłupa moralnego Niemiec[29]. Dietrich znajdował się na czarnej liście nazistów[30]. Donosił na niego bezpośrednio Hitlerowi Franz von Papen[31].

Uważał, że hierarchowie Kościoła zbyt łagodnie potępiają narodowy socjalizm. Domagał się, aby biskupi w Niemczech bez jakichkolwiek kompromisów sprzeciwili się temu systemowi słowami non possumus, potępili wszystkie zbrodnie i przywrócili anatemę nałożoną na nazizm[6].

Gdy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, Dietrich wraz z żoną i synem uciekli do Wiednia. Tam, przy wsparciu kanclerza Engelberta Dollfussa założył i redagował antynazistowski tygodnik Der Christliche Ständestaat[32], za co został zaocznie skazany na śmierć przez nazistów. Otrzymywał liczne anonimowe listy, które były obelżywe i zawierały pogróżki. Sugerowano w nich nawet, że powinien być powieszony „na swoich własnych jelitach”[33]. Nazistowska propaganda przypisała mu określenie „Żyd Hildebrand”[34]. W roku 1935 został profesorem Uniwersytetu Wiedeńskiego. Podczas jego pierwszego wykładu miała miejsce gwałtowna demonstracja przeciwko jego osobie zorganizowana przez kadrę profesorską nawołującą, aby studenci przyszli z pałkami i pobili niechcianego Hildebranda. Podczas ponad trzydziestu miesięcy pracy Dietricha na uczelni, pronazistowscy profesorowie mieli zwyczaj ostentacyjnie odwracać się i odmawiać podania mu ręki[35].

Gdy Hitler zajął Austrię w 1938, Hildebrand ponownie został zmuszony do ucieczki. Spędził jedenaście miesięcy w Szwajcarii, niedaleko Fryburga, do której mógł się udać dzięki dziedzicznemu obywatelstwu uzyskanemu przez dziadka[36]. Potem przeniósł się do Fiac we Francji, niedaleko Tuluzy, gdzie wykładał na Katolickim Uniwersytecie w Tuluzie.Gdy naziści najechali Francję w 1940 roku, zaczął się ukrywać, póki po wielu trudach i bohaterskiej pomocy Francuzów, m.in Edmonda Micheleta, udało mu się zbiec wraz z żoną, synem i synową do Portugalii. Stamtąd udali się statkiem do Brazylii a potem w 1940 do Nowego Jorku, gdzie Hildebrand podjął pracę wykładowcy filozofii na prywatnym jezuickim Uniwersytecie Fordham w Rose Hill, Bronx.

Dietrich von Hildebrand był pierwszym katolickim myślicielem, który publicznie bronił encykliki Pawła VI Humanae vitae przed bardzo nieprzychylną prasą[37].

Hildebrand przeszedł na emeryturę w 1960 i resztę życia spędził na pracy naukowej. Jest autorem kilkudziesięciu książek, napisanych zarówno po angielsku jak i po niemiecku. Był jednym z założycieli towarzystwa tradycjonalistów katolickich Una Voce America. Zmarł po długiej walce z chorobą. Po śmierci pierwszej żony Margaret Denck (umarła w 1957), od 1959, był żonaty z Alice von Hildebrand (urodzona w 1923), która, podobnie jak on, jest filozofem i teologiem.

Źródło;https://pl.wikipedia.org/wiki/Dietrich_von_Hildebrand

 

Abp Aleksander Sample o rozłamach związanych z liturgią „Abyśmy byli jedno”

https://gloria.tv/video/7AzYbtV7ttpx2aGbjsQW32Hqz

 

"Spustoszona winnica" to ostatnie dzieło Dietricha von Hildebranda, niemal jego testament. Książka pisana z prorockim gniewem, żarem i bólem. Jest gwałtownym protestem przeciw postępowaniu teologów oraz niektórych hierarchów, którzy, zdaniem autora, niszczą nadprzyrodzony charakter nauki katolickiej. Jest też wielką obroną tradycyjnej liturgii. Pewne sądy autora mogą budzić wątpliwości dzisiejszego Czytelnika, niekiedy trudno się będzie z nimi zgodzić. Tym niemniej dzieło to należy poznać. By zrozumieć, jak głęboki musiał być na Zachodzie wstrząs spowodowany nadużyciami, jakich dopuścili się interpretując Sobór Watykański II modernistyczni teologowie. Książka ta pozwala odpowiedzieć, dlaczego Hildebrand, uważany przez Piusa XII za Doktora Kościoła XX wieku, pisał siedem lat po Soborze o "piątej kolumnie" biskupów, niszczącej Kościół?

