Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
449 postów 1520 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Protestantyzm - suma błędów

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Ryszard Mozgol - Suma błędów. Protestantyzm w ocenie bp. Józefa Sebastiana Pelczara

 
Właśnie za jego czasów (bł. Izajasza Bonera z Krakowa, augustianina), nieprzyjaciel jedności i prawdy, rzucił nasiono niezgody na łono rzymskiego Kościoła, między głowę i członki jego: kiedy od r. 1378 aż do r. 1417, począwszy od Urbana VI papieża, aż do Marcina V po dwóch, a w końcu trzech papieży na jednej stolicy Piotra świętego razem zasiadać chciało; kiedy z drugiej strony Jan Wikleff pleban w Luterworcji w Anglii, heretyckimi bluźnierstwy mącił prawdę Bożą, mszcząc się za to, że uchy­lonym został od przełożeństwa kantuaryjskiego kolegium w Oxonii, które gwałtem był posiadł; tudzież, że przez intrygę nie mógł osiągnąć biskupstwa wingornyjskiego. Albowiem taka osobista obraza jest prawie wszystkich odszczepieństw zarodem. Na umorzenie tego zajścia i nie­zgody, która przez 40 lat trapiła Stolicę Apostolską, i na potępienie błędów Wikleffa w Anglii, i Jana Husa w Czechach, głośnego obrońcę błędów Wikleffa: Kościół św. uchwalił potrzebę zgromadzenia biskupów i uczo­nych kapłanów na powszechny sobór w mieście Konstancji. Już wtenczas znanym był ze swej świątobliwości życia, z obszernej a gruntownej nauki Izajasz Boner, nie tylko w Jagiellońskiej Wszechnicy, w której stopień doktora filozofii i teologii z chlubą był osiągnął; ale też i za granicą jeneralnemu przełożonemu pustelniczego zakonu oo. Augustianów. Jakoż, tenże przełożony we­zwał go w r. 1414 na sobór konstancjeński. Z tym tedy jenerałem Piotrem de Vena, z Janem Blochem i innymi siedmią uczonymi tego zakonu ojcami, Izajasz często zasiadał na tym soborze, w obronie wiary świętej. Cały sobór był podzielony na sześć nacyj: na włoską, fran­cuską, hiszpańską, angielską, niemiecką i polską. Polskiej nacji przewodził Mikołaj Trąba, arcybiskup gnieźnień­ski (13), którego nawet na Stolicy Piotra św. wtedy posa­dzić chciano. W swej nacji Izajasz Boner razem z biskupami podawał sposób jedyny, by dla przywrócenia w Kościele jedności i zgody, trzej papieże bądź legalnie, bądź nielegalnie obrani: Piotr de Luna, który się Benedyktem XIII nazwał; Grzegorz XII i Jan XXIII do­browolnie ustąpiwszy mniemanych praw swoich, ze swych godności byli złożeni; aby obrać nowego papieża. Na ten wniosek polskiej nacji zgodziły się wszystkie nacje; a tak na 41 posiedzeniu obrano Marcina V. Na tym niemniej soborze razem z innymi uczonymi mężami Izajasz zwycięsko odpierał bezbożne bluźnierstwa Jana Wikleffa i Jana Husa nauczających: że Bóg powinien być diabłu posłuszny, że każde stworzenie jest bogiem itd. Odpierał te błędy uczony ziomek nasz dowodząc: że Stwórca jest niezależnym Panem wszech rzeczy, że wszystko ulega Jego potędze; że każde stworzenie ma w czasie swój początek i koniec, zaczem ulega zmianie i bogiem być nie może itd. (14). Napatrzył się Boner na soborze i nasłuchał uczonych obrońców wiary św., a powróciwszy do Krakowa, ile mu czasu zostawało od pobożnych ćwiczeń, ten cały obracał na czytanie i pisanie ksiąg teologicznych. Jakoż, napisał on księgi o Trójcy Świętej, i wyłożył księgi pod imieniem: Magister sententiarum. Uczone te prace swoje drukiem ogłosił; a w zagranicznych bibliotekach, jako kosztowne zabytki jego geniuszu, z poszanowaniem są zachowane.

 

 

 

 

 

 

 

 
 
  
Ryszard Mozgol
Suma błędów. Protestantyzm w ocenie bp. Józefa Sebastiana Pelczara
 
 
 
Jedność chrześcijaństwa istnieje wyłącznie w Kościele katolickim, a protestanci mogą ją osiągnąć wyłącznie poprzez wyparcie się zgubnych błędów i powrót do odrzuconego niegdyś katolicyzmu.
Stosunek katolików do protestantyzmu jest papierkiem lakmusowym ich wierności Chrystusowi i Tradycji Kościoła. Trudno znaleźć dwie bardziej przeciwstawne koncepcje religijne, które pozornie wyrastają ze wspólnego pnia. Ci spośród katolików, którzy wierzą w bajkę o wspólnym pniu chrześcijańskiego drzewa, z którego wyrastają gałęzie kolejnych konfesji – katolickiej, luterańskiej, zwinglańskiej, kalwińskiej, anglikańskiej itd. – zapominają, że różne odłamy protestantyzmu powstały w wyniku rebelii wymierzonej w jedność Kościoła założonego przez Jezusa Chrystusa. Są to więc gałęzie uschłe... Zazwyczaj ci sami ludzie starają się sprowadzić zasadnicze różnice w pojmowaniu rzeczywistości nadprzyrodzonej do poziomu sporu religijnego powstałego na gruncie politycznym,charakterystycznego dla specyficznego okresu historycznego. Dziś, ich zdaniem, spór ten jest nieistotny, należy szukać tego, co łączy, a nie tego, co dzieli... Ale co może łączyć katolika z protestantem?Gdzie istnieje płaszczyzna realnego porozumienia dogmatycznego?Jaką wybrać przestrzeń dialogu, aby działania ekumeniczne były rzeczywiste, a nie stały się czczym propagandowym działaniem, mającym na celu osiągnięcie doraźnych celów politycznych? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie w oparciu o analizę protestantyzmu, dokonaną przez jednego z najbardziej znamienitych hierarchów polskiego Kościoła, wybitnego teologa, historyka, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, bp. Józefa Sebastiana Pelczara. Będzie to jeszcze bardziej interesujące w kontekście trwających przygotowań – również w obrębie Kościoła katolickiego – do ekumenicznych obchodów 490. rocznicy wystąpienia Marcina Lutra przeciw papieżowi.
 
Autorytet świętego bp. prof. Józefa Sebastiana Pelczara
Bogaty dorobek pisarski Józefa Pelczara i jego znajomość tematu, przedstawiana zwłaszcza na kartach prac apologetycznych, predestynuje jego osobę do autorytatywnego spojrzenia na protestantyzm. O ile wśród dzisiejszych hierarchów polskiego Kościoła dominuje ekumeniczne spojrzenie na relacje katolicko-protestanckie, niejednokrotnie zacierające istotne różnice dogmatyczne czy wręcz przyznające rację stronie protestanckiej w sporach dogmatycznych, to tradycyjny punkt widzenia bp. Józefa Pelczara za punkt odniesienia względem protestantyzmu przyjmował wyłącznie troskę o zbawienie dusz.
Na czoło dzisiejszych przyjaciół Lutra wysuwa się osoba ordynariusza opolskiego Alfonsa Nossola, znanego miłośnika wittemberskiego kacerza i propagatora pisarstwa dolnośląskiego apostaty, eksksiędza Józefa Wittiga. Biskup opolski twierdzi, że nie istnieją już zasadnicze przeszkody na drodze do pełnej jedności katolików i protestantów. Przeszkody pomniejsze, takie jak ordynacja kobiet, zostaną niebawem przezwyciężone. „Dzisiaj uznajemy, że te luterańskie «sola-pryncypia» nie są już przeszkodą. Usprawiedliwienie następuje rzeczywiście mocą Bożej łaski, mocą wiary” – stwierdza bp Nossol1.
Swoje rozważania dotyczące protestantyzmu Józef Pelczar rozpoczynał od rozpatrzenia myśli i intencji samych założycieli protestantyzmu. Jest to działanie konieczne, a jego istotą jest nie tyle wyciągnięcie na wierzch – jak by się mogło wydawać – wszystkich błędów, grzechów i nieczystości ich założycieli, co zestawienie twórców wyznań reformowanych z założycielem Kościoła katolickiego: Jezusem Chrystusem. Ten argument, szczególnie znienawidzony przez protestantów, starano się zbijać na różne sposoby: legitymistyczny – poszukując korzeni reformacji wśród antycznych chrześcijan, szczególnie heretyków „prześladowanych” przez Kościół, lub sceptyczny – zmieniając samą koncepcję Kościoła, jako instytucji wyłącznie ludzkiej, która nie musi posiadać fundamentu w postaci słów Zbawiciela. W tym drugim przypadku utrzymywano, że Chrystus nie powołał do życia żadnego z widzialnych „Kościołów”, to jest różnych konfesji chrześcijańskich.
Kościół katolicki jest instytucją łączącą sferę nadprzyrodzoną z przyrodzoną, jest instytucją doskonałą, pomimo grzechów i niedoskonałości wynikających ze skaleczonej natury ludzkiej swoich poszczególnych członków. Dla protestantów taki punkt widzenia jest zupełnie obcy. Nie jest zgodny z ich koncepcją całkowicie zniszczonej przez grzech natury ludzkiej. Ludzie – ich zdaniem – nie mogą uczestniczyć i współtworzyć instytucji doskonałej, jaką jest Kościół.
 
