Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
442 posty 1480 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Odnowiciel Europy św. Bernard z Clairvaux

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Odnowiciel Europy św. Bernard z Clairvaux Doktor Miodopłynny

Odnowiciel Europy św. Bernard z Clairvaux Doktor Miodopłynny
 
 
Ciało moje jest wzięte z ziemi; stąd nasuwa mi myśli ziemskie i lubieżne. Świat podaje mi myśli próżne i ciekawe, a do myśli złych kusi szatan; pomocą mu zmysłowość ciała; szatan budzi w ciele popędy zakazane, wznieca walkę, nęci do opilstwa i rozpusty. - Zaczynamy się nawracać wtenczas, kiedy gardzimy tem, cośmy miłowali; kiedy zasmuca nas to, co radość nam sprawiało; kiedy ćwiczymy się mężnie w dobrem, a odpieramy złe skłonności. - W świecie wszędzie niebezpieczeństwa i sidła. Nie poczytuj za drobnostkę grzechu, który świadomie popełniasz. Patrz, jak wielkie rany zadaje grzech, skoro do zadośćuczynienia sprawiedliwości Bożej potrzeba było, aby Syn Boży stał się człowiekiem, cierpiał tak wiele i umarł najhaniebniejszą i najokrutniejszą śmiercią na krzyżu. - Zanim coś uczynisz, powinieneś się zawsze pytać: gdybyś teraz miał umierać, czybyś to uczynił? Ludzie powinni za życia nieraz zstępować do piekła, rozważając męki piekła, ażeby po śmierci tam nie potrzebowali zstępować. - Nic nie zapala nas tak silnie do miłości Jezusa jak rozważanie tego, co Jezus dla nas wycierpiał. Cokolwiek cierpię, niczem to w porównaniu do kary, na jaką grzechami swoimi zasłużyłem, niczem w porównaniu do pociechy, którą daje Bóg pokojem wewnętrznym tu na ziemi i oglądaniem Siebie w życiu wiecznem. Jako niema chwili, w której by człowiek nie doznawał i nie potrzebował zmiłowania Boskiego, tak nie powinno też być chwili, w którejbyśmy nie pamiętali o Jego obecności. Straszny to czas, w którym o Bogu nie myślałeś. Na każdem miejscu zwracaj myśli do Boga i do rzeczy zbawiennych, bo każde miejsce do rozważania jest odpowiednie.Św. Bernard z Clairvaux
 
 
1090 – 20 sierpnia 1153
Św. Bernard z Clairvaux


Działalność Bernarda, zwanego Miodopłynnymz powodu porywającej słodyczy swojej wymowy, przypada na wiek XII i zbiega się z czasem drugiej Wyprawy Krzyżowej. Ten cysterski mnich bywa nazywany niekoronowanym królem Europy, ponieważ z zacisza swego klasztoru rozciągał wpływ na życie religijne i polityczne ówczesnego chrześcijańskiego świata. Doradzał książętom, królom, biskupom i papieżom, godził zwaśnionych władców, porywał zastępy rycerstwa do walki z niewiernymi, zapalał niezliczone dusze do praktykowania cnót i wstępowania w ślady Zbawiciela.Sam jeden stanął na czele wielkiego ruchu odnowy w Kościele Powszechnym, przejmując pałeczkę od wsławionego w poprzednim wieku konwentu benedyktynów w Cluny – „Niknie sława kongregacji kluniackiej; pod wpływem blasku i bogactw, pod brzemieniem ułomności ludzkiej zamiera idealizm; miejsce kluniaków zajmuje święty Bernard jako reformator karności kościelnej, jako wzór cnót najczystszych i wyrocznia Kościoła– tak charakteryzował rolę Bernarda autor znakomitej Historii powszechnej Franz Joseph Holzwarth.
 
W czym tkwi fenomen owego francuskiego arystokraty, urodzonego w zamku Fontaine-lès-Dijon, który w młodziutkim wieku wzgardził dobrami świata i obrał żywot umartwiony? Odpowiedź, jaką odnajdujemy w pismach, listach i samym żywocie Świętego, jest zadziwiająco prosta – jest to miłość zbudowana na gruncie pokory. Miłość Boga aż do wzgardy świata i samego siebie – miłość zbawienia dusz aż do wzgardy wszelkich ziemskich względów – miłość chrześcijańskiego ideału, który odcisnął piętno na historii Wieków Średnich.Miłość sama przez się wystarcza” – mówi Bernard – „Poza sobą nie szuka dla siebie uzasadnienia ani korzyści. Jej korzyścią jest miłowanie. Miłuję dlatego, bo miłuję, miłuję po to, by miłować”.

Do jedynego istniejącego wówczas zgromadzenia cystersów wstąpił w wieku dwudziestu dwóch lat i choć sam mawiał, aby w życiu duchowym szukać samego Boga, a nie widocznych od razu owoców, to od pierwszych dni swojej duchownej drogi począł zbierać plon zadziwiający i straszliwy dla osób przywiązanych do ziemskich dóbr. Pociągnął bowiem za sobą ojca (matka już wtedy nie żyła), pięciu braci i trzydziestu innych mężczyzn. Kobiety ukrywały swoich synów, dziewczęta drżały o przyszłych mężów, gdy pojawił się gdzieś Bernard z kazaniem, porywając z miejsca na drogę doskonałości zakonnej. Zdarzyło się kiedyś, że złoczyńcę skazanego na śmierć wyrwał z rąk kata i zaprowadził prosto do klasztornej celi. Zgromadzenie cystersów posiadające w momencie wstąpienia Bernarda jeden klasztor w Citeaux, jeszcze za życia Doktora Miodopłynnego rozrosło się do stu sześćdziesięciu domów zakonnych.

U podstaw powodzenia tego niezwykłego męża leżała miłość Bogapołączona z bezwzględną walką ze słabościami własnej natury. Pokuty, jakie sobie zadawał dla spotęgowania sił duchowych, uczyniły z niego człowieka wyczerpanego już w kwiecie wieku. W roku 1118 zapadł na ciężką chorobę żołądka, a biskup Wilhelm z Champeaux zakazał mu stosowania dalszych umartwień.

Był wątłej postury, z wychudzoną twarzą, jak wspomina Gaufryd z Clairvaux: „Delikatną jego skórę na policzkach lekki rumieniec okrywał, jak gdyby tam zbiegł się wszystek ogień, jaki rozmyślanie i umartwienie pozostawiły jeszcze w jego ciele”. Kiedy jednak począł przemawiać, donośny głos rozbrzmiewał z jego piersi, a cała postać stawała się dziwnie potężna, mająca w sobie surowość proroka i powagę apostoła, a jednocześnie „taka słodycz wychodziła z ust jego, tyle zapału i życia było w jego słowach, że żadne pióro, choćby najbieglejsze, nie potrafi oddać ich łagodności i ciepła” – jak odnotowuje jeden ze świadków jego kazań. Właśnie to połączenie słodyczy i surowości stanowi specyfikę Bernarda, która fascynowała jego słuchaczy – „Miód i mleko spływały z języka Bernarda, choć prawo ogniste miał on na ustach swoich”.

Już po trzech latach żywota zakonniczego w Citeaux udało mu się otworzyć własny konwent, którego został opatem. Na siedzibę nowego domu cysterskiego Święty obrał dziką dolinę zwaną Vallis Absinthialis (Piołunową Doliną), położoną w Szampanii. Odkąd zamieszkało w niej światło ewangelicznego ideału nazwana została Jasną Doliną, czyli Clara Vallis – skąd wzięła się francuska nazwa Clairvaux. Miejsce to stało się prawdziwą oazą „świętego spokoju”, czyli duchowego pokoju uświęconego przez pracę i modlitwę. Holzwarth przytacza wspomnienie świadka atmosfery, jaka napełniała ową cysterską dolinę: „Pośród dnia panuje tu milczenie nocy, przerywane tylko uderzeniami toporów i śpiewem świątobliwych pracowników; widok to tak wzruszający, że niepodobna tu ani myśleć, ani rozmawiać o rzeczach błahych”. Stąd wyszła kolejna fala odnowy Kościoła, stąd czerpano wzór dla istniejących już i powstających wciąż zgromadzeń zakonnych.

Zaangażowanie ojca Bernarda nie ograniczało się wszakże do samych praktyk religijnych. Chociaż miłował on nade wszystko pracowite dni spędzane w zaciszu swego klasztoru – dla którego odmówił przyjęcia nominacji na arcybiskupa Mediolanu – był gotów wyruszyć choćby na koniec świata, jeśli usłyszał wzywający tam głos Boży. Tak było, gdy papież błogosławiony Eugeniusz III w roku 1146 polecił opatowi z Clairvaux zagrzewanie europejskiego rycerstwa do zbrojnej wyprawy dla oswobodzenia Ziemi Świętej. Wędrowny kaznodzieja pociągnął za sobą licznych wojowników z Francji i Niemiec, lecz niestety tym większy był żal tych narodów i samego herolda Krucjaty, gdy okazało się po dwóch latach, iż zakończyła się ona niepowodzeniem.
 