 

Benedykt XVI o Dietrichu von Hildebrand

 

Dietrich von Hildebrand był człowiekiem wyjątkowym pod wieloma względami. Jego liczne pisma poświęcone filozofii chrześcijańskiej, teologii duchowości i obronie nauczania Kościoła sytuują go w gronie wielkich myślicieli dwudziestego wieku. Stanowczy zaś i zdecydowany sprzeciw wobec totalitaryzmu, czy to w formie narodowego socjalizmu, czy marksizmu-leninizmu - przekonanie, za które w ciągu swojego życia zapłacił ogromną cenę, odzwierciedla pełną klarowność jego wizji moralnej i gotowość cierpienia za to, co uważał za prawdę. (...) osobiście jestem przekonany, że gdy kiedyś w przyszłości zostanie napisana intelektualna historia Kościoła katolickiego dwudziestego wieku, Dietrich von Hildebrand będzie uznany za jedną z najwybitniejszych postaci naszych czasów.

 

 

Dietrich von Hildebrand o herezji ekumeniactwa

 

 

Nie możemy stracić z oczu Królestwa, które jest nie z tego świata. Jako chrześcijanie mamy obowiązki, jak uczył Jan Paweł II: Nie ma prawdziwej ewangelizacji bez głoszenia imienia i nauki, życia i obietnic Królestwa i tajemnicy Jezusa Nazareńskiego, Syna Bożego. Od żywego przejęcie się tą prawdą zależeć będzie siła wiary milionów ludzi. Paweł VI wyliczał: "Polem właściwym dla ich [katolików świeckich] ewangelizacyjnej aktywności jest szeroka i bardzo złożona dziedzina polityki, życia społecznego, gospodarki, dalej, dziedzina kultury, nauki i sztuki, stosunków międzynarodowych, środków przekazu społecznego; do tego dochodzą niektóre dziedziny szczególnie otwarte na ewangelizację, jak miłość, rodzina, wychowanie dzieci i młodzieży, praca zawodowa, cierpienia ludzkie". Naszą powinnością jest głoszenie Dobrej Nowiny, nawoływanie do otwarcia na oścież drzwi Chrystusowi. Nie możemy pozostawać ślepi na zbawienie naszych bliźnich i co gorsze utwierdzać ich w przekonaniu, że poza Kościołem Chrystusowym jest zbawienie. Jakoby istniała druga równoległa i prawdziwa droga. Ich dobro wymaga, aby przekładać prawdę nad rzekomą jedność. Tyle wymaga się od nas, kapłani mają donioślejszą misję. Przeto słowa Świętego Pawła można odczytać jako ostrzeżenie dla współczesnych duchownych, którzy nie powinni oddawać się fałszowaniu słowa Bożego, lecz okazywaniu Prawdy w ten bowiem sposób przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka. [2 Kor 4,2] Warte zapamiętania są poglądy Hildebranda o nieomylności papieskiej. Przy czym rozróżnia on wystąpienia ex catehdra w sprawach wiary i moralności od encyklik poruszających inne kwestie – o których można rozprawiać, ale należy jej szanować.

 

 