„Ojcowie założyciele” protestantyzmu
 
Biskup Pelczar nie miał dobrego zdania o ojcach założycielach poszczególnych protestanckich konfesji. Motorem działania „reformatorów” była zapiekła nienawiść do Kościoła, która wypaczała charakter podejmowanych przez nich działań i sprowadzała wszystkie przedsięwzięcia na drogę destrukcji i grzechu. Inicjator reformacji, Marcin Luter, powodowany swą niepohamowaną pychą i niezwykle gwałtownym charakterem, szybko przemienił zaistniały między zakonem augustiańskim a dominikańskim spór o prawo do zbierania opłat za odpusty w najstraszliwszy konflikt w dziejach Kościoła. Sprzeczka mnichów, powstała na gruncie urażonej dumy augustianów, do których należał Luter, o przekazanie prawa do zbierania opłat odpustowych zarządzonych przez papieża Leona X, została wykorzystana do zaprezentowania swoich koncepcji na temat odpustów i wolnej woli człowieka. Kiedy tezy zostały potępione jako sprzeczne z nauczaniem Kościoła, Lutrowi pozostało albo ich pokorne odwołanie, albo dalsze podważanie dogmatów i rozpoczęcie otwartej wojny z Kościołem, na czele zbuntowanych przeciw cesarzowi książąt.
Według bp. Józefa Pelczara koncepcje Lutra powstawały jako usprawiedliwienie dla jego niestabilnego umysłu oraz cholerycznego charakteru, żądnego rozkoszy i poklasku. „Chcąc zagłuszyć w sobie wyrzuty sumienia, bo sam został zakonnikiem i kapłanem bez powołania – pisze bp Pelczar – przyjął on wygodną teorię o całkowitym skażeniu natury ludzkiej, tak że człowiek, ulegając pożądliwości, może chcieć i czynić tylko źle2. Luter w istocie miał świadomość pogrążania się w grzechu i stopniowego odchodzenia od Chrystusa, zdając sobie sprawę, że pycha osłabia działanie jego woli. W jednym z listów pisał o zerwaniu z celibatem:Stałem się przez to małżeństwo tak nędznym i nikczemnym, iż myślę, że anieli w niebie ze mnie się śmieją, a diabli w piekle wyją z radości” (list z 16 VI 1525 r.).
Inni, szukający okazji do rozprawy z Kościołem, szybko wzięli przykład z Lutra. W Szwajcariistały bywalec lupanarów Ulryk Zwingli i rzezimieszek, skazany w końcu na śmierć Ludwik Heter podjęli myśl i czyny Lutra. Demokratyczne przekonania Zwinglego i jego pycha spowodowały wojnę kantonów protestanckich przeciw katolickim i krwawe prześladowania „papistów”. Motorem działania szwajcarskiego „reformatora” były nabyte we Włoszech przekonania humanistyczne, przejęte od ateisty Giovanniego Pico della Mirandoli, z którym Zwingli utrzymywał przez pewien czas serdeczne kontakty. Stąd, jak pisze Józef Pelczar, charakter szwajcarskiej reformacji był bardziej racjonalistyczny niż luterański.
Przyczyną zerwania Anglii z Rzymem był tyleż gwałtowny charakter króla Henryka VIII, co skomplikowana sytuacja polityczna.Rządy króla szybko przekształciły się w tyranię, a miłość ludu zastąpił strach. Brak męskiego potomka – następcy tronu – spowodował fałszywą i nieuczciwą chęć uznania małżeństwa z Katarzyną Aragońską za niebyłe.Papież nie zezwolił na rozerwanie węzła małżeńskiego i małżeństwo z brzemienną dwórką Anną Boleyn, co spowodowało zerwanie z Rzymem i wkroczenie na powolną, ale konsekwentną drogę protestantyzacji Anglii. Gniew Henryka VIII był potężny, dotknął duchownych wiernych Kościołowi, bliskich przyjaciół króla, starą katolicką arystokrację i przywiązany do katolicyzmu lud.Henryk VIII umierał w 1547 roku sześciokrotnie żonaty, bez jasnych widoków na przekazanie tronu swojemu chorowitemu, małoletniemu synowi Edwardowi VI, zależnemu od woli nowej szlachty, wzbogaconej na reformacyjnej grabieży katolickiego mienia.
Również pobudki Jana Kalwina nie należały do czystych. Pycha, okrucieństwo i chciwość tego człowieka została wprzęgnięta w służbę zemsty za – zdaniem Kalwina – niesłuszne oskarżenie go o głoszenie na Sorbonie heretyckich poglądów na temat wolnej woli. W 1533 r. Kalwin wraz z grupą stronników opuścił Francję i osiadł w Genewie,w której po likwidacji wewnętrznej opozycji przejął całkowitą władzę, likwidując we władzach miasta wszelkie rozróżnienie pomiędzy sferą świecką a religijną. Stworzona komuna teokratyczna poddała kontroli wszystkie przejawy życia mieszkańców Genewy, a wyroki śmierci za przewinienia w rodzaju wdowiej modlitwy za duszę zmarłego męża stały na porządku dziennym. Józef Pelczar pisał o Kalwinie:
Słusznie powiedział historyk Kolb, że „Kalwin chciał zamienić całą ziemię w ponury i zimny zakład pokutniczy”. Wyznawcy Kalwina tchnęli zawsze religijnym fanatyzmem, czego objawem były mordy dokonane na katolikach we Francji i Holandii3.
Antykrólewska polityka hugenotów (francuskich wyznawców kalwinizmu) doprowadziła do długotrwałej okrutnej wojny domowej, w której – zanim doszło do nocy św. Bartłomieja w 1572 r. – hugenoci szczycili się zburzeniem 20 tys. kościołów, 2009 klasztorów i 9 szpitali, zamordowaniem ok. 4 tys. zakonników i zgwałceniem prawie 2 tys. zakonnic. Rzeźw trakcie ślubu księżniczki Małgorzaty z Henrykiem z Nawarry była aktem politycznej zemsty, za który – jak słusznie pisze Józef Pelczar – „Kościół nie odpowiada”.
Konsekwencją nienawiści „reformatorów” do Kościoła było religijne rozdarcie Europy. Efektem stał się podział Europy na kilka wzajemnie zwalczających się stron, ponieważ protestanci nie stworzyli (na szczęście!) jednolitego obozu religijno-politycznego, a przystąpili do niszczenia siebie nawzajem z nie mniejszym zapałem niż do wieszania, topienia i ćwiartowania katolików. Luteranie utopili w morzu krwi powstanie anabaptystów w Rzeszy, Kalwin ścigał z całą surowością zwolenników Zwinglego i Lutra, a spalony na stosie w Genewie antytrynitarz Michał Servet jest tylko z racji swojej sławy często przywoływanym przykładem protestanckiej nietolerancji. Nie inaczej było w Anglii, gdzie na wspólnych szubienicach i stosach ginęli katolicy wraz z angielskimi i szkockimi zwolennikami kalwinizmu i nawet ultraprotestant Jan Knox przyznawał, że pokój religijny zapanował w Anglii dopiero za katolickiej królowej Marii Tudor. Zjednoczeni w swojej herezji „reformatorzy” nigdy wspólnie nie patrzyli na Europę – jeśli nie liczyć wieży luterańskiej katedry w Magdeburgu ani Ściany Reformatorów w Genewie... Mit „jednego protestantyzmu” jest wyłącznie utopijnym życzeniem protestanckich przywódców czasów Bismarcka, które nigdy faktycznie nie zostało zrealizowane. Nienawiść, śmierć i zniszczenie – oto wkład protestantyzmu w historię Europy. Niejednokrotnie władcy protestanccy byli bardziej nieufni wobec swoich „braci w wierze” z innych konfesji niż względem „zabobonnych papistów”. Tak było przykładowo w Prusach (zwłaszcza po zawarciu tzw. unii staropruskiej w 1817 r.), w których kalwińska dynastia Hohenzollernów (od 1613 r.) darzyła większym zaufaniem (np. za króla Fryderyka Wilhelma IV i cesarza Wilhelma II) katolików niż poddanych luteran.
 
Przyczyny protestanckiego sukcesu
 
Jak mogło dojść do sukcesu protestantyzmu, skoro kierował się tak niskimi pobudkami? Nie sposób pominąć w tym miejscu teologicznego, „niepostępowego” spojrzenia na historię ludzkości. Jest ona ze względu na skaleczenie natury ludzkiej tragicznym osuwaniem się w grzech, z którego może zostać podźwignięta wyłącznie poprzez łaskę Boga. Przyczyny zwycięstwa protestantyzmu tkwią zatem w ułomności ludzkiej natury.
Nietzche uważał, że Luter zalał całą swoja żółcią Kościół i chrześcijaństwo w momencie, kiedy było ono najnormalniejsze w swojej historii. Pogląd ten wynika z agnostycznego, ale i pobieżnego punktu widzenia niemieckiego filozofa. Zeświecczenie Kościoła, będące efektem blisko stuletniej zależności od królów Francji (niewola awiniońska), jak również wyniszczająca obie siły wojna pomiędzy władzą świecką a duchownąi osłabiająca papiestwo walka wewnętrzna pomiędzy koncyliarystycznymi paleomodernistami a zwolennikami prymatu papieży, uczyniła z Kościoła łakomy kąsek dla umacniających się monarchii narodowych.Tendencja ta spowodowała przedkładanie zależności państwowych nad religijne, a narodowych nad cywilizacyjne. W tym wymiarze postrzegać możemy protestantyzm jako antyuniwersalistyczną rebelię.
Pomijając takie przyczyny jak ówczesny upadek obyczajów, który nie był ani pierwszym w historii Europy i Kościoła, ani też niestety nie ostatnim, za tendencjami sekularyzacyjnymi szła nienawiść do wszystkiego, co przychodziło z Rzymu – czy to pod względem religijnym, czy politycznym. Stąd częsty postulat uniezależnienia od Rzymu poprzez utworzenie „Kościoła narodowego”, któremu w wielu częściach Europy (także w Polsce) przyklaskiwała duża cześć duchowieństwa. Stąd przyjęcie takiej optyki narodowej przez zwolenników reformacji, wzywających do zrzucenia zwierzchności politycznej Rzymu i Cesarstwa, zaniechania płacenia świętopietrza, odrzucenia języka łacińskiego, utworzenia parlamentarnych reprezentacji narodowych (stanowych), stojących ponad królem lub kontrolujących monarchę, czy wynikający z tej tendencji postulat uproszczenia rytuałów i sakramentów, mających być zrozumiałymi dla ogółu. Aby lepiej przeforsować swoje pomysły, reformatorzy zastosowali skuteczną taktykę stopniowania żądań, propagandowego oddziaływania na lud przez szkalowanie przeciwnika. Św. Józef Sebastian Pelczar opisywał to w następujący sposób:
Taktyka nowatorów była taka, że w przesadnym, a często nieprawdziwym świetle przedstawiali zboczenia, jakie do pewnej części świeckiego i zakonnego duchowieństwa rzeczywiście się zakradły pod wpływem ustroju feudalnego, humanizmu, braku seminariów i synodów, zachodniego odszczepieństwa w XIV w., dążności rewolucyjnych w XV w., nagromadzenia bogactw i innych złych czynników, a stąd wysnuwali fałszywy wniosek, że duchowieństwo żądne mienia i panowania zepsuło dzieło Jezusa Chrystusa i błędnymi dodatkami przeinaczyło Jego naukę. Wskutek tego – tak dalej dowodzili – Kościół katolicki przestał być Kościołem Chrystusowym. Należy zatem wrócić do pierwotnego Kościoła, jaki był w I w. po Chrystusie, a takim zreformowanym Kościołem jest właśnie protestantyzm.
Jest to argument, którym z lubością posługiwali się wszyscy heretycy, a który i dziś pada z ust radykalnych modernistów wszelkich odmian. Nie wynika z niego chęć autentycznego reformowania Kościoła poprzez odnowienie religijności czy obudowanie życia sakramentalnego, uświęcenie wiernych, czyli poprzez „przylgnięcie do starożytności” (św. Wincenty z Lerynu), ale ukryty duch rebelii skrywanej pod płaszczem troski. Za każdym razem chodzi o zmianę, o stworzenie nowego „Kościoła pierwszych wieków chrześcijaństwa”, na miarę wyobrażeń każdoczesnych reformatorów.
 
