Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
420 postów 1337 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Milionerzy do lasu przed finansową apokalipsą

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Milioner z lasu i czterej jeźdźcy finansowej apokalipsy. Polska rajem dla banksterskich zwyrodnialców oraz wojna lichwiarzy na Ukrainie. Sejm chce chwycić za twarz największych wyzyskiwaczy czyli władców pieniądza.

 

 

 

Czterej Jeźdźcy Finansowej Apokalipsy
2016-03-14 08:30:00
A A+ A+
analityk Bankier.pl
Żyjemy w czasach ostatecznych. W światowych finansach trzeszczy coraz mocniej, stare instytucje i rozwiązania przestają zdawać egzamin, a nowe wciąż jeszcze się nie wyklarowały. W tak niepewnych realiach warto odwołać się do korzeni. Apokalipsa mówi, że Dzień Sądu poprzedzi nadejście Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Tak też będzie w świecie finansów.
Jeszcze się nie pojawili, ale już się o nich mówi. Ktoś widział ślady jednego, ktoś słyszał przeraźliwy krzyk drugiego, gdzieś znaleziono ofiarę trzeciego, a czwarty się komuś sugestywnie przyśnił...
Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – jeden z najbardziej eksploatowanych w kulturze popularnej apokaliptycznych motywów – mają swoje gospodarcze odpowiedniki. Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć codziennie przewijają się przez media finansowe, choć nie wszyscy potrafią ich trafnie zidentyfikować. Kiedy w pełni zamanifestują swoją obecność będzie już za późno, więc trzeba ich wypatrywać z daleka.
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Wiktor Wasniecow (1887)
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Wiktor Wasniecow (1887) (Wikimedia)
I. Wojna
Retoryka wojenna w świecie finansów to chleb powszedni. Firmy walczą o klientów, korporacje dokonują wrogich przejęć, produkty podbijają nowe rynki… To wszystko tylko jednak niewinne określenia wymyślone przez spragnionych emocji marketingowców i dziennikarzy. Prawdziwy pierwszy jeździec finansowej apokalipsy – Wojna – powinien być kojarzony przede wszystkim z wojną walutową.
Wojna walutowa to taki wyjątkowy rodzaj wojny, w którym rywalizacja idzie nie – jak w wojnie tradycyjnej - o miano najsilniejszego, lecz najsłabszego. Konkretnie, o jak największe osłabienie własnej waluty względem waluty innych graczy. Fachowo nazywa się to „konkurencyjna dewaluacja”, potocznie „okradnij swojego sąsiada”. Wojnę walutową prowadzi się oczywiście w celu stymulowania eksportu, który w teorii ma być „kołem zamachowym” dla całej gospodarki. Oczywiście tracą na tym importerzy i posiadacze dewaluowanej waluty, której siła nabywcza spada z napływem na rynek nowych pieniędzy, jednak tego „podżegacze walutowo-wojenni” na sztandary już nie biorą.
"Śmierć na białym koniu", Benjamin West (1796)
"Śmierć na białym koniu", Benjamin West (1796) (Wikimedia)
O wojnach walutowych – których najnowsza historia sięga czasów Wielkiego Kryzysu, a korzenie tkwią głęboko w mrocznych wiekach merkantylizmu - mówi się ostatnio najczęściej w kontekście Chin.Decyzja o dewaluacji juana w sierpniu 2015 r. przez wielu komentatorów odczytana była jako aktwypowiedzenia przez Państwo Środka wojny walutowej reszcie świata. Trudno jednak bezrefleksyjnie przyjąć taki punkt widzenia, ponieważ wcześniej banki centralne innych monetarnych mocarstw celowo i metodycznie osłabiały własne waluty. I – co najważniejsze w kontekście nadchodzących czasów – nadal mają na to apetyt, a na dodatek pewne okoliczności zmuszają je do trwania w takim paradygmacie (szerzej na ten temat przy kolejnych Jeźdźcach Apokalipsy).
W wojnie walutowej zazwyczaj próżno szukać sojuszników. O ile w ogólnoświatowych militarnych rywalizacjach ostatniego wieku stawały naprzeciw siebie dwa potężne bloki państw, o tyle na polu monetarnym trwają zmagania w trybie „każdy z każdym”. Ameryka oskarża Chiny o kradzież miejsc pracy (i to na długo przed Donaldem Trumpem), Korea ma za złe Japonii nieuczciwą konkurencję ze strony nagle osłabionego jena, kraje rozwijające się oskarżają zachodnią finansjerę o celowe destabilizowanie sytuacji, a bezpieczne przystanie (takie jak Szwajcaria, Dania czy Szwecja) grożą, że zrobią wszystko co trzeba, aby napływający kapitał nie umocnił nazbyt ich walut.
Narodowy Bank Polski znajduje się w ariergardzie rewolucji w bankowości centralnej i prezentujedosyć konserwatywne usposobienie (jedne z najwyższych stóp w regionie, praktycznie brak nadzwyczajnych programów interwencyjnych). Przez lata złoty nie tracił do głównych walut tyle, co waluty innych emerging markets. Jednak gdy kule zaczynają latać nad głowami, a atmosfera robi się gorąca, także i nad Wisłą odczuwamy skutki wojen walutowych – w postaci zmienności kursów walutowych i odpływu kapitału mającego wpływ na rynek akcji i obligacji.
Lista kolejnych ruchów poczynionych w ramach wojen walutowych jest długa. Jak wyliczył ostatnio Bank of America, w ciągu ostatnich 8 lat na świecie doszło do ponad 630 obniżek stóp procentowych, a banki centralne skupiły aktywa o wartości ponad 12 bilionów dolarów. Bellum omnium contra omnes, w której wyraźnych zwycięzców nie widać nawet daleko na horyzoncie.
Kolejne szczyty grup G20 czy G7, które można nazwać monetarnym odpowiednikiem konferencji pokojowych, nie przynoszą efektu. „Wojna walutowa czy konflikt interesów”„Wojny walutowe rujnują portfele narodów”„Wojny walutowe wkraczają do Moskwy”„Spotkanie G20 w cieniu wojen walutowych” – pisaliśmy w latach ubiegłych. Od tamtej pory konflikt jedynie się zaostrzył, a do listy szczytów niespełnionych nadziei tej możemy dodać spotkanie w Szanghaju, przed którym część mediów tradycyjnie liczyła choćby na mglistą zapowiedź globalnego porozumienia lub przynajmniej zawieszenia broni, a który ostatecznie przyniósł w tej kwestii fiasko.
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Albrecht Durer (1498)
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy", Albrecht Durer (1498) (Wikimedia)
W trwającej obecnie światowej wojnie walutowej najważniejsze rozstrzygnięcia dopiero przed nami. Już od dawna mówi się, że „Władcom pieniądza kończy się amunicja”. Powoli nawet najważniejsi aktorzy zaczynają przyznawać, że korzystanie z tzw. niekonwencjonalnych środków prowadzenia polityki monetarnej nie może trwać wiecznie (patrz: stanowisko prezesa SNB Thomasa Jordana czy Banku Rozliczeń Międzynarodowych). Im bardziej napięta zacznie się robić sytuacja, tym więcej nerwowych ruchów ze strony banków centralnych może nas czekać – analogicznie, jak w przypadku generałów czy polityków znajdujących się pod presją.
Ano właśnie. Widmo eskalacji wojny walutowej groźne jest nie tylko ze względu na jej niszczące konsekwencje dla samych walut, a w konsekwencji gospodarek – choć już sama perspektywa Naprawdę Wielkiego Kryzysu jest wystarczająco straszna. Wojna walutowa bowiem niemal nigdy nie występuje w stanie wyizolowanym. Chyba nikt nie wierzy w to, że w najważniejszych światowych stolicach z Waszyngtonem, Pekinem czy Moskwą na czele, nie rozmawia się na ten temat (o tym, jak trenował Pentagon w książce „Wojny walutowe” ciekawie pisał Amerykanin James Rickards).
 

Polityczne konotacje tylko w teorii niezależnych banków centralnych, jak również zmieniające się geopolityczne oblicze świata (wieszczony od dawna koniec lub chociaż naruszenie Pax Americana) każą wpisać wojnę walutową w szerszy kontekst. Gdzie pojawia się dewaluacja na wyścigi, tam rośnie pokusa uciekania się do ceł, barier, embarg i kwot. Wojna handlowa rodzi zaś pokusę sięgnięcia po inne argumenty, z ultima ratio regum włącznie. Jak pisał XIX-wieczny francuski pisarz-ekonomista Frederic Bastiat: „Jeśli towary nie będę przekraczać granic, zrobią to armie”. Oczywiście, jak w każdej wojnie, największe ofiary poniosą zwykli ludzie.

 

 

II. Zaraza
W popkulturowej interpretacji kolejnym Jeźdźcem Apokalipsy jest Zaraza (inne interpretacje mówią m.in. o Antychryście, Chrystusie lub figurze Podboju - jak na pierwszym obrazie w tym artykule). Ekonomicznymi odpowiednikami epidemii są fale bankructw, do których doprowadzają kolejno po sobie upadające kostki finansowego domina. To, że współcześnie stoją one bardzo blisko siebie jest z jednej strony naturalną konsekwencją globalizacji, jednak skalę problemu mnożą niewłaściwe regulacje.
Kwestia finansowej zarazy silnie obecna jest w debacie publicznej ze względu na zbiorową pamięć. O ile bowiem od epidemii hiszpanki minęło blisko 100 lat (chociaż pochłonęła więcej ofiar niż I wojna, to nie jest powszechnie wymieniana wśród najważniejszych wydarzeń XX wieku), o tyle tylko naprzestrzeni ostatniego dwudziestolecia mieliśmy do czynienia m.in. z kryzysem azjatyckich tygrysów, bankructwem Rosji, kryzysem subprime w USA czy kryzysem zadłużeniowym w Europie. W ostatnich tygodniach o zarazie mówi się znów szczególnie dużo.
"Triumf Śmierci", Pieter Breughel starszy (1562)
"Triumf Śmierci", Pieter Breughel starszy (1562) (Wikimedia)
Najczęściej wymieniane potencjalne ogniska zapalne to: surowce, Chiny i sektor bankowy sam w sobie. Wszystkie trzy są wzajemnie ze sobą powiązane, co tylko zwiększa ryzyko faktycznej epidemii. Wspólnym mianownikiem tych trzech przypadków jest dług. Dług, którego na świecie jest coraz więcej – opierając się na wyliczeniach firmy McKinsey, Bloomberg informował ostatnio, że w 2014 r. na światowym zegarze długu (publicznego, prywatnego i korporacyjnego łącznie) wybiło 200 bilionów dolarów – o 57 bln więcej niż w 2007 r. (+17 p.p. PKB, do 286%). Co więcej, w żadnej z głównych gospodarek nie odnotowano spadku zadłużenia.