W książce "Koń trojański w mieście Boga" mówiliśmy o właściwym sensie używania słowa „ekumenizm". Przedstawiliśmy też niektóre niebezpieczne nadinterpretacje tego pojęcia, które pojawiły się w okresie posoborowym. Pierwotny zamysł, jaki stał u źródeł ruchu ekumenicznego, wynikał z przekonania, że na schizmatyków, protestantów, żydów, muzułmanów, hinduistów czy buddystów nie można patrzeć jedynie jako na wrogów. Nie można jedynie podkreślać ich błędów, ale trzeba także wskazywać pozytywne elementy w ich religiach. Już pierwsza Encyklika Pawła VI Ecclesiam suam pokazywała, że inny jest stosunek do schizmatyków i do protestantów. Ci pierwsi są tylko schizmatykami – od protestantów natomiast różnią nas kwestie dogmatyczne. Zupełnie czym innym jest jednak stosunek katolików do wszystkich niechrześcijan.Trzeba tu zróżnicować, czy chodzi o naszą relację z monoteistami, czyli na przykład żydami i muzułmanami, czy o stosunek do wyznawców religii niemonoteistycznych. Jakkolwiek jednak nie rozumielibyśmy znaczenia ekumenizmu, jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: nie wolno dla jedności zawierać takich kompromisów, które groziłyby odstąpieniem choćby na jotę od depositum catholicae fidei.

 

Tu zajmiemy się przede wszystkim stosunkiem do żydów. Właśnie z nimi łączy nas głęboka więź. Łączy nas o tyle, o ile uznaje się Stary Testament za prawdziwe objawienie Boga; z drugiej strony pozostajemy do nich w osobliwym stosunku przeciwieństwa, bowiem zaprzeczają oni objawieniu Boga w Chrystusie i w objawieniu tym widzą zafałszowanie.

 Otóż źle rozumiany ekumenizm – choroba, którą można by nazwać pseudoekumenizmem – tu właśnie przyniósł najbardziej zaskakujące rezultaty. Powszechną wręcz opinią stało się dziś w Kościele spoglądanie na religię Izraela jako na równoległą drogę do Boga, która może jest tylko trochę mniej doskonała niż droga chrześcijan. Nie powinno się już więcej próbować nawracać żydów – powinno się, co ma być wyrazem szacunku i respektu, pozwolić im podążać własną drogą.   Ten pogląd pozostaje jawnie w radykalnej sprzeczności ze słowami Chrystusa i intencją Apostołów. Czyż mało jest fragmentów w Ewangeliach, gdzie Chrystus daje wyraz swemu bólowi, że Żydzi go nie poznali? Czyż tymi, którym zwiastował Objawienie Boże, apostołami i uczniami nie byli właśnie Żydzi? Czy Piotr na pytanie Chrystusa: „Za kogo mnie macie?", nie powiedział: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga Żywego" (Mt 16,16)? I czy pierwszym zadaniem Apostołów po Zesłaniu Ducha Świętego nie było nawrócenie Żydów do pełnego objawienia chrześcijańskiego? Gdy Żydzi pytali apostołów: „Bracia, cóż winniśmy czynić?", Piotr odpowiedział: „Żałujcie za grzechy i niechaj każdy z was da się ochrzcić" (Dz 2,37). Czyż święty Paweł nie mówił o nawróceniu Żydów jako o wielkim celu i czyż nie powiedział „odłamane zostały z powodu niewiary" (Rz 11,20) i dalej „ale i oni, jeżeli nie będą trwali w niewierze, zostaną wszczepieni" (Rz 11,23)? Czyż fakt, że Nowy Testament stanowi wypełnienie Starego, nie jest oczywistym przeświadczeniem i dla katolików, i dla protestantów? To przeświadczenie jest znacznie głębsze aniżeli uznanie Starego Testamentu za Objawienie Boże.

Abstrahując już od tego, że rozpowszechniona dziś w Kościele opinia pozostaje w sprzeczności ze słowami Chrystusa i apostołów – ba, z całą nauką Kościoła – jest ona także objawem wielkiego braku miłości do Żydów. Najgłębszym źródłem prawdziwej miłości bliźniego jest troska o jego zbawienie wieczne. Dlatego przy każdym spotkaniu z innym człowiekiem należy upatrywać w nim albo żywego członka Ciała Chrystusa, albo katechumena in spe. Niech nikt nie mówi: człowiek może zdobyć swe zbawienie wieczne także poza Kościołem – czy to jako protestant, czy jako niechrześcijanin – bo jest to dogmat zdefiniowany już w czasie I Soboru Watykańskiego.