Interwencja świętego Bernarda przyczyniła się do zatwierdzenia reguły zasłużonego w tamtym okresie zakonu rycerskiego templariuszy, której autorstwo jest mu przypisywane. Rycerstwo chrześcijańskie wychwala on w traktacie De laude novae militiae, gdzie uzasadnia prawo do zbrojnej obrony Wiary, ludu chrześcijańskiego i miejsc świętych przed świętokradczym panowaniem islamu:Rycerze Chrystusa (…) mogą bez trwogi walczyć orężem w obronie Pana, nie lękając się grzechu, gdy zabiją wroga, ani potępienia, jeśli sami polegną. Czy dotknie ich śmierć, czy zadadzą ją innym, zawsze będzie to śmierć w imię Chrystusa; nie ma ona w sobie nic występnego, jest bardzo chwalebna. W jednym wypadku służy Chrystusowi; w drugim pozwala dotrzeć do samego Chrystusa, ten bowiem pozwala pomścić go zabijając wrogów i sam z tym większą ochotą niesie rycerzowi otuchę. Tak więc jak mówiłem, rycerz Chrystusa może zadawać śmierć bez obaw, a umierać z jeszcze większą pewnością, gdyż osobiście odnosi korzyść z własnej śmierci, a Chrystus ze śmierci, którą on zadaje. (…) A jednak nie należy zabijać pogan, o ile można znaleźć inny sposób na to, by nie prześladowali i nie uciskali wiernych” – i dodaje w odniesieniu do muzułmanów okupujących Jeruzalem: „Ale obecnie lepiej jest ich zabijać, niż dopuścić, by zagrożenie grzechem, stojące nad głowami sprawiedliwych, popychało sprawiedliwych do niesprawiedliwości”.

Różne światowe obowiązki odrywały Świętego do końca jego dni od upragnionego pokoju klarewalleńskiego klasztoru. W roku 1051 widzimy go, jak godzi spór króla Ludwika VII z biskupem Henrykiem z Beauvais i księciem Gotfrydem z Anjou, lecz już dwa lata później jego wyczerpany organizm począł odmawiać posłuszeństwa, zwiastując tym samym wytęsknioną wśród trudów ziemskiego bojowania chwilę wiecznego połączenia się Królem i Wodzem, dla którego zawsze pracował i walczył. Wtedy jeszcze pomimo obłożnej choroby wyrusza, aby zażegnać waśń między biskupem Metzu i panami ziemskimi. Powróciwszy do Clairvaux, zakończył tam żywot 20 sierpnia Roku Pańskiego 1053. Papież Aleksander III policzył go między świętych w roku 1174, zaś Pius VIII nadał mu w roku 1830 zaszczytny tytuł Doktora Kościoła.Sługa Boży Pius XII upamiętnił świętego Bernarda encykliką z roku 1953 zaczynającą się od słów Doctor Mellifluus (Doktor Miodopłynny).
 
W Polsce wspomnienie liturgiczne św. Bernarda z Clairvaux przypada na 20 sierpnia.
 
 
 
 
 
 
Michel Cazenave - Bernard de Clairvaux (Continents intérieurs)
 
PIUS XII - DOCTOR MELLIFLUUS –
O ŚWIĘTYM BERNARDZIE Z CLAIRVAUX

Do czcigodnych Braci Patriarchów, Prymasów, Arcybiskupów, Biskupów i innych Ordynariuszy, pozostających w pokoju i jedności ze Stolicą Apostolska w ósme stulecie najpobożniejszej śmierci św. Bernarda!
Czcigodni Bracia, pozdrowienie i apostolskie błogosławieństwo!

Doktor miodopłynny

Doktor miodopłynny, „ostatni z Ojców, lecz pierwszym z pewnością równy” (1) wyróżniał się takimi walorami umysłu i ducha, które Bóg ubogacił jeszcze darami niebieskimi, że przez swoją świętość, mądrość i wyjątkową roztropność rady w prowadzeniu spraw zdawał się wprost jakby panować nad zmiennymi i bardzo często burzliwymi kolejami swojej epoki. Dlatego wysławiali go nie tylko papieże i pisarze Kościoła katolickiego, ale często także i heretycy. Stąd też poprzednik Nasz, śp. Aleksander III, gdy ku wielkiej wszystkich radości zaliczał go w poczet Świętych, oddając mu cześć napisał: „Przywiedliśmy na pamięć Naszą święte i czcigodne życie tego błogosławionego męża: jak wsparty przywilejem szczególnej łaski, nie tylko sam w sobie rozbłysnął świętością i pobożnością, lecz także cały Kościół Boży opromienił światłem wiary i nauki. Owoc zaś, jaki słowem i przykładem w domu Pańskim wydał, znany jest dobrze w każdym niemal zakątku świętej christianitas; bo nawet do obcych barbarzyńskich ludów przekazał urządzenia świętej religii... a nieskończoną liczbę grzeszników... przywołał na powrót do prawego życia duchowego” (2). „Był to bowiem - jak pisze kard. Baroniusz - mąż prawdziwie apostolski, więcej, prawdziwy przysłany przez Boga Apostoł, potężny w czynie i w słowie, wszędzie i we wszystkim oświecający swój apostolat blaskiem znaków, jakie za nim szły, tak że w niczym niemal nie ustępował wielkim Apostołom... [i dlatego] godzi się go nazywać... zarówno ozdobą, jak i podporą całego Kościoła katolickiego” (3).

Osiemsetna rocznica śmierci św. Bernarda

Do tych najwyższych pochwał - do których można by dodać niezliczone niemal inne - kierujemy Naszą myśl dzisiaj, gdy mija ósmy już wiek, od kiedy Odnowiciel i Rozszerzyciel Świętego Zakonu Cystersów,pobożnie umierając odszedł do Nieba, porzuciwszy to śmiertelne życie, które przedtem opromienił tak wielkim światłem nauki i blaskiem świętości.Wyjątkowo bowiem potrzeba przypominania jego wspaniałych zasług, a także przedstawiania ich na piśmie, ażeby nie tylko członkowie jego zgromadzenia, ale również ci wszyscy, którzy do głębi smakują w tym, co prawdziwe, co piękne, co święte, mogli odczuć w tym zachętę do podążania śladem przepięknych przykładów jego cnoty.

Nauka św. Bernarda z Clairvaux

Całą niemal swoją naukę zaczerpnął św. Bernard z Pisma świętego i z dzieł Ojców - które czytał po całych dniach i nocach, w zachwycie je rozważając - nie zaś z wyszukanych rozumowań dialektyków i filozofów, które, jak nieraz można było sądzić, uważał za mniej istotne (4). Trzeba jednak podkreślić, że nie odrzucał on filozofii ludzkiej, jeśli była ona filozofią godną tego miana - prowadzącą do Boga, do prawego życia i do chrześcijańskiej mądrości; odrzucał raczej taką, która uprawiając bezpłodne pustosłowie i oparte na oszukańczych utarczkach słownych sztuczki, w swoim zadufaniu rości sobie prawo do wkraczania w sprawy Boże i do przenikania wszelkich Bożych tajemnic: tak że wręcz - co i w jego czasach często się zdarzało - narusza nieskazitelność wiary i w godny pożałowania sposób stacza się w herezję. „Widzisz... - pisze - jak [św. Paweł],owoc i pożytek wiedzy umieszcza w sposobie jej uprawiania(in modo sciendi constituit)? (5) Cóż zatem określa on jako modus sciendi. Co? Nic innego jak tylko to, byś wiedział: w jakim porządku, z jakiej pobudki, w jakim celu masz cokolwiek wiedzieć? W jakim porządku - by pierwszeństwo miało to, co bardziej służy zbawieniu; z jakiej pobudki -by z większym zapałem oddawać się temu, co silniej pobudza do miłości;w jakim celu - by [szukać wiedzy] nie dla jałowej sławy, ciekawości czy czegoś podobnego, a jedynie dla zbudowania siebie lub bliźniego. Są bowiem tacy, którzy chcą wiedzieć po to tylko, żeby wiedzieć - to wstrętna ciekawość. Są też tacy, którzy chcą wiedzieć po to, żeby o nich wiedziano - to wstrętna próżność... Są dalej i tacy, którzy chcą wiedzieć po to, żeby swoją wiedzę sprzedawać: na przykład za pieniądze czy zaszczyty - to wstrętne handlarstwo. Ale są i tacy, którzy chcą wiedzieć po to, by budować innych - to miłość.I wreszcie tacy, którzy chcą wiedzieć, by siebie budować- to roztropność” (6).
A naukę - czy lepiej, mądrość - za którą szedł i którą tak mocno ukochał, najtrafniej opisuje w ten sposób: Jest wszak Duch mądrości i rozumu, który jak pszczoła niosąca wosk i miód, daje wszystko: i to, dzięki czemu zapala światło wiedzy, i to, dzięki czemu udziela smaku łaski. I niech nie myśli, że otrzymał pocałunek [namaszczenie Ducha Świętego] ani ten, co prawdę pojmuje, a jej nie kocha, ani ten, co kocha, a nie pojmuje” (7). „Bo co by dawało wykształcenie bez miłości? Nadymałoby!... A co bez wykształcenia miłość?... Błądziłaby” (8). „Bo tylko świecić - jest rzeczą próżną; tylko ogrzewać - również; ogrzewać i świecić - to doskonałość!”(9). Skąd zaś bierze się prawdziwa i istotna wiedza i w jaki sposób ma się ona łączyć z miłością, wyjaśnia tak: „Bóg jest mądrością, chce więc, by Go kochać nie tylko ze słodyczą, ale i z mądrością...W przeciwnym razie - jeżeli zaniedbasz wiedzę - twoja gorliwość bardzo łatwo stanie się igraszką ducha błędu; nie ma zresztą wyrachowany wróg skuteczniejszej metody usuwania z serca miłości, jak ta - jeśli mu się to uda - że człowiek będzie się w miłości poruszał nieostrożnie i bez oparcia w rozumie (10).