Informacja o tym, kto u kogo i na ile jest zadłużony jest na rynkach finansowych na wagę złota. Wśród doniesień o taniejącej ropie, los amerykańskiej branży łupkowej to zazwyczaj tylko jedna część historii. Drugą stanowią rozważania dotyczące ekspozycji poszczególnych banków na ten zagrożony dziś sektor. Ropa, podobnie jak i inne surowce, tanieją m.in. ze względu na brak apetytu ze strony Chin, które po latach napędzania PKB poprzez inwestycje zdają się (bo sporo postulatów wciąż jest jedynie na etapie deklaracji) wyraźnie zmieniać model polityki gospodarczej.

O bankach i ich wzajemnych powiązaniach szczegółowo pisał niedawno główny analityk Bankier.pl, Krzysztof Kolany. Do tamtej analizy dołączyć można wykres z ostatniego raportu EBC na temat powiązań w europejskim systemie bankowym - kształt podobny do wirusa nieprzypadkowy (po kliknięciu ukaże się animowana wersja wykresu).
Europejski sektor bankowy - ryzyko systemowe
Europejski sektor bankowy - ryzyko systemowe (EBC)
Jeździec Zarazy jest w tym kontekście nierozerwalnie związany ze swoim bratem Śmiercią (więcej o nim na stronie czwartej). Od tego, w którym miejscu padnie pierwsza ofiara-kostka finansowego domina zależy w jakim tempie „sypać” może się cała układanka oraz które jej elementy będą poddane najcięższym próbom wytrzymałościowym. Śladów Zarazy wypatruje się więc w coraz wyższych odpisach i coraz niższych ratingach surowcowych gigantów, w psujących się fundamentach budżetowych kolejnych państw, w pogarszających się wynikach dużych banków.
Finansowa zaraza najmocniej uderza jednak nie w same portfele, ale serca i umysły nimi zarządzających. Najważniejszą konsekwencją tego czy owego bankructwa nie są mierzalne straty konkretnych instytucji, tylko załamanie zaufania w całym systemie. Nie bez kozery np. tuż po upadku Lehman Brothers zamarł handel na rynku międzybankowym. Mało tego, nawet zwrócenie się o pomoc do banku centralnego nie było automatycznym wyborem. Hipotetycznie bowiem, gdyby na jaw wyszło, że instytucje X, Y i Z są w tak złej kondycji, że muszą korzystać z publicznego wsparcia, to jeszcze mocniej uderzyłoby to w ich wiarygodność.
 
Do tego dochodzą rozmaite wstrząsy wtórne w postaci silnej reakcji na pozostałych rynkach: walutowym, surowcowym czy akcji, które mogą przełożyć się na kolejne bankructwa (kto pamięta jeszcze sprawę opcji walutowych?)
 

 

III. Głód
Skojarzenie głodu w dosłownym znaczeniu z obracającymi miliardami dolarów finansistami to zadanie karkołomne, a być może nawet obrazoburcze. Jest jednak z tego wyjście – koniec końców głód odczuwać może nie tylko osoba wychudzona, a w pewnych przypadkach zjawisko to może przybierać objawy chorobowe. Tak też jest z rynkami finansowymi, które powszechnie popełniając piąty z siedmiu grzechów głównych cierpią na chorobliwy głód pieniędzy z banków centralnych.
Gustave Dore, ilustracja do "Przygód Gargantui i Pantagruela" (1854)
Gustave Dore, ilustracja do "Przygód Gargantui i Pantagruela" (1854) (Wikimedia)
Jak już zostało wspomniane, według wyliczeń BofA w ciągu ostatnich 8 lat banki centralne kupiły aktywa o wartości ponad 12 bln dolarów. Kupiły oznacza wykreowały i wtłoczyły przy pomocy rozmaitych kroplówek do systemu finansowego. W zamyśle „dokarmione” instytucje finansowe miały rozruszać realne sektory gospodarki (głównie poprzez rozszerzenie akcji kredytowej). W rzeczywistości mechanizm transmisji nie w większości przypadków nie zadziałał zgodnie z planem, a głównym bezpośrednim efektem była zmiana kursu walutowego (znów kłania się Pierwszy Jeździec).
Przegląd „zbiorowego finansowego dożywiania” zacząć należy od Stanów Zjednoczonych, które choć dzisiaj znajdują się w awangardzie monetarnych jastrzębi (podwyżka stóp procentowych od 9 lat), to przecież przez lata Rezerwa Federalna tłoczyła kolejne miliardy dolarów w ramach rozmaitych programów (TAF, TSLF, PDCF, AMLF, CPFF, TALF, QE…). Obecnie w mediach głównego nurtu nie mówi się (jeszcze?) o kolejnym programie, ale zapowiedzi czterech (!) podwyżek stóp procentowych w 2016 r. dawno odeszły do lamusa, a obliczane na podstawie rynkowych kontraktów prawdopodobieństwo podwyżek jest dziś niższe niż pozostawienia stóp na obecnym poziomie.
Także władze monetarne Japonii z uporem godnym lepszej sprawy karmią rynki finansowe. Baza monetarna Kraju Kwitnącej Wiśni od kwietnia 2013 r. zwiększana jest w tempie kilkudziesięciu bilionów jenów rocznie (obecnie 80). Nie trudno odnieść wrażenie, że Bank Japonii kupować, co popadnie – już inwestuje w fundusze ETF, fundusze nieruchomości (J-REIT), a nawet „w firmy, które aktywnie inwestują w kapitał fizyczny i ludzki” (!). Główny składnik zakupów banku stanowią jednak obligacje państwowe, w efekcie czego bank centralny monetyzuje lwią część deficytu budżetowego i już teraz posiada w sumie 1/3 długu rządowego, a według prognoz w przyszłym roku przekroczy 50%.
O miano lidera walki z głodem taniego pieniądza skutecznie walczy Europejski Bank Centralny. Instytucja, która w zamyśle miała być następcą panicznie obawiającego się negatywnych skutków łagodnej polityki monetarnej Bundesbanku, dziś drukuje bez opamiętania, a nawet gotowa jest płacić bankom za to, że pożyczą od niej środkiNie dalej jak w ubiegły czwartek Mario Draghi ogłosił rozszerzenie programu skupu aktywów o kolejne 20 miliardów euro, dołączenie do „listy zakupowej” obligacji korporacyjnych (rynek szacowany na 900 mld euro) oraz uruchomienie dla niektórych banków programu pożyczek (TLTRO) obłożonych ujemną stopą procentową (któż nie chciałby takiego kredytu). Efekt? Akcje mocno poturbowanych ostatnio europejskich banków poszybowały w górę, choć perspektywy dla poszczególnych gospodarek wcale nie wyglądają lepiej.
 
Listę banków centralnych dokarmiających wiecznie głodne krajowe sektory bankowe rozszerzyć można także o Bank Anglii, Ludowy Bank Chin czy szwedzki Riksbank. Wszystkie te przypadki dzielą subtelne różnice, którymi ekscytują się ekonomiści, lecz łączy jedno – nikt tak do końca nie wie, jak się z tej kabały wyplątać. Mało tego, chociaż zalewanie banków tanim pieniądzem trwa już od wielu lat, to wciąż trudno jednoznacznie wskazać pozytywne efekty tego działania dla realnej gospodarki. Owszem, stopy procentowe zostały obniżone, jednak – co pokazuje zarówno ślamazarny wzrost, jak i utyskiwania o kolejne porcje nowych pieniędzy – nie dało to gospodarkom oczekiwanego rozpędu. Nie brak głosów, że następnym przystankiem może być bezpośrednie kupowanie akcji albo nawet pewien rodzaj „helicopter money” czyli po prostu rozdawania przez bank centralny pieniędzy.
 
 
Śmierć
Finansowym odpowiednikiem śmierci jest bankructwo. Przewidywaniem dalszej długości życia ludzi zajmują się lekarze, aktuariusze i wróżki. Na rynkach finansowych przewidywaniem śmierci – a jakże – handluje się za pośrednictwem CDS-ów. Pokrótce i bez wdawania się w szczegóły: credit default swap (swap ryzyka kredytowego) to instrument pochodny, którym można zabezpieczyć się na wypadek niewypłacalności dłużnika – gdy dany podmiot zbankrutuje, to jedna ze stron zobowiązuje się wypłacić drugiej stronie ustaloną kwotę.
"Czwarty Jeździec", Gustave Dore (1865)
"Czwarty Jeździec", Gustave Dore (1865) (Wikimedia)
Na podstawie cen tych instrumentów wylicza się prawdopodobieństwo bankructwa. Jeżeli wierzyć ocenie rynków, na liście Czwartego Jeźdźca kolejność wygląda następująco: Wenezuela, Egipt, Brazylia, RPA, Kazachstan, Rosja, Chorwacja, Turcja, Portugalia. Do listy tej dopisać powinno się też Ukrainę, w przypadku której CDS-y faktycznie poszły w ruch.
Kostucha spogląda także na firmy prywatne. Niczym padających kanarków w kopalni węgla, inwestorzy wypatrują bankructw w sektorze surowcowym lub wśród europejskich banków, które mają w konsekwencji pociągnąć za sobą na dno inne instytucje (patrz Zaraza).
Owszem, ze stanu finansowej śmierci można powrócić szczęśliwie do żywych (jak Łazarz), ale nierzadko wymaga to sporych starań osób wskrzeszających i przychylności wyższych instancji (np. w USA słynny Chapter 11 i ochrona przed wierzycielami czy negocjacje z wierzycielami w wykonaniu Grecji lub Argentyny). Z całą pewnością nie jest to nic przyjemnego, a ponadto istnieje ryzyko, że gdy rządowy cudotwórca przedobrzy, to zamiast Łazarza powstanie finansowy zombie.
Motyw zombie robi w ostatnich latach karierę nie tylko w filmach i grach komputerowych , ale i w świecie finansów. Pojęcie „żywego trupa” stosuje się do przedsiębiorstw i banków, które nie są w stanie działać bez kroplówki od rządu, a także do samych rządów żyjących jedynie dzięki wsparciu z zewnątrz.
Sztandarowym przykładem „żywego trupa” jest wspominana już Grecja, której rząd utrzymuje się przy życiu kolejnymi porcjami środków wyrwanych z obywateli, także innych państw. Nie minął rok odkulminacji poprzedniego sezonu finansowego odpowiednika „Walking Dead”, a już słyszymy głosy, żeEurogrupa ponownie będzie musiała obniżyć Atenom nominalną wysokość długu. Finansowych zombie dorobiliśmy się także w Polsce. Czymże bowiem jak nie tylko z pozoru żywymi instytucjami są najgorzej radzące sobie państwowe kopalnie?
Dobicie finansowego zombie to zazwyczaj brutalny, choć konieczny akt. Niestety, ostatni kryzys pokazał, że rządy na całym świecie chętnie korzystają z publicznych pieniędzy w celu wsparcia wybranych przez siebie instytucji. Do dziś nie ma bowiem ekonomicznie uzasadnionej odpowiedzi na pytanie, dlaczego np. Bear Sterns i AIG zostały uratowane przez amerykańskie władze, a Lehman Brothers już nie. Nie wiemy także, które instytucje cieszą się statusem „zbyt dużych, by upaść” – przekonamy się dopiero w czasie następnego kryzysu.
 
