Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
461 postów 1761 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

SIEDEM POKOI

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

SIEDEM POKOI - św. Teresa Benedykta od Krzyża - Twierdza wewnętrzna - św. Teresa Wielka

 

SIEDEM POKOI - św. Teresa Benedykta od Krzyża

 
 
Teresa z Avila - Twierdza Wewnętrzna

"Księga fundacji" św. Teresa od Jezusa Doktor Kościoła

500-lecie urodzin św. Teresy od Jezusa
 
 
 
 
 
 
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
PROLOG
IHS
1. Rzadko które zadanie, zlecone mi przez posłuszeństwo, wydało mi się tak trudne, jak rozkaz obecnie mi dany - napisania rzeczy o modlitwie. Naprzód dlatego, że nie czuję, by Pan mi udzielił zapału i ochoty do tej pracy, a po wtóre, że od trzech miesięcy cierpię takie osłabienie i taki szum w głowie, iż nawet w interesie naglącym ledwo coś zdołam napisać. Wiedząc jednak, że siła posłuszeństwa zwykła ułatwiać rzeczy na pozór niepodobne, ochotnie przystępuję do tej pracy, chociaż wola mocno się przed nią wzdryga. Nie dał mi bowiem Pan tyle cnoty i męstwa, bym umiała ciągle walczyć z ustawicznymi chorobami, jakie mię trapią i z nawałem wszelkiego rodzaju zatrudnień, bez zapierania siebie. Niech mnie więc wesprze Ten, który w tylu innych trudniejszych potrzebach działał we mnie i okazał nade mną moc łaski swojej; w Jego miłosierdziu pokładam całą ufność moją.
2. Sądzę też, że niewiele co więcej potrafię tu powiedzieć nad to, co już w innych księgach napisanych z posłuszeństwa powiedziałam, owszem, boję się, czy nie będzie to zupełnie to samo. Jestem bowiem dosłownie tak samo jak te ptaki, które uczą mówić, a które nie umiejąc nic więcej nad to, czego je wyuczono, wciąż to samo powtarzają. Jeśli zaś Pan zechce, bym powiedziała co nowego, sam mi wskaże, co mam mówić lub przypomni mi rzeczy dawniej powiedziane; będzie to dla mnie łaska bardzo pożądana, bo pamięć mam słabą, a chciałabym jednak odszukać w pamięci niektóre uwagi dobrze i trafnie, jak mię upewniano, powiedziane i powtórzyć je tu, zwłaszcza gdyby one zaginęły. A jeśliby Pan i tego mi nie użyczył, ja i tak korzyść będę miała, że przez posłuszeństwo natrudzę się i bólu głowy sobie przymnożę, choćby to nikomu innemu nie przyniosło pożytku.
3. Zaczynam więc w imię posłuszeństwa dziś, w dzień Trójcy Przenajświętszej, roku 1577, w tym klasztorze Karmelu św. Józefa w Toledo, w którym obecnie przebywam, poddając się we wszystkim co tu powiem zdaniu tych, którzy mi to pisać kazali, a są to mężowie wielkiej nauki. Jeślibym coś powiedziała niezgodnego z tym, czego uczy święty Rzymski Kościół Katolicki, będzie to skutkiem nieświadomości, a nie złej woli mojej. Tego niech każdy na zawsze będzie pewny, bo nauce Kościoła św. zawsze byłam, jestem i z łaski Boga zawsze zostanę poddana. Niech On na zawsze będzie chwalony i uwielbiany, amen.
4. Ci, z których rozkazu piszę, mówią mi, że siostrom tych klasztorów Najświętszej Pani naszej' z Góry Karmel potrzeba, aby im kto wyjaśnił pewne wątpliwości, jakie mają w rzeczach modlitwy. Ponieważ zaś, zdaniem ich, niewiasty łatwiej zrozumieją naukę podawaną im przez niewiastę, i nadto dla wielkiej miłości, jaką dla mnie mają, to, co sama im powiem, skuteczniej im trafi do serca, więc uważają, że praca moja, jeśli zdołam wykonać ją jak należy, będzie miała niejaką wartość swoją. Z tego więc powodu, w tym, co tu piszę, zwracam się do nich, gdyż byłby to chyba nierozum z mojej strony sądzić, by ta praca moja mogła się na co zdać komu innemu. Wielką już łaskę Pan mi uczyni, jeśli choć która z sióstr skorzysta ze słów moich, by choć trochę więcej Go uwielbiać. On wie dobrze, że niczego więcej nie pragnę. Jest zaś rzeczą jasną, że jeśli zdarzy mi się coś trafnie powiedzieć, nie jest to moją zasługą i nie będą mi jej przypisywały, chybaby tyle im nie dostawało rozumu, ile mnie nie dostaje zdolności do podobnych rzeczy, jeśli Pan sam w miłosierdziu swoim mnie nie wspomoże.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIERWSZE
Rozdział 1
Mówi w nim o piękności i godności duszy ludzkiej. Objaśnia to za pomocą porównania stanowiącego myśl przewodnią całej księgi i mówi, jak wiele na tym zależy, byśmy znali tę godność naszą i umieli cenić łaski, jakie otrzymujemy od Boga, i że bramą do tej twierdzy wewnętrznej jest modlitwa.
1. Gdym dzisiaj, niezdolna nic wymyśleć ani nie wiedząc od czego zacząć to pisanie, polecone mi przez posłuszeństwo, klęczała na modlitwie i błagała Pana, aby On raczył mówić za mnie, nasunęło mi się na myśl to, co zaraz opowiem jako fundament niejaki i podstawa wszystkiego. Przedstawiła mi się dusza nasza jako twierdza cała z jednego diamentu albo na wskroś przejrzystego kryształu, podzielona na wiele rozmaitych komnat, podobnie jak i w niebie mieszkań jest wiele. Bo w istocie, siostry, jeśli dobrze rzecz zważymy, dusza sprawiedliwego nie jest niczym innym jak prawdziwym rajem, w którym, jak Pan mówi, z radością przebywa. Jakież bowiem, powiedzcie same, musi być to mieszkanie, w którym Król tak potężny, tak mądry, tak przeczysty, tak dobra wszelkiego pełny, rozkosz dla siebie znajduje? Daremnie szukam i nic nie znajduję, do czego by można było porównać przedziwną piękność i ogromną pojemność duszy ludzkiej. I w rzeczy samej, jak umysł nasz, jakkolwiek by był bystry, nie zdoła pojąć Boga, tak również ledwo może pojąć wielkość duszy, którą Bóg, jak nam to własnym słowem swoim oznajmia, (s.225) stworzył na swój obraz i podobną sobie. A jeżeli tak jest w istocie, na próżno trudziłybyśmy się, chcąc zrozumieć w zupełności całą piękność tej twierdzy; bo jakkolwiek między duszą stworzoną a Bogiem taka zachodzi różnica, jak pomiędzy Stwórcą a stworzeniem, dość przecie tego, co nam Pan mówi, iż stworzona jest na podobieństwo Jego, abyśmy zrozumieli, że nie zdołamy pojąć tak wielkiej piękności i godności duszy ludzkiej.
2. Wielka to zaiste wina nasza i wstyd, że z własnej winy naszej nie znamy samych siebie ani nie wiemy, czym jesteśmy. Czy nie byłoby to wielkim wstydem, córki moje, gdyby kto zapytany, kim on jest, nie umiał na to odpowiedzieć, aniby wiedział, kim jest jego ojciec, kim matka, gdzie i w jakim kraju się urodził? Jeśliby to już było wielką głupotą, to czyż nie daleko większą jest, gdy nie troszczymy się o poznanie wysokiego dostojeństwa duszy naszej i żyjemy całkiem zanurzeni w tym ciele naszym? I wierzymy tylko tak na głucho, że mamy duszę, bo tak nam powiedziano i tak uczy wiara. Jakie jednak skarby mogą się mieścić w tej duszy i jaka jest wysoka cena jej, i kto jest Ten, co w niej mieszka, nad tym rzadko kiedy się zastanawiamy i skutkiem tego tak mało sobie ważymy obowiązek starania się z wszelką usilnością o zachowanie jej piękności. Wszystka zaś myśl i troska nasza obraca się jedynie około grubej oprawy tego diamentu, około zewnętrznego wału tej twierdzy, którym jest ciało nasze.
3. Zważmy teraz, że twierdza ta ma wiele różnych mieszkań, jedne na górze, drugie na dole, jedne po bokach, drugie we wnętrzu gmachu, a w samym pośrodku tych mieszkań jest jedno najważniejsze, w którym zachodzą najbardziej tajemne rzeczy pomiędzy Bogiem a duszą. Potrzeba, córki, byście dobrze zachowały w pamięci to porównanie; może za pomocą jego spodoba się Bogu dać wam niejakie poznanie łask, jakich On raczy użyczać duszom i różne ich rodzaje, o ile poznanie ich jest dla nas rzeczą możliwą. Łask tych bowiem jest takie (s.226) mnóstwo i taka ich rozmaitość, że poznać wszystkich żaden człowiek nie zdoła, a tym bardziej taka nędza, jaką ja jestem. Jeśli Pan zechce którym użyczyć tych łask, wielka to będzie dla nich pociecha wiedzieć o tych darach; jeśli inne ich nie otrzymają, sama wiadomość o nich będzie im pobudką do wysławiania wielkiej dobroci Pana. Podobnie bowiem, jak rozważanie tych rzeczy, które są w niebie i rozkoszy, jakich tam używają błogosławieni, nie tylko żadnej szkody nam przynieść nie może, ale owszem radością napełnia nam serce i pobudza nas, abyśmy usiłowali osiągnąć to szczęście, którym cieszą się święci -- tak również nie ma obawy, by nam co zaszkodzić miało poznanie tej prawdy istotnej, że Bóg tak wielki, jeszcze w tym wygnaniu ziemskim udziela siebie takim nędznym, jak my, cuchnącym robakom; przeciwnie, poznanie tego może nas tylko pobudzić do umiłowania tej tak łaskawej dobroci i tego nieskończonego miłosierdzia. Kto by istotnie gorszył się z tej prawdy, że nie ma w tym żadnego niepodobieństwa, by Bóg jeszcze na tej ziemi takich łask użyczał, w tym, twierdzę to bez wahania, nie ma ani pokory, ani miłości bliźniego; bo gdyby te dwie cnoty posiadał, jakżeż nie miałby się cieszyć z tego, że Bóg brata jego takimi darami ubogaca, zwłaszcza że ta boska hojność Pana względem innych bynajmniej Mu nie przeszkadza, by i nas z równą hojnością obdarzył? Jak to więc być może, by nie cieszył się z tego, że Boski Majestat Jego raczy w taki sposób objawić, nad kim zechce, wielmożność swoją? Nieraz udzielanie tych wielmożności Bożych jest tylko dla ich ukazania, czego mamy przykład na onym człowieku ślepym od urodzenia, o którym, na zapytanie Apostołów: Kto zgrzeszył, on, czy rodzice jego, że się niewidomym narodził? -- Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale aby sprawy Boże w nim się objawiły. Zdarza się więc, że Pan, użyczając tych łask jednym duszom raczej niż drugim, użycza ich nie dlatego, by te były świętsze od tamtych, ale iżby się okazała wielmożność Jego, jak to uczynił świętemu Pawłowi i Magdalenie, a zatem, abyśmy Go wszyscy wielbili w stworzeniach Jego.
4. Może tu kto zarzuci, że są to rzeczy, które wydają się niemożebne i że byłoby lepiej nie gorszyć słabych w wierze. -- Ale że tacy w te rzeczy nie uwierzą, jest to mniejsze zło, niż gdyby ci, którym Bóg podobne łaski czyni, nie mieli z nich korzystać, gdyż będzie to dla nich pociechą i zagrzeje ich do coraz gorętszej miłości Tego, który tak będąc potężny i tak wielkiego Majestatu Panem, raczy przecież tak wielkie miłosierdzie czynić swemu stworzeniu. Tym śmielej i bezpieczniej to mówię, bo wiem, że nie masz obawy, by te, które to czytać będą, miały się zgorszyć z tego, co piszę, bo są to dusze świadome tego i wierzące, że Bóg mocen jest dawać i daje, gdy chce, stworzeniom swoim takie i większe jeszcze dowody miłości swojej. Kto zaś nie wierzy w tę prawdę, ten też, pewna tego jestem, nigdy jej na sobie nie doświadczy, bo Bóg nie chce tego, by znaczono granice dziełom miłosierdzia Jego. Niech się więc wystrzegają tego, zwłaszcza te spośród nas, które by Pan tą drogą nie prowadził.
5. Wracając zatem do tej pięknej, rozkosznej twierdzy naszej, przypatrzmy się, jak i którędy do niej wejść możemy.
Może tu wyda się komu, że mówię od rzeczy, bo jeśli tą twierdzą jest sama dusza, tedy rzecz jasna, że nie ma potrzeby troszczyć się o sposób dostania się do niej, skoro już w niej jest, i jest nią sama; byłaby to taka sama niedorzeczność, jak gdybyśmy kogo zapraszali do pokoju, w którym on już się znajduje. -- Ale trzeba wam wiedzieć, że wielka jest różnica przebywać a przebywać. Wiele jest dusz, które przebywają w zewnętrznym tylko ogrodzeniu, tam gdzie stoi straż strzegąca twierdzy i ani im w myśli wnijść do wnętrza i zobaczyć, co też tam jest w tym wspaniałym pałacu i jakie w nim są mieszkania. Czytałyście pewno nieraz w księgach duchowych tę radę, że potrzeba duszy wejść w siebie; otóż tu właśnie o to chodzi.
6. Niedawno temu z ust bardzo uczonego teologa słyszałam to zdanie, że dusze nie oddające się modlitwie wewnętrznej podobne są do ciała ruszonego powietrzem albo sparaliżowanego (s.228), które choć ma ręce i nogi, władać nimi nie może. Są w rzeczy samej dusze tak zniedołężniałe i tak nawykłe do obracania się wyłącznie w rzeczach zewnętrznych, iż straciły niejako wszelką możność oderwania się od nich choćby na chwilę i wejście w siebie stało się dla nich prawie niepodobieństwem. Ciągłe przestawanie z gadzinami i bydlętami krążącymi wokoło twierdzy przeszło u nich w nałóg i same stały się niemal nimi. A choć z przyrodzenia swego tak są bogato uposażone, iż z takim wysokim Panem, jakim jest Bóg sam, mogłyby przestawać, to przecież od tego niesławnego towarzystwa oderwać się nie mogą. Takie dusze, jeśli nie uznają swej nędzy i nie zechcą szukać na nią lekarstwa i nie zwrócą wzroku w głąb siebie, takiego losu się doczekają, jak żona Lota, która za to, że się obejrzała, stała się słupem soli.
7. Bramą więc, którą się wchodzi do tej twierdzy jest, o ile ja rzecz rozumiem, modlitwa i rozważanie. Nie obstaję tu koniecznie za modlitwą myślną, może być i ustna, gdyż jednej i drugiej, jeśli ma być modlitwą, musi towarzyszyć uwaga. Kto bowiem modli się bez zastanowienia się nad tym, do kogo mówi, o co prosi, i kto jest on, który prosi, a kto Ten, którego prosi, tego modlitwy, jakkolwiek by długo i pilnie ruszał wargami, ja nie nazwę modlitwą. Może wprawdzie się zdarzyć, że w pewnych wypadkach niestarania się o uwagę, ona przyjdzie, a to skutkiem starań poprzednio czynionych, lecz kto by nałogowo zwykł rozmawiać z Majestatem Boskim tak, jakby mówił do sługi swego, nie zważając czy wyraża się dobrze, czy źle, i mówi co mu przyjdzie na usta albo co od ciągłego powtarzania już umie na pamięć, tego modlitwy, powtarzam, nie uznaję za modlitwę, a daj Boże, by nie było żadnej duszy chrześcijańskiej, która by się w taki sposób modliła. Do was, siostry, ufam w miłosierdziu Bożym, że nigdy się podobna zdrożność nie zakradnie, bo macie we zwyczaju rozważać o rzeczach wewnętrznych, co jest od podobnej bezmyślności skuteczną obroną.
8. Nie mówmy jednak o takich duszach sparaliżowanych, którym wielkie grozi niebezpieczeństwo, jeśli Pan nie zlituje się nad nimi -- jak zlitował się nad paralitykiem przy sadzawce Betsaidzkiej, trzydzieści i osiem lat cierpiącym na swoją chorobę -- lecz zajmijmy się innymi duszami, które choć nie od razu, w końcu przecież wchodzą do twierdzy. Są to dusze bardzo jeszcze zaprzątające się światem, ale miewają przecież i dobre pragnienia i choć w dalekich odstępach czasu, uciekają się przecież do Pana i polecają siebie miłosierdziu Jego i zastanawiają się nad sobą, choć niedługo i pobieżnie. Kilka razy na miesiąc osobny sobie czas upatrują na modlitwę, choć prawda, że najczęściej pełną roztargnień i myśli o sprawach światowych, do których bardzo są jeszcze przywiązane, albowiem gdzie jest skarb twój, tam i serce twoje. Od czasu do czasu zdobywając się na męstwo, odrywają się chwilowo od swych roztargnień zewnętrznych dla spokojnego na osobności rozważania, co już jest wielką rzeczą, bo prowadzi je to do poznania samych siebie i do przekonania się, że drogą, którą dotąd szły, do bramy twierdzy nie trafią. Tak więc wchodzą do pierwszego mieszkania z najniższych, ale tyle razem z nimi wciska się gadzin, że nie są jeszcze zdolne rozpatrzyć się w piękności gmachu, ani w nim odpocząć. Zawsze jednak dobrze, że przynajmniej weszły.
9. Może wam się wyda, siostry, że to nie należy do rzeczy, bo z łaski Boga do rzędu takich dusz wy nie należycie. -- Ale miejcie cierpliwość, nie potrafię inaczej wytłumaczyć wam tak, jak ja je rozumiem, niektórych punktów modlitwy i życia wewnętrznego, tylko w ten sposób, a daj Boże, bym choć tak potrafiła. Bardzo to trudna rzecz, dokładne określenie tego, co bym tu chciała wam wytłumaczyć, komu do zrozumienia objaśnień moich nie przyjdzie w pomoc własne doświadczenie; kto zaś przeżywał te rzeczy, ten uzna, że niepodobna mówić o nich, a nie dotknąć mimochodem pewnych prawd, które, ufam w miłosierdziu Pana, was nigdy dotyczyć nie będą.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIERWSZE
Rozdział 2
Opowiada, jak wstrętna staje się dusza, gdy ją skazi grzech śmiertelny, i jako Pan pewnej osobie raczył dać niejakie poznanie tej prawdy. - Mówi również o poznaniu samego siebie. Przy tym dotyka niektórych punktów godnych uwagi i pożytecznych. - Objaśnia, jak się ma rozumieć te mieszkania duszy.
1. Nim postąpię dalej, pragnę wam powiedzieć, abyście naprzód dobrze zrozumiały, jaki to widok przedstawia dusza, ta twierdza tak jasna i wspaniała, ta perlą nad wszelkie perły wschodnie najdroższa, to drzewo żywota, zasadzone nad ściekaniem wody żywej, którą jest sam Bóg, gdy wpadnie ona w grzech śmiertelny. Nie ma ciemności tak mrocznych ani rzeczy tak ciemnej i czarnej, której by ciemność jej nie przewyższała. Nie pytajcie o więcej, bo chociaż to samo Słońce, które taki jej nadawało blask i urok, zawsze jest w pośrodku niej, ale dla niej jest jakby nie było, bo już udziału w nim mieć i życia z niego czerpać nie może, pomimo że z natury swojej tak jest zdolna cieszyć się uczestnictwem Majestatu Bożego, jak kryształ do wchłaniania w siebie blasku promieni słonecznych. Z tego też powodu nic już w tym stanie jej nie pomoże, wszelkie dobre uczynki, jakie by spełniła, dopóki trwa w grzechu śmiertelnym żadnej nie mają zasługi na żywot wieczny, bo nie wypływają z tego źródła, którym jest Bóg i w którym jedynie cnota nasza jest cnotą, a odłączona od Niego, nie może być przyjemna w oczach Jego; nadto jeszcze, kto popełnia grzech śmiertelny, ten nie chce podobać się Bogu lecz szatanowi, który jest samą ciemnością, więc i biedna dusza, oddając się jemu, staje się sama takąż ciemnością.
2. Znam jedną osobę, której Pan raczył ukazać naocznie, jak wygląda dusza, gdy zgrzeszy śmiertelnie. Komu by, tak upewnia ta osoba, dano było ujrzeć to, co ona wówczas oglądała, ten niepodobna, by się jeszcze dopuścił grzechu, chociażby dla uchronienia się od okazji najsroższe miał wycierpieć męki. Przez to objawienie, gorące w niej Pan wzniecił pragnienie, aby wszyscy przyszli do poznania tej prawdy. I wam to powiedziałam, córki, byście żarliwie modliły się za duszami, będącymi w tym stanie. Nieszczęsne one i same są jedną nocą i ciemnością, i wszystkie ich sprawy. Bo podobnie jak z czystego źródła czyste też wypływają strumienie, tak w duszy sprawiedliwej łaska w niej mieszkająca to czyni, że uczynki jej są przyjemne w oczach Boga i ludzi, gdyż wypływają z tego źródła żywota, w którym ona zasadzona jest jak drzewo nad wybrzeżem wód, i nie rodziłaby ni liści, ni owoców, gdyby nie ciągnęła soków żywotnych z tego źródła, które samo utrzymuje w niej życie i broni ją od uschnięcia, i czyni ją w dobry owoc urodzajną; przeciwnie, gdy dusza odłączy się od tego źródła czystego, a zapuści korzenie w innym, w bagnisku wody brudnej i cuchnącej, wszystko też, co wyda z siebie, będzie tymże samym skażeniem i brudem.