Błędy protestantyzmu
 
Protestantyzm, pomimo posługiwania się pojęciami drogimi dla każdego katolika, jest całkowitym zerwaniem z dogmatami Kościoła,stanowi również opozycję wobec katolickiego postrzegania świata i praw rządzących nim w sferze społecznej. Konsekwencje tego są widoczne w mentalności dzisiejszego świata, ufundowanego na „osiągnięciach” reformacji.
 
1. Usprawiedliwienie
 
Św. Józef Sebastian Pelczar zaliczał do najgroźniejszych tworów protestantyzmu luterańską koncepcję usprawiedliwienia. Zdaniem Lutra zbawienie następuje wyłącznie przez wiarę, z pominięciem dobrych uczynków. Tak jednoznaczne postawienie tej kwestii eliminowało podstawę chrześcijańskiej etyki, jaką – prócz wiary w Boga – jest miłość bliźniego, objawiająca się poprzez uczynki. Dla luteran dobre uczynki nie posiadały praktycznie żadnego znaczenia religijnego, traktowane były co najwyżej jako przejaw spoistości więzi pomiędzy ludźmi wierzącymi w tego samego Boga.Nie obowiązywały wobec nie przynależących do tej samej wspólnoty wierzących.Tak było do XIX wieku, kiedy to, naśladując katolików, protestanci rozpoczęli działalność charytatywną tzw. zakładów dobroczynnych, z taką bezwzględnością i realizmem opisywanych przez Dickensa. Protestancka dobroczynność, tak jak i stworzona w tym samym wieku instytucja diakonisek, miały za zadanie wyłącznie realizację utylitarnych celów: pozyskiwanie zwolenników i łagodzenie napięć społecznych. Z obserwacji społeczeństwa radykalnych protestantów doby angielskiej wojny domowej narodziła się skrajnie pesymistyczna wizja Tomasza Hobbesa, w której więzi społeczne są wyłącznie efektem zbiorowego egoizmu przezwyciężającego egoizm jednostek. Kiedyś protestanci mówili: nie ma ludzi świętych, dzisiaj mówią: nie ma ludzi rzeczywiście dobrych.
 
2. Sekularyzacja etyki
 
Z protestanckiej koncepcji usprawiedliwienia wyrasta wprost kantowska idea etyki autonomicznej, stanowiąca podwalinę liberalnej etyki sytuacyjnej. Jak stwierdził biskup przemyski, protestanckie usprawiedliwienie doprowadziło w konsekwencji do uwolnienia etyki od dogmatów religijnych. Zdaniem Kanta etyka i obyczajność wynikają z powszechnego uznania ludzi,a nie Bożego prawa danego ludziom. Prawo moralne w koncepcji nudziarza z Królewca powstaje z czystego rozumu, a dobre jest to, co jest jednostkowo zgodne z powszechnym prawem moralnym, akceptowanym przez wszystkie istoty rozumne. Konsekwentnie przyjmując sposób myślenia protestanckiego filozofa, dobre jest to, co jest ponadkonfesyjną zasadą etyczną wynikającą z przymusu, a nie z poszukiwania rozkoszy czy zadowolenia – nie zabijaj, nie kradnij itd. Kant ujął ją w postaci nowoczesnego przykazania: „Czyń tak, aby zawsze maksyma twej woli mogła być zarazem zasadą powszechnego prawodawstwa”4. I w tym miejscu myśli etycznej Kanta nastąpiło zerwanie z dotychczasowym chrześcijańskim systemem etycznym. Już nie bojaźń Boża, strach przed potępieniem i pragnienie zbawienia, ale poczucie obowiązku względem innych ludzi i szacunek dla prawa stanowią podstawę moralności. Dla Kanta czyn staje się moralnym dopiero wtedy, gdy wynika z powinności(imperatyw kategoryczny). Prawo powinniśmy pełnić dla samego prawa.– Należy podkreślić, że Kant nie negował wprost w swoim agnostycznym systemie zasad religijnych i istnienia Boga, traktując je jako niezbędne elementy utrzymywania ludzi w karbach, jednak nie wolno nie zauważyć, że stworzony przez niego system etyczny, wyrastający z luterańskiego źródła, poszedł o krok dalej, traktując zasady moralne jako twory czysto ludzkie. Skoro zaś zasady moralne są tworami ludzkiego rozumu, to istnienie Boga należy przyjąć wyłącznie ze względów moralnych. Ludzie nie będą słuchać siebie nawzajem, potrzebują zatem Boga. Skoro rozum praktyczny potrzebuje wyłącznie Boga jako składnika powodzenia utylitarnego prawa moralnego, jaki zatem jest cel moralności i czym jest dobro najwyższe? Dla Kanta nie było nim ani zbawienie, ani Bóg. Dobrem najwyższym jest wyłącznie cnota i szczęśliwość. Ta degradacja moralności, poprzez odarcie jej z elementów nadprzyrodzonych, musiała także zmienić jej cel. Celem zasad moralnych jest człowiek, któremu moralność nadaje odpowiednio wysoką godność. Brzmi to bardzo nowocześnie, a echa kantowskiej etyki znajdziemy dziś w niejednym dokumencie pseudokatolickich modernistów.
 
3. Sola scriptura: podwaliny indywidualizmu
 
Św. Józef Sebastian Pelczar określił wiarę w Biblię jako jedyne źródło wiary, „drugą główną zasadą protestantyzmu”. Luter, a za nim inni reformatorzy, odrzucając Świętą Tradycję jako drugi obok Biblii fundament wiary, de facto zanegowali szacunek, jakim otaczano Pismo święte w Kościele katolickim. Całość interpretacji tekstów Biblii opierała się w Kościele na zasadzie autorytetu Ojców Kościoła, zajmujących się od zarania Kościoła tłumaczeniem zawiłości zawartych w wersetach biblijnych. Luter odrzucił ten autorytet, dokonując nie tyle pierwszego przekładu Biblii na język narodowy, co odpowiedniej – dostosowanej do swoich poglądów – cenzury fragmentów Pisma św.
Biskup przemyski w następujący sposób charakteryzuje ten błąd protestantyzmu i jego opłakane skutki:
Jedynym źródłem wiary jest Biblia, którą każdy, według wyroków „Kościoła”, może tłumaczyć, doprowadziła nie tylko do zupełnego rozbicia się w jedności w wierze i do powstania nowych sekt, tak że w samej Ameryce Północnej naliczono ich przeszło 70, ale również do fałszywego mistycyzmu, znajdującego ostateczny wyraz w spirytyzmie, to znowu do skrajnego racjonalizmu, rugującego z religii wszelki pierwiastek nadprzyrodzony, za którym poszedł monizmw różnej postaci, a więc niszczący wszelką religię ateizm.
Błąd reformacji nie polegał na przekazaniu ludziom Biblii do czytania, ale na pozostawieniu ich z Pismem św. „sam na sam i wmówieniu im, że każda interpretacja wersów biblijnych jest prawdziwa,o ile jest w zgodzie z ogólnymi zasadami protestantyzmu.Za interpretację inną można było zostać wykluczonym ze wspólnoty. Jednak uzbrojenie ludzi w Biblię z prawem samodzielnego komentowania nie tyle uwolniło od tyranii Kościoła – jak przedstawiali to protestanci – ale wydało chrześcijan na łup małych biblijnych satrapów, założycieli kolejnych sekt, nowych „mojżeszów” wiodących zagubione plemię Izraela do Nowego Jeruzalem.Odrzucenie autorytetu zawsze kończy się tyranią opinii. Jak się modlisz, tak wierzysz.Jak wierzysz, tak żyjesz.
Zasada samodzielnego interpretowania Pisma św., przeniesiona ze sfery religii na grunt społeczny, dała początek indywidualizmowi i subiektywizmowi, w którym nie ma obiektywnej prawdy, ponieważ wymagałaby ona istnienia obiektywnego autorytetu, a ten został odrzucony przez reformację. Istnieją wyłącznie subiektywne prawdy indywidualne, które kiedyś w przyszłości, w toku rozwoju, dadzą początek „prawdzie”. W tej koncepcji „prawda” jest efektem ewolucji błędów i prawd. Nie na tym jednak koniec, ponieważ ta koncepcja istnieje w obrębie protestantyzmu w wersji religijnej.
 
4. Fałszywa idea Kościoła
 
Dla Lutra i innych reformatorów Kościół jest wyłącznie instytucją ziemską i materialną. Jest to konsekwencja przyjęcia idei o skrajnie złej naturze ludzkiej, przeniesionej na grunt eklezjologii. Instytucja tworzona przez ludzi nie może być – jak przyjmował Luter – ani nieomylna, ani idealna. Obserwacja pogrążonych w grzechach ludzi skłoniła go do odrzucenia prawdy o Kościele jako Mistycznym Ciele Jezusa Chrystusa. Skoro więc Kościół jest jedynie instytucją materialną, nie różni się niczym od takich instytucji jak państwo, a jego funkcjonowanie jest ściśle utylitarne. Józef Sebastian Pelczar, powołując się w tym miejscu na wrogiego protestanckiemu chrześcijaństwu Fryderyka Nietzschego, stwierdzał wprost, że „protestantyzm zniszczył ideę Kościoła”. Na potwierdzenie tych słów biskup przemyski odwoływał się do szokujących wspomnień apostaty, eksjezuity, hrabiego Hoensbroecka, który odchodząc stopniowo od religii, ostatecznie został luteraninem. W swojej autobiografii Vierzehn Jahre Jesuit tak pisał o protestantyzmie:
To dzieło ludzkie bardzo niedoskonałe, osłabione w swoim charakterze religijnym i chrześcijańskim przez urzędowy biurokratyzm i dworactwo. Summus episcopus i presbyteri tego kościoła nie mają stanowczo nic wspólnego z Pismem świętym i z chrześcijaństwem. Zależny jest od państwa, a jego dostojnicy uganiają się przede wszystkim za zadowoleniem swej próżności i pychy. Kościół protestancki nie może natchnąć żadną miłością, nawet żadnym poszanowaniem. Jego obrachunek religijny zamyka się deficytem5.
 