Broń na przyszłe przypadki „zombifikacji” w europejskim sektorze bankowym mozolnie ciosany był przez państwa UE. Przyjął on postać dyrektywy BRRD dotyczącej restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji finansowych. Teoria brzmi dobrze – odtąd w pierwszej kolejności stratami obciążeni zostaną właściciele danej instytucji, następnie sięgnie się do kieszeni wierzycieli, potem wymieni zarząd, a na samym końcu klienci (depozyty gwarantowane mają być chronione).
Poligonem testowym dla tej broni trzy lata temu był Cypr, jednak wciąż nie wiemy, jak zadziała ona, gdy będzie musiała być wymierzona w banki włoskie, francuskie czy niemieckie. Historia strefy euro pełna jest bowiem przypadków, w których bieżąca polityka bierze górę nad prawem i wcześniejszymi ustaleniami, szczególnie gdy chodzi o ochronę interesów silnych państw. Mały Cypr mógł zostać przeczołgany za relatywnie niewielkie pieniądze, podczas gdy wielka Francja notorycznie gra na nosie Komisji Europejskiej w kwestii deficytu, choć teoretycznie grozi jej kara (od 0,2% do 0,5% PKB).
 

 

 A+ A+
V. Sąd Nieostateczny
Porównanie obecnej sytuacji gospodarczej świata do Czterech Jeźdźców Apokalipsy to oczywiście tylko widowiskowy zabieg "literacki". Równie dobrze można sięgnąć po Siedem Grzechów Głownych czy Dwanaśce Prac Herkulesa. Od formy wciąż ważniejsza jest jednak treść, nawet gdy chodzi o koniec świata.
W Apokalipsie św. Jana pojawienie się Czterech Jeźdźców Apokalipsy było jednym z wydarzeń prowadzących do końca tego świata (zagłady Wielkiego Babilonu) i wyłonienia się nowego (Nowe Jeruzalem). Przeciągający się kryzys – weszliśmy w jego dziewiąty rok – sprawia, że coraz więcej osób (w tym autor tego tekstu) szuka znaków nadejścia nowego „momentu Lehman Brothers”.
 
W przeciwieństwie do rzeczywistości biblijnej, w świecie finansów nie możemy być jednak pewni, że nawet reset obecnego systemu naznaczony zakończeniem wojen walutowych i falą koniecznych, acz oczyszczających bankructw, przyniesie finansowy raj na Ziemi. Oprócz scenariusza uzdrowienia światowej gospodarki jawi się też przecież perspektywa jeszcze większej władzy rządów i instytucji międzynarodowych, jeszcze większej liczby regulacji i jeszcze więcej ingerencji w życie każdego z nas.
Niezależnie od tego, który wariant się zmaterializuje, warto rozsądnie gospodarować swoimi finansami, aby w dniu, w którym media finansowe odtrąbią kolejny kryzys, a indeksy giełdowe zamienią się w spadające gwiazdy, nie znaleźć się tam, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów.
 
Michał Żuławiński
 
 
 

 

 

 Jan Pawel II przeciwko lichwie

Przeciwko lichwiarskim odsetkom
Papież do bankierów
"Anormalne formy kredytu narażają ludzkie życia"

Jest to prawdziwy wykład na temat etyki bankowej, który Jan Paweł II wygłosił rano, 11 listopada 2000 r., do 7500 uczestników z okazji Jubileuszu Banku Rzymskiego. Papież powiedział między innymi:

"Jeżeli pieniądze przedstawiane są czasami jako krew żyjącego organizmu, to bank może być porównany do serca, które powoduje jej krążenie w społecznym ciele. Stąd ważność systemu bankowego i odpowiedzialność tych, którzy zarządzają nim dla ludzi, rodzin i organizacji społecznych, które proszą ich o pośrednictwo".

"Kierując się swoimi własnymi celami, instytucje bankowe nie mogą zaniedbywać odwoływania się do wartości etycznych, które kierują różnymi aspektami ludzkiego działania. Jeżeli celem banków jest wyłączne dążenie do maksymalnego zysku dla samych siebie (...) nie przedstawiają się one jako instrumenty wzrostu i rozwoju społeczeństwa, ale raczej jako element obciążenia lub hamowania (działalności)". "Doktryna Kościoła utrzymuje priorytet dla czynnika ludzkiego w finansowych i kredytowych celach każdej instytucji bankowej (...). Niestety, nie można zataić faktu, że nawet dzisiaj istnieją anormalne formy kredytu, które mogą spowodować niebezpieczeństwo nie tylko dla działalności biznesowej czy własności rodzinnej, ale także dla życia ludzi, którzy wpadli w te przewrotne spirale. Podkreślałem już nieraz przy wielu okazjach trudności i niewygody, w jakich znalazły się ofiary spekulacji połączonych z bezprawnymi formami kredytu".

"Plaga" lichwy: bezlitosne wykorzystywanie innych.

Na zakończenie środowej audiencji generalnej w Watykanie, we środę, 22 listopada 2000 r. papież Jan Paweł II wystosował pilny apel przeciwko "niepokojącemu zjawisku lichwy" i wezwał o pomoc dla ofiar "tej rozszerzającej się plagi". Przemawiając do 40.000 wiernych, Ojciec Święty podniósł swój głos i zaapelował o "wielkoduszne zaangażowanie się w walce przeciwko temu bezlitosnemu wykorzystywaniu potrzeb innych".

Pośród wiernych byli członkowie Włoskiego Związku Fundacji Przeciwko Lichwie i delegaci różnych regionalnych fundacji. Papież zwracając się do nich powiedział: "Lichwa jest społeczną plagą, która rozpowszechnia się i dlatego bezwzględnie konieczne jest niesienie pomocy wszystkim tym, którzy wpadli w tę sieć niesprawiedliwości i poważnych cierpień. Mam szczerą nadzieję, że w kontekście Roku Jubileuszowego, dzięki udziałowi wszystkich, mogłyby być podjęte konkretne kroki w celu wyeliminowania tej groźnej plagi".

Lichwa jest szeroko rozgałęziona we Włoszech z powodu, po części, ich systemu bankowego. Także w listopadzie Sąd Najwyższy potępił niektóre włoskie banki za narzucanie odsetek, które były "wyższe" aniżeli te "lichwiarskie", klientom z przekroczonymi kontami.

Rząd światowy potępiony w Watykanie
Watykan, 29 listopada 2000r.

Catholic World News poinformował, że znany belgijski teoretyk polityczny, biskup Michael Schooyans wyraził poważne obawy na temat procesu "globalizacji", przebiegającego pod kierownictwem ONZ.
Biskup Schooyans, członek Pontyfikalnej Akademii Nauk Społecznych i doradca Pontyfikalnej Rady ds. Rodziny przedstawił swoje opinie w czasie watykańskiej konferencji na temat globalizacji i rodziny. Stwierdził, że w oczach kierownictwa ONZ globalizacja oznacza "skoncentrowanie siły, która pachnie totalitaryzmem". ONZ, zauważył belgijski profesor, "myśli, że świat w swojej całości ma większą wartość niż osoba". Dodał, że według tego punktu widzenia, który, jak powiedział, mocno pozostaje pod wpływem myślenia New Age, chrześcijański humanizm "musi być zaniechany i odrzucony w imię wyniesienia neopogańskiego kultu Matki Ziemi".

Biskup Schooyans, który uczy w Katolickim Uniwersytecie w Louvain powiedział, że "Karta Ziemi" przygotowywana obecnie przez kierownictwo ONZ, zawiera wyraźne dowody na poparcie jego zarzutów. W dokumencie tym, stwierdził biskup, ludzka rasa jest przedstawiona jako "część olbrzymiego wszechświata w procesie ewolucji" i jest naznaczona dzisiaj przez "bezprecedensowy wzrost populacji, która przeciąża podatkami systemy ekonomiczne i społeczne". Ukryta filozofia Karty, powiedział biskup, widzi wszystkie religie - a szczególnie wiarę katolicką - jako przeszkody na drodze postępu. W konkluzji bp Schooyans stwierdził, że ONZ dąży obecnie do stworzenia nowego porządku światowego, któremu będzie przewodniczył "super-rząd". Ten potężny nowy rząd będzie likwidował struktury pośrednie i będzie szukał "coraz większej scentralizowanej kontroli informacji, wiedzy, technologii, życia ludzkiego, zdrowia, handlu, polityki i prawa". "Kościół nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko walczyć przeciwko takiej formie globalizacji" - zauważył biskup Schooyans

 

 

 

 

 

Czym naprawdę jest lichwa?

 