3. Zważmy tu jednak i pamiętajmy, że źródło to i słońce jaśniejące, obecne zawsze w pośrodku duszy, chociażby grzechem śmiertelnym zmazanej, nigdy nie traci boskiej jasności swojej i żadna złość grzechu nie zdoła zaćmić przedwiecznej jego piękności. Ale dusza, pogrążona w ciemności (s.232) grzechu, blasku tego Bożego do siebie nie przepuszcza, podobnie jak kryształ, gęstą i ciemną pokryty zasłoną, choć go wystawisz na słońce i słońce go promieniami swymi oświeca, nie rozjaśni się przecież blaskiem jego i światłości jego w sobie nie odbije.
4. O, dusze odkupione krwią Jezusa Chrystusa, zrozumiejcie to i miejcie litość nad sobą! Czy to być może, byście rozumiejąc to, nie postarały się usunąć czym prędzej smoły grzechowej z tego kryształu? Pomnijcie, że jeśliby śmierć zastała was w tym stanie, nigdy już, nigdy tej światłości nie ujrzycie! O Jezu! jaka to zgroza, dusza od tej światłości odłączona! Jakie spustoszenie w biednych mieszkaniach tej twierdzy! Jaki zamęt w zmysłach, które są jej mieszkańcami! A we władzach duszy, które sprawować mają urząd przełożonych, rządców i mistrzyń tej twierdzy, jakie zaślepienie, jaki bezład! A drzewo na takim gruncie, którym jest sam diabeł, sadzone, jaki może owoc wydać?
5. Pewien mąż Boży mówił mi kiedyś, że nie tyle dziwi się temu, co człowiek będący w grzechu śmiertelnym może uczynić złego, ile raczej temu, że nie czyni rzeczy jeszcze gorszych. Niechaj nas Bóg w miłosierdziu swoim uchroni od tego największego nieszczęścia, bo nic nie ma dla nas, póki żyjemy na tej ziemi, co by istotnie zasługiwało na tę nazwę, prócz tego nieszczęścia grzechu śmiertelnego, które prowadzi za sobą wieczne bez końca nieszczęście. To jest, córki, czego nade wszystko i na każdy dzień życia lękać się powinnyśmy i w modlitwach naszych pomoc wypraszać, bo jeśliby Pan nie strzegł miasta, na próżno my trudzilibyśmy się, strzegąc go. Bo sami z siebie niemocą tylko jesteśmy.
Osoba ona, której Bóg raczył ukazać ohydę duszy grzechem śmiertelnym zmazanej, dwojaką, jak upewnia, z tego widzenia korzyść odniosła: naprzód bojaźń najgłębszą obrazy Bożej, skutkiem czego bezprzestannie błaga Pana, by nie dał jej upaść i takie straszliwe ściągnąć na siebie nieszczęście, a po wtóre, widzenie ono posłużyło jej i służy za zwierciadło (s.233) pokory, ukazując jej, jako żaden najlepszy uczynek nasz nie bierze początku z nas samych, tylko z tego źródła, nad którym zasadzone jest to drzewo duszy naszej i z owego Słońca, które samo ożywcze ciepło daje naszym uczynkom. Tak żywo, dodaje ta osoba, stanęła jej przed oczami ta prawda, że ile razy odtąd zdarzyło jej się spełnić jaki dobry uczynek albo widzieć go spełnianym przez drugich, zaraz go odnosiła do tego źródła i początku, rozumiejąc to dobrze, że bez tej pomocy Bożej nic uczynić byśmy nie mogli. Dlatego też zawsze, zapominając o sobie w tym, co czyniła dobrego, dusza jej tejże chwili z dziękczynieniem i uwielbieniem wznosiła się do Boga.
6. Nie będzie to, wierzajcie, siostry, stracony czas, który poświęcimy, wy na czytanie, ja na pisanie tych uwag, jeśli z nich odniesiemy powyższe dwie korzyści. Uczonym i teologom takich objaśnień nie potrzeba, bo sami od razu rozumieją te prawdy, ale nasz słaby umysł niewieści rzeczy tych nie pojmie, jeśli mu jasno i dokładnie nie przedstawimy, o co chodzi; może też dlatego Pan raczy mi przywodzić na myśl takie porównania; niechaj boska dobroć Jego wspomaga nas łaską swoją.
7. Rzeczy te wewnętrzne tak są zawiłe do zrozumienia, że kto się zabiera do mówienia o nich z takim słabym zasobem umiejętności, jak u mnie, musi zawadzić o wiele rzeczy niepotrzebnych albo i wprost niedorzecznych, nim natrafi i powie jedną do rzeczy. Niech czytający uzbroi się w cierpliwość, bo i mnie niemało jej było potrzeba do pisania tego, na czym się nie znam. I nieraz mi się zdarza, że biorę pióro do ręki jak nieprzytomna, sama nie wiedząc, co mam powiedzieć i od czego zacząć. Dobrze to jednak rozumiem, że ważną wam oddam przysługę, gdy wam objaśnię, o ile i jak potrafię, niektóre tajemnice życia wewnętrznego; bo choć nam wciąż zalecają ważność i potrzebę modlitwy wewnętrznej i konstytucje nasze obowiązują nas do odprawiania jej po kilka godzin dziennie, w naukach jednak o tym przedmiocie zawsze nam  tylko mówią o tym, co my na modlitwie czynić możemy i powinnyśmy, o cudownych zaś i nadprzyrodzonych w duszy działaniach Pana rzadko kiedy słyszymy. Opisanie więc i objaśnienie na różny sposób tych nadprzyrodzonych spraw nie będzie rzeczą zbyteczną, owszem, wielką z tego odniesiemy pociechę, gdy przypatrzymy się bliżej tej cudownej wewnętrznej budowie, tak mało znanej między śmiertelnymi, choć tylu ich przez jej mieszkania przechodzi. Wprawdzie w innych już poprzednich pismach moich niejakie z łaski Pana dałam w tym przedmiocie objaśnienia, ale widzę, że niektóre z tych rzeczy, właśnie najtrudniejsze, wówczas nie tak dobrze jeszcze rozumiałam, jak je rozumiem obecnie. Główna trudność w tym, że chcąc dojść do tych tajemnic tak wysokich, zmuszona będę - jak już powiedziałam - mówić pierwej o wielu rzeczach powszechnie wiadomych, gdyż inaczej nie potrafię przy moim prostym umyśle.
8. Wróćmy już teraz do twierdzy naszej i jej licznych mieszkań. Mieszkania te macie sobie przedstawiać, nie jedno za drugim, jakby szereg komnat rzędem się ciągnących, ale raczej sięgajcie okiem do środka, gdzie jest komnata główna albo pałac, kędy król przebywa. Podobnie jak owoc palmowy osłoniony jest warstwami powłok, przez które przebić się trzeba, chcąc się dostać do ukrytego w środku słodkiego jądra, tak tu owa główna komnata otoczona jest mnóstwem innych, dokoła niej, nad nią i pod nią leżących. Rzeczy dotyczące duszy trzeba przedstawiać sobie jako wielkie, potężne i wspaniałe, bo rzeczywiście objętość i pojemność duszy o wiele jest większą niż sobie wyobrazić zdołamy, a do wszystkich niezliczonych jej mieszkań przenika światłością swoją ono słońce, mieszkające w pośrodku tego pałacu. Jest to bardzo ważne dla duszy, w wyższym lub niższym stopniu oddanej modlitwie, by miała swobodę i jej nie ścieśniała. Niech sobie przechadza się swobodnie po tych mieszkaniach i górnych, i dolnych, i bocznych, należy się jej ta wolność, skoro Bóg sam (s.235) tak wysoką zaszczycił ją dostojnością. Niech się nie krępuje przebywać dłużej w jednym mieszkaniu. Oby tylko weszła w prawdziwe poznanie samej siebie! To bowiem (obyście mnie zrozumiały!) jest potrzebne każdej, nawet już dopuszczonej do samego wewnętrznego mieszkania, kędy Pan przebywa. Nigdy zatem - i najwyżej podniesiona - nie powinna, zresztą nie mogłaby, choćby chciała, tracić tego z oczu, gdyż pokora zawsze pracuje na sposób pszczoły, wyrabiającej w ulu miód swój, i gdyby pracowała inaczej, praca jej byłaby daremna. Otóż jak pszczoła, zważmy to porównanie, nie siedzi ciągle w ulu, ale wciąż wylatuje z niego i lata od kwiatu do kwiatu zbierając miód, tak i duszy pracującej nad poznaniem siebie, dobrze jest, niech mi wierzy, wzlecieć niekiedy wyżej, do rozważania wielmożności Boga. Lepiej tam pozna niskość swoją, niż w samej sobie, a nadto łatwiej tam oswobodzi się od tych gadzin, wdzierających się za nią do pierwszych komnat, które stanowi poznanie siebie. A jakkolwiek i to jest wielkie miłosierdzie Boże, gdy ktoś się w tym ćwiczy, wszakże - jak mówi przysłowie - za wiele tak samo szkodzi, jak i za mało. Wierzcie mi również, że prędzej urośniemy w dzielność i cnotę zapatrując się na Boga, niż ciągle tylko trzymając oczy utkwione w tym mule ziemskim.
9. Nie wiem, czy dość jasno wyraziłam myśl moją, bo to poznanie siebie jest tak ważne, że bynajmniej nie życzyłabym, byście się kiedyś w pracy nad nim opuszczały, choćbyście i najwyżej modlitwą wstępowały do nieba. Dopóki żyjemy na tej ziemi, nie ma nic, co by nam bardziej było potrzebne niż pokora. Dlatego mówiłam i powtarzam, że dobrze nam jest i nic nad to nie ma lepszego, byśmy starały się nasamprzód wnijść do onej pierwszej komnaty, gdzie uczymy się poznania siebie, nie zrywając się od razu do lotu ku mieszkaniom wyższym, gdyż do nich właśnie ta jest droga. A jeśli możemy iść drogą równą i bezpieczną, po cóż mamy pragnąć skrzydeł i unosić się w powietrze? - raczej o to się starajmy, byśmy na tej drodze jak najdalej postąpiły. Ale to zdaniem moim rzecz pewna, że nigdy nie dojdziemy do poznania samych siebie, jeśli nie staramy się poznać Boga; zapatrując się na wielkość Jego, poznamy niskość naszą; czystość Jego nieskończona ukaże nam zmazy nasze; patrząc na pokorę Jego, ujrzymy, jak nam daleko do tego, byśmy były pokornymi.
10. Dwojaka z tego dla nas korzyść wynika: pierwsza ta, że gdy rzecz czarną przyłożysz do białej, oczywiście białość tej ostatniej wyda się bielsza, a czarność tamtej czarniejsza; po wtóre zaś, przez takie na przemiany zapatrywanie się na Boga i na siebie umysł i wola nasza uszlachetniają się i stają się sposobniejsze do wszystkiego, co dobre. Ciągłe zaś zanurzanie się myślą w błocie nędz naszych nie jest pożyteczne. Bo jak wyżej mówiłam o duszach leżących w grzechu śmiertelnym, że wszystko, co z nich wypływa, to jest wszystkie sprawy ich zarażone są plugastwem i złą wonią grzechu, tak i tu (niech mi Bóg wybaczy to porównanie) dzieje się z nami coś podobnego. Gdy ciągle pogrążamy się w samym tylko rozważaniu ziemskiej nędzy naszej, strumienie z nas płynące, uczynki nasze, mówię, nigdy nie będą wolne od mętów i mułu różnych strachów, małoduszności i tchórzostwa: a czy kto patrzy lub nie patrzy na mnie? a czy idąc tą drogą, nie pobłądzę? a czy nie będzie to pychą i zuchwałą śmiałością porywać się na takie przedsięwzięcie? a czy to wypada, by taka nędzna jak ja grzesznica sięgała do rzeczy tak wysokiej, jaką jest modlitwa bogomyślna? czy nie będą mię poczytywali za lepszą niż jestem, gdybym chciała iść drogą inną niż wszyscy? czyż przesada i skrajność wszelka, choćby w rzeczach dobrych, nie jest rzeczą zgubną? a czy wspinając się wysoko ja, taka grzesznica, nie narażę siebie na tym głębszy upadek? a może i ustanę w drodze i duszom dobrym dam z siebie zgorszenie? skądże mnie nędznej chcieć wyróżniać się w czymkolwiek?
11. O wielki Boże, ileż to jest dusz, córki moje, którym diabeł takim sposobem ciężkie szkody wyrządza! Wszystko to i wiele jeszcze innych rzeczy, które mogłabym przytoczyć, wydaje się tym duszom szczerą pokorą, a wszystko to tylko dowodzi, że im daleko jeszcze do poznania samych siebie, albo że jest ono u nich wypaczone. I nie dziwię się im, bo kto nigdy się nie podnosi wyżej ponad siebie, ten jeszcze gorszych rzeczy obawiać się może. Dlatego mówię wam, córki, podnośmy oczy nasze na Chrystusa, najwyższe dobro nasze i na świętych Jego, a tam nauczymy się prawdziwej pokory i uszlachetni się, jak mówiłam, umysł nasz i serce, a poznanie siebie nie będzie już małoduszne i trwożliwe. To więc pierwsze mieszkanie, chociaż jest tylko wstępem do dalszych, wielkie ma w sobie bogactwa i wartość i skoro tylko dusza otrząśnie się z tych gadzin, które tu za nią przypełzły, może postąpić ku dalszym mieszkaniom. Straszne są jednak te groźby i podstępy, jakich diabeł używa dla przeszkodzenia duszom, aby nie doszły do poznania samych siebie i do zrozumienia dróg swoich.
12. Pierwsze to mieszkanie znam dobrze z własnego doświadczenia, mogę więc o nim mówić z wszelką świadomością. Nie przedstawiajcie go sobie jako składające się z niewielu komnat, jest ich bowiem mnóstwo niezliczone, jak niezliczone mogą być sposoby, którymi dusze tu wchodzą, a każda w dobrym zamiarze. Ale diabeł, czyhający na ich zgubę, w każdej z tych komnat rozstawia całe hufce czartów, aby im broniły przejścia z jednej do drugiej; biedna zaś dusza, nie domyślając się tego, raz w raz wpada w zastawione na nią niezliczone zasadzki; w mieszkaniach położonych bliżej komnaty kędy król przebywa, zdrady tego chytrego wroga nie tyle już są szkodliwe. Tu jednak dusze jeszcze nasiąkłe są światem, zanurzone w uciechach jego, zmarniałe przywiązaniem do honorów i roszczeń jego, skutkiem czego lennicy duszy, to jest zmysły i władze przyrodzone, które Bóg jej dał, aby ją strzegły i broniły, nie mają dostatecznej siły odpornej i tak dusza, choć pragnęłaby nie obrażać Boga, choć i dobre uczynki spełnia, łatwo przecież ulega przemocy nieprzyjaciela. Potrzeba więc, aby kto widzi siebie w tym stanie, jak najczęściej uciekał się w modlitwie do łaskawości boskiej, polecał siebie orędownictwu błogosławionej Matki Zbawiciela i Świętych Jego, aby oni walczyli za niego, bo właśni słudzy jego, tj. zmysły i władze (s.238) przyrodzone, nie mają siły do obrony. Prawdę mówiąc, to w każdym stanie duszy potrzebna nam jest pomoc Boża, której oby On, w boskim miłosierdziu swoim, raczył nam użyczyć, amen.
13. O, jakże pełnym wszelakich nędz jest to życie, którym tu na ziemi żyjemy! Lecz ponieważ na innym miejscu mówiłam już obszernie o szkodach, grożących duszy z braku należnego zrozumienia tej nauki, o pokorze i poznaniu siebie, nad tym przedmiotem, choć dla nas najważniejszym, dłużej tu rozwodzić się nie będę. Daj Boże, by z tego, co powiedziałam, jakikolwiek był dla nas pożytek.
14. Jedną tu jeszcze rzecz zważcie, że do tych pierwszych komnat i mieszkań zaledwie dochodzi światło, pochodzące z pałacu, w którym mieszka król. Nie żeby one były całkiem ciemne i czarne, jak wtedy, gdy dusza jest w stanie grzechu, ale że panuje w nich pewien zmrok, który - sama nie wiem, jak to wyrazić - pochodzi nie z samego mieszkania, tylko z winy duszy w nim zostającej, czyli raczej z winy tego mnóstwa płazów, padalców i gadzin jadowitych, które za nią tam weszły i przeszkadzają jej patrzyć na światło. Jest to podobnie jak gdyby kto wszedł do pokoju wystawionego na pełny blask słońca, ale oczy miałby tak pokryte błotem, iż ledwo by je mógł otworzyć. Samo mieszkanie jest jasne, ale dusza jasnością jego cieszyć się nie może z powodu tego robactwa i zwierzyny, które oczy jej zasłaniają, aby nic, prócz nich, nie widziała. Tak mi się przedstawia stan duszy, który choć nie leży już w grzechu, ale tak jeszcze jest - jak już mówiłam - zajęta rzeczami tego świata, tak zanurzona w troskach o majątek, o honor, o interesy doczesne, że jakkolwiek szczerze chciałaby widzieć i cieszyć się widokiem wewnętrznej piękności swojej, przywiązania te światowe stają jej na przeszkodzie i zdaje się jej niepodobieństwem z nich się otrząsnąć. Musi więc koniecznie każdy, kto chce dostać się do mieszkania drugiego, starać się, według stanu swego, oswobodzić się od trosk i zajęć niepotrzebnych. Jest to warunek tak nieodzowny, że kto nie przyłoży się mocno do tej pracy, ten według mojego przekonania, nie dojdzie do mieszkania głównego; nawet trudno, by i w tym pierwszym ostał się bezpiecznie, bo wśród tego mnóstwa płazów jadowitych być nie może, by który dziś lub jutro go nie ukąsił.
15. Powiedzcie teraz, córki, co by to było, gdyby dusze tak jak my, już wyzwolone z tych sideł, już daleko głębiej wpuszczone do tajemnych mieszkań twierdzy, same z własnej winy wracały do tego zgiełku i odmętu marności światowych? A niestety, snadź dla grzechów naszych wiele jest dusz takich, które wziąwszy łaski od Boga, świadomie i rozmyślnie znowu je dla tej nędzy porzucają. My tutaj w tym schronieniu naszym wolne jesteśmy zewnętrznie; daj Boże, byśmy były nimi i wewnątrz!
Strzeżcie się, córki moje, troszczenia się o rzeczy obce powołaniu waszemu. Zważcie, że niewiele w tej twierdzy jest mieszkań, w których by walka ze złymi duchami zupełnie ustawała. W niektórych wprawdzie straż duszy - to jest, jak mówiłam już, władze jej - dość ma siły do wytrzymania tej walki; zawsze jednak powinnyśmy nie ustawać w czuwaniu, abyśmy umiały odkryć zdrady ducha ciemności, aby nas nie oszukał pod udaną postacią anioła światłości, bo mnóstwo on ma sposobów, którymi może nas przyprawić o szkodę, zakradając się nieznacznie i stopniowo, tak iż nieraz spostrzegamy się dopiero po szkodzie.
16. Kiedyś już, na innym miejscu, porównywałam te podstępy z piłą głuchą, cicho i nieznacznie pracującą i ostrzegałam was, jak wiele na tym zależy, byśmy umiały poznać się na nich z samego początku. Dla lepszego objaśnienia rzeczy, dodam tu jeszcze kilka uwag.
Wznieci, na przykład, kusiciel w której siostrze tak zapalczywe pragnienie pokuty, iż nie może biedna znaleźć sobie spokoju, jeno gdy się znęca nad ciałem swoim. Początek to dobry; ale jeśli przeorysza zabroniła zadawania sobie umartwień bez pozwolenia, a ta, idąc za poduszczeniem złego ducha, powie sobie, że w rzeczy tak dobrej dobrze jest nie słuchać i dalej prowadzi po kryjomu umartwienia swoje i takie sobie zadaje pokuty, iż skutkiem ich traci zdrowie i staje się niezdolna do spełniania obowiązków, które na nią wkłada Reguła, tedy same widzicie, do czego prowadzi i na czym się kończy on dobry początek.
W drugiej wzbudził diabeł gorliwość o postęp w doskonałości. Bardzo to dobra rzecz; ale z gorliwości tej może wyniknąć taki skutek, że każde najmniejsze uchybienie, jakie ta zelantka spostrzeże w drugich, będzie jej się wydawało wielkim wykroczeniem i będzie śledziła postępowanie sióstr, i donosiła o wszystkim przeoryszy. Może nawet zdarzyć się niekiedy, że przez tę wielką gorliwość swoją o ścisłe przestrzeganie przepisów przez drugich, nie spostrzeże własnych uchybień swoich, a siostry, nie wiedząc jej intencji, widząc tylko takie jej niepowołane wtrącanie się w ich sprawy, łatwo mogą wziąć jej to za złe.