5. Ekumenizm
 
Konsekwencją przyjęcia fałszywej koncepcji Kościoła i odrzucenia obiektywnego autorytetu religijnego musiało być poszukiwanie stałości religijnej w koncepcji ewolucji prawdy. Na gruncie religijnym zaowocowało to ideą tzw. wolnej religii, stworzonej przez racjonalistycznie nastawionych pastorów niemieckich jeszcze pod koniec XIX w. Nowa „wolna religia” miała być pierwszą nowoczesną religią niedogmatyczną,łączącą z jednej strony wszystkie najlepsze elementy wszystkich systemów religijnych świata, z drugiej – religią humanistyczną, wyrastającą z indywidualistycznych podstaw światopoglądowych6. Pomysł protestantów dał początek międzyreligijnym spotkaniom ekumenicznym, które zwłaszcza spodobały się protestantom amerykańskim i masonerii. Józef Sebastian Pelczar przy okazji charakteryzowania tych koncepcji wspominał organizowane „kongresy postępu religii” przez łączącego w sobie wszystkie możliwe pierwiastki ideowe(żydowski, masoński, niemiecki i amerykański) Teodora Reinacha, na których pracowano nad połączeniem elementów kilku religii w jeden „postępowy” system. Najbardziej zastanawiającym faktem, na który zwrócił uwagę biskup przemyski, jest okoliczność zaproszenia na kongres buddystów, protestantów różnych konfesji, przedstawicieli lóż masońskich, monistów oraz wyznawców judaizmu – przy jednoczesnym pominięciu katolików, okraszonym stwierdzeniem, że takie zaproszenie zostanie wystosowane tylko w sytuacji rezygnacji Kościoła z dogmatów. Ekumenizm drogą do chrześcijaństwa bezdogmatycznego?
 
6. Sceptycyzm
 
Przykład idei ekumenicznej jest klinicznym objawem sceptycyzmu, do jakiego prowadzi protestantyzm. W sferze społeczno-politycznej protestantyzm jest tworem bezbronnym, wydanym na pastwę systemu państwowego. Nie inaczej jest w wymiarze religijnym, w którym uległość względem świata współczesnego, jego szaleństw i pomysłów spowodowała przyjęcie najbardziej kuriozalnych koncepcji i idei.
Do głośniejszych (...) należy pastor Jatho, który na zebraniu publicznym w Berlinie tak sformował swoje credo: „Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym ani naszym Mistrzem, ani Zbawicielem”, pastor Heydorn, który chciał pogodzić protestantyzm z monizmem, predykant berneński Albert Kalthof, który trzy teorie o utrzymaniu siły, o prawie ewolucji i o nieskończoności świata nazwał nowszą nauką o Trójcy Świętej, pastor Steudel, który proponował „nowszą etykę” nie uznającą dekalogu, superintendent Lahusen, który radził nie trzymać się przy „ordynacji” dosłownego tekstu Składu Apostolskiego, teolog protestancki Artur Drews, który w 1910 roku miewał w Berlinie wykłady na temat, że Chrystus jest postacią mityczną7.
Nadworny pruski kaznodzieja pastor Stocker jeszcze w 1909 roku ubolewał, że protestantyzm trapią najcięższe choroby duchowe, których niepodobna przezwyciężyć żadnymi materialnymi środkami, a także stwierdził wprost, że protestantyzm wystąpił przeciwko Bóstwu Jezusa Chrystusa. Pastor Wolt dodawał, że protestanccy wierni są forpocztą pogaństwa i rewolucji w cesarstwie niemieckim.
Józef Sebastian Pelczar, opisując występujące wśród protestanckich teologów przypadki negowania dogmatu Trójcy Świętej, Bóstwa Jezusa Chrystusa, odrzucenia Składu Apostolskiegoi innych przykładów stwierdził, żecałość historii i budowy religii protestanckiej predestynuje ją do niedowiarstwa.Skoro przyjmiemy tę myśl świętego biskupa za prawdziwą, musimy uznać dzisiejszy modernizm za pokłosie protestanckiego sceptycyzmu w Kościele katolickim.
Pod koniec swego burzliwego życia zgorzkniały Luter podsumował swoje wytężone wysiłki wprowadzenia „religii czystej Ewangelii” słowami:Teraz ludzie opętani są przez siedem diabłów, podczas gdy najpierw byli opętani przez jednego”. Efekty rebelii protestanckiej dla Europy były opłakane: potępienie dusz, rozbicie religijne i polityczne, wojny i rewolucje.Jeden z najznamienitszych protestanckich historyków epoki zjednoczenia Niemiec, Jan Gustaw Droysen, charakteryzował skutki reformacji następująco:
Nie było rewolucji, która by głębiej wstrząsnęła społeczeństwem, która by straszliwiej burzyła i niemiłosierniej wyrokowała. Od razu wszystko się rozpadło i zostało zakwestionowane, najpierw w umysłach ludzi, potem z niesłychaną szybkością w stosunkach społecznych, we wszelkiej karności i wszelakim porządku.
Uwaga Droysena pozostaje aktualna również dziś. Co prawda sam protestantyzm w swoich tradycyjnych formach pozostaje od dłuższego czasu religijnym trupem, poddawanym kolejnym reformacjom,jednak błędy protestantyzmu, tak celnie zdiagnozowane przez bp. Józefa Sebastiana Pelczara, funkcjonują w obiegu społecznym. Przedostały się również do wnętrza Kościoła katolickiego, wywołując najgroźniejszy kryzys wiary, jakiego doświadczył katolicyzm na przestrzeni wieków. Nie przez przypadek biskup przemyski upatrywał korzeni niebezpiecznego modernizmu w wyrastającej z protestantyzmu etycznej koncepcji Emanuela Kanta.
Antidotum na morderczy kryzys może być wyłącznie odrzucenie modernistycznych błędów, przeniesionych do Kościoła z protestantyzmu, i odrodzenie misyjnej postawy katolików.Od fatalnego roku 1517 była ona najlepszą bronią przeciwko kłamstwom Lutra, głupocie Karlstadta i fanatyzmowi Kalwina, a świadczą o tym rzesze wybitnych konwertytów, wracających z protestanckiego wygnania na łono Kościoła katolickiego. Ponieważ, jak wielokrotnie powtarzał za papieżem św. Piusem X i Leonem XIII święty biskup Józef Sebastian Pelczar, jedność chrześcijaństwa istnieje wyłącznie w Kościele katolickim,a protestanci mogą ją osiągnąć wyłącznie poprzez wyparcie się swoich zgubnych błędów i powrót do odrzuconego niegdyś katolicyzmu. Płaszczyzna dialogu i porozumienia zawiera się w niezmiennym depozycie wiary Kościoła katolickiego, o czym protestanci zawsze winni pamiętać. Ω
Przypisy:
Kościół XX wieku. Rozmowy Ewy K. Czaczkowskiej, Katowice 1999, s. 93.
J. S. Pelczar, Obrona religii katolickiej, tom I: Jak wielkim skarbem jest religia katolicka i dlaczego ta religia ma dzisiaj tylu przeciwników, Przemyśl 1920, s. 99.
Ibid., s. 101.
A. Stöckl, J. Weingärtner, Historia filozofii, Kraków 1927, s. 343–346.
J. S. Pelczar, op. cit., s. 105.
Zob. J. S. Pelczar, Masoneria, jej istota, zasady, dążności, początki, rozwój, organizacja, ceremoniał i działanie. Poznań 1997, s. 322.
J. S. Pelczar, op. cit., s. 107
 
 
 
 
Ksiądz Piotr Skarga a sprawa protestantyzmu - ks. prof. Tadeusz Guz (KUL)
Sola haresis, czyli marny żywot Marcina Lutra
POWODY zniewalające licznych protestantów do powrotu na łono KOŚCIOŁA KATOLICKIGO
KATOLICYZM I PROTESTANTYZM w stosunku do CYWILIZACJI EUROPEJSKIEJ
C. Clarc – Prusy – powstanie i upaek (1600-1947)
 
 
 
 
 
 
 
Dążności pseudoreformatorskie
Św. Bp prof. Józef Sebastian Pelczar
 
W obozie katolickim niemałe szkody wyrządzają dążności pseudoreformatorskie niektórych duchownych i świeckich pisarzy, zwane modernizmem, amerykanizmem i liberalnym czy reformowanym katolicyzmem, które z bałwochwalczej czci dla ewolucyjnego postępu i dzisiejszej kultury, na wskroś realizmem przesiąkniętej, pchają katolicyzm na obce mu dotąd tory, by go niby to "odmłodzić", to jest, do ducha czasu przystosować, i z protestantyzmem, jako też z nowszą cywilizacją pojednać. Nie wszyscy zwolennicy tych dążności posuwają się do ostatecznych granic, – bo chcą zostać w Kościele; – wszyscy atoli wołają o reformy, czy to w dziedzinie filozofii i teologii, czy na polu życia religijnego i ustroju Kościoła.
Do czego dąży modernizm, wyłuszczyliśmy wyżej. Amerykanizm objawia się szczególnie na polu życia religijnego; a mianowicie żąda niewysuwania niektórych dogmatów i zasad karności katolickiej, by nie razić innowierców, jako też wprowadzenia do Kościoła "wolności indywidualnej", by u wiernych rozwijać "osobistą niezależność",zachwala cnoty przyrodzone, w przeciwieństwie do nadprzyrodzonych, a cnoty "czynne" (mianowicie akcję społeczną) w przeciwieństwie do cnót "biernych" (jak np. posłuszeństwa i pokory), – lekceważy życie zakonne i trzy śluby, jako niby sprzeciwiające się wolności ludzkiej i właściwe duszom słabym, – idzie za daleko w chęci pogodzenia katolicyzmu z protestantyzmem i z nowoczesną kulturą.
Zapatrywania te mieszczą się w książce o. W. Elliot'a pt. The live of T. Heeker – Żywot o. Heckera, który był najprzód redemptorystą, a potem założycielem "Zgromadzenia Paulinistów" († 1888). Amerykanizm znalazł dosyć zwolenników wśród duchowieństwa i w społeczeństwie świeckim, zbyt rozmiłowanym w indywidualizmie i w postępie materialnym, zwłaszcza, że zapowiedział zwycięstwo "katolicyzmu anglosaskiego", jako "katolicyzmu czynu i wolności", nad katolicyzmem "rzymskim jako więcej biernym, absolutnym i zewnętrznym". Powagi tym dążnościom dodał słynny Jan Ireland, arcybiskup z St. Paul, (†1915), który w przedmowie wymienionej książki nazwał o. Izaka Tomasza Heckera wzorem kapłana, ozdobą i skarbem duchowieństwa amerykańskiego. Nie brakło nawet we Francji wielbicieli książki o życiu o. Heckera, przełożonej na francuski przez ks. Feliksa Kleina pt. Pére Hecker.
Lecz któż nie widzi, jakie niebezpieczeństwo dla wiary i życia chrześcijańskiego kryją się w tych błędnych ideach. Toteż słusznie Leon XIII napiętnował je w piśmie apostolskim Testem benevolentiae z 22 stycznia 1899, wystosowanym do kardynała Gibbonsa, arcybiskupa baltimorskiego, w którym przypomniał niewzruszoność dogmatów katolickich i podstawowych zasad moralności, – ostrzegł przed nadużyciem wolności indywidualnej i przed szkodliwymi kompromisami z ideami liberalnymi, – wziął w obronę "cnoty bierne" i śluby zakonne, wyrażając przy tym życzenie, aby większą była liczba tych,"którzy wykonują cnoty, jakie Święci w ubiegłych czasach wykonywali" (1).
Tak samo na polu kościelnym, politycznym i społecznym ściera się z zasadami Kościoła tzw. liberalny i reformowany katolicyzm. Już w wieku XVIII i XIX chciano pogodzić Kościół z "postępem czasu", to znowu z ideami r. 1789, czyli Rewolucji Francuskiej. Mianowicie we Francji, gdzieniechęć do Stolicy Apostolskiej zaszczepił nurtujący skrycie gallikanizm i jansenizm, obóz katolików liberalnych głosił najpierw rozbrat Kościoła i państwa i zdemokratyzowanie Kościoła (ks. Lamennais), później zaś uderzał na tak zwany ultramontanizm i na rzekome "uroszczenia Kurii rzymskiej" (ks. Loyson i inni (2)), a natomiast godził się na ograniczenie wolności Kościoła i wpływu religii, rzekomo, aby nie dopuścić do panowania klerykalizmu.
Podobnie w Niemczech, wśród pisarzy i profesorów uniwersytetów nie brakło "reformatorów Kościoła", z których jedni (jak np. Reuchlin – Meldegg, Schreiber, Sedlnitzky) stali się staroprotestantami, inni (jak np. Döllinger, Reinkens, Friedrich, Schulte itp.) nowoprotestantami czyli "starokatolikami". Zgubne te dążności potępił i powstrzymał Pius IX (3).
Na początku XX. wieku zwolennicy modernizmu i "reformowanego katolicyzmu" wymagają zdemokratyzowania rządów Kościoła, zreformowania Kongregacji rzymskich, zwłaszcza Kongregacji Indeksu i św. Inkwizycji, zredukowania ceremonii liturgicznych, zaprowadzenia liturgii w języku narodowym, rozluźnienia karności kościelnej i zniesienia celibatu (4).
Rozumie się, że gdyby te dążności wzięły górę, z religii i z Kościoła ledwie by ślad pozostał. Nic też dziwnego, że Leon XIII potępił skrajne tendencje amerykanizmu w przytoczonym piśmie, a Pius X błędy modernizmu, loisyzmu i reformizmu w encyklice Pascendi z 8 września 1907, w Syllabusie Lamentabili z 3 lipca 1907 i w Motu proprio Sacrorum antistitum z l września 1910.
Historia świadczy, że Kościół katolicki był i jest opiekunem zbawiennej cywilizacji i prawdziwego postępu, ale nie może dla ludzkiego widzimisię zmieniać swoich dogmatów, ani swojego ustroju, bo nie od ludzi ale od Boga ma swój początek. Dlatego też przy tym, co wziął od Boga, stoi niewzruszenie, choćby go miały opuścić miliony, jak się to stało w czasach reformacji.
 