Pojęcie lichwy jest chyba znane prawie każdemu.  "Lichwa" do dziś  niesie za sobą bagaż wielu negatywnych konotacji, będąc kojarzona z wyzyskiem, chciwością, zdzierstwem, nieuczciwością i uciskaniem biednych. I słusznie, wszak w chrześcijańskiej Tradycji była ona potępiana jako jeden z cięższych występków. Czy jednak oprócz tego, że kojarzymy same to słowo, znamy tradycyjnie nadawane mu przez wieki znaczenie?  Większość ludzi wydaje się kojarzyć pojęcie lichwy z pobieraniem nadmiernych i wygórowanych odsetek od udzielanych pożyczek.  Trzeba przyznać, iż do takiego rozumienia tego słowa przyczynił się fakt dość dwuznacznego, mglistego i niejasnego jego rozumienia, które w ciągu ostatnich 100 do 120 lat upowszechniło się także w katolickiej teologii i kaznodziejstwie, które co do swej istoty odeszło od wcześniejszej, bardziej tradycyjnej, bo zakorzenionej w nauczaniu Ojców Kościoła i wykładanej zgodnie przez zgoła 19 stuleci jej definicji. O ile bowiem, wcześniej przez wieki jako lichwę rozumiano pobieraniewszelkich odsetek od pożyczek w celu zarobienia na takowych procentach (dopuszczano tylko taki procent, którego zadaniem było wyrównanie realnej bądź potencjalnej straty powstałej w wyniku udzielenia pożyczki -  przykładem tego może być  utrata części pierwotnej siły nabywczej pożyczonych pieniędzy w skutek inflacji), o tyle dziś nie piętnuje się już samej idei zarabiania na udzielanych pożyczek, a jedynie ich "wygórowaną" czy "nieumiarkowaną" wysokość.
Pewne pokusy i dylematy są jednak stare jak świat. Dziś niektórzy z hierarchów kościelnych sugerują potrzebę "nowego, bardziej miłosiernego podejścia do żyjących w ponownych związkach" argumentując to tym, że przecież "nie można zbyt surowych norm narzucać ogółowi ludzi"; "trzeba zważać na to, że nie większość nigdy nie dosięgnie ideału", a poza tym to "świat i społeczeństwo się zmienia, a także rozumienie pewnych pojęć". Być może zatem i w podobny sposób myśleli teologowie i hierarchowie kościelni, gdy odchodzili od dosłownego nauczania Pisma świętego i 19-wiekowowej tradycyjnej wykładni na temat tego czym jest lichwa? "Mamy coraz więcej banków"; "Wielu z naszych bliskich i znajomych pracuje w bankach";  "Czy można tym wszystkim ludziom powiedzieć twardo i dosadnie, że uczestniczą w czymś niegodziwym i występnym? Większość z nich zapewne i tak nie porzuci tego zajęcia, gdyż nie będzie na tyle "heroiczna", by wierząc w moc Bożej łaski i opieki, ryzykować biedę dla siebie i swej rodziny, zacząć szukać nowej pracy". "Może więc lepiej w jakiś sposób pogodzić się z istniejącym stanem rzeczy oraz postępującymi zmianami i zamiast przypominać ludziom twarde i jednoznaczne zasady, skupiać raczej na tym, by nie pogłębiali oni jeszcze zła, które i tak już czynią?"
Powyższy sposób rozumowania jest zrozumiały, ale czy na pewno uprawniony i słuszny? Cóż, dobry Bóg nie nałożył na me barki ciężaru i odpowiedzialności prowadzenia milionów dusz. Nie muszę więc  na to odpowiadać, a mogę za to pozwolić sobie na komfort przypominania w jasny, klarowny i jednoznaczny sposób prawd nauczania katolickiego, które nie są dziś powtarzane także przez ogół księży, biskupów i kardynałów. A jedną z takich prawd to właśnie rozumienie lichwy jako pobieranie wszelkich, a nie tylko "przesadnych" i "wygórowanych" procentów od udzielanych pożyczek, o ile tylko czyni się to z myślą i intencją zarobienia na takiej pożyczce. Poniżej przedstawiam mym szanownym Czytelnikom poświęcony pojęciu lichwy fragment jednego ze znanych i cenionych h w XIX wieku katolickich dzieł apologetycznych i moralnych, autorstwa ks. Ambrożego Guilloisa:
Pismo święte, w wielu miejscach najwyraźniej potępia lichwę:  "Nie weźmiesz lichwy od brata twego, ani więcej niżeś dał " (Kapłańska 25, 35); "Jeśli pożyczysz ludowi memu ubogiemu, który mieszka z tobą, nie będziesz mu przynaglał jako wyciągacz, ani lichwami uciśniesz" (Wyjścia 22, 25);  "Bratu twemu tego, czego mu trzeba, bez lichwy pożyczysz" (Powtórzonego Prawa 23, 20); "Miłujcie nieprzyjacioły wasze, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się stąd nie spodziewając" (Łukasz 6, 35).
Ojcowie Kościoła mocno powstają przeciwko lichwie i głośno mówią, że wszystko co się bierze nad pożyczkę jest niesprawiedliwością. Święty Bazyli przedstawia lichwę jako zbytek niesprawiedliwości: "Jest to przeklęta córka chciwości i przywiązania do rzeczy ziemskich"; "Pismo święte (są to słowa świętego Grzegorza Nysseńskiego) zabrania wyraźnie lichwy, jako nieprawego środka wzbogacenia się (...) Nasze księgi święte zabraniają we wszystkim wymagać więcej nad to, co dano. Wszystko czego się żąda więcej nad pożyczkę, nazywa się lichwą; nakazuję lichwiarzowi zwrócić co wziął"; "Lichwa (mówi święty Jan Złotousty) zarówno szkodliwą jest dla tego kto ją płaci, i dla tego kto ją bierze; gubi duszę ostatniego a nędzę pierwszego powiększa". Posłuchajmy jeszcze świętego Leona: "Jakikolwiek obrót rzeczy wezmą, lichwiarz zawsze traci, jeśli postrada to co pożyczył; lecz jeszcze nieszczęśliwszy, gdy bierze więcej nad to co pożyczył. Ciągnie zyski ze swych pieniędzy, śmierć zadaje duszy swojej".
Wszystkie sobory także potępiły lichwę. Drugi sobór powszechny  lugduński (Lyon) pod Grzegorzem X rzucił klątwę na lichwiarzy, a Sobór powszechny wienieński, pod Klemensem V, żądał aby karano jako heretyków tych, którzy uparcie twierdzili, że nie jest grzechem zajmować się lichwą, to jest wymagać i brać więcej niżeli kto pożyczył.
Wszyscy papieże, aż do Piusa IX, ciągle powtarzali te same zasady. Benedykt XIV, między innymi w swym liście encyklicznym z dnia 1 listopada 1745 roku, wydanym do wszystkich biskupów włoskich, zaczynającym się od słów: "Vix pervenit", mówi, że po roztrząśnięciu przedmiotu przez najuczeńszych kardynałów i teologów, postanowiono jednozgodnie, że wszelka lichwa, wszelki zysk wymagany nad kapitał, to jest nad sumę pożyczoną, z tytułu samej tylko pożyczki, jest niegodziwym i lichwiarskim, jakikolwiek byłby majątek osoby, od której wymaga się ten zysk, i na jakikolwiek cel używałaby ona sumy pożyczonej.
Lichwę więc potępiają: Pismo święte, tradycja czyli podanie i Ojcowie Kościoła, tudzież Papieże i Sobory. Lichwiarze zatem, którzy każą sobie płacić bez prawnej zasady, procenty od pożyczonych pieniędzy, pobierają to, co do nich nie należy; przywłaszczają cudzą własność i obowiązani są zwrócić ją, bo inaczej Niebo zamknięte jest dla nich na zawsze. "Złodzieje (mówi św. Paweł Apostoł) nie wnijdą do Królestwa Bożego" (1 Koryntian 6, 10), a lichwiarze czymże są, jeżeli nie złodziejami? Starożytny pisarz nazywał ich zbójcami, Zapytany, co znaczy pożyczać na lichwę, odpowiedział: "jest toż samo co zabijać".
Ks. Ambroży Guillois, "Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej. Dzieło ofiarowane Ojcu św. Piusowi IX, zaszczycone podziękowaniem Jego Świątobliwości, tudzież aprobatą i pochwałami wielu kardynałów, arcybiskupów i biskupów ", Wilno 1863, s. 345 - 346.
Mirosław Salwowski
 
 

KOMENTARZE

  • @Autor
    Świetny dobór tekstów.

    No i gratuluję obecności "na pudle" :)
  • Uwaga!
    http://gf24.pl/banksterzy-padaja-w-ciszy/
  • Okradli każdego z odobna na przynajmniej 100 tys PLN
    Wystarczy przypomnieć o kwocie wolnej od podatku która powinna wynosić 13492 PLN rocznie dla każdego Polaka.
    Tymczasem w Polsce od 9 lat to jedynie 3 091 zł (20-krotnie mniej od wspomnianych 11,5 tys. funtów w Wlk. Brytanii)! Szokujące w przypadku naszego kraju jest również to, że bardzo wąska grupa społeczna (posłowie i senatorowie) w odróżnieniu od reszty społeczeństwa cieszy się 9-krotnie wyższą kwotą wolną. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wypłacane z naszych podatków poselskie diety są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27 360 zł w skali roku.
    Zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280,00 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł!
  • Coś niezbyt pewne informacje posiadł Autor o JPII i o Kościele
    “Rozszerzenie Unii Europejskiej na Wschód, a także dążenie do stabilizacji monetarnej powinny prowadzić do coraz ściślejszego wzajemnego powiązania narodów (…)” - (dotyczy pochwały i globalizacji i żydowskiej kontroli finansów w podbitych państwach tzw. Zachodu)
    Do korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej, 10 stycznia 1998 roku.

    https://rzeczpospolitapolska.files.wordpress.com/2015/06/10003362_839248016164180_1630237719746508077_n-e1458640590965.png

    https://rzeczpospolitapolska.files.wordpress.com/2015/06/11149486_843236349098680_2894469668906627402_n-e1458640705970.jpg

    Encyklika JPII "Centesimus annus" - pochwała liberalizmu (czyli pośredni także lichwy)

    Encyklika papieża Franciszka "Laudato si" - pochwała zrównoważonego rozwoju, a więc pochwała globalizacji i depopulacji
  • @Rzeczpospolita 11:02:00
    Wręcz przeciwnie, jest Kolega w błedzie i wybiórczo potraktował refleksje wyjęte z kontekstu nauki, albowiem św. Jan Paweł był zagorzałym przeciwnikiem liberalizmu. Podobnie Benedykt XVI i papież Franciszek traktują liberalizm jako herezję. Prefekt Kongregacji Nauki Wiary Gerard Miller liberalizm kapitalistyczny określa mianem hańby naszych czasów.

    Zacytowane przez Kolegę fragmenty dotyczą kwestii nie interweniowania we wspólnotę tam gdzie sama sobie doskonale radzi ze swoimi zadaniami i dobrze korzysta ze swojej wolności.

    Pomocniczość ze strony panstwa dotyczyć musi jedynie tych obszarów gdzie społeczność sama sobie nie daje rady w rozwiązaniu danych problemów. Jest to według nauki spolecznej Kościoła katolickiego roztropny interwencjonizm powodowany subsydiarnością.


    Państwo i organizacje ponadnarodowe muszą uznać i szanować cywilizację oraz kulturę swoich obywateli oraz nie wolno im podporządkowywać naturalnych wspólnot tyranii ideologii i totalizować stosunków społecznych, ekonomicznych i prawnych.

    Jan Paweł II nie mógł wspierać liberalizmu gdyż był katolikiem a nie masonem. Na zachodzie liberał i mason znaczą to samo.

    Liberalizm jest traktowany przez Kościół jako niebezpieczna herezja.
    Jest wiele encyklik papieskich potępiających liberalizm. Papież Leon XIII powiedział, że "liberalizm to bolszewizm w połowie drogi".

    Liberalizm przekreśla personalizm i kwestionuje człowieczeństwo. Św. Jan Paweł II był wybitnym personalistą co dał już wyraz w swojej pierwszej encyklice, w której napisał, że "człowiek jest drogą Kościoła katolickiego".

    Encyklika Redemptor hominis jest dostępna tutaj;
    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/encykliki/r_hominis.html

    To zideologizowana UE przekreśliła całkowicie dorobek myśli Jana Pawła II i całego Kościoła.

    Utopiści z UE przeczą nawet człowieczeństwu człowieka oraz kwestionują Boga objawionego w Trójcy Św.

    O tych własnie kwestiach przypomniał eurodeputowanym ks. prof. Tadeusz Guz posiłkując się Magisterium Kościoła , do którego należą również nauki św. Jana Pawła II.

    Bardzo polecam ten wykład albowiem wyjaśnia przyczyny wszystkich kryzysów UE, które tkwią w błędnych utopiach.

    https://www.youtube.com/watch?v=1UjdsYos88k

    Ponadto Panie Dariuszu proszę nie popełniać innego błędu, w którym niestety tkwi wielu ludzi w Polsce.
    Otóż Jan Paweł II był następcą św. Piotra i kierował Kościołem katolickim a nie był nigdy jakimś superpremierem lub nadprezydentem RP, ani także żadnego innego panstwa.