17. Chodzi tu diabłu zaiste nie o bagatelę, bo usiłuje oziębić tę miłość wzajemną i jednomyślność, jaka wszystkie siostry między sobą łączyć powinna, a to wielkim. byłoby nieszczęściem. Rozumiejmy to dobrze, córki moje, że doskonałość prawdziwa zasadza się cała na miłości Boga i bliźniego; im lepiej spełnimy te dwa przykazania, tym wyżej staniemy w doskonałości. Cała Reguła nasza i Konstytucje nie inny mają cel, jeno ten, by nam były środkiem do jak najdoskonalszego zachowania przykazania miłości Boga i bliźniego. Powściągajmy zapędy niewczesnej gorliwości, które nam wiele złego mogą sprawić. Niechaj każda samej siebie pilnuje.
Nie mam potrzeby dłużej nad tym się zastanawiać, wobec obszernych, jakie wam na innym miejscu dałam w tym przedmiocie objaśnień.
18. Tak ważny jest ten obowiązek wzajemnej między wami miłości, że chciałabym, byście nigdy o nim nie zapominały. Z takiego bowiem ciągłego upatrywania w drugich lada bagateli, która może nawet nie będzie niedoskonałością, bo tylko przez nieświadomość widzisz w niej co złego, taki będzie skutek, że i sama stracisz pokój duszy, i drugim go zakłócisz; zobacz więc sama, jak drogo kosztowałaby taka doskonałość. Pokusę taką mógłby czart wzniecić i względem przeoryszy, co byłoby rzeczą bardziej jeszcze niebezpieczną. Wielkiej bowiem w takim wypadku potrzeba roztropności. Jeśli postępowanie jej istotnie sprzeciwia się w czym Regule i Konstytucjom, nie zawsze można to przemilczeć i na dobrą stronę tłumaczyć; czasem potrzeba ją ostrzec, a jeśliby to pozostało bez skutku, donieść zwierzchnikowi; tego wymaga prawdziwa miłość. Podobnie należy postępować z siostrami w razie jakiego wykroczenia w rzeczy ważnej; milczenie w takim wypadku z obawy, że może to z naszej strony tylko pokusa, samo byłoby pokusą. Ale roztropności i rozwagi potrzeba tu wielkiej (aby nas diabeł nie oszukał); nigdy nie należy o takich rzeczach rozmawiać między sobą, z czego łatwo mógłby się wyrodzić zwyczaj szemrania i obmowy, na pociechę czartowi. Mówić o tym trzeba tylko temu, kto może i powinien złemu zaradzić. Tu u nas, dzięki Bogu, nie tak łatwa jest sposobność do szemrania i obmowy; broni nas od niej przepisane ciągłe milczenie; wszakże i nam dobrze będzie mieć się na baczności.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE DRUGIE
Rozdział 1
Opowiada, jak bardzo potrzebna jest wytrwałość chcącemu dojść do mieszkań dalszych, i jak uporczywą wojnę zły duch wydaje duszy na tej drodze oraz jak wiele na tym zależy, byśmy na samym wstępie obrali drogę właściwą, prosto, bez błąkania się wiodącą do celu. - Pewny i doświadczony sposób postępowania.
1. Zobaczmy teraz, jakie to są dusze, które wchodzą do mieszkania drugiego, i co w nim robią. Chciałabym tu poprzestać na jak najkrótszym objaśnieniu rzeczy, bo już w innych księgach obszernie o tym przedmiocie mówiłam, ale niepodobna mi będzie i tu nie powtarzać się, bo nic zgoła nie pamiętam, co tam powiedziałam. Gdybym jeszcze umiała rzeczy już powiedziane powtarzać w odmienny nowy sposób, mniej by was znudziło to powtarzanie, tak jak nigdy wam się nie przykrzy czytać inne księgi traktujące o tej materii, choć ich jest tyle.
2. Mam tu na myśli dusze, które już zaczęły się oddawać modlitwie wewnętrznej i rozumieją już, jak wiele na tym zależy, by nie pozostawały ciągle tylko w mieszkaniu pierwszym, ale jeszcze nie mają odwagi i dość mocnego postanowienia, aby je zdołały porzucić bezpowrotnie i jeszcze raz w raz do niego wracają, bo nie opuszczają okazji, przez co na wielkie narażają się niebezpieczeństwo. Wszakże wielkie już to nad nimi miłosierdzie Boże, że przynajmniej od czasu do czasu usiłują odpędzić od siebie one jaszczurki i gady jadowite, i rozumieją, że trzeba je porzucić. Dusze te z pewnego względu więcej mają trudu, niż tamte pierwsze, choć o tyle mniejsze grozi im niebezpieczeństwo, że już je rozumieją, za czym i można ufać, że postąpią dalej do wnętrza. Więcej, mówię, mają trudu, bo pierwsi podobni są do głuchoniemych, którzy tym samym, że nie słyszą, łatwiej znoszą i to drugie kalectwo swoje, że mają odjętą mowę; ci zaś są jako niemi tylko, którzy słuchają, a stąd wiele ciężej im dolega, że mówić nie mogą. Z tego jednak nie wynika, by stan głuchoniemych pożądańszy był od stanu niemych tylko, bo jakkolwiek pozbawienie mowy bardzo przykrym jest kalectwem, zawsze to przecież wielkie dla człowieka dobrodziejstwo, gdy przynajmniej słyszy, co do niego mówią. Tak więc i dusze, o których mówię obecnie, słyszą już głos wezwań Pańskich, bo postąpiwszy już dalej ku wnętrzu, w bliższym już zostają sąsiedztwie z miejscem, kędy Pan przebywa. A dobry to sąsiad i tak wielkie miłosierdzie Jego. Choć więc te dusze jeszcze zostają pod wpływem rozrywek, interesów, przyjemności i marności światowych, i często jeszcze to podnoszą się z grzechu, to znowu upadają (bo tak są jadowite i natrętne te gady, wśród których jeszcze przebywają, że cudu prawie potrzeba, by w tak niebezpiecznym zostając towarzystwie, nie potknęły się kiedy i nie upadły). Pan przecież w nieskończonej dobroci swojej tak mocno pragnie, by Go miłowały i z Nim przestawały, że nie ustaje raz po raz wzywać je, aby się do Niego zbliżyły. Głos Jego zaś jest tak słodki, że biedna dusza słysząc go trapi się niepocieszona, iż nie zdoła spełnić natychmiast tego, do czego ją wzywa. Tak więc cierpi więcej - jak mówiłam - niż gdyby wcale nie słyszała tego głosu Pańskiego.
3. Nie mówię, by te głosy i wezwania były z rodzaju tych, o których będzie niżej. Tutaj wezwania Boże dochodzą do duszy za pośrednictwem rzeczy zewnętrznych: słowo jakie z ust człowieka cnotliwego, kazanie słyszane, czytanie pobożne, te i wiele innych rzeczy, o których nieraz słyszałyście, są środkami, przez które Bóg zwykł wzywać dusze do siebie; mogą być jeszcze choroby i utrapienia, albo zwłaszcza prawda jaka jaśniej poznana i głębiej odczuta w chwili rozmyślania. Bo jakkolwiek by słabym jeszcze i nieudolnym był sposób odbywania modlitwy wewnętrznej, rzecz sama zawsze ma wielką wagę u Boga. Przeto i wy, siostry, nie ważcie sobie lekko tej pierwszej łaski ani się zbytnio nie smućcie, jeślibyście nie mogły zaraz odpowiedzieć wezwaniu Pańskiemu. Bóg jest cierpliwy, umie czekać długie dni, owszem i lata cale, zwłaszcza gdy widzi wytrwałość i dobre pragnienia. Wytrwałości tu przede wszystkim potrzeba, z nią niezawodnie odniesiemy korzyść. Ale straszliwa jest wojna, jaką tu na różne sposoby przeprowadza diabeł, z większym, niż w mieszkaniu pierwszym, udręczeniem duszy. Tam ona była jakby głuchoniema albo przynajmniej mało co słyszała, a jeszcze mniej się opierała, jak kiedy to prawie całkiem już straci nadzieję w możność zwycięstwa. Ale tu zrozumienie jest żywsze i władze swobodniejsze, a pociski i strzały są takie, że dusza nie może ich nie słyszeć. Tutaj to czart owe gady jadowite, jakimi są rzeczy tego świata i uciechy jego, tak powabnie jej przedstawia, jakby wiecznie trwać miały: i szacunek, i wziętość, jakich tam używała, i wspomnienia krewnych i przyjaciół, zgubne dla zdrowia skutki pokuty i umartwień (do których dusza, skoro wstąpi w to drugie mieszkanie, zawsze pewien pociąg uczuwa), i mnóstwo innych tego rodzaju przeszkód.
4. O Jezu! W jakiż to odmęt, w jakie udręczenie wtrąca tu zły duch biedną duszę, tak iż sama nie wie, co począć, czy iść naprzód, czy też do pierwszego mieszkania zawrócić. Ale z drugiej strony, rozum odkrywa przed nią te zdrady diabelskie, ukazując jej, jako wszystkie te powaby świata niczym są w porównaniu z tą szczęśliwością, do której ona dąży. Wiara objawia jej, kto jest Ten, który jej tę szczęśliwość gotuje. Pamięć jej stawia przed oczy, jaki jest koniec wszystkich tych rzeczy ziemskich, przypominając jej tylu pozornie szczęśliwych według świata, którzy jakiś czas cieszyli się obfitością dóbr jego, a potem umarli; jak niejednego z nich śmierć nagła znienacka zaskoczyła; jak prędko przebrzmiała u ludzi pamięć ich; jak niejeden z tych, których znała opływających we wszelkie pomyślności doczesne, dziś leży pochowany w ziemi, deptany nogami przechodniów, bo i sama może nieraz po ich grobach stąpała, a ciała ich tam złożone stały się pastwą robactwa; takie i wiele innych podobnych wspomnień nasuwa jej pamięć. A wola jej skłania się do umiłowania Tego, od którego otrzymała tyle niezliczonych darów i dowodów miłości, i rada by Mu choć czymkolwiek za nie się odpłacić. Szczególnie wzrusza ją to, że ten prawdziwy miłośnik nigdy jej nie opuszcza, wszędzie jej towarzyszy, byt i życie jej dając. Wreszcie i rozum znowu przychodzi do wniosku i przekonywa ją, że chociażby żyła najdłuższe lata, nigdy i nigdzie nie znajdzie lepszego przyjaciela wskazuje jej, że wszystek świat pełen jest fałszu i kłamstwa, a uciechy, którymi nęci ją diabeł, są jednym nieustającym źródłem trosk, utrapień i przeciwności; że również poza tą twierdzą nigdzie, z wszelką pewnością, nie znajdzie dla siebie bezpieczeństwa ani pokoju. Powinna więc już nie błąkać się i nie szukać po domach cudzych, kiedy własny dom jej jest pełny bogactw, których, byleby chciała, używać może do woli; winna korzystać z takiego szczęścia swego, bo wszak nie każdemu to dano, by miał w domu swoim wszystko, czego mu potrzeba, a szczególnie, by posiadał u siebie takiego gościa, który ją chce mieć panią wszystkich dóbr Jego, byleby nie chciała sama zgubić siebie i jak on syn marnotrawny, żywić się karmą wieprzów.
5. Są to dostateczne przyczyny do odrzucania pokus złego ducha. Ale niestety. Panie i Boże mój, panujący na świecie obyczaj próżności i widok tłumów za nim idących wszystko niweczy! Taka bowiem w nas martwa wiara, że raczej wierzymy w to, czego dotykamy zmysłami, niż w to, czego ona naucza. A przecież mogliśmy się przekonać naocznie, ile rozmaitej nędzy cierpią ci, którzy żyją oddani wyłącznie tym rzeczom widomym. Ale to wszystko, wpośród czego żyjemy, tak nas zaślepia w tych rzeczach. I jak od ukąszenia żmii wszystko ciało jadem jej się zaraża i puchnie, tak tu jest z duszą każdego, kto się od tych gadów nie broni. Rzecz jasna, że duszy tak zarażonej silnych potrzeba lekarstw, aby jeszcze wyzdrowiała i miłosierdzie to Boże, jeżeli od tego ukąszenia nie umrze. Rzeczywiście więc dusza ciężkie tu przechodzi utrapienia, zwłaszcza gdy diabeł widzi, że z charakteru i woli należy do tych, którzy chcą iść naprzód, wtedy już wytęża wszystkie piekielne siły swoje, aby się cofnęła lub całkiem twierdzę opuściła.
6. O Panie mój! jakże bardzo tu potrzebna jest pomoc Twoja, bez której nic uczynić nie może! Nie dopuszczaj tego przez wielkie miłosierdzie Twoje, by dusza ta uległa oszukaniu diabelskiemu i rozpoczętego dzieła zaniechała. Użycz jej światła, aby widziała, że w tym postępie ku rzeczom wyższym jest wszystko dobro jej i by zerwała ze złym towarzystwem. Niezmierny będzie dla niej pożytek z przestawania z duszami idącymi drogą życia wewnętrznego, nie tylko z tymi, które przebywają jeszcze w tym samym, co i ona, mieszkaniu, ale i z takimi, które już postąpiły do wnętrza. Wielką jej te dusze będą pomocą do postępu w dobrym i taka się może między nią a nimi wywiązać bliska zażyłość, że w końcu ją za sobą do dalszych mieszkań pociągną. Zawsze przed tym przestrzegam, aby się nie dała zwyciężyć, jeśli bowiem diabeł spotka się w niej z wielkim i mocnym postanowieniem utracenia raczej życia, spokoju i wszystkiego, co jej ofiaruje, niżby miała cofnąć się na powrót do pierwszego mieszkania, daleko prędzej da jej za wygraną i dalszych napaści zaniecha. Niech się okaże jako żołnierz waleczny, a nie jako oni, którzy nie pamiętam pod czyją wodzą idąc do boju, brzuchem się kładli nad brzegiem strumienia, dla ugaszenia pragnienia swego. Niech się przygotuje na to, że idzie stawić czoło wszystkiemu wojsku diabelskiemu i że do tej walki nie ma dzielniejszego oręża nad krzyż.
7. Nieraz już o tym mówiłam, ale tak ważna to przestroga, że nie mogę nie powtórzyć jej tutaj. Chodzi mianowicie o to, aby przystępujący do tej sprawy świętej nie myśleli o pociechach; byłby to bardzo niski sposób wszczynania pracy około wznoszenia takiej wielkiej i kosztownej budowy, owszem, byłoby to budowanie na piasku i dom taki, zaczęty bez fundamentu, musiałby upaść i rozsypać się w gruzy. Trzeba więc być przygotowanym na to, że nigdy tu nie zabraknie smutków i pokus. Nie w tych bowiem pierwszych mieszkaniach jest miejsce, kędy się zbiera mannę z nieba; miejsce to leży dalej, w mieszkaniach wewnętrznych, gdzie już dusza znajduje smak i słodkość we wszystkim, czego pragnie i chce, bo niczego nie chce, tylko tego, czego Bóg sam chce. Zabawna to rzecz, że tak od razu, nosząc w sobie jeszcze niezliczone niedoskonałości i cnoty tak wątłe, że się jeszcze nie trzymają na nogach, bo ledwo poczynają wyrastać, a dałby Bóg, by już naprawdę poczynały, mamy śmiałość żądać pociech na modlitwie i żalić się na oschłości! Oby was to nigdy nie spotkało, siostry! Chwyćcie się oburącz tego krzyża, który na świętych barkach swoich nosił Oblubieniec wasz i powiedzcie sobie, że to ma być wasz sztandar. Która więc zdolna jest cierpieć, niechaj cierpi dla Niego, a tym większą otrzyma zapłatę. Wszystko inne to tylko dodatek, za który, jeśli Pan zechce wam go użyczyć, dziękujcie Mu zawsze.
8. Powiecie może, że skoro jesteście gotowe do znoszenia cierpień zewnętrznych - wolno wam spodziewać się od Boga pociech wewnętrznych.- Ale Bóg w nieskończonej mądrości swojej lepiej wie, co nam pożyteczno i nie do nas należy wskazywać Mu, co i kiedy ma nam dawać i na takie nalegania nasze słusznie nam może odpowiedzieć, że "nie wiemy, o co prosimy". Wszystek wysiłek początkującego oddawać się modlitwie do tego zmierzać powinien (a nie zapominajcie, że jest to bardzo ważne), by z wszelką pilnością, na jaką zdoła się zdobyć, nad tym pracował i o to z całą gotowością się starał, by wola jego stała się zgodna z wolą Bożą. Upewniam was, że na tym - jak to jeszcze później objaśnię - zasadza się wszystka najwyższa doskonałość, jaką na drodze życia duchowego osiągnąć zdołamy. Im doskonalej kto tego warunku dopełni, tym większe dary otrzyma od Pana, tym dalej na tej drodze postąpi. Nie sądźcie, by do tego postępu potrzeba było jakiej nadzwyczajnej mądrości, jakich tajemnych, mało komu znanych sposobów, gdyż wszystko dobro nasze w tym właśnie się kryje. Lecz jeśli z samego początku błędny obieramy kierunek, jeśli na samym wstępie chcemy, by Pan czynił wolę naszą i prowadził nas tak jak nam się podoba, jakąż moc i trwałość może mieć budowanie nasze? Starajmy się czynić, co jest w naszej mocy i brońmy się od tych gadów zjadliwych, gdyż Pan nieraz sam tego chce i dopuszcza, by nas napastowały i trapiły złe myśli, roztargnienia i oschłości tak natarczywe, że im się opędzić trudno; nieraz nawet dopuszcza tym żmijom ukąsić nas, abyśmy tym pilniej czuwali na przyszłość i aby nas doświadczył, czy szczerze nam żal, żeśmy Go obrazili.
9. Choćby więc nieraz zdarzyło się wam upaść, nie traćcie odwagi do dążenia naprzód, bo i te upadki wasze obróci Bóg na pożytek duszy, podobnie jak aptekarz, zalecający swój antydot, sam pierwej, na dowód skuteczności jego, kosztuje trucizny. Choćbyśmy skądinąd nie znali nędzy naszej i szkód, jakie przynosi rozproszenie, to sama już walka, jaką staczać z sobą musimy dla skupienia się wewnętrznie, dostatecznym byłaby tej nędzy naszej dowodem. Cóż może być nieszczęśliwszego nad to, gdy człowiek staje się wygnańcem z własnej duszy swojej? Gdzie możemy jeszcze spodziewać się pokoju, jeśli go w domu własnym znaleźć nie możemy? Same nawet władze duszy, te najbliższe i najprawdziwsze przyjaciółki, z którymi, choćbyśmy i nie chcieli, żyć musimy, wojnę nam wydają, jakby mszcząc się za to, co od grzechów i złych nałogów naszych ucierpiały. Pokój, pokój, siostry moje! Słowo to Pana naszego, którym tyle razy pozdrawiał Apostołów swoich. Ale wierzcie mi, że jeśli pokoju tego nie mamy i nie staramy się posiąść go w domu własnym, daremnie szukalibyśmy go poza domem. O, niech już będzie koniec tej wojnie! Na tę krew, którą za nas wylał Syn Boży, proszę o to wszystkich: i tych, którzy nie pomyśleli jeszcze o wejściu w siebie i tych, którzy już tę dobrą sprawę rozpoczęli, by przez obawę trudu i walki nie cofali się wstecz. Niech pomną, że gorsza od choroby jest recydywa, bo z choroby się powstaje, recydywa najczęściej zabija. Niech nie ufają w siłę własną i wszystką ufność swoją położą w miłosierdziu Boga, a zobaczą, jak boska łaskawość Jego będzie ich przenosiła z mieszkania do mieszkania, coraz bliżej do wnętrza i wprowadzi ich do ziemi, kędy srogie owe zwierzęta nie będą mogły dosięgnąć ich i dręczyć, ale oni raczej będą je mieli pod nogami swymi i śmiać się będą z bezsilnej ich złości; szczęśliwość zaś ich już i w tym życiu będzie tak wielka, jakiej serce ludzkie nawet i zapragnąć nie zdoła.
10. Jak się macie zachowywać w tych trwogach i zamieszaniach, jakie tu diabeł wznieca, w jaki sposób macie wszczynać pracę nad zebraniem się w duchu, nie gwałtownie, ale cicho i spokojnie, aby praca ta mogła być ciągła, o tym tu mówić nie będę, bo - jak wspomniałam na początku - w innych księgach dla was pisanych obszerne w tym przedmiocie dałam wam objaśnienia. To tylko tu dodam, że wielką w tej pracy wewnętrznej pomocą może wam być - zdaniem moim - szukanie rady u osób w życiu duchowym już doświadczonych. Tak na przykład, gdy nieodzowne zajęcia zewnętrzne zmuszą was do wyjścia z waszej samotności wewnętrznej, może wam się zdawać, że wszystek owoc waszej pracy będzie stracony. Ponieważ jednak nie zaniechałyście trudu, Pan i to chwilowe roztargnienie obróci wam na pożytek, chociażbyście nie miały nikogo, kto by was uczył. Ale pracy tej, i to wytrwałej, koniecznie potrzeba, bo gdy umysł ulegnie roztargnieniu i zabłąka się wśród rzeczy zewnętrznych, nie ma na to innej rady, jeno znów zacząć od początku i znowu zebrać myśli rozproszone; inaczej rozproszenie z każdym dniem coraz bardziej będzie się wzmagało, a poziom duszy z każdym dniem (s.250) będzie się coraz głębiej obniżał. Daj Boże, by każda, o ile ta przestroga do niej się odnosi, dobrze ją zrozumiała!