Bóg celem badań i kontemplacji

Ze słów tych jasno wynika, że w badaniu i kontemplacji szukał Bernard jednego - tego, by inspirując się i kierując raczej miłością niż wyszukanymi ludzkimi konceptami, gromadzone zewsząd promienie prawdy odnosić do Prawdy Najwyższej, od Niej zyskując światło dla umysłów, ogień miłości dla dusz i prawe normy dla kształtowania obyczajów.To jest w istocie prawdziwa mądrość, która przekracza wszystko co ludzkie, i która każdą rzecz odnosi do jej źródła, to jest do Boga - po to, by do Niego zwracać ludzi. Nie stał się zatem Miodopłynny Doktor więźniem błyskotliwości własnego intelektu, ale uporczywym wysiłkiem wychodził poza niepewne i niebezpieczne pokrętności racjonalizującego umysłu, nie wspierał się na wystudiowanych sylogizmach, których dialektycy jego czasów nierzadko nadużywali, ale jak orzeł z oczyma utkwionymi w słońce, potężnym wzlotem przebijał się ku szczytowi prawdy.Miłość (caritas) bowiem, która nim kierowała, nie zna barier i jakby skrzydeł dodaje umysłom. Dla niej nauka nie jest celem ostatecznym, jest raczej drogą, która wiedzie do Boga; nie jest taka nauka jakąś rzeczywistością zamrożoną, w której duch tkwi bezpłodnie, jakby sam ze sobą się bawiąc, otumaniony pulsowaniem zmieniających się świateł. Przeciwnie, jest ona w ruchu, jest przynaglana, jest kierowana - przez ukochanie.Taką właśnie mądrością wsparty, wstąpił Bernard - drogą rozważania, kontemplacji i ukochania - na szczyty mistyki i z samym złączył się Bogiem, już w tym śmiertelnym życiu niemal nieskończonym rozkoszując się szczęściem.

Wartość pism św. Bernarda

Nawet jego sposób pisania - żywy, kwiecisty, płynny, wyróżniający się światłem głębokich myśli - przesycony jest taką słodyczą i miękkością, że zjednuje serca czytelników, rozsmakowuje je i kieruje ku rzeczom wyższym; że rodzi, karmi i umacnia pobożność; że wreszcie przymusza ducha do poszukiwania dóbr, które nie są przemijające, płynne, ale prawdziwe, ale pewne - dóbr, które będą trwać wiecznie. Z tego to powodu jego pisma zawsze były wysoko cenione; niemało też z jego stronic, przesyconych zapachem nieba i tchnących płomienną pobożnością, Kościół nawet wprowadził do świętej liturgii” (11). Poczęte bowiem z ducha pisarza złaknionego prawdy i miłości, pisarza pragnącego też innych prawdą i miłością wykarmić i na ten obraz przetworzyć, wydają się one jakby uskrzydlone tchnieniem Ducha Świętego, połyskujące jakby blaskiem Światła, które mimo upływu wieków nigdy nie może zgasnąć (12).

Najpiękniejsze wypowiedzi św. Bernarda

Wypada, Czcigodni Bracia, dla wspólnego pożytku przytoczyć z jego dzieł kilka najpiękniejszych wypowiedzi, odnoszących się właśnie do zagadnień mistyki:Uczyliśmy; że każda dusza- nawet obciążona grzechami, usidlona przez występki, spętana przez pokusy, schwytana przez świat zewnętrzny, uwięziona przez ciało... nawet, mówię, tak skarana i pogrążona w rozpaczy; uczyliśmy, że jednak jest w stanie powrócić do siebie, dzięki czemu będzie mogła nie tylko odetchnąć na nowo nadzieją zmiłowania, nadzieją miłosierdzia - będzie też mogła ośmielić się zabiegać o zaślubienie Słowa, będzie mogła bez obaw wejść w przymierze zespolenia z Bogiem, będzie mogła bez lęku ciągnąć u boku Króla Aniołów słodkie jarzmo miłości. Bo czy w Tym, którego wspaniały obraz widzi się w sobie, o świetnym podobieństwie, do którego się wie, jest coś, co nie budziłoby spokojnej śmiałości?” (13). „Takie upodobnienie małżeńskim węzłem wiąże duszę ze Słowem, bo jest już ona do Niego podobna przez naturę, a teraz okazuje się tak samo podobna przez wolę, skoro kocha tak, jak sama jest ukochana. Jeżeli zatem ukochała doskonale, to stała się małżonką! Co może dać większą radość niż takie upodobnienie? Czegóż można pragnąć bardziej niż takiej miłości, która sprawia, że nie znajdując zaspokojenia w ludzkim nauczaniu, na ślepo, z ufnością przybiegasz, duszo, do Słowa, mocno do Słowa się tulisz, czule się z Słowem zapoznajesz i o wszystko Je pytasz - ile zdolna pojąć, tyle śmiała pożądać? Przecież to naprawdę duchowy i święty związek małżeński! Mało, mówię, związek - to zespolenie. Rzeczywiste zespolenie, w którym chcenie tego samego i tego samego niechcenie czyni z dwojga jednego ducha. I nie trzeba się lękać, że nierówność osób zakłóci w jakiś sposób zbieżność tych woli - przecież miłość nie wie, co to wzajemny lęk. Od miłowania wszak miłość- nie od okazywania sobie honorów - bierze nazwę... Miłość sama siebie przepełnia, miłość, gdziekolwiek nie przyjdzie, przekłada na siebie i bierze w niewolę wszystkie pozostałe uczucia. Dlatego ten kto kocha, kocha i czego innego nie zna” (14).
Podkreśliwszy, że Bóg chce być raczej przez ludzi kochany niż budzić w nich lęk, czy odbierać od nich cześć, trafnie i mądrze dodaje:Ta miłość sama przez się wystarcza; sama przez się i przez wzgląd na siebie budzi upodobanie. Sama zasługą, sama jest sobie nagrodą. Miłość poza sobą samą nie szuka przyczyny, nie szuka owocu!... Jej owoc to jej używanie!Kocham, bo kocham; kocham, by kochać! Wielką rzeczą jest miłość, pod warunkiem jednak, że biegnie na powrót do swojej zasady, że wróciwszy do swego początku, że wpłynąwszy z powrotem do swego źródła, wciąż wzbiera stamtąd, skąd nieustannie ma płynąć! Miłość jest jedyną rzeczą ze wszystkich poruszeń, zmysłów i uczuć duszy, w którym stworzenie może - choć nierównomiernie - odpowiedzieć Stwórcy czy w podobny sposób Mu się odwzajemnić” (15).
Doświadczając po wielekroć w kontemplacji i na modlitwie tej Boskiej miłości, poprzez którą możemy najściślej połączyć się z Bogiem, wybuchał Bernard z głębi duszy nie- wstrzymanym krzykiem: „Szczęśliwa dusza, która zasłużyła, by zawczasu doznać takiej słodyczy błogosławionego stanu!Szczęśliwa, której dane zostało doświadczyć tak szczęsnego zespolenia.To zespolenie to nic innego tylko miłość święta i czysta, słodka i łagodna; miłość tak pełna pogody, jak pełna naturalności, miłość obopólna, intymna i mocna, która nie w jednym ciele, ale w jednym całkowicie duchu łączy dwoje i dwoje czyni nie dwojgiem już, ale jednym, wedle słów Pawła (16): «Kto łączy się z Bogiem, jednym duchem jest»” (17).

Nauka mistyczna Doktora Klarewaleńskiego

Ta górna nauka mistyczna Doktora Klarewaleńskiego, która wszystkie ludzkie pragnienia przewyższa i wszystkie je może wypełnić, wydaje się w naszej epoce nieraz albo zaniedbywana i odsuwana na dalszy plan, albo też przez wielu zapomniana. Ci ostatni bowiem, rozrywani przez codzienne troski i zajęcia zawodowe, nie szukają i nie pragną niczego poza tym, co da się wykorzystać i przyniesie pożytki w tym śmiertelnym życiu; prawie nigdy natomiast nie wznoszą umysłu ku Niebu, prawie nigdy nie dążą do tego, co w górze, do dóbr, które nie przeminą.
A przecież, jeśli nawet nie wszyscy mogą sięgnąć szczytu tej Boskiej kontemplacji, o której w tak wzniosłych zdaniach i tak wzniosłymi słowy mówił Bernard; jeśli nawet nie wszyscy są w stanie połączyć się z Bogiem tak intymnie, by odczuć, że w jakiś tajemny sposób zostali zespoleni z Najwyższym Dobrem więzami niebieskiego małżeństwa -to jednak wszyscy mogą i powinni niezmiennie wznosić swojego ducha od tych tutaj spraw ziemskich ku niebieskim i z jak największym zaangażowaniem woli mogą i powinni zakochiwać się w Najwyższym Dawcy wszelkich darów.