    Stąd papież Polak nie był organizatorem UE i nie tworzył żadnych instytucji w UE. Wielokrotnie wskazywał, że Europa musi być kontynentem Ojczyzn i suwerennych narodów.

    Jan Paweł II doskonale wiedział jak jest prześladowany Kościół na wschodzie i jak na zachodzie. Kościół nie mógł wypowiedzieć wojny całemu światu, wszystkim rządom i wszystkim patologicznym instytucjom. Jednak powiedział na Malcie, że dziś Szatan rządzi przez instytucje, które stały się jawnymi strukturami grzechu.

    Nauczał polski papież, że każda wspólnota musi szanować wolność i prawa człowieka, które swoje oparcie mają w prawie naturalnym i w myśli oraz ethosie Boga. Jan Paweł II zwalczał wszystkie ideologie i herezje ekonomiczne, prawne, filozoficzne i polityczne.

    Prefekt KNW Gerard Miller mówiąc, że liberalizm kapitalistyczny jest hańbą naszych czasów dokładnie kontynuuje nauki Jana Pawła II, który w Kościele katolickim ma przydomek "papieża miłości społecznej".

    To właśnie dzieki zaangażowaniu św. JP2 powstało Kompendium Nauki Społecznej Kościoła Katolickiego. Dostępne jest tutaj;
    http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/justpeace/documents/rc_pc_justpeace_doc_20060526_compendio-dott-soc_pl.html


    Z resztą błędnych ocen myśli Jana Pawła II - jakie się bardzo często rozpowszechnia - rozprawia się poniższy tekst znanego ekonomisty.

    Papież przeciw liberalizmowi. Prawdziwa ekonomia Jana Pawła II
    http://rebelya.pl/post/384/papiez-przeciwko-liberalizmowi-prawdziwa-doktry

    Nie było ochrzczenia kapitalizmu. Współczesne myślenie o ekonomii przesiąknięte jest indywidualizmem i instrumentalnym traktowaniem człowieka. A według Jana Pawła II, człowiek powinien pracować także dla zaspokojenia potrzeb swojej rodziny, wspólnoty, narodu i całej ludzkości - pisze ekonomista Marcin Kędzierski*.

    Czy można powiedzieć − pytał Jan Paweł II − że klęska komunizmu oznacza zwycięstwo kapitalizmu jako systemu społecznego i że ku niemu winny zmierzać kraje, które podejmują dzieło przebudowy gospodarczej i społecznej? […] Odpowiedź jest oczywiście złożona. Jeśli mianem «kapitalizmu» określa się system ekonomiczny, który uznaje zasadniczą i pozytywną rolę przedsiębiorstwa, rynku, własności prywatnej i wynikającej z niej odpowiedzialności za środki produkcji, oraz wolnej ludzkiej inicjatywy w dziedzinie gospodarczej, na postawione wyżej pytanie należy z pewnością odpowiedzieć twierdząco”.

    Powołując się na tę opinię, wielu nie tylko liberalnych, ale także katolickich intelektualistów i publicystów, a za nimi także ogromna rzesza wiernych, uznało kapitalizm za emanację katolickiej nauki społecznej w zakresie życia gospodarczego. Choć orędownicy kapitalizmu na łonie Kościoła podkreślali za Janem Pawłem II, że Kościół nie proponuje żadnych modeli, to jednak od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku za ich przyczyną doszło do swoistej sakralizacji wolnego rynku. Środowiska katolickie zaczęły promować ideę, według której rynek zajął miejsce w jednym rzędzie obok takich wartości jak religia czy rodzina, co znalazło wyraz w formule 4R: religia, rynek, rodzina, rozsądek. Czy jednak rzeczywiście można uznać Jana Pawła II za orędownika kapitalizmu?

    U źródeł kapitalizmu

    Na początku należy zauważyć, że papieskie poparcie dla kapitalizmu, wyrażone na kartach "Centesimus Annus", ma charakter warunkowy. Ocena realizacji tych warunków wymaga więc zastanowienia się nad tym, czym tak naprawdę jest kapitalizm. W powszechnej opinii jest to system, który zakłada wolną działalność gospodarczą, opartą na prywatnej własności środków produkcji, mającą na celu… No właśnie, tu pojawia się pierwszy problem − maksymalizację zysku, czy też realizację potrzeb, a może osiągniecie dobrobytu?

    W pierwszym teoretycznym ujęciu kapitalizmu, które zawdzięczamy Adamowi Smithowi, celem działalności gospodarczej było osiągnięcie bogactwa (wealth). Choć obecnie pojęcie to traktowane jest wyłącznie w kategoriach monetarnych (bogactwem jest to, i tylko to, co można wyrazić w sposób ilościowy w wartościach pieniężnych), dla Smitha było ono mocno związane z czymś znacznie szerszym – zadowoleniem z życia (well-being). Zresztą, pochodzenie angielskiego słowa „bogactwo” wywodzi się właśnie z „zadowolenia z życia”.

    Smith kojarzony jest dziś przede wszystkim − jeśli nie tylko − z „niewidzialną ręką rynku”, co niestety bardzo spłyca przesłanie zawarte w jego najważniejszym dziele "Bogactwo narodów". Wskazywał w nim, że nie musimy polegać na łaskawości rzeźnika czy piekarza, by zdobyć chleb lub mięso, bowiem w ich interesie jest sprzedaż swoich produktów w celu uzyskania środków niezbędnych do zakupu innych dóbr (Smith 1989, 2008). System ekonomiczny zaproponowany przez Smitha zakładał więc, że to egoizm poszczególnych jednostek jest gwarantem rozwoju całej społeczności. Oczywiście indywidualizm u Smitha nie miał skrajnego charakteru, gdyż w swej analizie koncentrował się on nie tyle na zachowaniu wyłącznie pojedynczego aktora, co raczej na relacjach między różnymi podmiotami funkcjonującymi na rynku.

    Skrócić czas pracy?

    Holistyczne spojrzenia na życie gospodarcze było zresztą w XVIII wieku zjawiskiem powszechnym. Poza środowiskiem szkockich filozofów, do których zaliczamy Smitha i jego ucznia Davida Ricardo, w Europie istniał drugi ośrodek – włoski, którego głównym przedstawicielem był pochodzący z Neapolu Antonio Genovesi. Podobnie jak Smith w swoich rozważaniach, analizował on relację między poszczególnymi podmiotami tworzącymi społeczeństwo. W przeciwieństwie jednak do szkockich filozofów Genovesi zakładał, że nie można opierać systemu na motywacji egoistycznej, gdyż większość ludzkich działań związanych jest z relacjami o charakterze wspólnotowym. Nawiązując do arystotelesowskiej koncepcji człowieka jako istoty społecznej, Genovesi skrytykował egoistyczne koncepcje Hobbesa i Mandeville’a, ponieważ jego zdaniem w większości wypadków człowiek nie może rozkoszować się przyjemnościami, w których nie uczestniczy nikt poza nim. Zdaniem Genovesiego, celem społeczeństwa nie jest zatem produkcja dóbr materialnych sensu stricto, ale czerpanie przyjemności z relacji międzyludzkich, które są podstawowym czynnikiem decydującym o ludzkim szczęściu (Bruni 2005a).

    Problem ten dostrzegał także Smith, jednak stwierdził, że nie można dokonać automatycznej konwersji wealth w well-being. Kontynuatorzy myśli Smitha, tacy jak wspomniany już Ricardo, a zwłaszcza Thomas Malthus, mieli świadomość, że ekonomia jako nauka powinna zajmować się nie tylko bogactwem, ale właśnie pojęciem well-being, związanym nierozerwalnie z tak zwanymi dobrami relacyjnymi. Jednak w obliczu rosnącej roli pozytywizmu w nauce Malthus, dostrzegając niemierzalność szczęścia, złożył dobra relacyjne na ołtarzu rewolucji naukowej.

    Próbę zmierzenia się z tym problemem podjął jeszcze pod koniec XIX wieku Alfred Marshall. W swych badaniach poszedł dużo dalej niż klasyczni ekonomiści, dokonując pogłębionej analizy ludzkich potrzeb. W ten sposób po raz kolejny uwaga ekonomistów na moment skupiła się na człowieku – Marshall uznał analizę potrzeb za pomost między społecznym (relacyjnym) wymiarem życia gospodarczego a czystą (mierzalną) analizą ekonomiczną. Wraz z innymi neoklasykami próbował skonstruować ekonomiczną definicję popytu, która wyjaśniałaby proces powstawania ludzkich potrzeb. To z kolei wymagało włączenia do analizy argumentów natury psychologicznej i społecznej (Bruni 2005a: 211).

    Co więcej, Marshall dokonał rozróżnienia między tak zwanym standardem życia (standard of life) a standardem luksusu (standard of comfort). W ramach standardu życia działalność człowieka, zdaniem Marshalla, ma na celu zaspokojenie potrzeb, z kolei w wypadku standardu luksusu chodzi przede wszystkim o tworzenie nowych potrzeb wyższego rzędu. Warunkiem koniecznym do osiągnięcia zadowolenia (szczęścia) w wypadku standardu życia jest zaspokojenie potrzeb życiowych, wśród których istotną rolę odgrywają dobra relacyjne. Jeśli chodzi o standard luksusu, warunkiem koniecznym do jego osiągnięcia jest zaspokojenie potrzeb wyższego rzędu. Może zdarzyć się jednak tak, że zaspokojenie potrzeb wyższego rzędu uniemożliwia zaspokojenie potrzeb niższego rzędu, co prowadzi do znacznej deprywacji i obniżenia poziomu zadowolenia (szczęścia). W tym kontekście Marshall wskazywał na konieczność ograniczenia czasu pracy – jego zdaniem redukcja taka spowoduje relatywnie niewielką stratę materialną, ale przyniesie istotny zysk społeczny i może podnieść poziom zadowolenia. Przywołał on przykład robotników, którzy z powodu natłoku pracy nie mają czasu ani na wykorzystanie zarobionych pieniędzy, ani na wychowywanie swoich dzieci, co w dłuższej perspektywie może skutkować negatywnymi efektami społecznymi (Marshall 1925: ks. VI, rozdz. 13).