11. Ale może tu która pomyśli sobie: jeśli cofanie się wstecz tak wielką jest szkodą, tedy lepiej wcale nie zaczynać i zgoła do twierdzy nie wchodzić. - Mówiłam wam na początku, i sam Pan to mówi, że "kto miłuje niebezpieczeństwo, w nim zginie", i że bramą, którą się wchodzi do tej twierdzy, jest modlitwa. Byłoby zaś nierozumem, gdyby kto sądził, że może wnijść do nieba, nie wszedłszy naprzód w siebie, aby poznać siebie samego i zastanowić się nad nędzą własną i nad tym, co winien jest Bogu i błagać ustawicznie miłosierdzie Jego. Sam Pan bowiem mówi: "Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie"; nie wiem, czy przytaczam dosłownie, ale zdaje mi się, że tak. I jeszcze: "Kto zobaczył Mnie, zobaczył także Ojca". Kto by więc nigdy nań nie spojrzał i nie zastanawiał się nad tym, ile Mu zawdzięcza, i nad tą śmiercią, którą On za nas poniósł, ten nie wiem, jakim sposobem mógłby Go znać i służyć Mu pełnieniem dobrych uczynków. Bo wiara bez uczynków i uczynki, jeśli nie są złączone z zasługami Jezusa Chrystusa, najwyższego dobra naszego, jaką mogą mieć wartość? Wreszcie, jakim sposobem zdołamy pobudzić siebie do miłości tego Pana, jeślibyśmy nigdy tych rzeczy nie rozważali?
Niechaj Pan użyczy nam łaski, byśmy zrozumieli, jak drogo Go kosztujemy, i że nie jest sługa nad Pana swego, a dla osiągnięcia chwały Jego potrzeba na nią pracować, zaś chcąc pracować ze skutkiem, potrzeba się modlić ustawicznie, abyśmy nie popadli w pokuszenie.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE TRZECIE
Rozdział 1
Opowiada, jak nigdy, póki żyjemy na tym wygnaniu, nie ma, nawet dla dusz do wysokiego już stanu - podniesionych, zupełnego bezpieczeństwa, a przeto zawsze potrzeba chodzić w bojaźni świętej. - Kilka ważnych uwag.
1. Cóż teraz powiem tym, którzy z miłosierdzia Bożego odnieśli zwycięstwo w tych bojach i przez wytrwałość weszli do mieszkania trzeciego, jeśli nie to: "Szczęśliwy mąż, który się boi Pana"?
Wielka to łaska, że Pan dał mi zrozumieć, mimo nieudolności mojej, znaczenie tego wiersza i jego zastosowanie do obecnego przedmiotu. Słusznie szczęśliwym zwać go możemy, bo nie cofnął się wstecz, bezpieczną idzie drogą do zbawienia. Poznajcie z tego, siostry, jak wielką, i to ważną, jest rzeczą, przebyć zwycięsko te walki poprzednie, bo mam to za rzecz pewną, że tego Pan żadną miarą nie omieszka utwierdzić w bezpieczności sumienia, co niemałym zaprawdę jest dobrem. W bezpieczności, powiedziałam, ale źle się wyraziłam, bo nie masz bezpieczeństwa w tym życiu; stąd też dla zrozumienia dodałam to ostrzeżenie: "jeśli nie cofnie się wstecz z rozpoczętej drogi".
2. Wielka to nędza, żyć na tej ziemi i być podobnym do tych, którzy, mając nieprzyjaciela tuż po bramą, ani spać, ani jeść nie mogą, jeno z bronią w ręku, w ciągłej, we dnie i w nocy, żyją czujności i trwodze, by snadź nieprzyjaciel znienacka ich nie podszedł. O, Panie mój i jedyne dobro moje! Jakże chcesz, byśmy kochali to życie tak nędzne, bo nie można by nie pragnąć i nie prosić Ciebie, byś nas od niego wybawił, gdyby nie nadzieja, że możemy je oddać dla Ciebie albo przynajmniej cale w służbie Twojej strawić, a przede wszystkim, gdyby nie to, że taka jest wola Twoja? O jakże chętnie wołalibyśmy ze św. Tomaszem, by umrzeć razem z Nim, bo czyż to nie wielokrotne umieranie żyć bez Ciebie, i do tego jeszcze w tej obawie, że możemy stracić Ciebie na wieki? Dlatego powiadam, córki, że jedyne szczęście, o jakie nam prosić należy, jest to, byśmy już znaleźli się w bezpieczeństwie zupełnym z błogosławionymi; bo wśród trwóg i obaw tego wygnania, w czym może podobać sobie, kto wszystko upodobanie swoje ma w Bogu? A wiedzcie, że byli Święci, którzy w takiej że jak my i wyższej jeszcze doskonałości byli, a przecie popadli w grzechy ciężkie. Żadnej zaś nie mamy pewności, czy Bóg zechce nas podźwignąć i takiej, jak im, użyczyć pokuty.
3. Upewniam was, córki, że cała drżę, gdy to piszę i sama nie wiem, jak piszę i jak żyję, taki mię strach ogarnia na samo wspomnienie tego, a przychodzi mi ono bardzo często. Proście Go, córki, by zawsze raczył żyć we mnie, bo bez Niego jakież bezpieczeństwo może mieć życie tak źle użyte, jak moje? Niech was to nie smuci, jak to już nieraz widziałam smutek na twarzach waszych, gdym wam czyniła podobne wyznania, bo chciałybyście i słusznie, bym była wielką świętą. Chciałabym i ja, ale cóż robić, kiedy z własnej winy takiego szczęścia siebie pozbawiłam? Z własnej winy mojej, bo na Boga skarżyć się nie mogę, by kiedy przestał użyczać mi łask dostatecznych ku temu, aby się spełniło życzenie wasze. Nie mogę o tym mówić bez serdecznych łez i wstyd mię wielki, że nauczam was, od których raczej sama bym uczyć się powinna. Ciężkim, zaiste, było mi w tym razie posłuszeństwo! Niechże Pan, ze względu na to, że jedynie dla Niego spełniam ten rozkaz, raczy przynajmniej to sprawić, byście wy z tego jakikolwiek pożytek odniosły i wstawiły się do Pana za tą nędznicą. Wiadomo dobrze boskiej wielmożności Jego, że jedynie w miłosierdziu Jego mogę pokładać nadzieję i kiedy już nie mogę być inna niż jestem, nic mi nie pozostaje innego, jeno uchwycić się mocno tej jedynej nadziei i uciec się z ufnością do zasług Syna Jego i Najświętszej Panny, Matki Jego, której habit pospołu z wami, niegodna noszę. Dzięki czyńcie Panu, córki moje, że jesteście prawdziwie tej Panny Najświętszej córkami, bo taką Matkę dobrą mając, już nie potrzebujecie się wstydzić, że ja tak nędzna jestem. Naśladujcie Ją i pomyślcie, jaka to musi być potęga tej Pani i jak wielkie to szczęście, mieć Ją za orędowniczkę, kiedy nawet grzechy moje i ta głęboka nędza moja nie zdołały zaćmić w niczym blasku Jej świętego Zakonu.
4. Jedno tu wszakże dodaję dla przestrogi waszej: To, iż żyjecie w takim świętym Zakonie i taką macie Matkę i Patronkę, jeszcze wam nie daje bezpieczeńswa. Dawid był mężem bardzo świętym, a syn jego Salomon wiecie, jaki był. Nie polegajcie więc ani na tym, że w takim tu zamknięciu i umartwieniu żyjecie, ani na tym, że ustawicznie przestajecie z Bogiem na modlitwie, ani na tym, że tak tu jesteście odłączone od świata i takie czujecie w sobie do rzeczy światowych obrzydzenie. Dobre to wszystko, ale wszystkiego tego nie dość jeszcze na to, by wam wolno było odłożyć na bok wszelką bojaźń. A przeto ciągle miejcie w pamięci i głęboko wyryjcie sobie w sercu te słowa święte: "Szczęśliwy mąż, który się boi Pana".
5. Sama już nie pamiętam, o czym mówić zaczęłam i daleko odeszłam od przedmiotu, ale gdy wspomnę na siebie, skrzydła mi opadają i nic już dobrego powiedzieć nie zdołam. Wolę już teraz zapomnieć o tym i wracam do tego, o czym mówiłam, to jest do dusz, które już weszły do mieszkania trzeciego. Niemałą zaiste, owszem niezmiernie wielką łaskę Pan im uczynił, dając im szczęśliwie pokonać owe pierwsze trudności. Takich dusz, sądzę, z łaski Bożej wiele jest na świecie; pragną one nie obrazić w niczym Boskiego Majestatu, wystrzegają się nawet grzechów powszednich, spełniają chętnie uczynki pokutne, mają swoje godziny wyznaczone do skupienia się w duchu, czasu dobrze i pożytecznie używają; ćwiczą się w uczynkach miłosiernych względem bliźnich, powściągliwe są w mowie i w ubraniu; domem też, jeśli go mają, pilnie zarządzają. Jest to bez wątpienia stan pożądany i nie widać, co by takim duszom mogło bronić dalszego, aż do ostatniego mieszkania, postępu. Pan im pewno pomocy swojej nie odmówi, skoro zechcą, bo piękne takie usposobienie ich wewnętrzne czyni je zdolnymi do otrzymania wszelkiej łaski.
6. A czy jest taka, o Jezu, która by nie chciała dostąpić tak wielkiego szczęścia, zwłaszcza kiedy już przebyła, co było najtrudniejszego? - Nie ma z pewnością takiej, lecz wszystkie jednomyślnie wołamy: Chcemy, chcemy! Ponieważ jednak na to, aby Pan całkowicie wziął duszę w posiadanie, potrzeba czegoś więcej, nie starczą tu same pragnienia, jak nie starczyły młodzieńcowi w Ewangelii, którego Pan wezwał do doskonałości. Od pierwszej chwili, jak zaczęłam to pisanie o mieszkaniach duszy, młodzieniec ten ustawicznie stoi mi przed oczyma, bo i my dosłownie tak samo postępujemy, stąd po większej części pochodzą wielkie oschłości, jakie cierpimy na modlitwie, choć mogą być i inne przyczyny. Nie mówię też tu o pewnych utrapieniach wewnętrznych, rzec by można nieznośnych, jakich, bez najmniejszej winy ze swej strony, doznaje niejedna dobra dusza, a z których Pan zawsze ją wyprowadzi z wielkim dla niej zyskiem; nie mówię również o duszach podległych melancholii i innym tego rodzaju niemocom; nie mówię wreszcie o skrytych sądach Bożych, w które tu, jak w każdym innym zdarzeniu, nie naszą rzeczą jest wchodzić. Ale, pominąwszy te wyjątki, zwykłą, powtarzam, oschłości naszych przyczyną jest ta, o której tylko co wspomniałam. Dusze, o których tu mówię, mając tę pewną o sobie świadomość, że za nic w świecie nie dopuściłyby się grzechu (a są między nimi i takie, które gotowe wszystko wycierpieć raczej, niżby miały popełnić rozmyślnie jeden grzech powszedni), że nadto życie wiodą cnotliwe, z czasu i mienia swego dobry robiąc użytek - z przykrością to znoszą, że drzwi do komnaty, w której przebywa Król, jeszcze zostają przed nimi zamknięte, choć poczytują siebie za lenników i dworzan Jego, i są nimi w istocie. Nie pamiętają jednak, że i królowie tej ziemi, choć wielu mają dworzan i lenników, nie wszyskim jednak dają wstęp na pokoje królewskie. Wnijdźcie, wnijdźcie, córki, do własnego wnętrza waszego; puśćcie mimo siebie maluczkie wasze dobre uczynki; uczyniłyście tylko, coście powinne były uczynić, tym samym, że nosicie imię chrześcijańskie i dużo więcej jeszcze z tego tytułu powinne byście uczynić. Dość wam tego, że jesteście służebnicami Bożymi, nie domagajcie się rzeczy wyższych, byście snadź nie pozostały z niczym. Przypatrzcie się dobrze Świętym, którzy zostali dopuszczeni do komnaty królewskiej, a zobaczycie, jaka jest między nimi a nami różnica. Nie żądajcie tego, na coście nie zasłużyły; aniby nam to w myśli powstać nie powinno, byśmy po tylu grzechach, którymi obraziłyśmy Boga, mogły jeszcze, choćby najgorliwszą służbą naszą, na takie szczęście zasłużyć.
7. Pokory, pokory! Nie mogę jakoś obronić się tej pokusie, bym tych, którzy tak wielkie rzeczy robią z oschłości swoich, nie posądzała o brak tej cnoty. Mówię tu o zwyczajnych oschłościach, a nie o onych wielkich udręczeniach wewnętrznych, które są zupełnie czym innym niż prosty tylko brak uczuć pobożnych. Doświadczajmy siebie, siostry moje, i pozwólmy Panu, niech nas doświadcza, jak to umie czynić, choć my często na tych próbach Jego poznać się nie umiemy. Zbliżmy się do owych dusz tak wyrobionych i zobaczmy, co one czynią dla Boga, a łatwo przekonamy się, że żadnego nie mamy powodu, który by nas upoważniał do utyskiwania na boskie nad nami zrządzenia Jego. Bo jeśli my, jak on młodzieniec w Ewangelii, odwracamy się do Niego plecami i odchodzimy smutni, gdy nam ukazuje drogę doskonałości, cóż chcecie, by Pan uczynił, kiedy nie może inaczej wymierzać nagród swoich, jeno wedle miary miłości naszej dla Niego? A miłość ta, córki, nie ma być czczym wytworem wyobraźni naszej, ale powinna się okazać w uczynkach. Nie sądźcie jednak, by te uczynki nasze były Bogu potrzebne. Bóg żąda tylko woli stanowczo Jemu oddanej.
8. Mogłoby się komu zdawać, że skoro nosimy habit zakonny i z własnej woli naszej go przywdziałyśmy, skoro dla miłości Pana opuściłyśmy świat i wszystko co na nim posiadałyśmy (chociażby to, co opuściłyśmy, nie było więcej warte nad owe sieci, które opuścił Piotr, bo w oczach Pana, wiele daje, kto daje wszystko co ma) - że już dopełniłyśmy wszystkiego co potrzeba. Zapewne, dobre to bardzo usposobienie, jeśli kto w nim wytrwa i nie wraca się już choćby pożądaniem do owych płazów, które porzucił wychodząc z mieszkania pierwszego; niewątpliwie też, jeśli statecznie zachowa siebie w tym ogołoceniu i wyrzeczeniu się wszystkiego, osiągnie to, do czego dąży. Ale jeden jest do tego konieczny warunek, zważcie to dobrze, by - według nauki Apostoła czy samego Zbawiciela - zawsze miał siebie za sługę niepożytecznego i nie wyobrażał sobie, jakoby Pan, za służbę jego, miał jaki obowiązek użyczenia mu tej łaski i dopuszczenia go do królewskiej komnaty swojej, ale przeciwnie, im więcej za łaską Pańską zdoła uczynić dobrego, tym bardziej niech uznaje siebie dłużnym. Cóż my możemy uczynić dla tego Boga tak hojnego, który umarł za nas i stworzył nas, i daje nam byt i życie? Czy raczej nie powinnyśmy poczytywać to sobie za szczęście, jeśli dana nam jest możność wypłacenia się choć w cząstce jakiej z tego, co Mu winnyśmy za Jego dla nas usługi (z przykrością używam tego wyrazu, ale prawdziwie tak jest, bo całe na tej ziemi życie Jego niczym innym nie było, jeno służbą dla nas), a nie prosić znowu o łaski i pociechy?
9. Pilnie rozważajcie, córki, te kilka uwag, które tu napomknęłam, choć bez ładu ni związku, bo jaśniej się tłumaczyć nie umiem. Pan z łaski swojej da wam głębsze ich zrozumienie, abyście z oschłości waszych odnosiły pomnożenie się w pokorze, a nie trwogę i zamieszanie, jak tego pragnie diabeł. I bądźcie pewne tego, że gdzie jest prawdziwa pokora, tam Bóg, chociażby wam nigdy nie użyczył pociech duchowych, da wam za to taki pokój i zgodzenie się z wolą Jego, że większe w nim znajdziecie zadowolenie, niż drudzy w rozkoszach wewnętrznych. Rozkoszy tych - jak czytałyście - Pan zwykł udzielać słabszym, którzy też, jak sądzę, nieradzi zgodziliby się oddać je w zamian za męstwo dusz wyższych, które Bóg prowadzi drogą oschłości. I nie dziw, bo natura nasza zawsze woli pociechę niż krzyż. O Panie, który znasz wszystką prawdę i nic nie masz przed oczyma Twymi ukrytego, Ty doświadczaj nas, abyśmy i my poznali prawdę i samych siebie
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE TRZECIE
Rozdział 2
Mówi w dalszym ciągu o oschłościach na modlitwie i jaki może być ich skutek; jak potrzeba nam doświadczać samych siebie, i jak Pan doświadcza dusze, w tym trzecim mieszkaniu przebywające.
1. Znałam niektóre dusze, a nawet mogę powiedzieć, że znałam ich wiele, które doszedłszy do tego stanu, lata już całe żyły w tej prawości duszy i ciała, o ile o tym człowiek sądzić może, a potem jednak, choć powinny by były już mieć świat pod nogami swymi albo przynajmniej znać się na nim dokładnie, skoro spodobało się Panu wystawić je na próby, w taki wpadły stan niepokoju i udręczenia wewnętrznego, że wydziwić się temu nie mogłam i niemałą nawet o dusze te powzięłam obawę. Chcieć je oświecić i wspomóc radą, byłoby rzeczą daremną, bo tak dawno już chodząc drogą cnoty, mają siebie za dostatecznie oświecone: raczej, zdaje im się, mogłyby nauczać drugich i powód ten w ich przekonaniu jest aż nadto słuszny.
2. Toteż nie znalazłam nigdy i dotąd nie widzę innego sposobu pocieszenia takich dusz, jeno ten, by okazywać im szczere współczucie w ich strapieniu (bo i w rzeczy samej godne są litości dla takiej nędzy swojej), nie sprzeciwiać się ich racjom, bo przekonane najmocniej, że ich udręczenie pochodzi z miłości Bożej, nie mogą zrozumieć, że jest ono tylko niedoskonałością. I to jest drugi błąd w duszach, które już tak wysoko postąpiły. Że podobne próby mogą je w pierwszej chwili zaboleć, temu się nie dziwię, ale powinny by umieć rychło pokonać w sobie te pierwsze uczucia. Bóg, chcąc doprowadzić wybranych swoich do jasnego poznania ich nędzy, usuwa od nich do czasu pociechy swoje, niczego więcej nad to nie potrzeba: pozbawieni tych pociech, od razu poznajemy, czym sami z siebie jesteśmy. Od razu okazuje się skuteczność tej próby, od razu widzimy jasno niedostatki nasze i nieraz więcej nas boli widok tej nędzy naszej, że mimo woli nawet tak żywo czujemy przykrości i utrapienia ziemskie, choćby nie bardzo ciężkie, niż samo to wewnętrzne utrapienie, skutkiem którego ta nędza nasza się objawia. Wielkie to, zdaniem moim, nad nami miłosierdzie Boże, bo choć to jest niedoskonałość, wiele na niej wygrywa pokora.
3. Ale tego zysku dusze - o których mówię obecnie - nie mają, bo poczytują sobie te rzeczy za wzniosłe i chcą, by i inni tak sądzili. Objaśnię to bliżej na kilku przykładach, abyśmy poznawali i doświadczali siebie pierwej niż Pan nas doświadczy. Z wielkim to będzie dla nas pożytkiem, gdy przygotujemy się na próbę, nim ona przyjdzie.
4. Oto, na przykład osoba bogata, bezdzietna, nie mająca nikogo z bliższych, komu by przekazała bogactwa swoje, skutkiem niepomyślnych okoliczności traci znaczną część majętności swojej; nie taka to jednak strata zupełna, by jej nie pozostało jeszcze dosyć i więcej niż potrzeba na utrzymanie siebie i domu swego. Jeśli ta osoba tak się niepokoi i trapi stratą swoją, jak gdyby jej już zabrakło i chleba powszedniego, jakże taką może wzywać Pan, aby dla miłości Jego opuściła wszystko? Na to odpowie może ta osoba, że dlatego tak boleje nad utratą mienia, że chciała go użyć na wspomożenie ubogich. - Ale Bóg, zdaje mi się, więcej żąda ode mnie zgodzenia się na Boże zrządzenia Jego i utrzymania duszy w pokoju, niż jakich bądź dzieł miłosiernych. Że więc ta dusza na taki pokój wewnętrzny zdobyć się nie umie, bo Pan jej jeszcze do tak wysokiego stopnia łaski nie podniósł, tego nikt jej nie poczyta za winę; ale niechże przynajmniej uzna, że brak jej jeszcze potrzebnej do tego swobody ducha, a to samo przysposobi ją do otrzymania tej łaski, bo będzie jej pobudką do gorącej o nią modlitwy.
Druga jakaś posiada majętność dostateczną na obfite i przeobfite wyżywienie siebie, a oto nastręcza się jej sposobność do powiększenia jej majątku. Jeśli jej to przychodzi darmo, mniejsza o to, nie będzie w tym nic złego, że przyjmie, ale żeby sama o to się starała i wciąż coraz bardziej pragnęła się zbogacić, to jakkolwiek by dobry w tym zamiar miała (złego tu przypuszczać nie można, gdyż mówimy tu o osobach cnotliwych i oddanych modlitwie), niech ani marzy o tym, by zdołała wejść do mieszkań wewnętrznych, kędy Król przebywa.