Ponadczasowość myśli św. Bernarda

Z tego właśnie powodu sądzimy, że - skoro dziś w duszach większości ludzi miłość względem Boga albo stopniowo wygasa, albo nierzadko już całkowicie została stłumiona - te właśnie pisma Doktora Miodopłynnego należy z najwyższą uwagą rozpamiętywać; z zawartych w nich bowiem myśli - płynących zresztą z Ewangelii - zarówno w życie prywatne poszczególnych ludzi, jak i w publiczne życie społeczeństw wstąpić może nowa, z nieba płynąca siła, która pokieruje obyczajami członków wspólnot politycznych i przetworzy je zgodnie z chrześcijańskimi nakazami; może też ona dostarczyć właściwych środków zaradczych wobec tylu i tak wielkich przejawów zła, jakie sieją zamęt i konflikty w społeczeństwie.Gdy bowiem ludzie nie kochają w sposób właściwy swego Stwórcy,z którego bierze początek wszystko, cokolwiek mają, nie mogą też kochać się sami między sobą: więcej nawet - co częściej się zdarza-we wzajemnej niechęci i rywalizacji dzielą się między sobą i z zawziętością zwracają się jeden przeciwko drugiemu. A przecież Bóg jest najukochańszym Ojcem nas wszystkich, my zaś jesteśmy braćmi w Chrystusie: braćmi, których On przez wylanie swojej świętej Krwi odkupił. Za każdym więc razem kiedy Bogu, który nas kocha, nie odwzajemniamy miłości i nie uznajemy pokornie Jego Boskiego Ojcostwa, także i więzy miłości braterskiej ulegają żałosnemu rozdarciu, a w ich miejsce - jak to niestety z bólem trzeba nieraz oglądać - wybuchają nieszczęsne niezgody, spory i nieprzyjaźnie, które naprawdę mogą w końcu podminować i wywrócić podstawy ludzkiej wspólnoty.
Jeżeli zatem chcemy, by wszędzie na nowo rozkwitły chrześcijańskie obyczaje, by religia katolicka mogła owocnie wypełnić nałożoną na siebie powinność, by wreszcie, po uśmierzeniu sporów i ułożeniu wszystkich spraw w sprawiedliwości i harmonii, umęczonemu i zalęknionemu rodzajowi ludzkiemu zabłysnął pełen pogody pokój - to duszom wszystkich ludzi musi zostać przywrócona ta Boska miłość, którą tak gwałtownie rozpalił się Doktor Klarewaleński.

Boska miłość

Tą miłością - którą zawsze i za wszelką cenę musimy być złączeni z Bogiem - niechaj płoną przede wszystkim członkowie zgromadzenia Doktora Miodopłynnego, a także wszyscy duchowni, którzy mają szczególny obowiązek zachęcania i pobudzania innych do rozpalania na nowo Bożej miłości. Tej właśnie Bożej miłości - jak już powiedzieliśmy - w naszych czasach, jak w żadnych innych potrzeba członkom wspólnot politycznych, potrzeba rodzinom, potrzeba całej społeczności ludzkiej. Gdy bowiem ona płonie i gna dusze ku Bogu, Najwyższemu Celowi śmiertelnych, kwitną też pozostałe cnoty; w przeciwnym razie - gdy ona jest zarzucona czy wygasła - spokojność, pokój, radość i wszelkie inne dobra godne tego imienia, zostają zarzucone lub całkowicie stłumione, one bowiem wypływają od Tego, który Jest miłością” (1 J 4, 8).
O tej Bożej miłości nikt może nie mówił tak wspaniale, tak wzniośle, tak gorąco, jak Bernard. „Przyczynę kochania Boga - mówił - jest Bóg; miarą: kochać bez miary” (18). „Tam zaś, gdzie jest miłość, nie ma trudu, ale smak” (19). Sam tego najwyraźniej doświadczył, skoro pisał: „O miłości święta i czysta! O rozkoszne i słodkie uczucie... tym bardziej rozkoszne i słodkie, że wszystko, co się odczuwa, jest całkowicie Boże. Doznawać tego, to być przebóstwianym” (20). I w innym miejscu: „Lepiej mi, Panie, w cierpieniu trwać w Twoich objęciach, w piecu ognistym mieć Ciebie ze sobą, niźli bez Ciebie być choćby i w niebie” (21).

Spokój duszy prawdziwym życiem

A kiedy dosięga najwyższej i doskonałej miłości, która zespala go intymnym małżeństwem z samym Bogiem,przeżywa taką radość, taki pokój, że nic nie może być od nich większego: „O miejsce prawdziwego odpoczynku... w którym widzi się Boga nie jakby wzburzonego gniewem czy pochłoniętego troską; ale doświadcza się w Nim Jego woli dobrej, przyjemnej i doskonałej(22). Ta wizja nie trwoży, ale pieści; nie wzbudza niespokojnej ciekawości, ale wycisza; nie męczy zmysłów, ale uspokaja. Tu naprawdę doznaje się odpoczynku. Spokojny Bóg uspokaja wszystko; zaś ujrzeć Odpoczywającego staje się odpoczynkiem” (23).
Jednakże ten doskonały spokój nie jest śmiercią duszy, ale prawdziwym życiem. „Bardziej... tego rodzaju sen, pełen życia i czujny, oświeca zmyśl wewnętrzny, a odegnawszy śmierć, udziela życia wiecznego. Naprawdę bowiem jest on zaśnięciem, takim jednak, które nie usypia zmysłu, ale go wywodzi. Śmiercią jest także - co powiedziałbym bez wątpienia - skoro Apostoł pouczając ludzi, którzy wciąż jeszcze żyli wówczas w ciele, mówi: ...Umarliście bowiem i życie wasze ukryte jest z Chrystusem w Bogu” (24).
Ten doskonały spokój duszy - którego zaznajemy wówczas, gdy kochającemu Bogu odpowiadamy miłością, i w którym nas samych i wszystko, co nasze zwracamy ku Niemu i ku Niemu kierujemy - rodzi w nas nie gnuśność, nie lenistwo, nie nieudolność, ale ochoczą, sprawną, rzutką gorliwość; gorliwość, w której, pod wpływem łaski Bożej, rzeczywiście zabiegamy o zapewnienie zbawienia zarówno sobie, jak i innym ludziom. Wzniosła bowiem tego rodzaju kontemplacja i medytacja - dokonująca się i pobudzana przez Bożą miłość - „rządzi uczuciami, ukierunkowuje czyny, koryguje przerosty, wprowadza ład w obyczaje, czyni życie uczciwym i uporządkowanym, na koniec zaś przynosi wiedzę o sprawach zarówno Bożych, jak ludzkich. To ona, co pomieszane porządkuje, łączy rozdarte, gromadzi rozproszone, wydobywa ukryte, wyszukuje prawdziwe, sprawdza prawdopodobne, demaskuje zmyślone i fałszywe. To ona z góry wskazuje, co należy zrobić, a co zrobione ponownie przemyśla, tak by w umyśle nie pozostawało nic niepoprawnego czy wymagającego poprawy. To ona pośród powodzenia zawczasu wyczuwa przeciwności, a w przeciwnościach jakby nie czuje niczego; przez co w tych daje siłę, w tamtych zaś roztropność” (25).

Działalność Doktora Klarewaleńskiego

I rzeczywiście, jakkolwiek wśród tych tak wzniosłych i pełnych słodyczy rozważań i kontemplacji bardzo gorąco, za Bożym natchnieniem, pragnął Klarewaleński Doktor oderwania, to przecież w ścianach swojej celi - co „continuata dulcescit” (26) - się nie zamykał, ale wszędzie tam, gdzie toczyły się sprawy Kościoła Bożego, był jak najrychlej obecny - radą, głosem i czynem. Stwierdzał bowiem stanowczo, że nie „każdy sobie powinien żyć, ale każdy dla wszystkich” (27). Poza tym o sobie i swoich braciach pisał: „Tak też i braciom naszym, pośród których żyjemy, na zasadzie samego prawa braterstwa i ludzkiej społeczności, winni jesteśmy radę i pomoc” (28). A kiedy ze smutkiem w duszy patrzył na to, jak najświętsza religia wystawiana była na niebezpieczeństwo czy znękana zamętem, nie szczędził żadnych trudów, żadnych podróży, żadnych zabiegów, by jej zdecydowanie bronić i w miarę możności wspomagać. Radnych spraw... które by mogły dotyczyć Boga- mówi - nie uważam za nie moje” (29). Do króla zaś Franków Ludwika tak ostro pisał:My, synowie Kościoła, nie możemy przemilczać krzywd, pogardy i złego traktowania, jakie spotykają Matkę... Zaprawdę staniemy i będziemy za naszą Matkę walczyć, jeśli będzie trzeba, aż do śmierci - a bronią właściwą, nie tarczami i mieczami, lecz modlitwami i łzami zanoszonymi do Boga” (30). Z kolei do Piotra, opata kluniackiego, pisał: „I chlubię się w utrapieniach, jeśli za ich sprawą zostaję uznany godnym, by cierpieć za Kościół. To moja prawdziwa chwała i moje wzniesione czoło - tryumf Kościoła. Bo jeśliśmy byli towarzyszami trudu, będziemy też i pociechy. Trzeba było współpracować i współcierpieć z Matką” (31).

Godzenie sporów. Wyprawy krzyżowe

Kiedy zaś Mistyczne Ciało Chrystusa doznawało zamętu schizmy, w którym nawet dobrzy tracili ducha, on cały był w godzeniu sporów i w błogosławionym jednaniu dusz. Kiedy władcy, powodowani żądzą ziemskiego panowania, dzielili się między sobą pośród strasznych waśni, z których mogły powstać wielkie szkody dla ludów, on właśnie okazał się negocjatorem pokoju i wzajemnej zgody.
Kiedy wreszcie święte miejsca Palestyny, które Boski Odkupiciel uświęcił swoją Krwią, znajdowały się w najwyższym niebezpieczeństwie i doznawały okrutnego ucisku ze strony obcych wojsk, wówczas on, z mandatu Najwyższego Pasterza, wzniosłymi słowy i wznioślejszą od nich miłością, pobudził władców i ludy chrześcijańskie do nowej wyprawy krzyżowej; przy czym winy za to, że nie zakończyła się ona szczęśliwie, bez wątpienia nie należy przypisywać jemu.