    Śmierć człowieka

    Marshall nie zmienił jednak definicji dóbr ekonomicznych – pozostały nimi dobra, które można ująć w wartościach monetarnych. Takie podejście uniemożliwiło włączenie dóbr relacyjnych do obszaru badań ekonomii. Ostateczny cios na gruncie teorii ekonomii zadał dobrom relacyjnym Vilfredo Pareto. Konstruując w roku 1900 opartą na preferencjach teorię wyboru konsumenta, sprowadził ekonomię do skrajnie indywidualistycznego wymiaru. Co więcej, koncepcja Pareta doprowadziła do reifikacji człowieka – miejsce osoby zajął obraz jej preferencji, a ekonomia miała od tego momentu być nauką o związkach między rzeczami, a nie między ludźmi. W efekcie człowiek stał się maszyną, której celem jest maksymalizacja indywidualnej funkcji użyteczności. Pareto zakładał zresztą, że teoria wyboru konsumenta może się z powodzeniem odnosić także do zwierząt. Wszelkie społeczne aspekty ludzkich działań miały stać się przedmiotem badań socjologii. Pareto oparł podział na ekonomię i socjologię na rozróżnieniu między działaniami logicznymi oraz nielogicznymi: pierwsze z nich mają charakter czysto instrumentalny, natomiast drugie są oparte na zupełnie innej, nieinstrumentalnej logice, choć nie znaczy to, że działania te są – wbrew nazwie – nielogiczne albo nieracjonalne (Pareto 1994: 72–73). Przedmiotem ekonomii jako nauki od tego momentu miały być więc tylko zachowania o charakterze instrumentalnym (Bruni 2005a: 212).

    Rewolucja dokonana przez Pareta przyśpieszyła w latach trzydziestych XX wieku, kiedy w ekonomii coraz większą rolę zaczęły odgrywać neopozytywizm, behawioryzm i narzędzia matematyczne. Wtedy to za sprawą Johna Hicksa i Roya Allena, badaczy związanych ze szkołą austriacką, a później także Paula Samuelsona, ekonomia poszła w kierunku zmatematyzowanej teorii racjonalnego wyboru. W rezultacie dziś żaden student na kursie z mikroekonomii nie usłyszy o istnieniu dóbr relacyjnych, będących jeszcze dla Genovesiego, Malthusa i Marshalla czymś fundamentalnym.

    Podsumowując, racjonalność ludzkich zachowań zaczęła być postrzegana instrumentalnie, wyłącznie przez pryzmat jednostki. Jak to już zostało wspomniane, w momencie wyrażenia przez Pareta idei optymalnego zachowania konsumenta, czyli wyboru najwyższej krzywej obojętności, stycznej do linii ograniczenia budżetowego, koncepcja racjonalnego wyboru stała się kluczowym elementem nauki ekonomii. Racjonalność w tym wypadku dotyczy jednak wyłącznie maksymalizacji użyteczności, czyli zdolności do zaspokojenia jak największej liczby potrzeb, niezależnie od ich rodzaju czy wartości, które się za nimi kryją. Musiało się to także wiązać z minimalizacją wszelkich kosztów. W tym miejscu należy zatem podkreślić fakt, że fundamentem współczesnej ekonomii jest maksymalizacja indywidualnej użyteczności, a relacje interpersonalne są wyłącznie środkiem do osiągnięcia tego celu.

    Optymiści mogą jednak stwierdzić, że w ekonomii ocalała jeszcze teoria ludzkich potrzeb, zakładająca wzajemne oddziaływanie między poszczególnymi uczestnikami rynku. Jest ona podstawą bardzo dziś popularnej ekonomii behawioralnej, nurtu reprezentowanego między innymi przez Gary’ego Beckera. Przedstawiciele tej szkoły, w przeciwieństwie do Marshalla, porzucili jednak ambicje poszukiwania źródeł powstawania potrzeb i przyjęli je jako dane w swoich modelach. Nie zrezygnowali oni także z indywidualistycznego spojrzenia na ludzkie działanie. Znamiennym przykładem może być powszechnie używana przez behawioralnych ekonomistów teoria gier, pierwotnie wywodząca się z neoklasycznej ekonomii. Zakłada ona co prawda konieczność uwzględnienia działań innych graczy − inaczej nie byłaby grą − jednak ich relacje są nacechowane wzajemnym brakiem zaufania. Najsłynniejszym przykładem takiej gry jest tak zwany dylemat więźnia. Nawet jeśli dwóch graczy wybierze strategię altruistyczną, czyli współpracę, ma ona na celu wyłącznie maksymalizację własnej użyteczności (Bruni 2002).

    Katolicy wszystkich krajów, bogaćcie się!

    Współczesne myślenie o gospodarce i ekonomii jako nauce, która się nią zajmuje, przesiąknięte jest więc indywidualizmem i instrumentalnym traktowaniem człowieka. Funkcjonując na tych zasadach, przedsiębiorstwa dążą do maksymalizacji zysku. Kiedy Jan Paweł II napisał w "Centesimus Annus", że Kościół uznaje pozytywną rolę zysku jako wskaźnika dobrego funkcjonowania przedsiębiorstwa, wiele środowisk katolickich potraktowało to jako wezwanie: „Katolicy wszystkich krajów, bogaćcie się!”. Co ciekawe, niektóre z nich uważały reformy Soboru Watykańskiego II za odstępstwo od prawowitej wiary, za jej protestantyzację, co jednocześnie nie przeszkadzało im w przyjęciu zgoła protestanckiej wizji kapitalizmu. Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku katoliccy przedsiębiorcy w Polsce mogli spokojnie oddać się zarabianiu, paleniu cygar i piciu whisky.

    Co istotne, w dalszej części przywoływanego akapitu encykliki Papież napisał, że celem przedsiębiorstwa nie jest po prostu wytwarzanie zysku, ale „samo jego [przedsiębiorstwa] istnienie jako wspólnoty ludzi, którzy na różny sposób zdążają do zaspokojenia swych podstawowych potrzeb i stanowią szczególną grupę służącą całemu społeczeństwu”. Myślenie Papieża o ekonomii było nacechowane podstawową, pierwotną dla wszystkich sfer życia, troską o godność człowieka. Jan Paweł II w Centesimus Annus, nieskażony dwudziestowieczną teorią ekonomii − wszak nie był ekonomistą − pisał wyraźnie o dobrach relacyjnych, ale ekonomiści komentujący encyklikę tego nie zauważyli, bo przynajmniej od stu lat nikt im o nich nie mówił.

    Jan Paweł II odwołuje się, także nie wprost, do myśli wyrażonej między innymi przez Marshalla, pisząc: „w samym systemie gospodarczym nie ma kryteriów pozwalających na poprawne odróżnienie nowych i doskonalszych form zaspokajania ludzkich potrzeb od potrzeb sztucznie stwarzanych, przeszkadzających kształtowaniu się dojrzałej osobowości”. Zdaniem Papieża system, który określa nowe potrzeby i nowe sposoby ich zaspokajania, powinien się kierować integralną wizją człowieka, ogarniającą wszystkie wymiary jego istnienia i podporządkowującą wymiary materialne i instynktowne tym wewnętrznym i duchowym. W przeciwnym wypadku tworzy się styl życia, który jest szkodliwy dla zdrowia fizycznego i duchowego. Nie trzeba pogłębionej analizy, by stwierdzić, że współczesny, kapitalistyczny świat Zachodu wybrał "standard luksusu" kosztem "standardu życia", co zgodnie z przewidywaniami Marshalla musiało doprowadzić do relatywnego obniżenia się poziomu zadowolenia (szczęścia). Potwierdzenie empiryczne tej tezy przyniosły badania, przeprowadzone przez Davida Easterlina w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Badał on w nich zależność między poziomem PKB per capita a poziomem szczęścia.

    Kapitalizm tak, wypaczenia nie

    Czym może być spowodowano to względne obniżenie się poziomu zadowolenia (szczęścia)? Jan Paweł II, który pisząc "Centesimus Annus", nie mógł znać wyników przedstawionych powyżej badań, opisując alienację "człowieka marksistowskiego" − czyli przyczynę jego braku szczęścia − wskazywał na następujące przyczyny tego zjawiska:

    „Alienacja połączona z utratą autentycznego sensu istnienia jest zjawiskiem obecnym również w rzeczywistości społeczeństw zachodnich. Występuje ona w sferze konsumpcji, gdy człowiek wikła się w sieć fałszywych i powierzchownych satysfakcji, podczas gdy powinien spotkać się z pomocą w autentycznej i konkretnej realizacji swojej osobowości. Alienacja występuje również w sferze pracy, kiedy jej organizacja jest nastawiona tylko na maksymalizację produkcji i zysku, pomija zaś to, w jakim stopniu pracownik przez własną pracę realizuje się jako człowiek. To zaś zależy od tego, czy wzrasta jego udział w autentycznej i solidarnej wspólnocie, czy też się pogłębia izolacja w złożonym układzie stosunków zdeterminowanych przez bezwzględną rywalizację i wyobcowanie, w którym jest on traktowany jako środek, nie jako cel”.

    Sformułowanie „realizuje się jako człowiek” ma tu znaczenie fundamentalne. Dla Jana Pawła II pełnia człowieczeństwa znajduje swój wyraz w bezinteresownym darze z samego siebie. W encyklice Papież wyraźnie wskazuje, że wyobcowane jest społeczeństwo, które poprzez formy społecznej organizacji, produkcji i konsumpcji utrudnia zarówno realizację tego daru, jak i budowanie międzyludzkiej solidarności. Mając na uwadze wcześniejsze rozważania, można zaryzykować tezę, że w powyższym stwierdzeniu mieści się krytyka kapitalizmu, opartego na ideologii indywidualistycznej oraz instrumentalnej. System ten przestał zupełnie dostrzegać dobra relacyjne i uderza w godność człowieka, która jest ważniejsza niż logika wymiany równowartości. Mówiąc inaczej, kapitalizm opiera się na błędzie antropologicznym. Oczywiście wielu zwolenników tego systemu wskazuje, że Papież nie krytykował kapitalizmu, a jedynie jego wynaturzenia. „Kapitalizm tak, wypaczenia nie” − zdarza się nieraz słyszeć. W moim przekonaniu jednak kapitalizm od samego początku zawierał w sobie ziarno antropologicznego błędu indywidualizmu, a podejmowane w XIX wieku próby jego naprawy nie przyniosły rezultatów. Zresztą już sam Smith w Teorii uczuć moralnych pisał, że społeczeństwo może funkcjonować na podobnych zasadach co rynek – maksymalizować użyteczność bez oglądania się na takie idee, jak wzajemna miłość czy sentymenty (Smith 1989). W rezultacie w XX wieku rozkwitł system gospodarczy całkowicie zdominowany przez indywidualizm, w którym rynek przestał być postrzegany jako miejsce, w którym obecne są nieinstrumentalne motywacje i relacje.

    Etyka w biznesie, biznes w rodzinie

    Wiele miejsca poświęciłem już kapitalizmowi i wolnemu rynkowi, czyli jednemu z 4R wspomnianych na początku artykułu. Na gruncie analizy ekonomicznej można rozprawić się jeszcze z innym R – rodziną i jej miejscem w życiu gospodarczo-społecznym. Mam wrażenie, że skierowane do rodzin nawoływanie Jana Pawła II do świętości życia stało się podstawą do przyjęcia w Polsce innego protestanckiego wzorca, ujętego w haśle my home, my castle. Nie da się tego pogodzić jednak z fundamentalną zasadą katolickiej nauki społecznej – solidarnością.