5. Podobnie dzieje się z takimi duszami, gdy je w czymkolwiek spotka jaka wzgarda lub małe upokorzenie; nieraz może cierpliwie to zniosą, bo Bóg daje im łaskę ku temu (rad bowiem bierze w obronę swoją niewinnego, by sława jego nie ucierpiała przed ludźmi i również, będąc Panem dobrym i wszystkim Dobrem naszym, chce w taki sposób wynagrodzić te dusze za wierną ich służbę), ale wewnątrz jednak pozostaje im wzburzenie, którego nie zdołają opanować i które nieprędko przemija. O, Boże wielki! A czyż to nie są te same dusze, które od tak dawna już rozmyślają o Męce Zbawiciela i od dawna wiedzą o tym, jak dobrą rzeczą jest cierpienie i pragną nawet cierpienia? I chciałyby, aby wszyscy tak żyli, jak one, a daj Boże, by i tej przykrości, którą cierpią, nie kładły na karb złości ludzkiej i w ten sposób miały z niej zasługę!
6. Powiecie może, siostry, że powyższe przykłady przywodzę niepotrzebnie i że was one się nie tyczą, bo my tu żadnych bogactw nie posiadamy ani ich nie pragniemy, ani się o nic nie staramy, ani też zniewagi od nikogo nie cierpimy? - Mimo to, chociaż powyższe porównania do nas się nie stosują, możemy jednak z nich i dla siebie wyciągnąć wnioski w wielu innych wypadkach, które i u nas zdarzyć się mogą, a których tu szczegółowo wymieniać nie ma potrzeby ani pożytku. Z przykładów owych łatwo możecie wyrozumieć i na tych maluczkich, choć innego rodzaju, próbach, jakie wam tu się zdarzają, doświadczyć, czy prawdziwie jesteście sercem ogołocone z tego, coście opuściły na świecie i przekonać się, czy istotnie panujecie nad namiętnościami swymi. Bo nie w tym rzecz, wierzcie mi, czy kto nosi habit zakonny, czy nie, ale w tym jedynie, by usilnie ćwiczyć się w cnotach i całą istnością swoją oddać się Bogu i wszystek tryb życia swego do tego stosować, co i jak Pan zechce, i nie szukać spełnienia woli swojej, tylko spełnienia woli Bożej. Jeśliśmy jeszcze do tak wysokiej cnoty nie doszły, więc przynajmniej upokarzajmy się; bo pokora to lekarstwo na wszelkie rany nasze; jeśli ją mamy prawdziwą. Boski nasz lekarz przyjdzie w końcu niezawodnie i nas uzdrowi.
7. W umartwieniach i pokutach swoich, dusze, o których mówię, są tak opanowane, jak i w całym życiu swoim. Bardzo są przywiązane do życia, chcąc nim służyć Panu, w czym pewno nie masz nic złego, i skutkiem tego są bardzo ostrożne w umartwieniach, by im snadź nie zaszkodziły na zdrowiu. Nie zabiją się one surowościami, możemy być o to spokojne, bo rozum mają rozważny i chłodny, a miłości takiej, która by je wyżej uniosła nad rozum, nie ma w nich. Wolałabym jednak, żeby ją miały; nie poprzestawałyby wówczas na takim ściśle obliczonym sposobie służenia Bogu, i przekonałyby się, że, idąc wciąż takim krokiem akuratnie odmierzonym, nigdy do końca drogi nie dojdą. Zdaje się im bowiem, że postępują naprzód, ale w rzeczy samej tylko się męczą (bo jest to droga uciążliwa), i wielkie to jeszcze będzie szczęście, jeśli nie zabłądzą. Jak sądzicie, córki, czy byłoby roztropnym, by ten, kto mogąc całą podróż do innego kraju odbyć w tydzień, wolał tułać się cały rok, narażając się na wiatry, śniegi, powodzie, rozdroża i ukąszenia wężów? Czy nie roztropniej by postąpił, gdyby zdobył się na odwagę i wszystkie te niebezpieczeństwa i trudy przebył i zwalczył od razu? O, jakże wiele miałabym do powiedzenia o tym z własnego doświadczenia! A dałby Bóg, bym choć teraz wyszła z tego stanu, bo nieraz zdaje mi się, że jeszcze nie wyszłam.
8. Z powodu tego wyrachowania, jakim kierujemy się w służbie Bożej, wszystko nam się staje zawadą, bo wszystkiego się boimy. Stąd nie śmiemy postąpić naprzód, jak gdyby nas miano zanieść do owych mieszkań, podczas gdy inni muszą tam mozolnie podróżować. Że jednak tak nie jest, więc dla miłości Pana, zdobywajmy się, siostry moje, na odwagę! Roztropność i obawy nasze zostawmy na boku, nie zważajmy tak bardzo na słabość naszą, bo to jest wielką przeszkodą. Staranie o ciele naszym i jego potrzebach zostawmy przełożonym, my tylko o to się troszczmy, abyśmy prędzej doszły do oglądania Pana naszego. Jakkolwiek bowiem wygody, których byśmy tu użyć mogły są prawie żadne, przecież i tak jeszcze mogłyby nas zaprowadzić na błędne drogi. Zarzućmy je stanowczo i mężnie, tym bardziej że pieszczenie się zdrowia nie przymnaża, jak o tym wiem sama. Te zresztą umartwienia, to rzecz podrzędna. Tu trzeba wielkiej pokory. Jeśliście to pojęły, zrozumiecie, gdzie się ukrywa źródło niedomagania onych dusz, które nie postępują naprzód. C o do nas, miejmy zawsze to o sobie przekonanie, żeśmy jeszcze mało drogi uszły, a o siostrach przeciwnie, że bardzo szybkie i wielkie robią postępy i nie tylko pragnijmy tego, ale i starajmy się o to, by nas każdą uważano za najgorszą ze wszystkich.
9. Przy takiej pokorze, stan duszy w tym trzecim mieszkaniu zostającej jest doskonały, bez niej pozostanie ta dusza całe życie na tymże miejscu, niezliczone przy tym cierpiąc udręczenia i nędze. Tym samym, że nie umiemy się wyrzec siebie, sami sobie czynimy drogę uciążliwą i trudną, wszędzie nosząc z sobą ciężkie brzemię własnej nędzy swojej; gdy przeciwie ci, co mężnie zwyciężyli samych siebie, swobodnie i lekko wstępują ku mieszkaniom wyższym. Takim duszom wynagradza Bóg nie tylko sprawiedliwie, ale z obfitością miłosierdzia, dając nam dużo więcej niż zasłużyliśmy, użyczając "pociech" przewyższających wszelkie przyjemności, jakie człowiek może znaleźć w uciechach tego życia. "Smaków" tych jednak duchowych, jak sądzę, nie daje im tu jeszcze w wielkiej obfitości, niekiedy tylko i z rzadka, aby ich widokiem tego, co je czeka w mieszkaniach dalszych, zachęcić, by się do nich sposobiły.
10. Zapytacie może, dlaczego tu używam dwóch różnych wyrazów na oznaczenie jednej rzeczy, kiedy pociechy duchowe asmaki duchowe to zdawałoby się jedno i to samo. - Mnie jednak zdaje się, że są to dwie rzeczy bardzo różne, i chyba się nie mylę. Wytłumaczę to, o ile rozumiem, gdy przejdziemy do czwartego mieszkania, tam bowiem Pan obficie tymi smakami duszę obdarza, więc będzie to miejsce właściwe do ich objaśnienia. Może się to komu wydać zbyteczne, nie będzie przecież bez pożytku, bo nabrawszy dokładnego o każdej rzeczy pojęcia, łatwiej będziecie mogły skierować usilność naszą ku osiągnięciu tego, co jest lepsze. Jaśniejsze poznanie tych smaków duchowych wielką będzie również pociechą dla tych dusz, które Bóg już do tego stanu podniósł; dla tych zaś, które wyobrażają sobie, że niczego już im nie dostaje, będzie ono zbawiennym zawstydzeniem; zaś duszom prawdziwie pokornym będzie ono pobudką do gorętszego dziękczynienia. Dusze, którym te smaki skąpiej się udzielają, doznają może wewnętrznej przykrości, ale niesłusznie, bo doskonałość nie zasadza się na używaniu smaków, tylko na szczerej miłości Boga, nagroda zaś wyższa temu się sprawiedliwie należy, kto lepszymi, w duchu sprawiedliwości i prawdy, na nie zasłuży uczynkami.
11. Lecz jeśli tak jest, a tak jest rzeczywiście, po cóż więc pisać jeszcze o tych łaskach i szeroko je tłumaczyć? - Tego ja nie wiem; zapytajcie o to tych, którzy mi pisać kazali; moim obowiązkiem jest nie spierać się z przełożonymi, co byłoby nieładnie, jeno słuchać. To jedno mogę wam powiedzieć z całą szczerością i prawdą, że w czasie, kiedy jeszcze nie otrzymywałam tych łask ani nawet nadziei nie miałam, bym je kiedy w życiu moim poznała (bo i jakże tego spodziewać się mogłam, kiedy znając niegodność moją, już to za wielkie szczęście byłabym sobie poczytywała, gdybym była miała jaki sposób dowiedzenia się, że niezupełnie jestem wstrętna w oczach Boga), w tym więc czasie, czytając w książkach o tych łaskach i pociechach, które Bóg daje duszom wiernie Mu służącym, wielką za każdym razem odnosiłam z tego czytania pociechę i silną pobudkę do gorących z głębi duszy dziękczynień Bogu. Jeśli na takiej duszy niecnotliwej, jaką była moja, poznanie owych łask podobny sprawowało skutek, jakżeż daleko więcej będą dziękowały dusze prawdziwie pokorne i cnotliwe! A chociażby tylko jedna taka się znalazła, która by oddała Panu takie uwielbienie, aż nadto dostatecznym byłoby to powodem, by o tym mówić i byśmy również zrozumieli, jaką niezmierną szkodę ponosi, kto z własnej winy sam siebie takich pociech i rozkoszy pozbawia. Tym większa to utrata, że pociechy one, gdy pochodzą od Boga, przynoszą z sobą miłość i męstwo, dzięki którym dusza bez utrudzenia może postępować i wzrastać w cnoty i dobre uczynki. Nie sądźcie, by to było rzeczą małej wagi, choć i za dopełnieniem tych z waszej strony warunków, być może, że łask tych nie otrzymacie; ale Pan jest sprawiedliwy, niechybnie więc, czego wam tutaj odmówi, to wam wynagrodzi gdzie indziej, a w każdym razie, cokolwiek uczyni, będzie to dla większego dobra duszy waszej.
12. Dusza, która już weszła do trzeciego mieszkania (w czym, jak mówiłam, niemałe jest nad nią miłosierdzie Pańskie, bo blisko już stąd ma do mieszkań wyższych), wielki, zdaniem moim, odniesie pożytek, gdy przyłoży się, ile zdoła, do ćwiczenia się w ochotnym i skorym posłuszeństwie. Chociażby nie była osobą zakonną, wielki zawsze będzie miała zysk z tego, jeśli - jak to czynić zwykła niejedna dusza żyjąca na świecie - upatrzy i obierze sobie przewodnika, i podda się pod kierunek (s.264) jego, aby już w niczym nie rządziła się wolą własną, która najczęściej bywa źródłem duchowych szkód naszych. Tylko niech nie wybiera sobie takiego, który by jej, jak to mówią, przypadał do gustu i takimże jak ona ostrożnym truchcikiem postępował w rzeczach duchowych, ale niech szuka takiego, który by całkiem był oderwany od wszelkich marności tego świata. Taki przewodnik niezmierną korzyść duszy przyniesie, bo sam już znając nicość wszystkiego, co ziemskie, ją też tego nauczy. Przykład takich mężów Bożych, gdy widzimy, jak rzeczy, które nam się wydawały niemożebnymi, im nie tylko są możebne, ale i z łatwością i weselem ducha je czynią, silnie nas pobudza i ducha nam dodaje. Patrząc na taki swobodny i wysoki wzlot ich, i my się jakoby ośmielamy do lotu, podobnie jak pisklęta z przykładu ojca lub matki uczą się próbować skrzydeł swoich i choć zrazu wysoko nie wzlecą, powoli jednak coraz lepiej zdążają za starymi. Niezmierny to więc, powtarzam, zysk dla duszy, gdy zostaje pod kierunkiem takiego przewodnika, wiem o tym z własnego doświadczenia mego. Niech również te dusze, jakkolwiek by mocne miały postanowienie nigdy w niczym nie obrazić Boga, nie wdają się w okazję do grzechu, gdyż będąc jeszcze zbyt blisko pierwszego mieszkania, łatwo mogłyby znowu wrócić do niego. Postanowienie i męstwo ich jeszcze nie stoi oparte na mocnym gruncie jak u tych, którzy już są wyćwiczeni w cierpieniu i już znają nawałności tego świata, i nie lękają się już ani gróźb tego świata, ani pociech jego nie pragną. Mogłoby się więc zdarzyć tej duszy, że w razie wielkiego prześladowania, jakie diabeł umie wzniecać na zgubę naszą, mogłaby się zachwiać, albo że szlachetną unosząc się gorliwością i usiłując drugich wywieść z grzechu, napotkałaby pokusę, której nie miałaby siły odeprzeć.
13. Patrzmy własnych wad i ułomności naszych, a nie troszczmy się o cudze. Dusze te zbyt rozważne mają to do siebie, że byle co w drugich je razi, a przecież nieraz właśnie od tych, z których się gorszymy, moglibyśmy się nauczyć wiele w rzeczach istotnie ważnych. Że może w zewnętrznym ułożeniu i sposobie zachowania się z ludźmi mamy niejaką wyższość nad nimi, to rzecz mniejszej wagi, choć dobra sama z siebie; ale nie upoważnia nas to jeszcze do żądania, by wszyscy tąż samą co my drogą chodzili, ani tym bardziej do nauczania ich życia duchowego, kiedy może sami jeszcze nie wiemy, co to jest życie duchowe. Gorące pragnienia uświęcenia dusz są darem łaski Bożej, ale niebacznie idąc za nimi, łatwo możemy w wielu rzeczach zbłądzić. Lepiej nam więc, siostry, trzymać się tego, co nam zaleca Reguła nasza, byśmy starały się zawsz e żyć "w milczeniu i w nadziei". O duszach bliźnich będzie pamiętał Pan i my o nich nieustannie pamiętajmy w modlitwie, a tym sposobem przyniesiemy im pożytek, za łaską. Pana, który niech będzie błogosławiony na wieki.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE CZWARTE
Rozdział 1
Mówi o różnicy zachodzącej między zwykłymi pociechami na rozmyślaniu, a smakami nadprzyrodzonymi, jakich Bóg użycza na wyższych stopniach modlitwy; jak wielkiego doznała uspokojenia, gdy zrozumiała, że co innego jest myśl, a co innego rozum. 
Uwagi pożyteczne dla dusz, cierpiących częste roztargnienia na modlitwie.
1. Poczynając mówić o mieszkaniu czwartym, wielką odczuwam potrzebę polecić siebie, jak to i uczyniłam. Duchowi Świętemu i błagać Go, aby odtąd już sam mówił za mnie, abym zdołała powiedzieć nieco o dalszych mieszkaniach, jakie nam jeszcze pozostają, tak iżbyście zrozumiały. Tu bowiem już się zaczynają rzeczy nadprzyrodzone, które niezmiernie jest trudno objaśnić w sposób zrozumiały, jeśli Pan sam tego nie sprawi - jak o tym gdzie indziej w miarę możności pisałam, lat temu mniej więcej czternaście. Dziś wprawdzie nieco więcej mam oświecenia co do tych wysokich łask, a których Pan niektórym duszom użycza; ale co innego jest wiedzieć, a co innego umieć to wypowiedzieć. Niechże Boski Majestat Jego sam raczy mię do tego zdolną uczynić, jeśli ma być z tego jaki pożytek; jeśli nie, to nie.
2. Czwarte to mieszkanie, tym samym, że więcej już jest zbliżone do miejsca, gdzie przebywa Król, pięknością i ozdobnością swoją przewyższa wszelkie poprzednie. Są tam dla oka i dla umysłu rzeczy tak wytworne i tak wysokie, że rozum daremnie się sili na objaśnienie ich i cokolwiek by o nich powiedział, nigdy nie zdoła znaleźć wyrazów tak odpowiednich, by to, co mówi, nie pozostało ciemnym dla słuchającego, jeśli tenże nie ma własnego w tych rzeczach doświadczenia; bo kto ich sam na sobie doświadczył, zwłaszcza jeśli doznawał ich często, ten zrozumie od razu.
Zdawałoby się, że chcąc dojść do tego czwartego mieszkania, potrzeba pierwej dłuższego przebywania w poprzednich; i w rzeczy samej, taki jest zwykły porządek, że dusza musi tam jakiś czas pozostawać, ale nie jest to stała reguła, jak to po wiele razy słyszałyście. Pan użycza szczególnych łask swoich, kiedy chce i jak chce i komu chce, nie czyniąc nikomu krzywdy, bo są to własne Jego dobra.
3. Do tego czwartego mieszkania zwierzęta owe jadowite, o których mówiłam, rzadko już kiedy się wciskają, a choćby się i wcisnęły, nie czynią już szkody, ale raczej przynoszą pożytek. Owszem daleko lepiej, zdaniem moim, gdy się wcisną i duszy w tym stanie modlitwy wojnę wydają; inaczej bowiem mógłby ją szatan oszukać, zwyczajne pociechy podając jej za smaki nadprzyrodzone, jakich Bóg sam użycza, i mógłby jej tym sposobem o wiele większą szkodę wyrządzić, niżby jej zaszkodziły pokusy; a przynajmniej mógłby pozbawić ją zysków duchowych, oddalając od niej to, co miało jej być na zasługę i trzymając ją w stanie naturalnego uniesienia. Stan bowiem taki, jeśli trwa bez przerwy, nie zdaje mi się, by był bezpieczny, bo wydaje mi się to niemożliwe, by Duch Pański na tym wygnaniu takie w was ciągłe uniesienie sprawował.
4. Przystępuję teraz do tego, o czym zamierzałam mówić w tym rozdziale, to jest do objaśnienia różnicy, zachodzącej między zwykłymi na modlitwie pociechami, a nadprzyrodzonymi smakami Bożymi. Pociechami, zdaniem moim, mogą się zwać owe słodkie uczucia, jakich sami nabywamy rozmyślaniem i modlitwą, zanoszoną do Pana. Powstają one naturalnie, choć ostatecznie Bóg nam do nich pomaga łaską swoją, co się w ogóle ma rozumieć o wszystkim, co będę mówiła, bo bez Niego nic uczynić nie możemy; zawsze jednak rodzą się one z samego cnotliwego uczynku, który w danej chwili spełniamy; nabywamy go zatem własną pracą naszą i słusznie się cieszymy z tego, żeśmy jej na taki dobry cel użyli.
Lecz zastanowiwszy się bliżej, przekonamy się, że takichże samych pociech doznajemy i z innych wielu rzeczy, jakie nam się przytrafić mogą tu na ziemi. Tak na przykład cieszy się ktoś, na kogo spadnie wielki majątek, którego się nie spodziewał; albo kto niespodzianie spotka się z osobą mu drogą, lub komu się powiedzie przeprowadzić szczęśliwie jaką ważną sprawę i dokonać czego wielkiego, za co wszyscy go chwalą; albo wreszcie, kto nagle ujrzy przed sobą żywego męża, syna czy brata, którego już opłakiwał jako umarłego. Widziałam też niejednego płaczącego z radości, i ja sama nieraz w takich chwilach od łez się powstrzymać nie mogłam. Otóż zdaje mi się, że jak te pociechy, które nam sprawia jakaś pomyślność ziemska, niewątpliwie są czysto naturalne, tak również naturalne są i te pociechy, których doznajemy z rzeczy Bożych, choć te ostatnie są szlachetniejsze, lecz i w tamtych nie było nic złego; poczynają się one z nas samych, a kończą się w Bogu. Smaki zaś nadprzyrodzone poczynają się z Boga, a my je odczuwamy i cieszymy się więcej jeszcze niż tamtymi. O Jezu, jakże gorąco pragnę, bym umiała to wytłumaczyć! Bo widzę, zdaje mi się, bardzo wyraźną między tym dwojgiem różnicę, a słów nie znajduję, którymi bym zdołała objaśnić ją w sposób zrozumiały. Niechże Pan sam raczy mnie wspomóc!
5. Przychodzi mi w tej chwili na myśl ostatni wiersz, który odmawiamy na Prymę, a który kończy się tymi słowy: "Cum dilatasti cor meum; Bo czynisz moje serce szerokim". Każdemu doświadczonemu dość będzie powyższych słów, aby od razu zrozumiał, jaka jest między jednym a drugim różnica; ale kto nie ma doświadczenia, temu potrzeba szerszych objaśnień. Pociechy, o których mówię, nie rozszerzają serca, raczej je zwykle poniekąd ściskają, choć dusza zawsze ma przy tym to zadowolenie wewnętrzne, że czuje, iż wszystko to czyni dla Boga. Płyną zatem obfite łzy, które zdaje się w pewnej mierze źródło swoje mają w namiętności. Mało się znam na tych poruszeniach duszy; gdybym się lepiej na nich znała, może by mi ta wiadomość dopomogła do jasnego wytłumaczenia, co tu pochodzi ze zmysłowości i z natury naszej; bez niej, taka jest tępość moja, że nie potrafię w sposób zrozumiały objaśnić tych rzeczy, choć sama przez nie przechodziłam. Tak to wielką do wszystkiego pomocą jest wiedza i nauka.