Obalanie błędów

Kiedy zaś nieskazitelność katolickiej wiary i obyczajów, przekazana przez przodków w świętym jakby dziedzictwie, wystawiona została na niebezpieczeństwo uszczerbku za sprawą dzieł szczególnie Abelarda, Arnolda z Brescii i Gilberta Poretano, wówczas on, zarówno publikując pełne najwyższej mądrości pisma, jak też odbywając uciążliwe podróże, dołożył starań, by zrobić wszystko, na co mu tylko wsparcie łaski Bożej pozwoliło, ażeby błędy zostały obalone i potępione, a błądzący uzyskali możliwość powrotu na dobrą drogę i do owocnego życia.

Autorytet papieża

Ponieważ zaś doskonale wiedział, iż w sprawie tej kompetentna jest nie tyle mądrośćuczonych, co w sposób szczególny autorytet Biskupa Rzymu, zabiegał o zaangażowanie w nią tego właśnie autorytetu, który w rozstrzyganiu podobnych kwestii uznawał za najwyższy i w żaden sposób nieomylny. O przekonaniu tym świadczą słowa, jakie kierował do Naszego poprzednika, błogosławionej pamięci Eugeniusza III, który był niegdyś jego uczniem; czuje się w nich miłość i ogromny względem niego szacunek, połączone z tą wolnością ducha, która jest ozdobą świętych: „Miłość nie zna pana, nawet wśród infuł rozpoznaje syna... Będę cię więc napominał nie jako nauczyciel, ale jak matka; po prostu jak ktoś, kto kocha” (32). Potem zaś zwraca się do niego w sposób bardziej stanowczy: „Kim jesteś? Wielkim Kapłanem, Najwyższym Pasterzem... Jesteś Księciem Biskupów, dziedzicem Apostołów... z władzy - Piotrem, z namaszczenia - Chrystusem. Ty jesteś tym, któremu przekazane zostały klucze, któremu powierzone zostały owce. Są wprawdzie inni zarówno odźwierni Nieba, jak i pasterze trzód; ale ty jesteś otoczony chwałą większą o tyle, że i jedno, i drugie imię otrzymałeś w dziedzictwo inaczej niż pozostali. Tamci mają przypisane sobie trzody, każdy swoją: tobie powierzono całość; jednemu jedna. Ty jesteś jednym pasterzem wszystkich: nie tylko owiec, ale i pasterzy”(33). I dalej: „Poza obręb świata musiałby wyjść ten, kto by chciał znaleźć coś, co twojej nie podlega pieczy” (34).

Nieomylne magisterium Biskupa Rzymu


Uznaje przy tym w sposób wyraźny i jasny nieomylne magisterium Biskupa Rzymu w sprawach wiary i obyczajów. Gdy bowiem zwraca uwagę na błędy Abelarda - który ,gdy mówi o Trójcy Świętej trąci Ariuszem; gdy o łasce - Pelagiuszem; gdy o Chrystusie - Nestoriuszem...”(35); „który... tworzy w Trójcy stopnie, w majestacie - aspekty, liczby - w wieczności” (36); i u którego „umysł ludzki uzurpuje sobie wszystko, wierze nie zostawiając nic” (37) - to nie tylko roztrząsa, obala i odrzuca jego wyrafinowane, pogmatwane a zwodnicze chwyty i sofizmaty, ale oprócz tego w najpoważniejszej tego rodzaju sprawie pisze do Naszego poprzednika, nieśmiertelnej pamięci Innocentego II:Do Waszego apostolatu należy odwracać wszelkie niebezpieczeństwa... zwłaszcza zaś te, które dotyczą wiary. Uważam bowiem, że szkody, jakie ponosi wiara, najwłaściwiej jest usuwać tam, gdzie wiara uszczerbku doznać nie może.To zaś jest przywilejem Stolicy... Czas, byście Najukochańszy Ojcze, to wasze przewodnictwo uznali... W tym właśnie wypełniacie zadanie Piotra, którego też Stolicę dzierżycie, jeśli swoim napomnieniem umacniacie serca chwiejące się w wierze, jeśli swoją powagą ścieracie w proch tych, co psują wiarę...” (38).

Miłość Boga i bliźnich

Skąd zaś ten pokorny mnich, który nie dysponował niemal żadnymi środkami ludzkimi, mógł czerpać siłę, którą pokonywał nawet największe trudności, rozwiązywał najbardziej zawiłe kwestie i rozstrzygał najtrudniejsze spory, zrozumieć można tylko wtedy, gdy się rozważy tę wzniosłą świętość życia, jaką promieniował, połączoną z ogromnym pragnieniem prawdy.W szczególności płonął on, jak to wyżej powiedzieliśmy, najgorętszą miłością względem Boga, względem bliźnich; miłością która wszak, jak wiecie, Czcigodni Bracia, jest nakazem z całej Ewangelii najważniejszym i jakby wszystko streszczającym; a to dlatego, że nie tylko mistyczną i wieczną więzią zespala z Ojcem Niebieskim, ale także nie szuka niczego innego, jak tylko tego, by zyskiwać ludzi dla Chrystusa,troszczyć się o najświętsze prawa Kościoła i ochotnym sercem bronić nieskazitelności wiary katolickiej.

Pokora św. Bernarda

Mimo więc, że cieszył się Bernard tak wielką łaską oraz szacunkiem papieży, władców i ludów, nie wynosił się, nie zabiegał o płynną, jałową chwałę ludzką, lecz nieustannie świecił tą chrześcijańską pokorą, która „otrzymuje inne cnoty... otrzymanych strzeże... ustrzeżone wypełnia...”(39), tak „że poza nią... wydają się one nawet nie być cnotami” (40). Z tego to powodu „nie wzburzyła jego duszy cześć mu okazywana, ani się nie poruszyła stopa jego, by się skłonić ku chwale; przyjemności też nie znajdował więcej w tiarze i pierścieniu niźli w motyce i gracy” (41). Kiedy zaś tyle tak wielkich trudów zniósł na chwałę Boga i dla rozszerzenia chrześcijańskiego imienia, jawnie oświadczył, że jest „sługą nieużytecznym Bożych sług” (42), „nędznym robakiem” (43), „drzewem jałowym” (44), „grzesznikiem, prochem” (45). Pokarmem zaś tej chrześcijańskiej pokory, a także pozostałych cnót, była nieustanna kontemplacja rzeczy niebieskich; były nim wznoszone do Boga rozognione modlitwy, przez które zyskiwał łaskę niebieską dla siebie, a także dla przedsięwzięć i prac, jakie podejmował.

Miłość do Jezusa Chrystusa

Szczególnie względem Jezusa Chrystusa, Boskiego Odkupiciela, płonął miłością tak żarliwą, że pod jej wpływem i przez nią naglony, zapisał najpiękniejsze, wzniosłe stronice, które dziś jeszcze u wszystkich wywołują podziw i rozpalają pobożność każdego, kto je czyta. „Cóż innego tak syci myślący umysł? Co... umacnia cnoty, ożywia dobre i uczciwe obyczaje, co sprzyja czystym uczuciom? Suchy jest wszelki pokarm duszy, jeśli nie jest polany tym olejem; jest mdły, jeśli nie jest zaprawiony tą solą. Gdy coś napiszesz, nie do smaku mi to, jeśli nie wyczytam tam Jezusa.Gdy rozmawiasz lub dyskutujesz, nie do smaku mi to, jeżeli nie brzmi tam Jezus. Jezus to miód w ustach, w uszach melodia, w sercu radość. Ale i lekarstwo. Smuci się kto między wami?(por. Jk 5, 13).Niech przyjdzie do serca Jezus, a stamtąd wytryśnie na usta; i oto gdy wzejdzie to Imię - światło, wszystkie chmury się rozpraszają, wraca pogoda.Popada kto w zbrodnię? Gorzej, pędzi w rozpaczy w sidła śmierci? Czy jeśli wezwie Imienia Życia, nie odetchnie natychmiast życiem?... Komu, kto drżał i szamotał się wśród niebezpieczeństw, Imię to, zawezwane, nie przywróciło natychmiast ufności, od kogo nie przegnało strachu?... Nic nie powściąga tak skutecznie ataku gniewu, nie wytłumia naporu pychy, nie leczy rany zazdrości...” (46).