    W "Centesimus Annus" Papież pisze, że człowiek pracuje dla zaspokojenia potrzeb swojej rodziny, wspólnoty, do której należy, narodu i w końcu całej ludzkości. Nie można zatem zatrzymać się na poziomie rodziny, bo wtedy nasze działanie nie jest niczym innym jak zakamuflowanym indywidualizmem, w którym miejsce jednostki zajmuje właśnie rodzina. W rezultacie staje się ona narażona na alienację i utratę autentycznego sensu istnienia. Zarówno zamknięcie się na nowe życie, jak i zamknięcie się na szerszą wspólnotę, naród i całą ludzkość utrudnia realizację idei bezinteresownego daru z siebie. Jaki z tego wniosek? Postulowane przez wielu katolików robienie kariery i zarabianie dużych pieniędzy dla swojej rodziny, nawet zakładając przeznaczanie ich części na cele charytatywne, nie jest realizacją logiki daru, o której pisze Jan Paweł II. Co więcej, działanie w takim schemacie może być nawet z tą logiką sprzeczne, gdyż prowadzi ono do monetyzacji relacji międzyludzkich, czyli nadania im konkretnej wartości pieniężnej. Proces ten jest prostą drogą do zabicia prawdziwych więzi rodzinnych i społecznych.

    Jednym z dowodów empirycznych, potwierdzających tę tezę na gruncie ekonomii, są badania Aldo Rustichiniego i Uriego Gneezy’ego (2000), przeprowadzone na reprezentatywnej grupie amerykańskich przedszkoli. Eksperyment polegał na wprowadzeniu kar finansowych dla rodziców, którzy spóźniali się z odbiorem swoich dzieci. W wyniku wprowadzenia tych kar odsetek spóźniających się rodziców wzrósł. Ciekawsze jest jednak to, że wycofanie opłat nie spowodowało powrotu do stanu sprzed badania. W rezultacie rodzice spędzali z dziećmi jeszcze mniej czasu niż przedtem, a wprowadzenie do relacji rodzice–dzieci logiki monetarnej stało się dla tych pierwszych usprawiedliwieniem zaistniałej sytuacji – rodzice uiszczając dodatkową opłatę, mieli poczucie, że w ten sposób zapewniają opiekę swoim dzieciom. Monetyzacja relacji doprowadziła do osłabienia więzi. Jeśli jednak proces ten dotyka rodzin, w których z reguły panują silne więzi, o ileż bardziej dotyka on wspólnot, narodu i całej ludzkości.

    Bardzo podobną logiką zaczął kierować się także biznes – obecnie większość korporacji posiada własne fundacje, które wspierają dzieci, młodzież, kobiety, emerytów, niepełnosprawnych, rysie, foki, drzewa w Amazonii itd. Wszystkie te działania mieszczą się w ramach tak zwanej strategii CSR, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu. Należy się cieszyć, że firmy, które przez wiele lat degradowały swoje otoczenie, poczuły odpowiedzialność za wspólnoty lokalne, w których żyją. Nie ma się jednak co łudzić – znaczna część robi to wyłącznie ze względów marketingowych. Brak strategii CSR jest postrzegany bardzo negatywnie przez konsumentów i wpływa na obniżenie poziomu sprzedaży i zysków. Paradoksalnie, jak pokazuję badania László Zsolnaia (2004), symulowanie zachowań etycznych także prowadzi do zmniejszenia zysku. Pomijam tu nawet kwestię kosztów strategii CSR. Fałszywa motywacja prowadzi jednak także do monetyzacji relacji pomiędzy firmą a otoczeniem, a tym samym do redukcji człowieka do roli uczestnika rynku i rozluźnienia się więzi społecznych.

    There is no alternative?

    W "Centesimus Annus" Jan Paweł II wiele miejsca poświęcił przypomnieniu i nowemu odczytania myśli społecznej Leona XIII, zaprezentowanej w "Rerum novarum". Komentatorzy zwrócili uwagę zwłaszcza na krytykę socjalizmu, zarówno w wykonaniu Leona XIII, jak i Jana Pawła II. Trudno się temu dziwić, mając na uwadze fakt, że encyklika tego drugiego powstawała w kontekście przełomu 1989 roku, kiedy w rywalizacji dwóch ideologii na placu boju pozostał zwycięski liberalny kapitalizm. Kościół, zarówno ten instytucjonalny, jak i rozumiany jako wspólnoty wierzących, który przez kilkadziesiąt lat walczył z materialistycznym socjalizmem, w momencie jego upadku mógł odetchnąć z ulgą. Jednak wbrew oczekiwaniom liberalnych środowisk porażka socjalizmu nie oznaczała zwycięstwa liberalnego kapitalizmu w ramach społecznej nauki Kościoła. Mówiąc kolokwialnie, nie doszło do żadnego ochrzczenia kapitalizmu. Dlaczego? Bo Kościół, w przeciwieństwie do Francisa Fukuyamy (2009), nie uznał liberalnej demokracji i kapitalizmu za koniec historii. W "Centesimus Annus" Papież pisał wprost: „nie do przyjęcia jest twierdzenie, jakoby po klęsce realnego socjalizmu kapitalizm pozostał jedynym modelem organizacji społecznej”.

    Czy Jan Paweł II wskazał alternatywę dla kapitalizmu? Problem polega na tym, że właściwie nie. Warto zresztą zauważyć, że we współczesnym świecie wszystkich kontestatorów kapitalizmu nazywa się socjalistami albo komunistami. Nie jest jednak tak, że krytycy kapitalizmu są z miejsca socjalistami. Co ciekawe, często na podstawie zdania, że Kościół nie proponuje żadnych modeli, wysuwa się tezę, jakby nie istniała żadna trzecia droga i że po upadku socjalizmu Kościół musi się opowiedzieć po stronie kapitalizmu. Oczywiście, pojęcie trzeciej drogi jest bardzo wieloznaczne, niektórzy utożsamiają je na przykład z laburzystowską polityką Toniego Blaira w Wielkiej Brytanii w latach 1997–2007 (Giddens 1999). W moim przekonaniu taka trzecia droga jednak istnieje. Bierze ona swoje źródła w chrześcijańskiej antropologii, w której człowiek jest zarówno osobą mającą wolną wolę, jak i istotą społeczną, żyjąca we wspólnocie. Chrześcijaństwo dodatkowo wykracza poza te dwa elementy – dostrzegając prawdę o człowieku i jego godności, zwraca uwagę na trzeci aspekt: dar z siebie (zob. Rojek 2011). Ani kapitalizm, ani socjalizm nie rozumieją logiki daru. Wniosek: chrześcijanie potrzebują trzeciej drogi.

    Ekonomia wspólnoty

    Jan Paweł II pisząc w 1991 roku "Centesimus Annus", nie dysponował ekonomicznym aparatem pojęciowym, w którym mógłby sprecyzować, czym jest ta trzecia droga. Mógł odwoływać się tylko do znanych mu kategorii – najbliższy tej idei był dla niego międzywojenny ruch spółdzielczy, który rozwijał się między innymi na terenie Wielkopolski za sprawą ks. Stanisława Adamskiego, późniejszego biskupa katowickiego (Adamski 1930). Kościół popierał spółdzielczość, gdyż była ona emanacją zasad solidarności i pomocniczości, będących fundamentami katolickiej nauki społecznej od "Rerum novarum". Dlatego Papież napisał w encyklice z 1991 roku następujące słowa:

    „Encyklika i nauka społeczna z nią związana wpłynęły na wielorakie przemiany, jakie dokonały się na przełomie XIX i XX wieku. Wpływ ten odzwierciedlają liczne reformy wprowadzone w dziedzinie opieki społecznej, emerytur, ubezpieczenia od chorób i zapobiegania wypadkom […]. Reformy te były też wynikiem nieskrępowanego procesu samoorganizowania się społeczeństwa; wytworzył on skuteczne mechanizmy solidarności, dzięki którym możliwy stał się wzrost gospodarczy w większym stopniu respektujący wartości osoby. Trzeba tu przypomnieć różnorodną działalność, podejmowaną także przez wielu chrześcijan, a związaną z zakładaniem spółdzielni wytwórczych, spożywców oraz spółdzielni kredytowych, z rozwijaniem oświaty ludowej i kształcenia zawodowego, z tworzeniem eksperymentalnych form udziału w życiu przedsiębiorstwa i całego społeczeństwa” (CA: 15–16).

    Rok 1991 przeszedł jednak do historii nie tyle z powodu opublikowania "Centesimus Annus", ile ze względu na upadek Związku Radzieckiego. Mało kto wówczas zauważył, że Chiara Lubich, założycielka ruchu Focolare, poruszona widokiem brazylijskich faweli ogłosiła w São Paulo konieczność zainicjowania ekonomii komunii (wł. economia di communione; funkcjonujące w powszechnym obiegu tłumaczenie tego pojęcia nie jest jednak adekwatne – lepszym określeniem byłaby „ekonomia wspólnoty”). Podwaliny teoretyczne na gruncie ekonomii pod nową ideę położyli włoscy i brytyjscy ekonomiści, tacy jak Stefano Zamagni, Luigino Bruni i Robert Sudgen. Czym zatem charakteryzuje się ta nowa „ekonomia”?

    Po pierwsze, przywraca ona pojęcie dóbr relacyjnych, które mają być elementem komplementarnym wobec dóbr czysto ekonomicznych. Po drugie, powracając do myśli Antonio Genovesiego, uznaje kluczowe znaczenie kapitału społecznego dla życia gospodarczego – społeczeństwo powinno opierać się na zasadach braterstwa. Po trzecie, zakłada ona istnienie wspólnotowej racjonalności, która nie niszczy wolności osoby. Człowiek jako podmiot podejmuje decyzję, biorąc pod uwagę jej skutki dla partnerów w relacji, licząc na ich odpowiedź opartą o zasadę wzajemności. W ten sposób nasze działanie wobec innych, o ile nie jesteśmy masochistami, zawsze będzie miało na celu dobro partnera. Po czwarte, jest uniwersalistyczna – działanie oparte o wspólnotową racjonalność, ograniczone na przykład tylko do rodziny, może bowiem przybrać logikę mafijną. Po piąte, przyjmuje za najważniejszą zasadę kulturę dawania (cultura del dare), która jest niczym innym jak tylko logiką daru zarysowaną przez Jana Pawła II. Co ważne, nie stoi ona w sprzeczności z zasadą wzajemności, ponieważ działania oparte na bezinteresownej motywacji przynoszą znacznie lepsze efekty (Stanca, Bruni, Corrazini 2007). Ekonomia wspólnoty realizuje papieską wizję życia gospodarczego, którą można przyrównać do wizji Kościoła jako nadprzyrodzonego ciała Chrystusa, przedstawionej przez św. Pawła (1 Kor 12: 4–27) – każdy członek troszczy się o inne, ponieważ wie, że jego los jest uzależniony od ich losu.