6. Tyle tu więc tylko powiem, ile sama z własnego doświadczenia wiem o tym stanie, to jest o tych słodkościach i pociechach na rozmyślaniu. Rozmyślając o Męce Pańskiej poczynałam płakać i płakałam bez końca, aż mi od ciągłego płaczu coś w głowie pękało; tak samo, ile razy przypomniałam sobie grzechy moje. Była to wielka łaska od Pana i nie chcę się nad tym zastanawiać, która z tych łask jest lepsza, lecz chciałabym tylko, o ile zdołam, wykazać, jaka jest między jednym a drugim różnica. Nieraz do tych pragnień i do tych łez przyczynia się natura i własne nasze w danej chwili usposobienie, ostatecznie jednak, choćby tak było, koniec i kres swój mają one, jak mówiłam, w Bogu. Zawsze więc wysoko je cenić powinnyśmy, pod warunkiem jednak, że będziemy miały pokorę i nie będziemy poczytywały siebie za coś lepszego od drugich; owszem, pociechy te do pokory nas skłaniać powinny, bo nigdy nie możemy wiedzieć na pewno, czy pochodzą one z czystej miłości Bożej, a jeśli rzeczywiście z tego źródła pochodzą, tedy są darem Boga.
Pobożne te uczucia po większej części bywają udziałem dusz zostających jeszcze w poprzednich trzech mieszkaniach, ponieważ tam prawie wyłącznie i nieustannie pracują rozumem, ciągle zajęte rozmyślaniem i rozumowym rzeczy Bożych roztrząsaniem. Dobre i to, skoro nie dano im więcej; ale lepiej by było, gdyby od czasu do czasu starały się wzbudzać w sobie akty wysławiania Boga, uwielbiania dobroci Jego, radowania się Nim, iż taki jest wielki i piękny, i święty i by pragnęły czci i chwały Jego. Na to ostatnie zwłaszcza powinny się zdobywać ile zdołają, bo takie pragnienie dziwnie skutecznie wolę pobudza. A jeśliby kiedy spodobało się Panu użyczyć im tamtej wyższej łaski, niech pilnie baczą, by jej snadź nie porzuciły dla dokończenia zwykłym porządkiem medytacji swojej.
7. Szeroko już na innym miejscu mówiłam o tym przedmiocie, więc tutaj dłużej nad nim rozwodzić się nie będę; o tym tylko pragnę, byście wiedziały i o tym pamiętały, że jeśli chcemy znaczny uczynić postęp na tej drodze i dojść do tych mieszkań, do których tęsknimy, nie o to nam chodzić powinno, byśmy dużo rozmyślały, jeno o to, byśmy dużo miłowały, a zatem i to głównie czynić, i do tego przykładać się powinnyśmy, co skuteczniej pobudza nas do miłości. Ale może jeszcze nie wiemy, co to jest miłość, czemu zresztą nie bardzo bym się dziwiła. Otóż wiedzmy, że nie ta dusza więcej miłuje, która większych doznaje smaków i słodkości, ale ta, która mocniejsze ma postanowienie i usilniejsze pragnienie we wszystkim podobać się Bogu i pilniej się stara o to, by w niczym Go nie obrazić i goręcej Go błaga o coraz dalsze rozszerzenie czci i chwały Syna Jego, i coraz wyższy wzrost świętego Kościoła katolickiego. Te są znaki prawdziwej miłości, tylko nie sądźcie, że tu już nie możemy o niczym innym myśleć i że skoro myśl na chwilę od nich się odwróci, wszystko już jest stracone.
8. Ja przechodziłam przez to i z takiego odmętu myśli obcych wielkie nieraz miewałam udręczenia, aż ledwo cztery lata temu, czy mało co więcej, z własnego na samej sobie doświadczenia zrozumiałam, że myślenie (albo wyobraźnia, dla jaśniejszego określenia rzeczy tego wyrazu używam), to jeszcze nie sam rozum. Zasięgnąwszy w tym względzie zdania jednego uczonego teologa, otrzymałam od niego odpowiedź, że się nie mylę, co niemałą mi radość sprawiło. Bo póki nie zrozumiałam tej różnicy, trudno mi było pojąć, jakim sposobem rozum, który przecież jest jedną z władz duszy, taki może być nieraz niedołężny do panowania nad myślami swymi, gdy przeciwnie myśl i wyobraźnia, odbiegając go, jak to zwykle bywa, w jednej chwili takim niepowstrzymanym pędem ulatują, że Bóg sam tylko może je powściągnąć, jak to czyni w chwilach, gdy cudownie wraz z nimi całą duszę tak uwięzi, iż poniekąd może się wydawać, jakby już była rozwiązana z więzów ciała. Nieraz widziałam władze duszy mojej zajęte Bogiem i spokojnie w Nim zebrane, a z drugiej strony czułam w sobie zamęt myśli na wszystkie strony rozpierzchłych: było to dla mnie zagadką, wobec której wprost, jak to mówią, głupiałam.
9. O Panie, policz nam za zasługę te wielkie strapienia, które na tej drodze duchowej znosimy przez brak nauki i nieumiejętność naszą! A najgorsza to, że mając to przekonanie, iż nie potrzeba nam żadnej innej umiejętności, prócz tej, byśmy umiały myśleć o Tobie, nie umiemy nawet pytać i prosić o radę tych, którzy mają wiedzę, ani nawet na myśl nam nie przyjdzie, by tu było o co pytać i radzić się; i tak, nie znając samych siebie, straszliwe cierpimy udręczenia i rzeczy, które nie są złe, owszem dobre, za wielką sobie winę poczytujemy. Stąd pochodzą te strapienia, których doznaje tyle dusz oddanych modlitwie, po większej części nie mających nauki, i narzekania ich na swe męki wewnętrzne i melancholie, dochodzące nieraz do utraty zdrowia i nawet porzucenia drogi modlitwy, gdyż nie zastanawiają się nad tym, że tam w duszy jest inny świat. I jak w świecie widomym nie jest w mocy naszej zatrzymać ruchu ciał niebieskich i powściągnąć zdumiewającej szybkości ich obrotów, tak również w tym świecie wewnętrznym nie możemy zatamować wiru niepowstrzymanego myśli i wyobraźni. Na to nie pomnąc, wyobrażamy sobie, że wszystkie władze duszy, tym wirem porwane, odbiegły od Boga i trwożymy się, jak gdyby już były zgubione, i tracimy marnie drogi czas, w którym dano nam jest zostawać w obliczu Pana na modlitwie. A może właśnie w tym czasie dusza cała złączona jest z Nim w skrytości mieszkań wewnętrznych, myśl zaś i wyobraźnia w zewnętrznych zagrodach twierdzy toczy srogie z mnóstwem dzikich i jadowitych gadzin walki i ma z cierpienia tego zasługę. Nigdy więc dla tych roztargnień mimowolnych nie trwóżmy się ani tym bardziej dla nich modlitwy nie opuszczajmy, bo tego tylko pragnie diabeł. Pamiętajmy, że tak jak już mówiłam, wszystkie te niepokoje i udręczenia nasze po większej części z tego pochodzą, że same siebie nie rozumiemy.
10. W chwili gdy to piszę, jednocześnie mam zwróconą uwagę na to, co się dzieje w mojej głowie, na ten ustawiczny w niej szum i zgiełk, o którym wspomniałam na początku, a który mi prawie odejmował możność zajęcia się tym pisaniem, które mi nakazano. Czuję w głowie jakby nurt wielkich rzek z hukiem fale swoje toczących albo jakby całe stada rozmaitego ptactwa, z piskiem i świstem się trzepoczącego; wszystko to mam nie w uszach, ale w wierzchniej części głowy, gdzie jak mówią, sama wyższa część duszy ma swoje siedlisko. Długo się nad tym zastanawiałam; zdawało mi się, że jest to skutek wielkiego poruszenia ducha, z szybkością wzbijającego się w górę. Daj Boże, bym nie zapomniała w następnych mieszkaniach bliżej objaśnić istotne tego stanu przyczyny, bo tutaj nie miejsce po temu. Ale może się nie mylę, przypuszczając, że Pan na to umyślnie zesłał mi ten ból głowy, abym lepiej rzecz zrozumiała; bo wszystek ten zamęt nie przeszkadza mi do modlitwy ani do uwagi w tym, co tu mówię; dusza cała pozostaje skupiona w spokoju swoim i w miłości swojej, i w pożądaniach swoich, i w jasnym poznaniu.
11. Ale powiecie może, że jeśli w wierzchniej części głowy wyższa część duszy ma swoje siedlisko, jakimże sposobem ten zgiełk duszy nie przeszkadza? - Tego ja nie wiem; to tylko wiem, że to, co mówię, jest prawdą. Że zgiełk ten męczy, tego nie przeczę, wyjąwszy tylko, kiedy modlitwie towarzyszy zawieszenie czyli ekstaza, bo póki ta trwa, dusza żadnej ciężkości nie czuje, ale to pewna, że wielkim byłoby złem dla tej przeszkody modlitwę porzucić. Także i wam nie byłoby pożyteczne, gdybyście się trwożyły i pokój traciły dlatego, że was nachodzą obce myśli i roztargnienia. Nie zważajmy na nie; jeśli to diabeł je nam podsuwa, rychło on da nam pokój, gdy się przekona, że trudzi się daremnie; jeśli zaś te roztargnienia są, jak to najczęściej bywa, skutkiem nędzy, którą nam wraz z tylu innymi grzech Adama w spuściźnie zostawił, miejmy cierpliwość i znośmy je dla miłości Bożej. Wszak również podlegamy potrzebie jedzenia i snu i żadną miarą nie zdołamy się wyłamać od tej konieczności, choć to niemałe dla nas utrapienie.
12. Poznajmy nędzę naszą i tym goręcej pragnijmy dojść tam, gdzie już "nami nikt nie wzgardzi". Nieraz wspominam sobie na te słowa oblubienicy w Pieśni nad pieśniami i rzeczywiście, w całym życiu naszym nie widzę nic, do czego by te słowa tak słusznie się stosowały, jak do tej samotnej nędzy, o której tutaj mówię; bo wszelkie wzgardy i utrapienia, jakie nas spotkać mogą w tym życiu, nie dorównają, zdaniem moim, temu utrapieniu i zawstydzeniu, na jakie nas skazuje ta wewnętrzna w duszy naszej rozterka. Nie ma udręczenia ani wojny, których byśmy znieść nie mogli, jeśli jeno pokój mamy w głębi duszy, gdzie jest prawdziwe życie nasze. Ale gdy po tych niezliczonych, jakie są na świecie, uciskach chcemy dojść do odpocznienia, gdy Pan sam pragnie zgotować nam to odpocznienie, a my w nas samych znajdujemy przeszkodę, która nas do tego nie dopuszcza, to już doprawdy bardzo bolesne dla nas i prawie nieznośne. A więc zabierz nas, Panie, stąd i zawiedź nas tam, gdzie już nie wzgardzą nami te nędze, szyderczą sobie z duszy igraszkę czyniące!
Ale już i w tym życiu wyzwala Pan duszę spod tego jarzma, gdy z laski Jego dojdzie do ostatniego mieszkania, jak to w swoim miejscu, jeśli Bóg pozwoli, objaśnię.
13. Nie wszystkim też te nędze, jak sądzę, jednakowo są ciężkie i nie wszystkich z taką gwałtownością napastują, z jaką przez wiele lat mnie grzeszną napastowały, tak że sama chciałam się niemal pastwić nad sobą. Ale ponieważ to, co taką mi mękę sprawiało, snadź i was w danym razie równie boleśnie dotknąć może, dlatego wam przy każdej sposobności to samo powtarzam, pragnąc, byście dobrze zrozumiały, że jest to rzecz nieunikniona, że zatem ani niepokoić się o to, ani trapić nie powinnyśmy; nie zważajmy na wyobraźnię i wybryki jej; niech sobie lata i kręci się ta żegotka młyńska jak jej się podoba, a my tymczasem mielmy mąkę naszą, spokojnie pracując dalej wolą i rozumem.
14. Różne bywają stopnie i różna siła tych naprzykrzonych roztargnień, według różnego stanu zdrowia i różnych okresów czasu. Niech cierpi biedna dusza, bo choć tu nie jest winna, inne przecie mamy winy, za które słuszna, byśmy cierpieli i na cierpliwość się zdobywali. A ponieważ z powodu małej umiejętności naszej nie dość tego, co w książkach czytacie i tego, co ustnie wam radzą, byście o te mimowolne roztargnienia się nie troszczyły, przeto nie uważam za stracone te chwile, które poświęcam na coraz dokładniejsze wytłumaczenie wam tej zasady i pocieszenie was w tym strapieniu; chociaż nie na wiele przydadzą się wszelkie objaśnienia moje, póki Pan sam nie raczy was oświecić. Ale potrzeba także i Bóg sam tego żąda, byśmy używały odpowiednich środków do oświecenia się i zrozumienia, co wyprawia w nas niespokojna wyobraźnia i przyrodzona ułomność, i byśmy tego, co nam diabeł podsuwa nie kładły na karb duszy, jakoby to było z jej winy.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE CZWARTE
Rozdział 2
Mówi o tym samym w dalszym ciągu i objaśnia za pomocą porównania, co to są smaki nadprzyrodzone i jak mamy się sposobić do ich otrzymania, o nie się nie ubiegając.
1. O, Boże wielki, gdzież to ja się zapędziłam! Zapomniałam już, o czym zaczęłam była mówić, a to z powodu interesów i słabego zdrowia mojego, które mię odrywają od pisania właśnie w czasie do tego najsposobniejszym. Z taką złą, jak moja, pamięcią i w niemożności odczytania tego, co napisałam, pewno całe to pisanie moje będzie bez związku ni ładu. Ale choć w tym, co mówię, żadnego może nie będzie porządku, zawsze słowa moje będą wyrazem tego, co rozumiem i czuję. Mówiłam, zdaje mi się, o pociechach duchowych, jak nieraz wikłają się z zapędem namiętności, skutkiem czego sprawują niejakie wzburzenie wewnętrzne, wywołują jęki i łkania, i szlochania, a nawet, jak mnie o tym upewniali doświadczeni, doznaje się w tym stanie ucisku w piersiach lub podlega się mimowolnym podrzucaniem i targaniem, których powstrzymać nie można i taka jest siła wewnętrznego nacisku, że nieraz krew się rzuca nosem i inne tym podobne objawiają się dotkliwe przypadłości. Ja o tym nic powiedzieć nie mogę, bo sama przez to nie przechodziłam; sądzę jednak, że i w takich rzeczach musi być jakaś pociecha, skoro wszystko tu - jak mówiłam - dąży do pragnienia spodobania się Bogu i cieszenia się boską obecnością Jego.
2. Ale te "smaki Boże", o których mówię obecnie, albo jak je na innym miejscu nazwałam "modlitwa odpocznienia" - jest to zupełnie co innego, jak o tym wiedzą te spomiędzy was, które z miłosierdzia Boga tych smaków zakosztowały. Postarajmy się zrozumieć to lepiej za pomocą porównania: weźmy na przykład dwa zdroje z dwoma zbiornikami, do których spływa woda. Na objaśnienie niektórych rzeczy duchowych zapewne dlatego, że mało mam nauki i małe zdolności, nie znam drugiego tak odpowiedniego porównania, jak podobieństwo wody. Szczególnie też mam do tego żywiołu upodobanie i pilniej niż nad innymi rzeczami nad nim się zastanawiałam. Choć i w każdej innej rzeczy, tym samym, że ją stworzył Bóg tak wielki i tak nieskończenie mądry, muszą się zawierać niezliczone tajemnice, z których rozważania możemy odnieść dla siebie pożytek, jak to i czynią ci, którzy mają zrozumienie tych rzeczy, to z drugiej strony mam to przekonanie, że w każdym najmniejszym stworzeniu Bożym, choćby to była tylko drobna mrówka, więcej ukrywa się dziwów, niż rozum pojąć zdoła.
3. Wracając tedy do naszego porównania, dwa one zbiorniki oba się napełniają wodą, ale każdy w sposób odmienny: do jednego spływa woda więcej z daleka, za pomocą różnych sztucznych wodociągów, drugi umieszczony w samymże miejscu, skąd wytryska woda, napełnia się od razu, bez żadnego szumu. A jeśli zdrój jest obfity, jaki jest ten, który mam na myśli, tedy napełniwszy zbiornik, spływa z niego wielkim strumieniem, który, nie potrzebując żadnych wodociągów ani pomocy ręki ludzkiej, sam z siebie nieustannie i coraz dalej wody nim płynące roznosi. W tym więc cała różnica.
Woda płynąca za pomocą wodociągów są to, wedle rozumienia mego, te "pociechy" na rozmyślaniu powstające, których nabywamy przez rozważanie rzeczy stworzonych i przez pracę umysłu naszego, za czym woda ona, jeśli wreszcie, jak mówiłam, spłynie na duszę i sprawi w niej jaki pożytek, spływa z szumem, bo ostatecznie my sami własnym staraniem naszym ją sprowadzamy.
4. Tamta druga woda przeciwnie, tryska do duszy z samegoż zdroju, którym jest Bóg. Stąd to, gdy spodoba się boskiej dobroci Jego użyczyć nam tej łaski nadprzyrodzonej, działanie Jego sprawuje w nas te smaki z niewypowiedzianym pokojem, cichością i słodkością, które przenikają aż do dna istności naszej. Jak i czym się to dzieje, tego nie wiem; ale ta pociecha i słodkość nie daje się uczuć - jak to bywa z pociechami tej ziemi - w sercu, przynajmniej z początku; potem dopiero całe je napełnia, za czym ta woda rozlewa się i nurtuje po wszystkich mieszkaniach, po wszystkich władzach duszy, aż w końcu dochodzi i do ciała. Dlatego mówiłam, że te smaki poczynają się w Bogu, a kończą się w nas; i rzecz pewna, jak się o tym przekona każdy, kto doświadczy, że i zewnętrzny człowiek cały cieszy się tym smakiem i tą słodkością.
5. Pisząc te słowa, zastanawiałam się nad tym, co w onym wierszu: Dilatasti cor meum, Prorok mówi, że Bóg rozszerzył serce jego. Jakoż nie sądzę - jak już mówiłam - by to "rozszerzenie", ten smak duchowy brał początek swój z serca; poczyna się on z czegoś bardziej wewnętrznego, z jakiejś ukrytej głębi; musi to chyba być sam środek i rdzeń duszy, jak to później zrozumiałam i jak o tym w dalszym ciągu mówić będę. Zaprawdę, takie się w nas ukrywają tajemnice, że częstokroć, gdy którą z nich ujrzę, zdumienie mię ogarnia, a ileż ich więcej musi być, których nie dojrzę!
O, Panie mój i Boże mój, jakże nieogarnione są wielmożności Twoje! A my na tej ziemi, ciemni i nieświadomi jak prostacze pastuszki wyobrażamy sobie, że zdołamy choćby w cząstce jakiej je zgłębić. Wszystka o Tobie wiedza i poznanie nasze tyle znaczy, co nic, kiedy w nas samych takie są głębokie tajemnice, których dociec nie potrafimy. Tyle co nic, mówię, w porównaniu z tym mnóstwem tajemnic i doskonałości, które są w Tobie; bo niemniej przeto wielkie są i niezmierzone już i te wielmożności Twoje, które umysł nasz, przez rozważanie dzieł Twoich, dojrzeć i poznać zdoła.
6. Wracam do przytoczonego wyżej wiersza: dobrze on sam, zdaniem moim, może posłużyć do objaśnienia tego nadprzyrodzonego napełnienia się zbiornika duszy. Woda ta niebieska, gdy zacznie płynąć z tego źródła, o którym mówiłam, to jest z głębi jestestwa naszego, rozszerza się coraz dalej rozprzestrzeniając całe wnętrze nasze, i sprowadza za sobą pewne dobra, na określenie których nie ma wyrazu, ani też dusza sama nie zdoła pojąć tego, co jej się udziela w onej chwili błogosławionej. Czuje w sobie nieopisaną jakąś słodką wonność, jak gdyby tam w głębi jej tliło się ognisko, z którego się wznosi wonny dym położonego na nim kadzidła; nie widzi ani ognia, ani światła, ani gdzie ono jest; ale ciepło i wonność dymu z ogniska wychodzącego przenika ją całą, a częstokroć - jak mówiłam - i samoż ciało uczestniczy w tej rozkoszy. Zważcie jednak i zrozumiejcie dobrze myśl moją: nie czuje się tu rzeczywistego dotykalnego ciepła ani rzeczywistego zmysłom przystępnego zapachu; to, o czym tu mówię, jest to rzecz nierównie wyższej i subtelniejszej natury i dlatego tylko użyłam tych porównań, abyście za pomocą ich mogły sobie utworzyć jakiekolwiek o tej tajemnicy pojęcie. Które z was same przez to nie przechodziły, niechaj mi wierzą, że prawdziwie w taki sposób odbywa się to napełnienie i rozszerzenie serca i że dusza jaśniej to wszystko widzi i poznaje, niż ja objaśnić zdołam. Ale nie jest to rzecz, której dość byłoby pragnąć, aby ją uzyskać; sami z siebie, jakkolwiek byśmy się starali i usiłowali, nigdy jej nie zdołamy osiągnąć, i to jedno już dowodzi, że nie jest to dzieło z marnego kruszcu natury naszej uczynione, ale dzieło utworzone z przeczystego złota mądrości Bożej.
Co do władz duszy, nie zdaje mi się, by w tym stanie były zjednoczone z Bogiem; są tylko jakby upojone i zdumione pytają siebie, co to jest takiego.