Miłość do Najświętszej Maryi Panny

Z tą żarliwą miłością do Chrystusa łączyła się najbardziej tkliwa i pełna słodyczy pobożność względem Jego wzniosłej Rodzicielki, której jako najbardziej kochającej Matce odwzajemniał się miłością i względem której żywił przeogromną cześć. W Jej najmożniejszej opiece pokładał tak wielką ufność, że nie wahał się pisać: „Bóg nie chce, byśmy posiadali cokolwiek, co by nie przeszło przez ręce Maryi...”(47). Jak również: „Taka jest wola Jego, który zapragnął, byśmy wszystko mieli przez Maryję...”(48).
I dobrze będzie, Czcigodni Bracia, poddać tu wszystkim do rozważania słowa, które uchodzą za najpiękniejsze być może z pochwał poświęconych Boskiej Dziewicy, za najbardziej żywe, najlepiej pobudzające naszą do Niej miłość i najwięcej dające pożytku w ożywianiu pobożności i naśladowaniu przykładów Jej cnót: „Nazywana jest Gwiazdą Morza i bardzo dobrze to do Matki Dziewicy pasuje.Ona bowiem najtrafniej może być przyrównana do świecącego ciała niebieskiego - jako że tak jak ono wysyła promień, samo przy tym nie ulegając zepsuciu, tak i Dziewica zrodziła Syna bez skażenia siebie. Podobnie też promień ciała niebieskiego nie umniejsza swojej jasności, tak jak Syn Dziewicy nie umniejsza swojej nieskazitelności. Ona jest zatem tą szlachetną Gwiazdą wzeszła z Jakuba, której promień oświeca cały świat, której blask rozbłyska zarówno w niebiosach, jak i w otchłaniach... Ona, mówię, jest przeczystą i wyjątkową Gwiazdą, umieszczoną nad tym ogromnym i bezkresnym morzem, pulsującą światłem zasług, oświecającą przykładami. O, ty, ktokolwiek pojmujesz, że w odmęcie doczesności miotasz się raczej pośród burz i słot, niż przechadzasz się po ziemi - nie odwracaj oczu od blasku tej Gwiazdy, jeżeli nie chcesz zginąć pod nawałem burz. Jeśli zerwą się wichry pokus, jeśli wpadniesz na skały udręk - trzymaj się Gwiazdy, wzywaj Maryję!Jeśli będą tobą rzucać fale pychy, fale próżności, fale zawiści, fale zazdrości - trzymaj się Gwiazdy, wołaj Maryi! Jeśliby złość albo chciwość, albo podniety ciała wstrząsnęły statkiem umysłu - zwróć się do Maryi! Jeśli wstrząśnięty zdziczeniem zbrodni, zmieszany skalaniem sumienia, przerażony okropnością Sądu - zaczynasz być wciągany przez odmęt smutku, przez otchłań rozpaczy - myśl o Maryi! W niebezpieczeństwach, w przeciwnościach, pośród zwątpienia - o Maryi myśl, Maryję przywołuj. Niech Ona nie ustępuje z twoich ust, niech nie ustępuje z serca; żebyś zaś mógł dostąpić pomocy Jej modlitwy, nie trać z oczu wzoru modlitewnego obcowania, jaki Ona stanowi. Za Nią zdążając, nie schodzisz z kursu; do Niej się uciekając, nie pogrążasz się w rozpaczy, o Niej myśląc - nie błądzisz. Kiedy Ona cię trzyma, nie lecisz w dół; kiedy Ona osłania, nie ma w tobie strachu, kiedy prowadzi, nie ulegasz zmęczeniu...”(49).

Wzbudzanie miłości do Bożej Rodzicielki

I wydaje Nam się, że nie możemy lepiej zamknąć tej encykliki, jak słowami Doktora Miodopłynnegowzywając wszystkich, ażeby codziennie z ogromną żarliwością wzbudzali w sobie pobożną miłość do łaskawej Bożej Rodzicielki, a takżeby usilnie naśladowali Jej wspaniałe cnoty - każdy we właściwy mu sposób, stosownie do warunków swojego własnego życia. Jeżeli na przełomie XII stulecia ciążyły nad Kościołem i nad społecznością ludzką groźne niebezpieczeństwa, to i na nasze czasy nie mniej z pewnością dramatyczne przypadły chwile. Wiara katolicka, z której płyną dla ludzi pierwszorzędne środki ratunku, nierzadko w duszach stygnie, czy też - jak to ma miejsce na wielu obszarach i wśród wielu ludów - jest oficjalnie jak najsurowiej zwalczana. Gdy zaś religia chrześcijańska albo jest lekceważona, albo brutalnie obalana, to z bólem patrzeć trzeba, jak prywatna i publiczna moralność błądzi z dala od prawej drogi, a niekiedy też w pokrętności swych błędów stacza się w sposób pożałowania godny na poziom występku.
W miejsce miłości, która jest więzią doskonałości, zgody i pokoju, podstawia się wzajemne niechęci, konkurencje, niezgody.
Coś niespokojnego, lękliwego i rozbieganego opanowuje dusze ludzi; trzeba się bardzo obawiać, czy - skoro światło Ewangelii będzie w umysłach wielu stopniowo odsuwane i wygaszane albo, co jeszcze gorsze, wręcz przez nich samych odrzucane - nie runą same podstawy wspólnoty politycznej i rodzinnej; i czy nie nadejdą czasy jeszcze gorsze i bardziej nieszczęsne.

Przykład św. Bernarda

Jak zatem Doktor Klarewaleński w burzliwej swojej epoce błagał o pomoc Dziewicę Maryję i pomoc otrzymał, tak my wszyscy z tą samą niezmierzoną miłością i kornością, uciekajmy się do naszej Bożej Matki, aby na te ciężkie zła, które już na nas spadają, lub które dopiero grożą, wyjednała od Boga właściwe środki zaradcze; niechaj też, z Bożą pomocą, sprawi Ona, by Kościołowi, ludom i narodom zabłysnął wreszcie kiedyś błogosławiony i najtrwalszy, bo szczery, mocno ugruntowany i owocny pokój.
Takie niechaj będą obfite i zbawienne owoce, które za wstawiennictwem Bernarda oby wydały rocznicowe obchody jego najpobożniejszej śmierci. O to niechaj wszyscy wraz z Nami pokornie błagają, a wpatrując się w przykłady pozostawione przez Miodopłynnego Doktora i rozważając je, niech zarazem usilnie i żarliwie starają się wstępować w tak święte jego ślady.

Błogosławieństwo

Do tych zbawiennych owoców pomocą niech będzie apostolskie błogosławieństwo, którego Wam, Czcigodni Bracia, owczarni każdemu z Was powierzonej, w szczególny zaś sposób członkom zgromadzenia św. Bernarda, z hojną udzielamy miłością.
Dan w Rzymie u św. Piotra, dnia 24 maja, w Święto Zesłania Ducha Świętego, roku 1953,pontyfikatu Naszego piętnastego.

Pius XII
 
 
 
 
 
 
1115-1792 : reconstitution de l'abbaye de Clairvaux
 
Święty Bernard, odnowiciel Europy
 
Gdyby pod koniec XII wieku udało się w Europie Zachodniej zorganizować i sprawnie przeprowadzić coś na kształt wyboru Człowieka Stulecia, to palma pierwszeństwa niechybnie musiałaby przypaść pewnemu świątobliwemu opatowi jednego z klasztorów cysterskich w Królestwie Francji – św. Bernardowi z Clairvaux, Doktorowi Miodopłynnemu (Doctor Mellifluus). 20 sierpnia, przypada jego wspomnienie w Kościele katolickim.

Był on osobowością autentycznie niepowtarzalną: nigdy przed nim ani już nigdy po nim nie pojawiła się w historii Kościoła i Europy osoba, która nie pełniąc nigdy żadnego ważniejszego związanego z władzą urzędu - kościelnego bądź politycznego - wyrosła ponad swoją epokę w tak zdumiewający sposób jak właśnie ten wielki opat. Formalnie był on bowiem jednym z kilkudziesięciu przełożonych dopiero co powstających wówczas klasztorów cysterskich. Nieformalnie zaś – niekoronowanym władcą Europy, postrachem a zarazem inspiracją cesarzy i królów, tarczą świętego Kościoła rzymskiego, mieczem papieży, ale też czasem ich wyrzutem - gdy zachodziła taka konieczność.Wybitny katolicki historyk, Warren H. Carroll pisał: „żadna deterministyczna teoria historyczna, żadne kalkulacje materialnej lub instytucjonalnej potęgi i wpływów nie ocierają się nawet o wyjaśnienie fenomenu Bernarda z Clairvaux oraz tego, czego dokonał. Wymyka się on owym małostkowym, błahym analizom i niczym orzeł wznosi się ponad nimi”. Inny współczesny historyk powie o nim: „ten mnich o słabym zdrowiu wydaje się po prostu stworzony do zapanowania nad swoją epoką”.

Lista jego osiągnięć jest imponująca: praktycznie sam, w pojedynkę, siłą swej niezrównanej charyzmy doprowadził do II wyprawy krzyżowej, nawrócił kilka ważnych osobistości swoich czasów, był doradcą papieży, cesarzy rzymskich, króla Francji, był autorem dzieł teologicznych i mistrzem życia mistycznego, wyśmienitym znawcą Pisma Świętego, napisał regułę dla templariuszy, inicjował badania archeologiczne w Ziemi Świętej, podległych sobie mnichów usilnie zachęcał do nieustannego zdobywania i poszerzania wiedzy o medycynie, gospodarce, finansach czy nowych systemach upraw rolnych.
Duchowy syn Maryi

Bernard urodził się w roku 1091 (lub w 1090) na zamku w Fontaine opodal Dijon (Burgundia). Jego ojciec, Tescelin Saure, pochodził ze świetnego rodu hrabiów Chatillionu. Matka, Aleth de Montbard, spokrewniona z książętami Burgundii, była też daleką kuzynką króla francuskiego. Przyszły święty miał jedną siostrę (bł. Humbelinę) oraz pięciu braci. Rodzice dla żadnego z synów nie przewidywali jakiejkolwiek kariery duchownej: potomkowie mieli być albo rycerzami, albo dworzanami. Rodzeństwo otrzymało jak na owe czasy dość staranne wykształcenie. Zamek w Fontaine był szeroko otwarty, często przyjmowano w nim bowiem krewnych, znajomych ale także przybyłych z obcych stron nieznanych podróżników, wśród których znaleźli się także uczestnicy pierwszej wyprawy krzyżowej oraz pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej.

Bernard głęboko przeżył śmierć matki (odeszła gdy przyszły święty miał 17 lat). Zwrócił się wówczas do Najświętszej Maryi Panny prosząc, by zastąpiła mu ziemską rodzicielkę. Żywa i głęboko pobożność maryjna stała się odtąd charakterystycznym rysem jego duchowości. Kilka lat później wstąpił do pobliskiego Citeaux, klasztoru znanego z nadzwyczaj surowej reguły. Symptomatyczne, że Bernard nie zasilił szeregów zakonu sam: po powzięciu decyzji o dołączeniu do cystersów w swym entuzjazmie był tak niezwykle energiczny i sugestywny, że przekonał do tego samego kroku czterech swoich braci, wuja oraz dwudziestu pięciu innych postulantów! Wkrótce doszedł również ojciec Bernarda.Żywoty naszego Świętego głoszą, że okoliczne niewiasty obawiały się, że nie będą miały mężów, bo tych bardziej szlachetnych i wartościowych Bernard zabrał już do zakonu cystersów.