Bp Józef Sebastian Pelczar 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Protestanci sami podważają sola scriptura
Interpretacja Pisma Świętego i Sola Scriptura
Zniszczenie błędnej ideologii protestanckiej sola scriptura
Pismo Święte nie wystarcza do zbawienia
 
 
 
     
Ks. prof. Michał Poradowski: Protestantyzacja katolicyzmu
 
Ostatnio często się spotykamy z opiniami na temat rzekomej protestantyzacji katolicyzmu i jest rzeczą bardzo znamienną, że najwięcej i najczęściej podkreślają ten fakt ci katolicy, którzy nawrócili się z protestantyzmu.To głównie oni z bólem i goryczą stwierdzają, że błędne wierzenia i praktyki protestanckie, od których uciekli, przechodząc na katolicyzm jakieś trzydzieści-czterdzieści lat temu, wprowadzane są obecnie w życie przez hierarchię Kościoła katolickiego.Dla każdego bezstronnego obserwatora życia Kościoła katolickiego jest niezaprzeczalnym faktem, że dzisiejsza religijność katolicka coraz więcej przejmuje elementów protestanckich i chociaż fakt ten stwierdzają wszyscy, tylko niektórzy uważają go za objaw negatywny. Na tym polega zasadnicza różnica między sytuacją w wieku XVI i w czasach dzisiejszych. Jeśli bowiem w czasach Lutra i Soboru Trydenckiegotego rodzaju objawy spotykały się z jednolitą potępiającą postawą, obecnie reakcja katolików w tej sprawie jest podzielona; dla jednych jest to zgorszeniem i przyczyną troski, podczas gdy dla drugich jest okazją do zadowolenia, gdyż w „protestantyzacji” katolicyzmu widzą postęp i unowocześnienie, a niektórzy nawet i drogę do ekumenizmu.

Wydaje się, że ta niezaprzeczalna obecność protestantyzmu wewnątrz dzisiejszego Kościoła katolickiego ma dwa źródła. Jednym z nich są podobnie jak w wieku XVI – pewne procesy wewnątrz samego Kościoła; drugim zaś jest wpływ jaki protestantyzm wywiera z zewnątrz na Kościół katolicki, zwłaszcza przez niezliczone ułatwione kontakty z okazji akcji ekumenicznej i tego wszystkiego, co się w praktyce czyni pod pretekstem ekumenizmu. Aby więc uzupełnić nasz cykl szkiców na temat „socjologii protestantyzmu”, tak tego z czasów Lutra jak i obecnego, przyjrzyjmy się pokrótce dzisiejszej protestantyzacji katolicyzmu, ale wyłącznie w ramach schematu jaki został w szkicach tych zastosowany. Wypada przypomnieć, że w zastosowanym schemacie spojrzeliśmy na protestantyzm wyłącznie z punktu widzenia „socjologii religii”, biorąc pod uwagę pięć zasadniczych probierzy, a mianowicie:

1. Protestantyzm jako reforma
2. Protestantyzm jako nawrót do germańskich wierzeń pogańskich
3. Protestantyzm jako zerwanie z cywilizacją łacińską
4. Protestantyzm jako judaizacja chrześcijaństwa
5. Protestantyzm jako zeświecczenie chrześcijaństwa


Pierwszy probierz – protestantyzm jako reforma – musimy pozostawić na boku, gdyż jak widać, ten tak bardzo pozytywny aspekt protestantyzmu Lutra w całej pełni został osiągnięty przez Kościół katolicki dzięki reformie przeprowadzonej przez Sobór Trydencki (1545-1563) oraz – rozciągając analogię na dzisiejsze czasy – przez reformy Drugiego Soboru Watykańskiego.

Jeśli chodzi o drugi probierz – protestantyzm z czasów Lutra jako nie świadomy nawrót do germańskiego poganizmu– należy uczciwie zapytać, czy jest coś podobnego w dzisiejszym katolicyzmie. Otóż sam Drugi Sobór Watykański stwierdza, że świat współczesny powraca do poganizmu,a przecież kiedy Sobór używa tego wyrażenia „świat współczesny” włącza doń także i katolików. Zanim będzie mowa o tym powrocie współczesnego człowieka (także i katolika) do poganizmu i zwłaszcza do oddawania człowiekowi religijnej czci, należnej wyłącznie Bogu, należy stwierdzić, że dzisiaj szerzy się w Kościele, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, świadomy i zorganizowany powrót do starych wierzeń pogańskich ludów prymitywnych. Co gorsza, nie chodzi tutaj o jakiś ruch spontaniczny, niekontrolowany przez władze kościelne i niemożliwy do opanowania przez nie, lecz o zbrodniczy, świadomy i zorganizowany przez część kleru katolickiego nawrót do wierzeń pogańskich, które się wprowadza do oficjalnego Credo Kościoła katolickiego i włącza się je do liturgii mszalnej. Chodzi tutaj o tak zwany „trybalizm”. W tym wypadku ten obecny nawrót do poganizmu niektórych krajów katolickich, jest o wiele bardziej godny potępienia niż powracanie do poganizmu protestantów w czasach Lutra, gdyż w XVI wieku był to ruch spontaniczny, prawie nieświadomy, a zawsze wbrew władzom kościelnym, podczas gdy obecny nawrót do starych wierzeń pogańskich niektórych szczepów Indian południowo-amerykańskich jest dziełem świadomym, zorganizowanym przez samą hierarchię kościelną i wprowadzanym w życie jako „duszpasterstwo posoborowe”.Jest czymś nie do pomyślenia, żeby Kościół sam niszczył wiarę i w jej miejsce wprowadzał stare religie pogańskie. Niestety, ta zbrodnia ma miejsce od szeregu lat w wielu krajach, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej i chociaż jest to zbrodnia karana Prawem Kanonicznym, jak dotąd, nic nie wiadomo, aby sprawcy tej zbrodni byli pociągnięci do odpowiedzialności. Ta poganizacja przez niektórych księży i biskupów ludów od wieków chrześcijańskich, jest w pełni tolerowana jako „duszpasterstwo ekumeniczne”, co jest niezbitym dowodemprotestantyzacji katolicyzmu. Widzieliśmy, że trzecim probierzem protestantyzmu (z punktu widzenia przyjętego tutaj schematu) jest zerwanie z cywilizacją łacińską. Wypada więc zapytać, jaki jest stosunek dzisiejszego Kościoła katolickiego do cywilizacji łacińskiej?Wydaje się, że niemniej wrogi jak i protestantyzmu.W sprawach stosunku Kościoła do „cywilizacji” w ogóle i do „cywilizacji łacińskiej” w szczególności jest wiele nieporozumienia. Nie tu miejsce na omawianie tego zagadnienia, ale trzeba przypomnieć, że Kościół nie może utożsamiać się, z żadną cywilizacją historyczną, gdyż z zasady, ze swego powołania Kościół jest „matką i mistrzynią” wszystkich kultur i cywilizacji chrześcijańskich wszystkich epok, gdziekolwiek one powstają, będąc Kościołem z istoty swej „powszechnym”, czyli katolickim, co jednak nie przeszkadza, że Kościół może utożsamiać, się; z ideałem cywilizacji, który on sam proponuje pod różnymi nazwami, jak np. „cywilizacji chrześcijańskiej”, (o której nam mówią liczne encykliki społeczne i który to termin stał się bardzo drogi niektórym pisarzom katolickim) o „cywilizacji miłości” (termin bodajże wprowadzony przez Pawła VI, a używany także i przez jego następców) . Niemniej jednak Kościół powinien należycie doceniać cywilizacje historyczne według wartości, które one reprezentują, a zwłaszcza według ich użyteczności dla spełniania przez Kościół jego Misji ewangelizacji wszystkich ludów. W szczególny sposób Kościół powinien doceniać te cywilizacje historyczne, które narodziły się z ducha ewangelii i które są w większym stopniu dziełem samego Kościoła lub co najmniej wyrosły pod jego opieką. Takich cywilizacji historycznych jest wiele, ale jedna z nich, a mianowicie tzw. cywilizacja łacińska jest właściwie dziełem samego Kościoła, chociaż jej początki i fundamenty tkwią leszcze w starych, przedchrześcijańskich cywilizacjach śródziemnomorskich.