7. Być może, że mówiąc tu o tych łaskach tak głęboko wewnętrznych, niezupełnie się zgadzam w tym lub owym punkcie z tym, co na innych miejscach w tymże przedmiocie powiedziałam. Nic by w tym nie było dziwnego: w ciągu tych blisko piętnastu lat, które upłynęły od napisania tamtej księgi, mógł mi Pan dać jaśniejsze tych rzeczy zrozumienie, niż je wówczas posiadałam, a nadto i dzisiaj tak samo jak wówczas mogę się mylić we wszystkim, co mówię; to tylko rzecz pewna, że ani wówczas nie mogłam, ani dziś nie mogę powiedzieć kłamstwa; tysiąc razy, z łaski i miłosierdzia Boga, wolę umrzeć, niż raz skłamać; piszę albo mówię, jak rozumiem i czuję.
8. Wola, jak sądzę, musi być w tym stanie poniekąd zjednoczona z wolą Boga. Ale dopiero po skutkach i uczynkach poznaje się prawdę i rzetelność tego rodzaju modlitwy; nie ma pewniejszego probierza nad jej doświadczenie. Wielką łaskę czyni Pan tej duszy, która, dostąpiwszy tego daru, umie się poznać na nim, ale jeszcze większą, jeśli, otrzymawszy go, nie cofa się wstecz.
Nie wątpię o tym, córki, że pragnęłybyście dołożyć wszelkich starań, aby zaraz dojść do tego stanu modlitwy. I słuszne to pragnienie wasze, bo nigdy - powtarzam - nie zdoła dusza pojąć ani tych łask, jakich Pan jej w tym stanie użycza, ani tej miłości, z jaką tam coraz bliżej pociąga ją do siebie. Warto więc bez wątpienia pragnąć i pilnie dowiadywać się, jakim sposobem można dosięgnąć tak wysokiej łaski. Wskażę wam ten sposób, jak ja go rozumiem.
9. Nie mówię, tu o wypadkach nadzwyczajnych, kiedy spodoba się Panu użyczyć komu tej łaski bez żadnej innej przyczyny, jedynie tylko dlatego, że tak Mu się podoba. Pan wie, co czyni, nie nasza rzecz wglądać w zamiary i prawdy Jego.
Co do nas, córki, przestrzegając nasamprzód tego, co należy do mieszkań poprzednich, miejmy pokorę i jeszcze raz pokorę! Pokorą Pan daje się zwyciężyć i spełnia wszystko, czego pragniemy. Pierwszym zaś znakiem, po którym możecie poznać czy posiadacie tę cnotę, będzie szczere i mocne o sobie przekonanie, że nie jesteście godne takich łask i smaków Bożych i że nigdy ich w życiu waszym nie dostąpicie.
Jakimże więc sposobem, zapytacie, osiągniemy te łaski, nie śmiejąc nawet o nie się starać? - Na to odpowiadam: najlepszy sposób otrzymania tych łask jest ten, który wam wskazałam; najpewniej ich dostąpi ten, kto się o nic nie stara, a to z następujących pięciu powodów. Naprzód dlatego, że pierwszym warunkiem do osiągnięcia ich jest czysta i (s.280) bezinteresowna miłość Boga. Po wtóre dlatego, że zawsze to będzie trochę za mało pokory, jeśli kto sobie wyobraża, że za takie małe i nędzne posługi, jakie my możemy oddać Bogu, zdoła osiągnąć rzecz tak wielką. Po trzecie, że prawdziwe do otrzymania podobnej łaski przysposobienie zasadza się na tym, byśmy pomnąc na to, że bądź co bądź jesteśmy grzesznikami i po wiele razy obraziliśmy Boga, pragnęli nie używać smaków i rozkoszy, ale cierpieć dla miłości Pana i naśladować Go. Po czwarte, że Bóg nie zobowiązał się udzielać nam tych łask nadzwyczajnych, tak jak w nieskończonej dobroci swojej zobowiązał się dać nam chwałę wieczną, jeśli zachowamy przykazania Jego; łaski te nie są konieczne do zbawienia, a On najlepiej wie, czego nam potrzeba i co nam pożyteczne i zna, kto Go prawdziwie miłuje. Jakoż wiem o tym i znam dusze takie, które idą tą drogą miłości, a każdy nią iść musi, kto pragnie służyć jedynie Chrystusowi ukrzyżowanemu, że nie tylko nie pragną smaków i rozkoszy ani o nie Pana nie proszą, ale przeciwnie, błagają Go, by im, póki żyją, łask takich nie dawał; prawdziwie tak jest, jak mówię. Po piąte na koniec, że starania nasze byłyby daremne dlatego, że ta woda smaków niebieskich nie daje się, tak jak tamta woda pociech duchowych, sprowadzić za pomocą wodociągu, więc póki źródło, którym jest Bóg, wydać jej nie chce, na próżno tylko trudziłybyśmy się nad jej dobywaniem. To znaczy innymi słowy, że jakkolwiek byśmy przedłużały rozmyślania nasze i wysilały się, i łzami zalewały, nigdy z tych usiłowań naszych woda ona nie wypłynie; Bóg sam tylko ją daje, komu chce, i daje ją częstokroć w chwili, kiedy dusza najmniej się tego spodziewa.
10. Jego jesteśmy własnością, siostry, niech robi z nami, co się Jemu spodoba, niech nas prowadzi, kędy chce. Ale tego pewna jestem, że kto naprawdę upokorzy się i zaprze się siebie (naprawdę, mówię, nie w imaginacji, która nas często zwodzi, ale byśmy rzeczywiście byli pełni zaparcia siebie), temu Pan nie omieszka użyczyć tej łaski i wielu innych jeszcze tak wielkich, że ich człowiek nie mógłby i zapragnąć. Niechaj będzie pochwalony i błogosławiony na wieki, amen
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE CZWARTE
Rozdział 3
Mówi, co to jest modlitwa skupienia, której Pan użycza pierwej niż tej, o której była mowa w poprzedzającym rozdziale. - Jakie są jej skutki i czym te skutki się różnią od skutków, jakie sprawują owe smaki nadprzyrodzone, których Pan udziela.
1. Skutki tych smaków Bożych są wielorakie; wymienię z nich niektóre, ale pierwej jeszcze powiem o innym rodzaju modlitwy, który prawie zawsze poprzedza ten drugi. Mówiłam już o tym na innym miejscu, więc tu poprzestanę na krótkiej wzmiance. Jest to pewne skupienie wewnętrzne, zdaniem moim, również nadprzyrodzone. Nie nabywa się tego skupienia, chroniąc się w miejsce ciemne albo zamykając oczy, albo używając jakich bądź środków zewnętrznych; ale gdy przyjdzie, oczy się same zamykają i dusza pragnie samotności i tak bez żadnych sztucznych sposobów buduje się niejako przedsionek do tej modlitwy smaków nadprzyrodzonych, bo zmysły i rzeczy zewnętrzne tracą wówczas, że tak powiem, prawa swoje, aby dusza za to odzyskała całą, uwięzioną przez nie, wolność swoją.
2. Uczeni tłumaczą to tak, że "dusza w tym skupieniu wchodzi w siebie" albo, jak mówią inni, "wznosi się nad samą siebie". Przyznaję, że zbyt jestem niepojętna, abym takim powiedzeniem zdołała co objaśnić; wytłumaczę to na swój sposób, o ile umiem i sądzę, że mię zrozumiecie, choć może tłumaczenie moje będzie mylne i tylko dla mnie. Wróćmyż myślą do naszej twierdzy wewnętrznej, bo właśnie to podobieństwo sobie obrałam dla jakiegokolwiek, według możności mojej, objaśnienia tego, co chcę powiedzieć. Przedstawmy sobie zmysły i władze duszy (które są, jak mówiłam, strażnikami tej twierdzy), jako rozpierzchły się w różne strony, dniami i latami całymi zadając się z pospólstwem obcym i nieprzyjazne dla twierdzy zamiary żywiącym. Spostrzegłszy się wreszcie, że taką niewiernością swoją same sobie zgubę gotują, chciałyby już wrócić do twierdzy i krążą koło niej, ale wnijść same nie zdołają, bo zły nałóg niełatwo da się zwyciężyć; bądź co bądź jednak nie są już zdrajcami i trzymają się w pobliżu. Za czym król wielki, zasiadający w wewnętrznym mieszkaniu twierdzy, widząc ich dobrą wolę, chce je w wielkim miłosierdziu swoim na powrót do siebie przywołać i, jako pasterz dobry, cichym, ledwie dosłyszalnym głosem daje im skutecznie poznać swe wezwanie, aby porzuciły drogę zatracenia i do mieszkania Jego wróciły. I taka jest siła tego pasterskiego głosu, że pod wpływem jego od razu opuszczają owe rzeczy zewnętrzne, w których leżały uwikłane, i do wnętrza twierdzy się chronią.
3. Zdaje mi się, że nigdy jeszcze tak jasno rzeczy nie wytłumaczyłam, jak teraz. Gdy bowiem w tym wewnętrznym skupieniu dusza szuka Boga, jest to wielką pomocą dla niej, gdy Bóg zechce użyczyć jej tej laski. (Lepiej zaś i z większym pożytkiem tu Go szukać niż w stworzeniach, bo św. Augustyn o sobie powiada, iż po daremnym w rzeczach zewnętrznych szukaniu, znalazł Go w sobie). Bo nie sądźcie, by tego skupienia nabywało się rozumem, gdy staramy się myśleć o Bogu w samych sobie, albo przez wyobraźnię, gdy Go sobie przedstawiamy w nas obecnego. Dobry to i doskonały sposób rozmyślania, bo opiera się na tej prawdzie niezawodnej, że Bóg mieszka we wnętrzu naszym, ale jest to co innego. W taki sposób każdy może uprzytomnić sobie Boga (rozumie się, jak zawsze i we wszystkim przy pomocy łaski Jego). W tym skupieniu, o którym tu mówię, rzecz dzieje się w inny sposób. Tu zdarza się nieraz, że nim jeszcze dusza zacznie myśleć o Bogu, czeladź owa, tj. zmysły już się stawiły w twierdzy, choć nie wiedzieć którędy weszły i jak usłyszały wezwanie Pasterza, bo żaden tu głos nie doszedł do uszu i niczego tu nie ma, co by się dało uszami dosłyszeć; dość, że stawiły się i miejsca swego pilnują, nie przeszkadzając już duszy, która wtedy dotykalnie czuje w swym wnętrzu dziwnie słodkie skupienie, jak się o tym przekona, kto tego doświadczy, bo objaśnić tego ja już lepiej nie potrafię. Czytałam gdzieś takie porównanie, że jest to tak, jak kiedy jeż albo żółw zamykają się w sobie i ten, kto użył tego podobieństwa, musiał chyba dobrze rozumieć, co pisał. Zachodzi tu jednak ta wielka różnica, że jeż albo żółw zamykają się w sobie, kiedy chcą, tu zaś skupienie wewnętrzne nie zależy od woli naszej, jeno od woli Bożej, i osiągnąć je może ten tylko, komu Bóg zechce tej łaski użyczyć. A nie każdemu jej użycza, tylko takim, jak sądzę, którzy już idą drogą wyrzeczenia się rzeczy tego świata, niekoniecznie zewnętrznie, na co niejednemu mogą nie pozwalać obowiązki stanu, ale przynajmniej sercem i wolą. Takich Pan wzywa szczególnym natchnieniem łaski swojej, aby myślą i pożądaniem zwrócili się do rzeczy wewnętrznych; a kto się okaże powolny wezwaniu Boskiego Majestatu Jego, temu Pan, pewna tego jestem, nie tylko tej łaski, ale i wielu innych jeszcze użyczy, bo jest to początek wezwania do rzeczy wyższych.
4. Ktokolwiek więc usłyszy w sobie głos tego wezwania, niech uzna, że bardzo wielką łaskę otrzymał, niech za nią dzięki czyni Panu, a sama wdzięczność za użyczoną mu łaskę uczyni go sposobnym do otrzymania jeszcze większych. Stan ten wewnętrznego skupienia usposabia duszę do słuchania, bo jak to wskazują w książkach swoich niektórzy pisarze duchowni, dusza nie powinna w tym stanie pracować myślą, ale trzymać się w milczeniu przed Panem, uważnie patrząc, co On w niej działa. Dobre to na tym wyższym stopniu smaków nadprzyrodzonych, ale dopóki Pan nie raczy podnieść duszy do tego stopnia i nie pocznie jej przenikać uczuciem i smakiem obecności swojej, nie pojmuję, jakim sposobem można by myśl powstrzymać od myślenia, tak iżby z takiego przymuszania jej, zamiast pożytku nie wynikła raczej szkoda. Była ta kwestia szeroko omawiana między niektórymi osobami duchownymi; ale tak mało, muszę to przyznać, mam pokory, że żadna z racji, jakie one przywodziły, nie zdołała mię przekonać i skłonić do zgodzenia się na ich zdanie. Jeden z nich przytaczał mi na dowód książkę świętego Piotra z Alkantary - świętym go nazywam, bo jest taki. - Jego powadze bez wahania byłabym się poddała, wiedząc dobrze, że znał się na tych rzeczach; ale gdyśmy książkę otworzyli i poczęli ją czytać, okazało się, że ten mąż Boży zupełnie to samo mówi, co i ja, choć nie tymi samymi słowy, ale w tym, co mówi, jasno wyrażona jest myśl, że aby mogło nastąpić ono zawieszenie myśli, potrzeba na to, aby pierwej miłość była rozbudzona. Może być, że się mylę, mam jednak na poparcie zdania mego następujące powody.
5. Pierwszy powód ten, że w takiej sprawie czysto duchowej, im mniej kto myśli i chce działać z siebie, tym więcej działa. Nasze tu działanie całe zasadza się na tym, byśmy stawali przed Bogiem jak ubodzy i żebracy przed wielkim, bogatym monarchą, a zaniósłszy prośbę naszą, z oczyma spuszczonymi pokornie wyglądali zmiłowania Jego. Jeśli Pan ukrytymi drogami swymi i jakim znakiem wewnętrznym da nam uczuć, że nas słucha i że raczył nas dopuścić do siebie, wówczas dobra rzecz milczeć, a nieźle będzie starać się i o zawieszenie działania rozumu - jeśli zdołamy. - Lecz gdybyśmy takiego znaku, dającego nam uczuć, że on Król niebieski nas słucha i na nas patrzy, nie otrzymali, zgubnym byłoby umyślne trzymanie się w bezmyślności. Od takiego bowiem silenia się na zawieszenie pracy rozumu dusza cała głupieje i w większą nierównie oschłość wpada, a sama wyobraźnia, skutkiem takiego przymuszania jej, by nie myślała o niczym, tym bardziej jeszcze staje się niespokojna. Pan tego tylko żąda od nas, byśmy Go prosili i pamiętali na to, że stoimy w obecności Jego, a czego nam potrzeba, to On wie. Co do mnie, nie mieści mi się to w głowie, by ludzkie starania i sposoby mogły się przydać na co w takich rzeczach, w (s.285) których snadź Boski Majestat Pana zakreślił granicę nieudolności naszej, i które spodobało Mu się zastrzec sobie samemu, gdy przeciwnie wiele innych rzeczy pozostawił do woli naszej, iż możemy je pełnić przy pomocy Jego, jak umartwienia, dobre uczynki, modlitwę i inne dostępne naszej nędzy.
6. Drugi powód jest ten, że te sprawy wewnętrzne z natury swojej są całkiem spokojne i słodkie, za czym mieszanie do nich rzeczy uciążliwych i przykrych szkodę raczej im przynosi niż pożytek. Uciążliwą zaś i przykrą rzeczą zowie wszelki przymus i gwałt w takiej chwili sobie samemu zadawany, tak jak uciążliwym byłoby przymusem chcieć oddech w sobie zatrzymać. Dusza w tym stanie powinna oddać się całkowicie w ręce Boga; niech czyni z nią, co zechce, z zupełnym przy tym, o ile zdoła, zapomnieniem o własnej korzyści swojej i bezwarunkowym zdaniem się na wolę Bożą.
Trzeci powód: że samoż to usilne przymuszanie siebie, aby nie myśleć o niczym, tym bardziej może podrażnić umysł i wyobraźnię, i natłok myśli spotęgować.
Czwarty na koniec powód przytaczam taki, że nad wszelkie sposoby uczczenia Boga najprzedniejszym i najprzyjemniejszym w oczach Jego jest ten, gdy jedynie mamy na myśli cześć i chwałę Jego, z zapomnieniem o samych sobie, własnych korzyściach, pociechach i przyjemnościach. Lecz czyż zapomniał o samym sobie, kto z taką drobnostkową pilnością uważa na siebie, że nie śmie i odetchnąć swobodnie, a umysł swój i wolę sznuruje, aby nie folgowały wzbierającym w nich pragnieniom chwały Bożej i radosnego uznania nieogarnionej wielmożności Jego? Pan, gdy chce, aby rozum działanie swoje zawiesił, inne mu daje zajęcie: oświeca umysł światłością tak przewyższającą wszelkie poznanie, jakie sam z siebie osiągnąć zdoła, iż rozum jakoby tonie w niej pochłonięty, po czym wychodzi z niej, sam nie wie jak, większą rozjaśniony umiejętnością, niżby mu dały wszelkie na powstrzymanie czynności jego marne nasze sposoby i usiłowania. Słowem, skoro Bóg na to nam dał władze duszy, abyśmy nimi działali, i każda ma zapewnioną za działanie swoją nagrodę, więc niepożyteczna to robota chcieć je usypiać; dajmy im pracować, aż Bóg, gdy zechce, powoła je wyżej.
7. Najlepsza więc, zdaniem moim, rada dla duszy, którą spodoba się Panu podnieść do tego mieszkania jest ta, ażeby bez gwałtu i zgiełku wewnętrznego starała się powściągać działanie rozumu, ale niech się nie kusi wstrzymać je zupełnie, bo owszem dobrze jest, by i on działał tu w mierze właściwej, by pomniał, że jest w obecności Boga i zważał, kto jest Ten, przed którym dano mu stawać. Jeśli uczucie, jakie w nim wzbudzi to rozważanie wielmożności Bożych porwie go i zachęci, bardzo dobrze; ale niechaj wówczas nie sadzi się na zrozumienie, co to jest takiego, bo jest to dar użyczony nie jemu, jeno woli; niechże zatem daje jej spokojnie cieszyć się szczęściem swoim, nie siląc się na żadne sposoby ludzkie, chyba tylko poddając jej od czasu do czasu jakie słowo miłości. Bo zawieszenie myśli, bez żadnego starania naszego, bardzo często tu następuje samo z siebie, choć tylko na czas krótki.
8. Rozum przestaje działać w tym rodzaju modlitwy (to jest w modlitwie, o której zaczęłam mówić na początku tego mieszkania, a potem połączyłam z nią modlitwę skupienia, choć o tej ostatniej powinna bym była mówić naprzód, bo choć jest o wiele niższa od owej modlitwy smaków Bożych, jest przecie wstępem i jakoby przedsionkiem, przez który do niej się wchodzi. Rozum w niej zachowuje całą swobodę swoją, bo rozmyślanie tu nie tylko jest możliwe, ale i źle byłoby go zaniechać, dopóki nie spłyną na duszę one smaki Boże). Jak już mówiłam gdzie indziej - przyczyną tego jest to, że te smaki nie są dziełem jego; udzielają się one woli, a rozum, patrząc na to, a nie pojmując, skąd i jak to przyszło, nie wie, czego się chwycić i jak nieprzytomny rzuca się to w jedną to w drugą stronę i nigdzie sobie spokoju znaleźć nie może. A wola tymczasem wielkie ma odpocznienie w Bogu swoim i choć nie może patrzeć bez przykrości na niespokojne miotanie się towarzysza swego, nie ma przecie potrzeby zajmować się nim, przez co straciłaby dużo z tego, czym się cieszy, nie zważając zatem na niego, sama się rzuca w objęcia tej miłości, która jądo siebie przygarnia. Tu już Boski Miłośnik sam ją nauczy, co ma czynić w tej szczęsnej chwili; a wszystko prawie, co uczynić ma, na tym jednym się zasadza, by znała siebie niegodną tak wysokiej łaski i cała się wylała przed Panem w radosnym dziękczynieniu.