    Realna utopia

    Oczywiście można zarzucić ekonomii wspólnoty, że jest to wizja utopijna. Na świecie istnieje jednak około siedmiuset przedsiębiorstw realizujących w praktyce ekonomię wspólnoty. Cechą charakterystyczną tych firm, poza postawieniem człowieka w centrum działalności, jest między innymi to, że zysk dzielony jest na trzy części. Pierwsza część przeznaczona jest na rozwój firmy, druga na pomoc wspólnocie lokalnej, a trzecia na szerzenie w świecie kultury dawania. Zysk jest niezbędny, ponieważ bez niego nie można by osiągać tych celów, ale jest on wyłącznie środkiem do ich realizacji. Innym przykładem realizacji tej wizji w praktyce jest ruch sprawiedliwego handlu. Konsumenci nie kierują się indywidualistyczną logiką, kupując droższe produkty – czynią tak, ponieważ podejmując decyzję, myślą o jej skutkach dla partnera w relacji, przy czym w tym wypadku jest to relacja na poziomie całej ludzkości.

    Przykładów ekonomii wspólnoty możemy szukać jednak jeszcze bliżej – na rynku krwi. Na pytanie, dlaczego ludzie oddają krew, najczęściej pada odpowiedź, że w przyszłości oni albo ktoś z ich rodziny może tej krwi potrzebować. Nie mieści się to w logice instrumentalnej i indywidualistycznej racjonalności – gdybyśmy zachowywali się zgodnie z logiką dylematu więźnia, nikt nie oddawałby krwi. Co jednak ważniejsze, oddając krew ludzie nie zastrzegają, że mogą użyć jej wyłącznie oni lub ktoś z ich rodziny. Jeśli dana krew jest potrzebna, korzysta z niej inny mieszkaniec danej społeczności, albo nawet osoba spoza społeczności – dar nie zatrzymuje się zatem na poziomie rodziny, ale ostatecznie przeznaczony jest dla całej ludzkości (Bruni 2002).

    Jakie praktyczne wnioski wypływają z powyższych rozważań? Jan Paweł II zwracał uwagę na niebezpieczeństwa związane z przyjęciem wobec rynku postawy bałwochwalczej, niebiorącej pod uwagę istnienia dóbr, które ze swej natury nie mogą być zwykłymi towarami (CA: 40). Najlepszym przykładem takiego dobra dla młodego pokolenia Polaków jest mieszkanie. „Dach nad głową” nie jest zwykłym towarem – jego posiadanie jest warunkiem koniecznym do dalszego rozwoju osoby i realizacji przez nią pełni człowieczeństwa. Nie można zatem zostawiać tej części rynku firmom deweloperskim, które maksymalizują swój zysk kosztem osób. Alternatywą jest ekonomia wspólnoty – kluczem do rozwiązania problemu mieszkaniowego może być budowanie kapitału społecznego i zakładanie spółdzielni mieszkaniowych, liczących po kilkanaście rodzin. Realny koszt wybudowania jednego metra kwadratowego, w zależności od miasta, szacuje się na 2–3 tys. złotych. Zakładając, że piętnaście rodzin będzie musiało na okres jednego roku zatrudnić zarządcę, który będzie doglądał spraw administracyjnych oraz technicznych, trzeba wziąć też pod uwagę dodatkowy koszt w wysokości około 50 tysięcy (przy założeniu miesięcznego wynagrodzenie netto w wysokości 2,5 tysiąca złotych). Oznacza to dla każdej z rodzin jednorazowy koszt w wysokości około 3 tysięcy – w wypadku mieszkania o powierzchni 50 metrów daje to dodatkowo ok. 160 złotych za metr. Biorąc pod uwagę jeszcze inne koszty, które nie zostały uwzględnione w tej analizie, cena metra kwadratowego wyniosłaby około 3,5 tysiąca, podczas gdy rynkowe stawki w dużych miastach zaczynają się od 5 tysięcy. Wydaje się zatem, że to racjonalna propozycja. Niestety, bez kapitału społecznego jest ona nierealna. Czy pomyśleliśmy jednak kiedykolwiek o takim rozwiązaniu?

    Choć przeznaczanie przez przedsiębiorstwa ekonomii wspólnoty części zysku na promowanie kultury dawania (logiki daru) wydaje się mało racjonalne z indywidualistycznej perspektywy, to jednak jest ono niezbędne, by zmienić naszą świadomość, by uwolnić nasz zniewolony umysł. Kapitalizm jest w nas, ze wszystkimi jego wadami i antropologicznym błędem indywidualizmu. Papież był prorokiem naszych czasów, bo dostrzegał wyraźnie to zniewolenie i próbował nas przed nim ostrzec – szkoda, że my, katolicy, razem z liberałami, zamknęliśmy uszy na to przesłanie.


    Marcin Kędzierski

    *autor jest ekonomistą i członkiem zarządu Klubu Jagiellońskiego. Powyższy tekst ukazał się w 25. Tece magazynu "Pressje".
  • Kościół zawsze występował przeciwko niewolnictwu!!!
    Wykład ks. prof. Tkaczyka na temat niewolnictwa współczesnego od czasów Oświecenia po dziś dzień. Wolter był największym apologetą niewolnictwa w Oświeceniu a z jego dorobku myśli czerpią wszyscy wspólcześni kolonizatorzy i wyzyskiwacze.

    https://www.youtube.com/watch?v=4IPmVIUO_Nw
    NIEWOLNICTWO!!!


    Warto również śmiało stawiać pytanie DO KOGO NALEŻYSZ NIEWOLNIKU?
    http://ligaswiata.blogspot.com/2016/01/do-kogo-nalezysz-niewolniku.html?m=1


    Polecam również ten wykład, w którym red. Stanisław Michalkiewicz przypomina, iż papież jest nieomylny w sprawach wiary i obyczajów.
    Nie jest natomiast nieomylny w sprawach politycznych, walk o władzę, stronnictw, mafii lokalnych i globalnych, etc.

    Od 40 minuty zaczyna się mowa w tej kwestii znanego publicysty.
    https://www.youtube.com/watch?v=nDgaso2egdk

    Głupi Polacy - mówi Michalkiewicz - wybierali wrogów na swoich przywódców a potem żalą się na Icków, pomstują na Judeopolonię i oskarżają św. Jana Pawła II za to, że rzadził Kościołem a nie Polską.
    POLACY BROŃCIE SWOJEJ WŁASNOŚCI!!!



    Zatem papież nie jest nieomylny w sprawach demokracji, monarchii, dyktatury, itp. ani także w kwestiach sojuszy gospodarczych, politycznych, militarnych, etc.

    POLITYKA ZIEMSKA, NALEŻĄCA DO CIAŁA JEST ZADANIEM DLA ŚWIECKICH!!!

    Kościół zawsze nauczał, że KOŚCIÓŁ JEST DUSZĄ A PAŃSTWO CIAŁEM.
    "ciało należy do ducha a duch do Boga" św. Augustyn.

    "Panstwa, które nie będą kierować się sprawiedliwością prędzej czy później zmienią się w bandy rozbójników" św. Augustyn.

    Zadaniem Kościoła katolickiego jest walka z grzechem, gloszenie Ewangelii, szafowanie sakramentami, szerzenie cywilizacji miłości i braterstwa oraz organizowanie wspólnoty ludu liturgicznego własności Jahwe. Kościół prowadzili ludzkość ku Zbawieniu pozostawiając kwestie dobrobytu ludziom świeckim.

    Proszę więc nie mylić Kościoła katolickiego z bizantyjskim cezaropapizmem, lub z arianizmem, i innym turańskim sekciarstwem czerpiącym okruchy z nauk Chrystusa. Tym bardziej trzeba pamiętac, że Kościół katolicki poza dialogiem ekumenicznym nie ma nic wspólnego z protestantyzmem.
  • @
    Przeczytałem tekst z wypiekami, że ktoś za darmo poświęca swój czas dla Neonu.. a to kolejny opłacony i przedrukowany tekst, o którego treści nie ma z kim polemizować.. :((

    jeszcze trochę czasu minie, a Lis mówiący dużo i "mądrze" zacytowany przez blogera wyląduje na pudle.. ŻAL.PL


    IDĘ O ZAKŁAD, ŻE ADMIN PROMUJĄCY TEN TEKST NIE ZROZUMIAŁ, A OBSTAWIŁBYM, ŻE NIE PRZECZYTAŁ :(
  • @wk..ny 20:04:19
    za polemikę musi starczyć:

    " Piękna noc. Wielki detektyw ze swym wiernym przyjacielem wybrali się na pierwszy biwak w tym sezonie, na jego inaugurację – w poszukiwaniu wiosny. Pachniało przygodą... Zbudzeni nocnym chłodem zaczęli się wiercić. Pierwszy odezwał się konwersacyjnym tonem, który zwykle przybierał do rozmów o swoich zagadkach, Sherlock.

    - Spójrz w górę. Cóż widzisz i jakie z tego dedukujesz wnioski?
    - Piękna noc Sherlocku. Sądząc po gwiazdach, jutro będzie piękna pogoda - to elementarne, jak mnie uczyłeś.
    - W zasadzie masz rację, aczkolwiek nie do końca, drogi watsonie. Bardziej elementarne jest to, że ktoś nam ukradł namiot! - dodał wyraźnie poirytowany Sherlock, bowiem nie lubił chłodu. Do poziomu swych rozmówców już dawno przywykł."

    Rozwiniecie tematu, a w zasadzie wstęp..

    http://zezorro.blogspot.com/2016/03/ktos-ukrad-namiot-gdzie-sie-schowac.html

    Autorzy obaj opłacani, tylko, że jeden dostaje pieniądze za to, żeby napisał po linii odgórnie, a drugi dostaje pieniądze za pisanie nie po linii, oddolnie.. Jednemu płaci prezes, drugiemu czytelnik.. w sprawie dotarcia do prawdy, jest to elementarne Watsonie ;)
  • SPRAWIEDLIWOŚĆ
    SPRAWIEDLIWOŚĆ WG JANA PAWŁA II
    https://www.youtube.com/watch?v=qF8GftfZIMo
    MYŚL O SPRAWIEDLIWOŚCI ŚW. JANA PAWŁA II

    Sprawiedliwość wg papieża musi być rozpatrywana w kontekście osoby człowieka i relacji międzyludzkich.

    Sprawiedliwość wg JP2 daje pełne warunki do rozwoju człowieka.

    W sprawiedliwości znajdują się koncepcje etyczne zmierzające do uwolnienia ducha człowieka.

    Perspektywa sprawiedliwości mieści się w antropologii ukonkretnionej w relacjach z Panem Bogiem.

    Mamy obowiązek walczyć o sprawiedliwość oraz pamiętać o tym, że jest perspektywa sprawiedliwości wiecznej, którą ofiarowuje każdemu Chrystus Pan - brama życia i miłości.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

ULUBIENI AUTORZY

więcej