Na bezpieczniejszej Arce

Po zaledwie trzech latach spędzonych w Citeaux zostaje wysłany przez tamtejszego opata, św. Stefana Hardinga, aby założył nowy klasztor cystersów w regionie Szampanii (1115), który wkrótce nazwie „Jasną Doliną” (Clairvaux). Gdyby tu był opisywany przypadek jakiegoś „zwykłego” świętego, to w zasadzie gdzieś na tym miejscu powinien się zakończyć rys hagiograficzny, mniej więcej w słowach: „i dokonał swoich dni w zaciszu klasztoru”. W istocie bowiem kiedy przed człowiekiem zamyka się klasztorna furta w zakonie, a już zwłaszcza w takim z niezwykle surową regułą, zazwyczaj kończy się jego zainteresowanie sprawami doczesnego świata,a rozpoczyna się czas wyłącznej służby Bogu.Bernard jednak połączył te dwa, wydawałoby się, na pozór wykluczające się elementy. Miodopłynny Doktor nie tylko bowiem odnowił życie religijne w Europie od Hiszpanii i Włoch aż po Skandynawię, ale również, jakby to niektórzy dziś, raczej nieprzychylni Kościołowi komentatorzy, określili, „mieszał się do polityki”.

Wpływ Bernarda jako donośnego głosu sumienia świata katolickiego w pełni uwidocznił się w roku 1130, kiedy Kościołem wstrząsnęło bolesne rozdarcie na najwyższych jego szczytach: schizma papieska. Sytuacja była tym bardziej przykra, że ta akurat schizma nie polegała na mianowaniu przez rzymskiego cesarza „swojego” papieża, który zostawał tym samym w rzeczywistości antypapieżem-uzurpatorem, lecz na realnym i głębokim rozdarciu w łonie samego Kolegium Kardynalskiego. To właśnie św. Bernard z Clairvaux swą charyzmą, błyskotliwością i powszechnym szacunkiem, jakim się cieszył, przekonał Francję, Niemcy, Anglię oraz całą prawie Europę do uznania prawdziwego papieża, którym był Innocenty II, a nie Pietro kardynał Pierleoni, bezprawnie nazywany papieżem Anakletem. Szybko doprowadził Bernard do sytuacji, w której przy antypapieżu pozostał już tylko władca Sycylii, Roger II. W iście genialnym stylu odwiódł Bernard od schizmy władcę Akwitanii, Wilhelma. Do historii przeszła też jego słynna debata z kardynałem Piotrem z Pizy, najbardziej nieugiętym spośród purpuratów-zwolenników fałszywego papieża. Argumentacja Bernarda jest tak sugestywna, że lepiej ją tu przytoczyć nie co szerzej, aby Czytelnik sam mógł się jej przyjrzeć:

Jest jeden Pan, jeden chrzest i jedna wiara; nic nie wiadomo nam o dwóch panach, dwóch chrztach ani dwóch wiarach. Wszyscy zgadzają się, że arka, którą w czasie potopu zbudował Noe, aby ocalić życie ośmiorga ludzi, jest wyobrażeniem Kościoła. Później zbudowano kolejną arkę i jedna z nich musi zostać uznana za fałszywą i zatopiona. Jeżeli prawdziwą Bożą Arką jest ta, której kapitanem jest Pierleoni, oznacza to, że arka Innocentego skazana jest na zagładę, a razem z nią cały Kościół, wszyscy mieszkańcy Francji, Niemiec, Hiszpanii i Anglii; wszyscy mnisi z Camaldoli, Chartreuse, Grandmont, Cluny i Citeaux, a także kanonicy z Prémontré wraz z niezliczoną liczbą członków innych męskich i żeńskich zakonów. Wszyscy oni siedzą niczym z kamieniami młyńskimi u szyi, czekając aż ich pochłoną głębiny. Czy mamy uwierzyć, że obecny tu hrabia Roger, który nie stoi w arce Innocentego, zostanie ocalony jako jedyny spośród ziemskich książąt? Nie daj Boże, by świat ten miał zginąć, a Pierleoni, którego życie i obyczaje aż nadto są nam znane, jako jedyny ocalał.”

Mowa ta wywarła oczywiście odpowiednie wrażenie, bo kardynał Piotr z Pizy wstał i podszedł do Bernarda, który ujął jego dłoń mówiąc: „Witaj Piotrze na bezpieczniejszej arce”.Nie trzeba tu chyba dodawać, że licznie zgromadzeni świadkowie tej sceny byli tym wszystkim niezwykle poruszeni.

Innym słynnym zwycięstwem Bernarda było to odniesione nad Piotrem Abelardem. Słynny filozof usilnie domagał się teologicznej debaty, a kiedy już do niej doszło, to po błyskotliwej przemowie Bernarda doskonale punktującej błędy adwersarza, wybrał Abelard… milczenie odmawiając jakiejkolwiek odpowiedzi.

Orędownik krucjaty

Doktor Miodopłynny swą niejako wrodzoną sztukę przekonywania do swych racji użył w szczególny sposób w czasie propagowania II wyprawy krzyżowej. W Wielkanoc 1146 roku na specjalnie wzniesionej do tego platformie wygłosił Bernard do niezliczonej rzeszy ludzi (w tym króla Francji, jego małżonki oraz licznych dostojników kościelnych) płomienne kazanie zachęcające do podjęcia Krzyża. Ludwik VII szybko dał się przekonać. W Niemczech w dramatycznej przemowie złamał duży początkowo opór cesarza Konrada III. Dwie wielkie armie udały się do Ziemi Świętej. Ostateczne niepowodzenie tej krucjaty oczywiście w żaden sposób nie obciąża opata z Clairvaux, który nie mógł przecież mieć żadnego wpływu na fatalną w skutkach decyzję dowódców o zmianie rozmieszczenia wojsk krzyżowców w czasie oblężenia Damaszku.

Przy tym wszystkim św. Bernard zawsze głęboko skupiał się na Bogu, Błogosławionej Dziewicy Maryi, kontemplacji, studium Biblii, modlitwie. Przez całe życie praktykował surowe umartwienia cielesne, co doprowadziło jego organizm na skraj wyczerpania. Zasnął w Panu 20 sierpnia 1153 roku.Po niespełna 21 latach od śmierci został uroczyście kanonizowany.A klasztor w Clairvaux przez długi czas był jednym ze źródeł siły duchowej dla wyznawców prawdziwej, katolickiej religii.

Radosław Malicki
 
Święty Bernard, odnowiciel Europy
Saint Bernard de Clairvaux | Au cœur de l’histoire | Europe 1
 
 
Boża wojna jest święta
 
 
W ostatnich dniach jesteśmy świadkami kolejnych medialnych doniesień o krwawych prześladowaniach chrześcijan w Iraku. Tymczasem w Kościele już od kilku dekad niezmiennie święci triumfy ideologia „drugiego policzka”. Św. Bernard z Clairvaux, organizator drugiej wyprawy krzyżowej, ukazał w swoim dzielePochwała nowego rycerstwa”ideał rycerza Chrystusa, który nie waha się poświęcić swego życia.

Retoryka walki kojarzy się wielu współczesnym katolikom w sposób niesłychanie negatywny. „Jak to walka? – zdają się mówić – wszak Chrystus nakazał miłość nieprzyjaciół i nadstawianie drugiego policzka!”. Pomijają fragmenty, w których Pan Jezus okazał się stanowczy, nazywał rzeczy po imieniu, nie zgadzał się na zło, czy wreszcie skręcił sobie ze sznurków bicz i wyrzucał przekupniów ze Świątyni Jerozolimskiej. Chrystus przedstawiany jedynie jako czuły i troskliwy przyjaciel ma całkowicie zastąpić rzeczywisty obraz Syna Bożego.

Spójrzmy zatem na skutki ciągłego ustępowania chrześcijan w ostatnich dziesięcioleciach – żadnego państwa w Europie nie można już nazwać katolickim ze względu na panujące w nim prawo, obyczaje moralne społeczeństwa ukierunkowują się na hedonizm, kościoły świecą pustkami, aborcji dokonuje się masowo, islamiści zapowiadają zwycięstwo nad niewiernymi… a katolicy?Katolicy z infantylnym uśmieszkiem powtarzają frazesy o konieczności uszanowania cudzych poglądów, o dialogu, o potrzebie różnorodności, a gdy spotykają się z jawnym złempowtarzają niezmienny banał o „drugim policzku”. W ten sposób chrześcijanie są w stałej defensywie, a środowiskom usiłującym przeciwstawiać się powszechnemu pomieszaniu zarzuca się wojowniczość, agresję, mentalne trwanie w oblężonej twierdzy. Święci natomiast na przestrzeni wieków w sposób wyjątkowy udowodnili, jak niezwykle ów pacyfistyczny trend jest niezgodny z nauką katolicką.

Nie tylko umysł

Mówi się, że jest absolutnie zakazane, by chrześcijanin atakował mieczem” – komentuje św. Bernard z Clairvaux w dziele „Pochwała nowego rycerstwa”.Skąd zatem pochodzi stwierdzenie, że posłaniec Zbawiciela [św. Jan Chrzciciel – K.R.] przestrzegał rycerzy, by kontentowali się raczej swoim żołdem niż rozważali porzucenie swego rzemiosła?” – zadaje retoryczne pytanie św. Bernard. „Zwalczanie wad i szatana jedynie siłami umysłu nie jest czymś fantastycznym i godnym pochwały” – dodaje, postulując połączenie walki duchowej z fizyczną.