 Tak jest z pewnością, ale nie zmienia to niczego w nakazie Chrystusa: „Idźcie na cały świat, uczcie wszystkie narody i chrzcijcie je" – podobnie jak nie ulega zmianie ogromne znaczenie uwielbiania Boga w prawdzie, w Chrystusie, per ipsum, cum ipso, et in ipso. Chwała Boga [glorificatio], która możliwa jest tylko w prawdziwej wierze, w związku z Bogiem przez łaskę uświęcającą i wszystkie sakramenty, ma nieskończoną wartość. Tego zatem wezwania do apostolstwa, które wypływa z prawdziwej miłości do Chrystusa, nie można oddzielać od prawdziwej miłości bliźniego. Miłość bliźniego ufundowana jest bowiem na miłości Chrystusa.

 Dziś na miejsce prawdziwej miłości wkracza grzeczny szacunek – typowy przykład „zeświecczenia". Jeszcze gorszy jest fakt, że rezygnuje się z przyporządkowania Starego Testamentu Nowemu. Trzeba zapytać: czy Chrystus jest tym Mesjaszem, o którym mówi Izajasz – czy jest on Synem Boga, który zbawił ludzkość? Jeśli tak, to oczekiwanie na innego Mesjasza jest oczywistym błędem, a nie równoległą drogą do Boga. Twierdzenie takie, w świetle Prawdy i przed Bogiem, jest zdradą Chrystusa i zaprzeczeniem faktu, że objawienie Starego Testamentu stanowi istotną część Objawienia chrześcijańskiego. Czy Chrystus jest Synem Boga – Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Czy jest On przyrzeczonym Abrahamowi przez Boga Zbawcą? Czyż Chrystus nie powiedział: „Abraham, ojciec wasz, cieszył się, że miał oglądać dzień mój, i oglądał i radował się" (Jan 8,56); i dalej czy nie mówił: „Nie przyszedłem znieść prawa, ale je wypełnić" (Mt 5,17)? Jak to możliwe, że pseudoekumenizm przyniósł owoce, które pozostają w radykalnej opozycji do Ewangelii, nauki apostołów i Kościoła? Powszechny pogląd na nawrócenie Żydów pozostaje zatem w jaskrawej sprzeczności w stosunku do nauki Ewangelii i Listów świętego Pawła. Nauce tej w takim samym stopniu przeczy inna, rozpowszechniona opinia dotycząca przyjmowania niekatolików do Kościoła świętego. Można dziś spotkać wielu teologów, duszpasterzy, a nawet misjonarzy, którzy twierdzą, że prawdziwym zadaniem katolika nie jest już nawrócenie pojedynczego człowieka na katolicyzm – ale połączenie danej wspólnoty religijnej w całości z Kościołem katolickim – i to tak, aby wspólnota ta nie musiała zmieniać swej wiary.To miałby być cel prawdziwego ekumenizmu. Protestantowi, muzułmaninowi lub hinduiście, którzy – w prawdziwym sensie tego słowa – chcieliby się nawrócić, trzeba by raczej powiedzieć, że powinni stać się lepszym protestantem, muzułmaninem czy lepszym hinduistą. Czyż ci teologowie, księża i misjonarze w ogóle czytali kiedykolwiek Ewangelię? A może zapomnieli, co Chrystus powiedział przed Wniebowstąpieniem: „Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Mk 16,15-16).

 

W tej rozpowszechnionej postawie, w owym wypaczonym ekumenizmie, kryje się wiele ciężkich błędów. Po pierwsze: jest to jawne ignorowanie nakazu Chrystusa. Po drugie: wobec niechrześcijan jest to fatalne pomniejszenie Objawienia Boga. Teologowie ci zachowują się tak, jakby Objawienie Boga w Chrystusie, czy też śmierć Chrystusa na krzyżu były czymś zbytecznym. Bowiem z punktu widzenia wyznawców pseudoekumenizmu wszyscy zostaliby zbawieni wtedy, gdy dochowaliby wierności swej religii.Dotyczy to przede wszystkim Żydów.

 Po trzecie: w takiej postawie objawia się całkowity brak zainteresowania Prawdą. Pytanie o to, która religia jest prawdziwa, traci zupełnie znaczenie. Ostateczna powaga, która przynależy prawdzie, i od której zależny jest los wszelkiej religii, zostaje zignorowana. W ten sposób jednak niszczy się istotę Kościoła świętego – ba, całej religii chrześcijańskiej! Nie ma wtedy racji dla ich istnienia. Albo nauka Kościoła jest prawdziwym objawieniem Boga – objawieniem Chrystusa, czyli czymś absolutnie i bezwarunkowo prawdziwym, albo jest niczym.