Cywilizacja łacińska jest dziełem Kościoła, dokonanym w europejskim środowisku geograficznym, kulturalnym i historycznym, lecz – właśnie dlatego że jest dziełem Kościoła – z istoty swej jest ona uniwersalna, tzn. że może być przyjęta także i przez ludy innych ras i innych warunków geograficznych i ekologicznych, co samo życie udowodniło. To z tą cywilizacją w okresie tysiąca lat średniowiecza utożsamiało się chrześcijaństwo. Chociaż teoretycznie chrześcijaństwo może przyczynić się w każdym środowisku kulturalnym i geograficznym do wytworzenia miejscowej cywilizacji mniej lub więcej „chrześcijańskiej” – i w praktyce tak było niejednokrotnie – to jednak tylko cywilizacja łacińska okazała się dziełem trwałym i, co najważniejsze, dziełem uniwersalnym, to znaczy zdolnym do rozprzestrzeniania się na wszystkie ludy i wszystkie kraje, szanując miejscowe kultury i ich wartości, jeśli te nie sprzeciwiają się Ewangelii. Kościół nigdy nie utożsamiał się z żadną cywilizacją, a więc także i z cywilizacją łacińską i ta postawa Kościoła, zwłaszcza dzisiaj, powinna być jasno podkreślana. Wszelka tendencja utożsamiania się z jakąkolwiek cywilizacją historyczną krępowałaby Kościół w wypełnianiu swej zasadniczej misji przekazywania nauki Chrystusa Panai pośredniczenia między każdym człowiekiem i każdym ludem a Bogiem, który jest Ojcem wszystkich ludzi i wszystkich ludów. Nie znaczy to jednak, aby Kościół mógł nie doceniać wartości i znaczenia niektórych cywilizacji, a zwłaszcza cywilizacji łacińskiej, szczególniej w tych krajach, w których jest ona głęboko zakorzeniona i ściśle związana z wiarą i obyczajami chrześcijańskimi.Wszelkie osłabienie i zubożenie cywilizacji łacińskiej, a zwłaszcza jej niszczenie, natychmiast odbija się na stanie życia religijnego i obyczajów.Nie należy zapomnieć, że Kościół z troską i wielkim wysiłkiem budował w ciągu wieków cywilizację łacińską właśnie dlatego, aby zapewnić swym wiernym należyte warunki do praktykowania wiary i do życia według jej wymagań, czyli wytwarzał instytucjom formy współżycia społecznego, ustrój gospodarczy i polityczny według wymagań Ewangelii.

Widzieliśmy poprzednio, że protestantyzm zawsze zwalczał cywilizację łacińską, stąd też można powiedzieć, że obecna postawa walki z cywilizacją łacińską wewnątrz Kościoła, tak niestety częsta i nawet fanatyczna, jest jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Jednym z historycznych elementów cywilizacji łacińskiej jest język łaciński. Porzucenie tego języka przez Kościół, a nawet w wielu środowiskach brutalna walka z tym językiemjest także jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Atakując łacinę, zwalcza się nie tylko sam język jako taki, lecz także i dorobek kulturalny niemal dwutysiącletni, wyrażony w tym języku. Porzucanie łaciny jest zrywaniem z myślą filozoficzno-teologiczną wyrażoną w tym języku, z kulturą łacińską, z bogactwem liturgii łacińskiej i śpiewu gregoriańskiego.Chociaż w wielu wypadkach porzucenie łaciny jest tylko frywolnością, objawem braku kultury, czy też przejawem zjawiska socjologicznego, które Ortega y Gasset nazwał „buntem motłochu” („la rebelion de la masas”), to jednak jest w tym także niewątpliwie typowa reakcja protestancka przeciwko językowi-symbolowi cywilizacji łacińskiej. Wielu zapomina, że Drugi Sobór Watykański w licznych dokumentach kładzie nacisk na konieczność zachowania łaciny w życiu Kościoła”. Tymczasem wkrótce po Soborze, wbrew jego zaleceniom, zaczęła się walka z łaciną i usuwanie jej z liturgii i ze studiów teologicznych, a przecież im bardziej się kładzie nacisk na słuszne i dziś niezbędne używanie języków ludowych w liturgii i w studiach, tym bardziej okazuje się konieczność zachowania łaciny jako języka podstawowego, zwłaszcza w liturgii, w Prawie Kanonicznym, w definicjach dogmatycznych i w Piśmie Świętym. Także należy pamiętać, że kiedy mówi się o łacinie, nie chodzi tylko o sam język jako taki, lecz także o całe bogactwo myśli chrześcijańskiej w ciągu dwóch tysięcy lat wyrażone w tym języku. Przekłady bowiem nawet najdoskonalsze i najuczciwsze nigdy nie mogą zastąpić oryginału, szczególniej jeśli chodzi o łacinę, gdyż jest to język wyjątkowo dokładny, niedopuszczający nieporozumienia i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Całkowite porzucenie łaciny równałoby się porzuceniu chrześcijańskiej myśli wielu stuleci, a więc znacznej części tradycji, a na to mogą się odważyć tylko barbarzyńcy. Jakie to znamienne, że biskupi afrykańscy (wykształceni i wychowani jeszcze przed Soborem w Europie), okazali więcej w tej sprawie zrozumienia, niż wielu biskupów europejskich i południowo-amerykańskich, gdyż to przede wszystkim oni wypowiadali się przeciwko porzuceniu łaciny, zdając sobie sprawę, że to tylko poprzez łacinę oni sami mają dostęp do bogactwa myśli chrześcijańskiej przeszłych wieków.

Wiele wartości, a zwłaszcza zwyczajów chrześcijańskich, zachowuje się tylko w ramach cywilizacji łacińskiej, to też osłabienie tejże cywilizacji wystawia j na niebezpieczeństwo te wartości i obyczaje. Jako przykład można wspomnieć sprawę celibatu. Niedawno papież Jan Paweł II w swym wspaniałym Liście do Kapłanów (z 8 kwietnia 1979 r.) stwierdza, że celibat charakteryzuje Kościół łaciński i tak jest, gdyż poza Kościołem łacińskim celibat nie istnieje, przynajmniej jako instytucja prawno-moralna. Oczywiście, nie można utożsamiać „Kościoła katolickiego” z „cywilizacją łacińską”, jako iż są to terminy i rzeczywistości historycznie różne, ale nie ma wątpliwości, że obie te rzeczywistości są ze sobą ściśle związane. Osłabienie, a zwłaszcza niszczenie cywilizacji łacińskiej i porzucenie jej wartości i form współżycia musi mieć natychmiastowe skutki i wpływ na życie Kościoław ogóle, a łacińskiego w szczególności, a więc reperkusje w jego instytucjach i zwyczajach. Celibat w ramach całości różnych instytucji i zwyczajów cywilizacji łacińskiej znajduje odpowiednie warunki, poza którymi z trudnością może być utrzymany. Celibat wymaga specjalnej i głębokiej kultury wewnętrznej, którą zapewniają tylko niektóre cywilizacje i jest faktem niezaprzeczalnym, że tylko tam gdzie cywilizacja łacińska jest żywa i silna, Kościół mógł z powodzeniem utrzymać instytucję celibatu i że poza tą cywilizacją zachowanie celibatu natrafia na duże trudności, a w niektórych cywilizacjach jest w ogóle niemożliwe, podobnie jak niemożliwe jest także i małżeństwo monogamiczne. Zapewne w przyszłości Kościół nie zdoła zachować instytucji celibatu duchowieństwa niezakonnego, bez jednoczesnej obrony cywilizacji łacińskiej, która stanowi niezbędne ramy dla tejże instytucji. W niniejszym artykule, wyłącznie socjologicznym, nie poruszono aspektów teologicznych celibatu, ale wszelkie argumenty teologiczne, bez uwzględnienia aspektów socjologicznych, pozostają oderwane od życia. W czasie II Soboru Watykańskiego dużo się mówiło na temat możliwości zniesienia celibatu i niektórzy biskupi byli przekonani, że to nastąpi, stąd też dając rekolekcje dla swych księży diecezjalnych, czynili do tego aluzje. Mówi się, że już po Soborze podobno na ten temat toczyły się rozmowy między grupą biskupów zwolenników zniesienia celibatu i papieżem Pawłem VI i że Papież okazał się przychylny ich żądaniom, ale pod pewnymi warunkami. Mimo, iż później Kościół zajął w tej sprawie jasną pozycję i zdecydowaną, dyskusje nie ustały, a argumenty w niej wysuwane są typowo protestanckie. Nadto, katoliccy teologowie „ekumeniczni”, czyli zwolennicy szybkiego i bezwarunkowego zjednoczenia z protestantami uważają, że zniesienie celibatu w Kościele katolickim jest niezbędnym warunkiem tegoż zjednoczenia, stąd też w imię „ekumenizmu” żąda się zniesienia celibatu. Niewątpliwie jest to także przejaw protestantyzacji katolicyzmu. Wiadomo jest także, iż istnieje w Kościele dość liczna grupa biskupów, którzy chcą doprowadzić do zniesienia celibatu drogą faktów dokonanych, czyli że faworyzują w swych diecezjach księży żyjących w konkubinacie i obarczonych liczną rodziną. Biskupi ci okazują we wszystkim, a nie tylko w sprawie celibatu, typową mentalność protestancką i we wszystkim, a zwłaszcza w liturgii naśladują sekty protestanckie. Atak na celibat jest tylko częścią ataku na „kapłaństwo ministerialne”.
W ostatnich latach jesteśmy świadkami, jak to różnymi drogamichce się dojść do zniesienia kapłaństwa w Kościele katolickim, a jest to przecież oczywista postawa protestancka. Protestantyzm, znosząc ofiarę Mszy św. zniósł także i kapłaństwo ministerialne. Podobna tendencja jest dzisiaj wewnątrz Kościoła katolickiego, a jej zwolennikami są sympatycy protestantyzmu. W wielu diecezjach z każdym dniem coraz więcej czynności właściwych kapłanom powierza się świeckim i to bez żadnego usprawiedliwienia brakiem kapłanów, okazując w ten sposób jak małą wagę przypisuje się kapłaństwu. Nawet utrzymuje się, że Mszę św. – a raczej ceremonię wprowadzoną w jej miejsce – mogą odprawiać ludzie świeccy bez udziału kapłana (jest to znana teza teologa Hansa Kunga, bardzo dziś rozpowszechniona i wprowadzana w życie w Ameryce Łacińskiej), a przecież to są poglądy i praktyki typowo protestanckie. Także usilna akcja na rzecz wyświęcania kobiet i to bez żadnych ograniczeń, a więc nie tylko dopuszczenia ich do diakonatu, ale także i do kapłaństwa i do godności biskupiej, jest objawem przejmowania przez katolików poglądów protestanckich. Podobno statystyki opinii księży katolickich we Francji wykazują, że więcej niż połowa duchowieństwa w tym kraju opowiada się za wyświęceniem kobiet na księży i biskupów. Co gorzej, podobno nawet niektóre osobistości w Watykanie także podzielają to stanowisko. Dobrze się więc stało, że Ojciec Święty Jan Paweł II, w czasie swej wizyty pasterskiej do Stanów Zjednoczonych wyraźnie oświadczył, że Kościół nie widzi możliwości wyświęcania kobiet. Niemniej jednak wiele z zaprowadzonych po Soborze praktyk prowadzi tak do zniesienia celibatu, jak i żądania wyświęcania kobiet. Na przykład fakt, że obecnie studia filozoficzno-teologiczne w wielu krajach seminarzyści odbywają nie w swych seminariach, lecz na uniwersytetach wspólnie z dziewczętami, dla których wydziały te zostały otwarte. Czasami nawet tak się składa, że kobiety są liczniejsze niż mężczyźni. W ciągu wielu lat wspólnych studiów, z jednej strony wytwarzają się sytuacje przyjaźni między tą młodzieżą, które często kończą się zobowiązaniami prowadzącymi do małżeństwa, a stąd powiększa się ruch przeciwko celibatowi, z drugiej zaś strony wykształcone filozoficznie i teologicznie młode dziewczęta nie widzą przed sobą innej przyszłości (zawodu)jak kapłaństwo,gdyż być tylko żoną kapłana już się im wydaje za mało. Dopuszczenie na wydziały filozofii i teologii kobiet jest niewątpliwie całkowicie na miejscu, ale odbywanie tych studiów razem z seminarzystami wydaje się być nieroztropne, gdyż z jednej strony zbyt wiele wymaga się w tej sytuacji od seminarzystów, żądając od nich jednocześnie przyjęcia celibatu, a z drugiej strony nie jest logicznym kształcić kobiety tak samo jak seminarzystów, zamykając im jednocześnie drogę do kapłaństwa.