Pacyfistycznych tendencji nie brakowało już w średniowieczu, w szczególności pośród prawosławnych. Choć Bizancjum prowadziło wojny z niewiernymi, jednak wojownikom z racji zabijania zakazywano przyjmowania Komunii świętej przez okres trzech lat. Równie krytycznie postrzegano łacińskich księży i biskupów. Córka cesarza bizantyjskiego, Maria Komnena, tak o nich pisała: „Barbarzyńca latyński odprawiając nabożeństwo jednocześnie trzyma tarczę w lewej ręce, prawą potrząsa włócznią i udziela Ciała i Krwi Pańskiej oraz patrzy na rzeź(…). Takie to plemię Latynów – jednako kocha Boga i wojnę”. Przesadziła cesarzówna w swojej ocenie kleru. Kościół nigdy nie kochał wojny jako takiej, jednak przez wieki wychodził ze słusznego założenia, że na ziemi żyjemy pośród ludzi, nie aniołów. Hierarchowie przez wieki podkreślali znaczenie męczeństwa jako całkowitego oddania się Chrystusowi, wszelako już w starożytności zabraniali wiernym samowolnego zgłaszania się pogańskim władzom z pragnieniem poniesienia śmierci w imię Jezusa. Kościół słusznie akcentował, że męczeńska forma śmierci to ukoronowanie życia, jednak także ostateczność. Gdy gra toczy się o życie słabszych – kobiet, dzieci i starców – nie można okrutnie skazać ich na męczeństwo, trzeba dokonać wszystkiego, co w naszej mocy – nie wykluczając także walki zbrojnej – aby przeciwstawić się złu.

„Anioł Pański” w intencji krucjaty

Rycerze Chrystusa walczą w pełni bezpieczni w bojach ich Pana, bowiem zabijając nieprzyjaciela, nie muszą oni obawiać się znieważenia Boga i nie narażają się na niebezpieczeństwo, gdy sami zostają zabici. Dla Jezusa Chrystusa bowiem zadają lub otrzymują śmiertelny cios i tym samym nie tylko nie obrażają Boga, lecz zyskują większą chwałę” – podkreślił św. Bernard. „Doktor Miodopłynny”, jak nazywano świętego cystersa, w swoim dziele dokonał także prezentacji wzorca chrześcijańskiego żołnierzarycerza Chrystusa (miles Christi).Pochwałę nowego rycerstwakierował zresztą jako pouczenie skierowane do zakonu templariuszy.

Obowiązkiem zatem Bożego wojownika staje się obrona uciskanych, wdów i sierot. Ma on zakaz toczenia wojen z innymi chrześcijanami, żyje w prostocie, choć jego wojenne sprzęty mają być najlepszej jakości. Wreszcie w obowiązku ma wojnę z niewiernymi muzułmanami, by wydrzeć z ich rąk Ziemię Świętą i ustanowić na niej Królestwo Boże.

Bernard zachęca do ofiarnej walki z islamem:Poćwiartujcie tych, co nas zastraszają, zmasakrujcie z dala od murów miasta Pana tych wszystkich, którzy czynią nieprawość i pałają żądzą zawładnięcia nieocenionymi skarbami ludu chrześcijańskiego”. Co na te słowa powiedzą katoliccy pacyfiści? Zapewne nie będą wprost negować słów Bernard – został kanonizowany – postarają się raczej odwołać do kontekstu psychologicznego ówczesnej Europy, rzecz jasna odrzucając ów kontekst współcześnie. Cóż, papież Pius XII jeszcze 61 lat temu miał odmienne zdanie, pisząc o św. Bernardzie w poświęconej mu encyklice: „Kiedy wreszcie święte miejsca Palestyny, które Boski Odkupiciel uświęcił swoją Krwią, znajdowały się w najwyższym niebezpieczeństwie i doznawały okrutnego ucisku ze strony obcych wojsk, wówczas on [Bernard – K.R.], z mandatu Najwyższego Pasterza, wzniosłymi słowy i wznioślejszą od nich miłością, pobudził władców i ludy chrześcijańskie do nowej wyprawy krzyżowej”.W tym miejscu warto zaakcentować fakt, który dla współczesnego katolika-pacyfisty może okazać się zaskakującym. Pierwszą krucjatę zwołał papież Urban II, błogosławiony Kościoła katolickiego, nakazując wiernym odmawianie nowej modlitwy, znanej nam jako „Anioł Pański”, w intencji powodzenia wyprawy krzyżowej. Do realizacji drugiej zaś krucjaty zachęcał autor wspaniałej modlitwy „Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo…”,czyli św. Bernard z Clairvaux. Pius XII podkreślił, że także we współczesnych czasach dzieła „Doktora Miodopłynnego” powinny wpływać na chrześcijan. Jak zatem można być wiernym wezwaniu papieża Pacelliego?

Miles Christi

Św. Bernard w sposób widoczny podążał za myślą św. Augustyna wyrażoną w „Państwie Bożym”, gdzie biskup Hippony ukazał wojnę toczącą się w świecie między poddanymi Państwa Bożego oraz zwolennikami państwa szatana. Podział ów jest kontynuacją zapowiedzianej w raju nieprzyjaźni między potomstwem Ewy a dziećmi węża. „Chrześcijanin szczyci się śmiercią bezbożnika – tłumaczy św. Bernard, Doktor Kościołabo przez nią oddana zostaje chwała samemu Jezusowi Chrystusowi”. Trudno o bardziej kontrowersyjne słowa we współczesnym Kościele, zdominowanym przez pacyfistyczne nastroje. Święta wojna z szatanem i jego poddanymi trwa jednak przede wszystkim… w samym rycerzu. Dlatego też Bernard zaleca, by wojownik Chrystusa wiódł żywot przepełniony umartwieniami, postami i modlitwą, nakazuje niemal całkowity brak kontaktów z kobietami (nawet z własną matką i siostrą!). Wszystko to w tym celu, aby był przygotowany na śmierć w każdej chwili, zarówno w boju – podczas walki, jak i po dostaniu się w niewolę – poprzez męczeństwo. Św. Bernard cytuje także Psalmistę: „Panie, czyż nie nienawidziłem tych, co nienawidzą Ciebie, i nie usychałem z bólu na widok nieprzyjaciół Twoich?”(Ps 139).

Bitwa w obronie wiary już się toczy. Wpierw wewnątrz nas samych, gdy zmagamy się z grzechem, później niekiedy w naszych rodzinach, wśród znajomych. Wreszcie toczy się w Polsce i Europie, gdy chrześcijanie starają się obronić istniejące jeszcze, ale wciąż zagrożone i atakowane, reduty normalności.Być może kiedyś nadejdzie czas, że trzeba będzie – tak jak adresaci „Pochwały nowego rycerstwa” – chwycić za współczesne miecze i bronić chrześcijaństwa. Warto przygotowując się do tej chwili porzucić wszelkie złudne pozostałości herezji pacyfizmu.

Św. Bernard nawołuje: „Rycerz, co przyodziewa swoją duszę w pancerz wiary i ciało swoje okrywa zbroją, musi już być nieustraszony i całkowicie bezpieczny, bowiem pod swoją podwójną zbroją nie może bać się ni człeka, ni diabła. Daleki od strachu przed śmiercią, pożąda jej (…). Podążajcie zatem do walki bezpieczni i uderzajcie na wrogów krzyżem Jezusa Chrystusa z odwagą i śmiałością”.

Kajetan Rajski
 
Źródło;
Boża wojna jest święta
 
Czytaj też;
20 sierpnia - Św. Bernarda, Wyznawcy i Doktora Kościoła
20 sierpnia - Święty Bernard z Clairvaux, opat i doktor Kościoła
Otwarte Seminarium z Filozofii Mistyki - prof. Artur Andrzejuk (14.12.2012)
Bernard of Clairvaux
Bernard de Clairvaux
ABBAYE DE CLAIRVAUX (Aube) mémoire cistercienne
Chant Cistercien a l'Abbaye de Flaran
Polska Kongregacja Cystersów
Dokument Chryste Ratuj Cystersi z Sanktuarium w Krakowie Mogile PL
Wywiad z Opatem w Jędrzejowie
Klasztor i Opactwo Ojców Cystersów w Jędrzejowie
Lubiąż - klasztor cystersów i pałac opata
Lubiąż Klasztory polskie
Św. Bernard z Clairvaux: Jesu, dulcis memoria https://www.youtube.com/watch?v=EcKoeSpIOm0 

 

KOMENTARZE

  • @
    Przejrzałem.
    Jak ktoś przeczyta tutaj całość - od razu otrzyma tytuł świętego.
  • autor
    Kościół ostatnio sięga po bardzo współczesne przykłady świętości:

    We Włoszech np. bardzo popularna jest niejaka Gianna Beretta Molla - patronka życia poczętego.

    W Polsce potencjał osoby JPopiełuszki nawet nie został rozpoczęty. I dobrze. Nie można tego typu wielkich nadużywać do miałkich sporów.

    Polsko-polską schizmę przezwyciężyć może tylko prawdziwa ofiara... np. ta 50 lat po chrzcie polski?

    Bo jakżesz nieistotne są przecież spory dotyczące boskości Miriam, skoro ludzie po obu stronach Buga są gotowi usiąść i porozmawiać, jak brat z bratem?

    A to tylko przecież skromna pochodna prymasowskiego "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie".... i tak to trzeba widzieć.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

ULUBIENI AUTORZY

więcej