Po czwarte: ze stanowiska tego wynika eliminacja chwały Boga – glorificatio. Jakąś rolę odgrywa wyłącznie zbawienie – salvatio.

 […] Po piąte w końcu: w opisanej tu, rozpowszechnionej postawie teologicznej przejawia się w najwyższym stopniu depersonalizacja i kolektywizm, który polega na tym, że liczy się nie osoba, a tylko wspólnota. Indywiduum nie potrzebuje nawrócenia, nie potrzebuje przewodnika od ciemności do światła, nie potrzebuje w pełni doświadczyć objawienia Chrystusa, nie potrzebuje zdobyć udziału w nadprzyrodzonym życiu łaski przez chrzest i doznawać strumienia łaski za Pośrednictwem sakramentów. Ważne ma być jedynie zewnętrzne połączenie wszystkich wspólnot religijnych. Tylko, że takie połączenie nigdy nie będzie jednością- będzie tylko sumą.Dążenie do owej pozornej jedności jest typowym skutkiem ciężkiego błędu, który polega na przedkładaniu jedności nad prawdę.   Czyż teologowie ci nie widzą, że taki zewnętrzny związek nie przyczyniałby się w żadnej mierze do uwielbienia Boga i w żadnej mierze nie byłby wypełnieniem uroczystego nakazu Chrystusa i jego modlitwy: Ut unum sint?!

Apostolstwo należy do istoty Kościoła świętego; apostolstwo, czyli dążenie do nawrócenia każdej duszy, która w oczach Kościoła znaczy więcej niż los jakiejkolwiek naturalnej wspólnoty. Apostolstwo jest koniecznym owocem tak miłości Boga, jak też prawdziwej miłości bliźniego. Miłość Boga pobudza Kościół, ale także prawdziwego chrześcijanina do tego, by pociągnąć każdego człowieka do pełnego światła prawdy, którą zawiera nauka świętego Kościoła. Każdy chrześcijanin musi tęsknić do tego, by wszyscy poznali objawienie Chrystusa i odpowiedzieli na nie wiarą; aby każde kolano zgięło się przed Jezusem Chrystusem. I tego samego wymaga prawdziwa miłość bliźniego. Jak mogę kogoś kochać i nie płonąć pragnieniem, by poznał on Jezusa Chrystusa, jednorodzonego Syna Bożego i Epifanię Boga, aby nie został pociągnięty do Jego światła, aby w Niego wierzył, kochał Go, by wiedział, że jest przez Niego kochany? Jak mogę kochać bliźniego, nie życząc mu już na ziemi największego szczęścia: błogosławionego spotkania z Jezusem Chrystusem? Jak mogę się zaspokoić tym, że nieskończone miłosierdzie Boga – być może – mimo błędnej wiary albo niewiary danego człowieka nie odmówi mu wiecznego szczęścia?

Zaprawdę, wszelkie dzieła miłości bliźniego są niczym, jeśli stanę się obojętny wobec tego, co jest najwyższym dobrem człowieka: znalezienie prawdziwego Boga i włączenie się do mistycznego Ciała Chrystusa.Widzimy, do jakich strasznych błędów może prowadzić pseudoekumenizm i do jakich, niestety, wielokrotnie doprowadził. Nie ma to nic wspólnego z duchem prawdziwego ekumenizmu, więcej: radykalnie mu zaprzecza.

 Frament książki Dietrich'a von Hildebrand'a "Spustoszona winnica"

tłumaczył Jan Klejnot

Źródło; http://www.fronda.pl/blogi/zapiski-postmodernistyczne/spustoszona-winnica,4851.html

 

Trzeba usilnie prosić Boga, by hierarchię ogarnął duch św. Piusa X, by wielkie słowa 'anathema sit' ponownie zabrzmiały wobec wszystkich heretyków i członków piątej kolumny w Kościele.

                                                                         Dietrich von Hildebrand 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728     

ULUBIENI AUTORZY

więcej