Jeśli Kościół zdecydował się na dalsze zachowanie instytucji celibatu i na niedopuszczanie kobiet do święceń kapłańskich, nie powinien przyjmować kobiet do instytucji przeznaczonych dla kształcenia kleru. Niechaj kobiety studiują teologię, ale nie w towarzystwie kleryków. Obecna praktyka jest czysto protestancka, ale też protestanci logicznie i konsekwentnie znoszą celibat i dopuszczają kobiety do święceń. Katolickie kapłaństwo ministerialne jest także obecnie poważnie zagrożone przez przejmowanie przez katolików protestanckiej zasady, że kandydaci na kapłanów i biskupów powinni być wybierani „demokratycznie” przez odnośne wspólnoty religijne (parafie, diecezje itd.), gdyż w ten sposób zrywa się z tradycyjną zasadą bezpośredniego powołania przez Chrystusa Pana. Zasada wyborów przez wspólnotę religijną jest typowo protestancka i ściśle związana z procesem „demokratyzacji” Kościoła. Ta protestancka zasada już od wielu lat jest zaprowadzana w Kościele katolickim, jeśli chodzi o wybór kandydatów na diakonów. Jest więc logiczne, że tę samą zasadę usiłuje się rozciągnąć także na wybór kandydatów do kapłaństwa i na biskupów. W ten sposób stopniowo przejmuje się zasady i praktyki protestanckie: to wspólnota religijna (parafia, diecezja, opactwo itd.) wybiera kandydata na kapłana lub biskupa i to ona udziela mu władzy. Stąd zasada protestancka, że władza kapłańska nie jest udzielana przez święcenia i nie otrzymuje jej kandydat z góry, od Boga, od Chrystusa Pana, chociaż poprzez hierarchię, lecz z dołu, od ludu (demokratyzacja Kościoła). Tą drogą zaczyna się szerzyć w Kościele katolickim protestancki zwyczaj, całkowicie przeciwny Tradycji, która utrzymuje, że to Chrystus Pan powołuje do kapłaństwa i to od Niego, poprzez hierarchię otrzymuje się władzę kapłańską, uczestnicząc w kapłaństwie Chrystusa Pana, Jedynego, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Protestanckie pojęcie kapłaństwa, które przenika obecnie do Kościoła katolickiego jest tylko częścią protestanckiego pojęcia Kościoła, jako „Kościoła ludowego”, a więc wyłącznie horyzontalnego, wprowadzanego w miejsce tradycyjnego pojęcia Kościoła hierachicznego i pionowego.
Niedawno, bo przy okazji Trzeciej Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Puebla (Meksyk), w dużej ilości publikacji, przeważnie autorów księży-marksistów, usiłowano narzucić to protestanckie pojęcie Kościoła i kapłaństwa. Dyskusja wśród pisarzy katolickich spowodowana książkami Hansa Kunga jest dowodem do jakiego stopnia wpływy protestanckie są dzisiaj obecne w Kościele katolickim. Przecież Hans Kung zajmuje w dzisiejszym Kościele postawę hardziej radykalną niż swego czasu Luter. Kung jest myślicielem protestanckim wewnątrz Kościoła katolickiego. W swej książce o Kościele (Die Kirche) usiłuje narzucić katolikom czysto protestanckie pojęcie Kościoła. I znamienne jest, że jego opinie nie są natychmiast odrzucane przez katolików, lecz tylko dyskutowane. Nawet już po oficjalnym orzeczeniu Stolicy Świętej, w pełni popartym przez Episkopat Niemiec, nadal różni teologowie i biskupi występują w obronie tak oczywiście protestanckiej postawy. Jeśli chodzi o nową liturgię, to sami protestanci twierdzą, iż została ona, przynajmniej kanon drugi i czwarty, dostosowana do wymagań luteranizmu. Także wielu katolików nawróconych z protestantyzmu z rozpaczą i bólem, rozpoznaje w nowej liturgii mszalnej ceremonie protestanckie. Jako przykład można przytoczyć opinię znanego pisarza francuskiego Julien Green. Nawrócony z anglikanizmu na katolicyzm, w swym wielotomowym pamiętniku-kronice często się skarży, że w nowej liturgii mszalnej spotyka się z elementami liturgii terańskiej. Nadto wielu biskupów i księży, otwartych zwolenników protestantyzmu, świadomie i celowo taką właśnie dają interpretację nowej liturgii mszalnej, wbrew jasnym oświadczeniom Soboru.Katechizm holenderski także jest jednym z wielu dowodów protestantyzacji katolicyzmu, gdyż w nim dostosowuje się katolickie Credo do wymagań i gustów protestantów, przede wszystkim przez pomijanie tego wszystkiego co odróżnia katolicyzm od protestantyzmu. Szybko przetłumaczony na wiele języków i obecnie rozpowszechniony niemal we wszystkich krajach, przyczynia się do zmiany treści Wiary. Stąd też zrozumiałe jest, iż wielu katolików ze zgrozą zapytuje wraz kardynałem Slypyjem czy nie zachodzi niebezpieczeństwo zmiany religii.

Fakt oczywistej protestantyzacji katolicyzmu usprawiedliwia stwierdzenie, że z tego co zostało uprzednio wspomniane jako judaizacja chrześcijaństwa, także ma miejsce obecnie w Kościele katolickim. A więc na przykład obrazobórstwo. Zjawisko to tak obce cywilizacji łacińskiej, jako iż jej korzenie tkwią w starożytnej Grecji i w przedchrześcijańskim Rzymie, jest typowe dla tradycji żydowskiej, która zabrania przedstawiania Boga w malarstwie i rzeźbie.To starotestamentowe stanowisko jest całkowicie zrozumiałe, gdyż chodziło o zwalczenie niebezpieczeństwa kultu pogańskich bożków. Ale w chrześcijaństwie „sztuka kościelna(ars sacra) jest zupełnie usprawiedliwiona w świetle dogmatu Wcielenia:Bóg przestał być dla człowieka tylko Duchem, stając się także i Ciałem w Jezusie Chrystusie, a więc przyjmuje postać wyobrażalną i materialnie możliwą do przedstawienia w rzeźbie i malarstwie.Bardziej jeszcze się usprawiedliwia kiedy chrześcijański kult religijny rozciąga się także na Najświętszą Dziewicę Bogarodzicielkę i na świętych. Chrześcijanie nie czczą obrazków jako takich, lecz to co one przedstawiają, a więc Chrystusa Pana, Boga Wcielonego, Najświętszą Dziewicę Maryję i świętych. Same święte obrazy i figury jako takie także wymagają poszanowania przez to co przedstawiają, zwłaszcza jeśli są poświęcone. Obrazobórstwo od czasu do czasu pojawia się w Kościele jako objaw tradycji żydowskiej.Znane było we wczesnym Średniowieczu, później w przededniu pojawienia się protestantyzmu i jako jego część składowa i zawsze się pojawia kiedy rosną w Kościele wpływy żydowskie. Właśnie protestantyzm, jako judaizacja chrześcijaństwa, stał się słynny ze swego obrazobórstwa. Nic przeto dziwnego, że skoro obecnie stwierdzamy proces protestantyzacji katolicyzmu, także towarzyszy mu obrazobórstwo. W ostatnim dwudziestoleciu, poza Polską, świątynie katolickie zostały ogołocone, gdyż święte obrazy i rzeźby zostały z nich brutalnie i po barbarzyńsku usunięte, przez co stały się podobne do pustych i zimnych zborów protestanckich. Należy też tu wspomnieć, jako przejaw protestantyzacji czyli judaizacji katolicyzmu, zaciekłą walkę z dogmatem Trójcy Przenajświętszej. Jest niezaprzeczalnym faktem, że dogmat ten znikł tajemniczo prawie ze wszystkich katechizmów wydanych w ostatnim dwudziestoleciu. Można słusznie podejrzewać, że stosowano w tym wypadku znaną metodę przemilczania. Już Karl Barth utrzymywał, że dogmaty systematycznie przemilczane zostają zapomniane lub też uważane za „przestarzałe”.W świetle tej walki wewnątrz Kościoła z dogmatem Trójcy Przenajświętszej należy żałować, że piękna modlitwa „Suscipe soncta Trinitas” nie przeszła z liturgii mszalnej św. Piusa V do nowej liturgii mszalnej Pawła VI. Innym objawem protestantyzacji katolicyzmu jest moda w teologii i katechizacji na tzw. „Jezusanizm”, czyli tendencja nie używania wyrażenia „Chrystus” czy „Jezus Chrystus”,lecz tylko Jezus. W ten sposób zastępuje się „Chrystologię” „Jezusologią”. Sprawa ta jest wielkiej wagi, gdyż „Chrystologia” zajmuje się Chrystusem Panem i jest związana z Mesjaszem-Zbawicielem i z Wcieleniem Słówa Bożego,natomiast „Jezusologią” zajmuje się tylko Jezusem z Nazaretu. Imię „Chrystusa” (Namaszczonego) może nosić tylko oczekiwany w Starym Testamencie Mesjasz-Zbawiciel, podczas gdy imię Jezusa może nosić ktokolwiek (w Hiszpanii jest to imię bardzo powszechne). Nadto, dla chrześcijan Chrystus to nie tylko przyobiecany Mesjasz-Zbawiciel, ale to Słowo, Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej, wcielone we wnętrznościach Najświętszej Dziewicy Bogarodzicy. Porzucając termin „Chrystus”, porzuca się „Chrystologię”, jako naukę teologiczną o Bogu-Człowieku, o Słowie Wcielonym i zastępuje się ją błahą i płytką „Jezusologią”, czyli biografią człowieka z Nazaretu.Jest to stara postawa żydowska, przyjęta od dawna przez niektóre sekty protestanckie. Otóż ta niecna i podstępna postawa walki z bóstwem Chrystusa Pana przeszła ostatnio do Kościoła katolickiego i przejawia się przede wszystkim w tendencyjnych katechizmach, które tylko mówią o Jezusie, ale nigdy o Chrystusie. A stąd już prosta droga do opuszczania w katechizmach wszystkiego na temat Wcielenia, czy dwóch natur w jednej osobie Chrystusa Pana, ludzkiej i boskiej, stąd też i przemilczanie iż Najświętsza Dziewica jest Bogarodzicą i przedstawianie Jej tylko jako Marii, „matki cieśli z Nazaretu”. A skoro w katechizmie znika boskość Chrystusa Pana, gdyż jest mowa tylko o „Jezusie”, nie ma podstaw do wspominania Trójcy Przenajświętszej, a więc chrześcijaństwo sprowadza się do monoteizmu żydowskiego. Jest to więc powrót do arianizmu, który przecież był herezją żydowską, inspirowaną przez Talmud. Bo źródło „Jezusonizmu” jest właśnie w Talmudzie, skąd przeszło do protestantyzmu,a dziś z protestantyzmu przechodzi do teologii i katechezy katolickiej. Jednocześnie zwalcza się istnienie Trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, po prostu w katechizmach przemilczając jej istnienie, a w liturgii używając wyrażeń mętnych i dwuznacznych, jak „Duch Boży” i „Duch Jezusa”, terminy często pisane z małej litery – a więc „duch Boży” i „duch Jezusa”, co może znaczyć zarówno wspomnienie o duszy Chrystusa Pana, jak też i niewyraźną aluzję do Ducha Świętego. A kiedy Chrystusa Pana zastępuje się; „Jezusem”, a Ducha Świętego „duchem Jezusowym”, znikają dwie z trzech Osób Trójcy Przenajświętszej i już chrześcijaństwo jest sprowadzone do monoteizmu żydowskiego (mojżeszowego) lub mahometańskiego.

Także judaizacja katolicyzmu, a więc i jego protestantyzacja dokonuje się poprzez proces marksizacji teologii. Marksizm bowiem jest w istocie swejjudaizmem, nie dlatego, że Marks i Engels byli Żydami, ale dlatego, że jest to myśl sformułowana w związku ze sprawą żydowskąi przedstawiona jako sprawy tej ostateczne rozwiązanie. Nadto prawie wszystkie zasadnicze pojęcia tzw. „marksistowskiej teologii” są wzięte z judaizmui praktycznie teologia ta jest kontrabandą myśli żydowskiej (rabinistycznej) w Kościele. Ta judaizacja (protestantyzacja) katolicyzmu przez marksizm okazuje się. przede wszystkim w zeświecczeniu i w zmaterializowaniu pojęcia „Królestwa Bożego”, które w ujęciu marksistowskiej teologii całkowicie traci charakter duchowy i nadprzyrodzony, przekształcając się w pojęcie czysto doczesne i polityczno-ekonomiczne, utożsamiając się często z jakimś mglistym ustrojem socjalistycznym, czy też wyraźnym ustrojem komunistycznym. Łatwe, szybkie a często nawet entuzjastyczne opowiadanie się części duchowieństwa katolickiego za socjalizmemwbrew jasnej w tej sprawie postawy nauki społecznej Kościoła, wyrażonej w encyklikach społecznych, czy to na rzecz jakiegoś bliżej nieokreślonego socjalizmu utopijnego, czy to na rzecz socjalizmu marksistowskiego, także jest oczywistym przejawem procesu protestantyzacji katolicyzmu. Sprowadzenie chrześcijaństwa tylko do ideologii społeczno-gospodarczo-politycznej, wyłącznie ześrodkowanej na doczesności, co prowadzi do przekształcenia Kościoła z instytucji religijnej w instytucję dobroczynności, to jeszcze jeden więcej objaw wpływu protestantyzmu. Dla wielu katolików nawet grzech przestał już być obrazą Boga, stając się tylko obrazą człowieka, a zwłaszcza pojęciem szkody wyrządzanej społeczności. Wszystko staje się tylko doczesne, społeczne, gospodarcze, materialistyczne, komunistyczne. Warto też wspomnieć o tym, żeduszpasterstwo sakramentalnew ostatnich latach coraz częściej przybiera charakter gromadny, przez co zaciera się osobowy stosunek człowieka do Boga. Obecnie wszystkie sakramenty św. są w wielu krajach udzielane tylko zbiorowo:zbiorowe chrzty, bierzmowania, zbiorowa pokuta, zbiorowa Eucharystia (Msza św. i komunia), zbiorowe błogosławieństwa małżeństw, zbiorowe wyświęcanie kapłanów i nawet już tylko zbiorowe udzielanie ostatniego namaszczenia, zwanego dziś sakramentem chorych. Niewątpliwie jest wiele najsłuszniejszych argumentów na korzyść tego nowego duszpasterstwa sakramentalnego, ale trudno nie widzieć w tym także i niebezpieczeństwa porzucenia osobowego i osobistego stosunku człowieka do Boga,który tak odróżniał Kościół Katolicki od protestantyzmu. Stąd już tylko krok do całkowitego zaświecczenia, czyli do zupełnej protestantyzacji. Łaska Boża i nadprzyrodzoność są już zapomniane do tego stopnia, że nawet nie wspomina się o nich w dokumentach urzędowych, jak np. w dokumencie ogłoszonym przez Konferencję w Puebla. Życie nadprzyrodzone, a więc to co jest najistotniejsze w chrześcijaństwie, znikło już całkowicie w większości nowych katechizmów, a przed tym już z wielu teologii, które uważają się za katolickie (jak np. teologia Karola Rahnera). Część duchowieństwa katolickiego okazuje nawet jakąś dziwną nerwowość, jakiś pośpiech, aby nie tylko dogonić protestantów w tej sekularyzacji, lecz przegonić, jakby czuli się zawstydzeni, że dopiero teraz uznali za słuszną postawę Lutra i Kalwina. Tak więc niestety, prawie to wszystko co poprzednio zostało stwierdzone w związku z sekularyzacją chrześcijaństwa poprzez protestantyzm, także obecnie charakteryzuje wiele środowisk katolickich. Znaczna część współczesnego procesu zmian w Kościele – przez rozciągnięcie go na to co istotne (dogmaty), zamiast ograniczyć go wyłącznie do tego co przypadkowe, drugorzędne – jest niszczeniem Wiary.

Co stanowi główną przyczynę tej szybkiej protestantyzacji katolicyzmu? bez wątpienia źle pojęty ekumenizm.Bo w rzeczywistości istnieją obecnie w Kościele różne ruchy ekumeniczne,które -dla uproszczenia -można sprowadzić do trzech zasadniczych, a mianowicie do dwóch błędnych i jednego właściwego. Zacznijmy od ekumenizmów błędnych. Pierwszy z nich to ruch na rzecz zjednoczenia wszystkich Kościołów chrześcijańskich za wszelką cenę i jak najszybciej. Ten pośpiech tłumaczy się strachem przed wspólnym nieprzyjacielem jakim jest materializm-ateizm. Ten ekumenizm z konieczności prowadzi ku jedności powierzchownej, płytkiej, nieszczerej i oportunistycznej, stąd też skazany jest z góry na niepowodzenie. Drugi niewłaściwy ruch ekumeniczny jest jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny, gdyż jego motywacje nie są religijne, lecz wyłącznie świeckie, doczesne, ziemskie, utopijne. Jest on inspirowany nie troską o Wiarę, nie o chwałę Bożą i przyszłość chrześcijaństwa, lecz jedynie troską o przyszłość ludzkości, społeczeństwa, kultury. Wychodząc z założenia, że religia, jako część kultury, jest niezbędna w życiu człowieka i społeczeństwa, stara się doprowadzić do zaistnienia tylko jednej religii, jako węzła jednoczącego wszystkich ludzi. Mając na uwadze budowę jednego społeczeństwa, jednego światowego Państwa, potrzebuje dla niego jednej religii. Nie obchodzi go sprawa wiary, a więc sprawa, która z istniejących religii jest prawdziwa; obchodzi go tylko użyteczność praktyczna jednej religii. Stąd troska o doprowadzenie do syntezy (synkretyzmu) wszystkich religii, aby z czasem dojść do jednej religii, uniwersalnej, powszechnej, takiej, która mogłaby być przyjęta i wyznawana przez wszystkich, jako podstawa jednej kultury, jednego społeczeństwa, jednego Państwa przyszłości. Jest to mrzonka niezliczonych utopistów wszystkich czasów. W początkach XIX wieku jasno postawił ten postulat Henri de Saint-Simon. Jego „nowe chrześcijaństwo”, zlaicyzowane, pozbawione dogmatów, sprowadzone tylko do etyki, a więc do braterskiej powszechnej miłości, miało stać się fundamentem szczęśliwego społeczeństwa jutra. Dziś ten typ ekumenizmu, wyjątkowo silny, powszechny, pełen energii i inicjatywy, przenika do wewnątrz prawie wszystkich religii. Ma on też, niestety, wielu zwolenników wewnątrz Kościoła katolickiego. Pragnie on stopniowo urzeczywistnić swój program, najpierw jednocząc wszystkie wyznania chrześcijańskie, aby następnie móc to oddogmatyzowane chrześcijaństwo laickie zjednoczyć z innymi monoteistycznymi, po czym, przechodząc do następnego etapu, doprowadzić do zjednoczenia wszystkich religii, dochodząc w ten sposób do jednej religii uniwersalnej. Są to plany naiwnych marzycieli, a także i świadomych wrogów chrześcijaństwa. Są to plany szatańskie. Dla nas, chrześcijan jakiegokolwiek wyznania, a przede wszystkim dla katolików, istnieje tylko jeden autentyczny ekumenizm, nakaz i konsekwencja jedności i powszechności Wiary. Mamy obowiązek walczyć o zwycięstwo autentycznego ekumenizmu, przewidzianego w czasie Ostatniej Wieczerzy w modlitwie Chrystusa Pana. Ale właśnie protestantyzacja katolicyzmu utrudnia nam urzeczywistnienie tego autentycznego ekumenizmu.

Źródło: ks. prof. Michał Poradowski /książka /- „Kościół od wewnątrz zagrożony”

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY

więcej