9. Przerwawszy myśl moją dla objaśnienia modlitwy skupienia, nie mówiłam jeszcze o skutkach i znakach, jakie się okazują w duszy, gdy Boski Pan nasz użyczy jej modlitwy smaków nadprzyrodzonych; teraz więc dopełniam, co tam opuściłam. Jasno daje się uczuć w duszy do tego stopnia podniesionej dziwne rozszerzenie i napełnienie, na podobieństwo wody spływającej do zbiornika bez ujścia, ale zbudowanego z takiego jakiegoś rozciągliwego materiału, iż w miarę, jak do niego wody przybywa, brzegi jego też się rozszerzają. Takie rozszerzenie sprawuje Bóg w duszy na tym stopniu modlitwy i wiele innych cudownych rzeczy w niej działa, czyniąc ją sposobną i przestronną na objęcie wszystkiej hojności łask na nią spływających. A słodkość ta i to napełnienie, choć samo przeminie, trwa przecież i objawia się w skutkach, jakie po sobie pozostawia. Dusza już nie jest tak skrępowana jak przedtem w rzeczach służby Bożej, ale z nierównie większą postępuje swobodą i szczerością serca. Strachem piekła już się nie dręczy, bo choć teraz więcej niż przedtem lęka się najmniejszej obrazy Bożej, bojaźń niewolnicza już do niej nie ma przystępu, a z wielką za to otuchą spodziewa się i ufa, że dostąpi szczęścia posiadania Boga na wieki. Obawa o zdrowie, której dawniej podlegała, już jej teraz nie powstrzymuje od czynienia pokuty; wszelkie umartwienia wydają się jej możliwe przy pomocy Bożej i goręcej niż dotąd ich pragnie. Cierpienia i krzyże, których się przedtem lękała, już jej tak bardzo nie straszą, bo żywszą ma wiarę i pewna jest tego, że kto jest gotów znosić je dla miłości Boga, temu Pan w boskiej dobroci swojej doda cierpliwości. Stąd i nieraz wprost pragnie cierpienia i zaspokojenia tym sposobem wielkiej, jaką teraz czuje w sobie, chęci uczynienia czego dla Boga. W miarę jaśniejszego, jakiego tu dostępuje, poznania nieskończonej wielkości Jego, jaśniej też widzi własną nędzę i niskość swoją, a wobec smaków Bożych, których dano jej zakosztować, czuje to i widzi, że wszelkie rozkosze tego świata, to tylko plugastwo i śmieci; powoli też coraz więcej się od nich oddala i coraz większego w tym panowania nad sobą nabywa. Słowem, we wszystkich cnotach wyraźny w niej objawia się postęp, który będzie coraz większy, jeśli jeno z tej dobrej drogi nie zawróci wstecz i nowej się obrazy Bożej nie dopuści, bo wtedy, chociażby dusza była już podniesiona do szczytu doskonałości, wszystko to wniwecz obraca. I to także trzeba wiedzieć, że wszystkie te cudowne skutki nie od razu w duszy powstają, za pierwszym lub drugim łask onych otrzymaniem, ale potrzeba, aby dusza była w gotowości na ich przyjmowanie, bo na wytrwaniu polega wszystko dobro nasze.
10. Jedną tu dodam usilną przestrogę dla każdej duszy, która by się w tym stanie znalazła: niechaj się strzeże jak najpilniej wystawiania się na okazję obrazy Bożej. Dusza w tym stanie nie stoi jeszcze na własnych nogach, podobna jest raczej do niemowlęcia, które dopiero zaczyna ssać; jeśli się odłączy od piersi matki, cóż innego może je czekać nad śmierć? Bardzo się boję, by coś podobnego nie spotkało duszy, która otrzymawszy tę łaskę od Boga, opuszczałaby modlitwę kiedykolwiek, oczywiście bez bardzo naglącej potrzeby, albo opuściwszy ją kiedy z takiego powodu, jak najprędzej do niej nie wróciła; z takiego złego początku wynikłyby nieodzownie jeszcze gorsze następstwa. Wiem, jakie to groźne niebezpieczeństwo; znam takie dusze i litość mię bierze, gdy wspomnę na nie, gdyż oddzieliły się od Tego, który z taką miłością ofiarował im siebie za przyjaciela i przyjaźń swoją chciał im okazać uczynkiem. Dlatego z taką usilnością ostrzegam dusze, by się nie wystawiały na okazje, bo diabeł z daleko większą zawziętością czatuje na każdą z nich niż na całe gromady innych, którym Pan tych łask nie użycza, każda bowiem z nich (s.289) wielkie mu może przynieść straty, przykładem i wpływem swoim pociągając za sobą drugich, każda też może wielkie przynieść pożytki Kościołowi Bożemu i znaczne mu oddać usługi. A chociażby żadnego innego powodu nie miał, to ten jeden, że Pan w boskiej łaskawości swojej taką tym duszom szczególną miłość okazuje, dostateczną byłby mu pobudką, by z natężeniem wszystkiej złości swojej starał się je zgubić. Sroższe więc od drugich mają te dusze do znoszenia napaści i walki, za czym i upadki ich o wiele muszą być cięższe, jeśli upadną.
Od tych niebezpieczeństw wy tutaj, siostry, o ile ludzka przezorność przewidzieć zdoła, jesteście wolne; niechże was Bóg broni także od niebezpieczeństwa pychy i próżnej chwały! Diabeł nieraz kusi się podrabiać te łaski; ale łatwo się poznać na tej robocie jego, bo tych skutków, o których mówiliśmy, diabelskie to fałszerstwo nie sprawuje, owszem, wręcz przeciwnie.
11. Jedno zwłaszcza może tu grozić niebezpieczeństwo, na które (choć już na innym miejscu o nim mówiłam) chcę jeszcze i tutaj zwrócić waszą uwagę. Zdarza się ono, jak sama widziałam, osobom oddanym modlitwie, szczególnie niewiastom, które jako słabsze, łatwiej temu, o czym tu chcę mówić, podlegają. Otóż bywa nieraz tak, że podobne osoby, czy to skutkiem zbytnich umartwień, czuwań i modlitw, czy też wprost skutkiem słabej swej kompleksji, za każdą, jaką w sobie uczują, pociechą duchową doznają zarazem zniemożenia na ciele. Wewnątrz więc mają zadowolenie, zewnątrz opadanie na siłach. Jeżeli to jest tak zwany sen duchowy, a jest to coś wychodzącego nieco dalej poza to, o czym tu mówię, to nic złego. One jednak, biorąc jedno za drugie, wyobrażają sobie, że to czysto fizyczne osłabienie jest także objawem duchowym i poddając się jemu, wpadają w rodzaj upojenia, a że to upojenie, skutkiem wzmagającego się coraz bardziej poddawania się i słabnięcia natury, coraz wyżej się potęguje, więc gdy dojdzie do pewnego stopnia, zdaje się im, że mają (s.290) zachwycenie. Ja zowię to nie zachwyceniem ale ogłupieniem; nic tu nie ma innego, jeno marne tracenie czasu i niszczenie zdrowia.
12. Jednej takiej zdarzało się do ośmiu godzin zostawać w podobnym stanie, bez żadnego odchodzenia od zmysłów i bez żadnego wewnątrz podniesienia do Boga, aż za sprawą kogoś, kto się poznał na rzeczy, okazało się, że zwodziła tylko spowiednika i drugich, i samą siebie, bo umyślnie oszukiwać się nie chciała. Kazano jej dłużej spać i więcej jeść, i umniejszyć swoich umartwień, za czym i zaraz ustały rzekome one zachwycenia. Nie wątpię, że diabeł miał w tym ręką swoją, chcąc z tego oszukania wyciągnąć jaką korzyść dla siebie, jakoż i zaczynał już wyciągać niemałą.
13. Kiedy taka rzecz prawdziwie pochodzi od Boga, wtedy, zważmy to dobrze, choć będzie omdlewanie wewnątrz i zewnątrz, dusza przecież nie mdleje, owszem, żywo czuje szczęście swoje i niewypowiedzianą ma radość, widząc siebie tak blisko przy Bogu; nigdy też ten stan nie trwa tak długo, ale po krótkiej chwili przemija. Może wprawdzie to upojenie w ciągu tejże modlitwy się powtarzać, ale nigdy ono nie dochodzi do tego stopnia, by zdrowie i siły ciała od niego niszczały, ani nie sprawuje w nim nigdy bólu zewnętrznego. Miejcie więc rozsądek i która by skutkiem takich uniesień uczuła w sobie zbytnie wycieńczenie, niech szczerze się przyzna przełożonej, niech stara się myśli rozerwać, niech skrócą jej czas modlitwy i nie pozwalają jej modlić się bez przerwy całymi godzinami, ale każą jej dobrze jeść i dłużej spać, póki osłabione siły przyrodzone nie wrócą. Jeśliby zaś tak wątły miała organizm, iżby powyższe środki okazałysię dla niej niedostateczne, będzie to znak, że Bóg ją przeznacza wyłącznie do życia czynnego; boć w każdym klasztorze potrzeba, by były takie i takie; niech ją więc zajmują około posług domowych, niech pilnie baczą, by rzadko pozostawała na samotności, inaczej zdrowie jej zmarniałoby do reszty. Będzie to dla tej biednej duszy ciężkie umartwienie, ale tu właśnie Pan wystawia na próbę jej miłość i doświadcza, jak zniesie to oddalenie od obecności Jego, za czym później może raczy przywrócić jej siły; a jeśli nie, tym bardziej więc niech będzie pewna, że modląc się ustnie i pilnując posłuszeństwa, taki odniesie pożytek i taką będzie miała zasługę, jakby jej dano było używać pociech bogomyślności.
14. Zdarzają się wreszcie - jak i sama takie znałam - głowy tak słabe i tak bujnej fantazji, że cokolwiek im na myśl przyjdzie, to zaraz biorą za rzeczywistość i zdaje im się, że widzą to na oczy. Jest to stan bardzo niebezpieczny, ale na teraz o nim nie mówię, może powiem później. Długo i szeroko zastanawiałam się nad tym czwartym mieszkaniem, bo do niego, jak sądzę, najwięcej dusz wchodzi; a przy tym stykają się tu rzeczy przyrodzone z nadprzyrodzonymi, łatwiej tu więc diabeł zwodzić i szkodzić może niż w dalszych mieszkaniach, o których jeszcze mówić będę, a do których trudniejszy ma przystęp dzięki większej bliskości Pana, który niech będzie błogosławiony na wieki, amen
 
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIĄTE
Rozdział 1
Zaczyna objaśniać, w jaki sposób dusza na modlitwie jednoczy się z Bogiem. - Po czym można poznać, czy to zjednoczenie nie jest złudzeniem.
1. O siostry! jakże zdołam wypowiedzieć wam bogactwa, skarby i rozkosze w tym piątym mieszkaniu zawarte! Zdaje mi się, że lepiej by było wcale o nim nie mówić, jak i o dwóch ostatnich mieszkaniach, jeszcze po nim następujących, bo i słów brak na wyrażenie, i rozumu nie starczy na zgłębienie ich i żadne porównanie nie zdoła ich objaśnić, tym samym, że wszelkie rzeczy ziemskie zbyt są niskie, aby mogły dosięgnąć tych wysokości.
Ześlij mi, Panie, światło z nieba, abym go mogła udzielić choć nieco niektórym służebnicom Twoim, którym tak często, ustawicznie niemal, dajesz w boskiej łaskawości Twojej cieszyć się tymi rozkoszami, aby nie były w błąd wprowadzone zdradą czarta, przemieniającego się w anioła światłości. Wszak wiesz, że wszystkie pragnienia i pożądania ich zamykają się w tym jednym pragnieniu, by Tobie się podobały i przyjemnymi się stały w oczach Twoich.
2. I choć powiedziałam "niektórym", to w rzeczy samej bardzo niewiele ich się znajdzie, które by nie wchodziły do tego mieszkania, o którym teraz mam mówić. Są w nim różne stopnie i miara uczestnictwa większa lub mniejsza, dlatego mówię, że prawie wszystkie do niego wchodzą. Do pewnych skarbów, w tym mieszkaniu złożonych, o których w dalszym ciągu mówić będę, mało ich, mniemam, dochodzi; ale choćby która doszła tylko do drzwi, i to już wielkie nad nią miłosierdzie Boże; bo i tu wielu jest powołanych lecz mało wybranych. Wszak my wszystkie, ile nas nosi ten święty habit Karmelu, wszystkie jesteśmy powołane do modlitwy i kontemplacji (to jest bowiem nasz początek, z tego rodu się wywodzimy od owych świętych ojców naszych z Góry Karmel, którzy w takiej głębokiej samotności, z takim wzgardzeniem wszelkimi rzeczami tego świata, szukali tego skarbu, tej drogiej perły, o której mówimy). I choć w zewnętrznym postępowaniu naszym zachowujemy, czego potrzeba do osiągnięcia cnót zakonnych, ale żeby dotrzeć do tych skarbów ukrytych, do tego nam dużo, dużo nie dostaje. Potrzeba tu gorliwej pracy i pilności nieustającej. A przeto, siostry moje, kiedy dana nam jest możność używania poniekąd już tu na ziemi szczęśliwości niebieskiej, gorąco błagajmy Pana, by nam użyczył łaski swojej, abyśmy się tak wielkiego dobra z własnej winy nie pozbawiały. Niech raczy nam drogę ukazać, niech duszom naszym dodaje siły, abyśmy umiały kopać bez wytchnienia, póki nie dokopiemy się tego skarbu ukrytego; bo prawdziwie skarb ten jest w nas samych, i to jest, co chciałabym wam wytłumaczyć, jeśli za łaską Pana potrafię.
3. Powiedziałam, by Pan udzielał "siły duszom", abyście wiedziały, że niekoniecznie tu chodzi o wielkie siły fizyczne, bo choć ich Pan Bóg nasz komu odmówi, przecież nie pozbawia go przez to możności zdobycia sobie bogactw Jego; tyle tylko żąda od każdego, ile mu dał i na tym poprzestaje. Niech będzie błogosławiony za tę boską hojność swoją! Ale tego żąda, zważcie to dobrze, córki, jeśli pragniecie osiągnąć to, o czym tu mówimy, byście z tego, coście wzięły od Niego, nic nie zatrzymywały dla siebie. Wiele czy mało, ale wszystkiego żąda dla siebie i wedle większej lub mniejszej miary tego, jak wam o tym własne sumienie poświadczy, co Jemu z siebie  oddacie, większe też lub mniejsze łaski otrzymacie. Całkowite oddanie siebie, ten jest probierz najpewniejszy na doświadczenie naszej modlitwy, czy dosięga kresu zjednoczenia, czy nie. Nie sądźcie, by ta modlitwa zjednoczenia podobna była do snu, jak poprzednie, do snu, mówię, bo w tamtej modlitwie smaków Bożych i w poprzedzającej ją modlitwie odpocznienia dusza jest jakby na wpół uśpiona, nie czując się ani zupełnie senna, ani zupełnie rozbudzona. Tu, przeciwnie, dusza jest całkiem rozbudzona ku Bogu, a całkiem uśpiona, i to głęboko uśpiona, dla rzeczy tego świata i dla samej siebie (bo w rzeczy samej, w tej chwili, póki trwa zjednoczenie, pozostaje jakby bez zmysłów i choćby chciała, nie może myśleć o niczym). Nie potrzebuje tu więc sztucznymi sposobami zawieszać myśli.
4. I w takim tu umysł zostaje zawieszeniu, że - choć dusza miłuje - nie rozumie przecież, jak i co miłuje, ani czego chce. Słowem, jest to zupełna, ze wszech miar, śmierć dla rzeczy tego świata, aby dusza swobodniej mogła żyć w Bogu, ale tym samym jest to także śmierć słodka. Śmierć, mówię, zupełna, bo dusza ta oderwana jest od wszelkich czynności, które spełnia mieszkając w tym ciele, słodka, mówię, i rozkoszna, bo choć dusza jest zatrzymana w więzieniu swoim, tu przecież się z niego jakoby wyzwala, aby się cała pogrążyła w Bogu. Tak zupełne jest to jej wyzwolenie, że nie wiem, czy w tym stanie choć tyle pozostaje jej życia, by mogła jeszcze oddychać. (Właśnie w tej chwili zastanawiałam się nad tym pytaniem i zdaje mi się, że nie, albo przynajmniej, jeśli jeszcze oddycha, sama o tym nie wie). Rozum, z natężeniem wszystkich sił swoich, chciałby przeniknąć tę tajemnicę i zrozumieć choć w części to, co w duszy się dzieje, lecz widząc, że daremnie o to się kusi, bo przenikliwość jego naturalna rzeczy nadprzyrodzonych nie dosięgnie, staje stropiony i albo zupełnie odchodzi od siebie, albo przynajmniej, jak to mówią, ani ręką, ani nogą ruszyć nie może, podobny do człowieka leżącego w tak głębokim omdleniu, że wydaje się jakby martwy.
O głębokości tajemnic Bożych! Jakżebym pragnęła wam je  wytłumaczyć i żadna praca w tym celu podjęta nie byłaby mi ciężka, bylebym tylko umiała! Jeśli więc na tysiąc niedorzeczności, które powiem mówiąc o tych rzeczach, choć raz uda mi się natrafić na wyraz właściwy, niech i z tego będzie chwała i dziękczynienie Panu.
5. Modlitwa ta nie jest snem, jak modlitwa odpocznienia, o której była mowa w poprzedzającym mieszkaniu. Tam bowiem dusza, dopóki nie nabędzie wielkiego doświadczenia, zawsze pozostaje w wątpliwości i nie wie na pewno, co się z nią działo, czy jej się nie przywidziało, czy było to na jawie czy we śnie, czy był to dar od Boga czy też zmamienie od diabła przemieniającego się w anioła światłości. Słowem, mnóstwo ma wątpliwości i dobrze, że je ma, bo tu - jak mówiłam, sama natura nieraz może w nas w błąd wprowadzić. Gady wprawdzie jadowite niełatwo już zdołają wtargnąć do tego mieszkania, ale jest jeszcze pewien rodzaj małych jaszczurek, to jest: myśli różne i roztargnienia, pochodzące z wyobraźni i z innych źródeł wyżej wspomnianych, które, subtelne i zwinne, lada najmniejszą szczeliną wcisną się do środka. A chociaż szkody wyrządzić nie mogą, zwłaszcza jeśli - jak mówiłam - nie zwracamy na nie uwagi i nie trwożymy się nimi, dokuczyć jednak natarczywością swoją nieraz dobrze potrafią. Ale tu do tego piątego mieszkania jaszczurki owe, jakkolwiek by były subtelne, już nie mają wstępu. Tu już ani wyobraźnia, ani pamięć, ani rozum nie zdołają zamącić szczęścia, którym dusza z Bogiem swoim zjednoczona się cieszy. Sam nawet diabeł, jeśli jeno zjednoczenie z Bogiem jest prawdziwe, nie zdoła, śmiało to twierdzę, dostać się do tego mieszkania ani żadnej szkody wyrządzić, bo Majestat Boski tak tu jest blisko złączony z samąż istnością duszy, że zły duch nie waży się przystąpić, ani nawet, jak sądzę, nie jest zdolny dostrzec tej tajemnicy. I jest to jasne, bo jak mówią, nie jest w mocy jego znać myśli nasze, tym bardziej więc nie zdoła przeniknąć rzeczy tak głęboko ukrytej, z którą własnemu nawet naszemu rozumowi Bóg się nie zwierza. O jakiż to stan błogosławiony, w którym ten przeklęty nic już nam złego zrobić nie może! I jakież wielkie zyski odnosi tu dusza, gdy Bóg sam tak może działać w niej, bez żadnej już od innych ani od nas samych przeszkody! Bo czegóż wówczas jej nie da, jakich skarbów na nią nie wyleje On, który tak się kocha w dawaniu i chce wszystkiego co może?
6. Powiedziałam: jeśli zjednoczenie z Bogiem jest prawdziwe. Słowa te może zastanowiły was; więc są, pytacie, inne jeszcze nieprawdziwe zjednoczenia? Jest ich aż nadto! Może i diabeł wprawić duszę w zachwycenie, choćby nad rzeczą marną, jeśli się dusza zbytnio w niej rozmiłuje, ale nie będzie to zachwycenie takie, jak je sprawuje Bóg; nie będzie w nim tej słodkości i tego zadowolenia duszy, i tego pokoju, i tej rozkoszy, jakie towarzyszą prawdziwemu od Boga zachwyceniu. Jest to rozkosz nad wszelkie rozkosze i nad wszelkie słodkości, i nad wszelkie zadowolenia tej ziemi! I nie może być inaczej, bo dość zważyć różne ich źródło, skąd pochodzą tamte, a z czego się rodzą te drugie, aby zrozumieć, że i uczucia, jakie sprawują, muszą być bardzo różne, jak o tym snadź już wiecie z własnego doświadczenia. Powiedziałam gdzieś, objaśniając tę różnicę, że rozkosze ziemskie zatrzymują się jakby na zewnętrznej powłoce ciała, gdy przeciwnie, rozkosze niebieskie przenikają aż do szpiku kości; zdaje mi się, że wówczas trafnie się wyraziłam i dziś jeszcze nie potrafiłabym powiedzieć lepiej.
7. Ale i to objaśnienie, czuję, że jeszcze was nie zaspokoiło; rzeczy te wewnętrzne, myślicie sobie, zawiłe są i trudne do rozeznania, jakże tu się uchronić od omyłki? Więc chociaż każdej, która już sama przez to przechodziła, to, co powiedziałam, wystarczy, bo różnica jest wielka i dotykalna, chcę wam jednak wskazać tu jeden znak, za pomocą którego nieomylnie i niewątpliwie będziecie mogły poznać, czy to, co w sobie czujecie, jest od Boga. Dziś tylko co Pan przywiódł mi go na pamięć i, zdaniem moim, jest to znak niezawodny. Mówię: moim zdaniem, bo w rzeczach trudnych i jakkolwiek by mi się zdawało, że rzecz rozumiem i że tak jest, jak mówię, zawsze się w taki sposób wyrażam, unikając stanowczego twierdzenia, zawsze bowiem gotowa jestem poddać się zdaniu uczonych, jeśliby ci uznali, że się mylę. Bo chociażby tych przejść wewnętrznych sami na sobie nie doznali, jest przecież w tych wielkich teologach pewien jakby zmysł nadprzyrodzony ku rozeznaniu rzeczy Bożych; Bóg ich ustanowił w swoim Kościele, aby byli światłością jego, zatem gdy im się przedstawia jaką prawdę. Bóg oświeca ich wewnętrznie ku jej uznaniu. Nigdy też, jeśli to nie są ludzie lekkomyślni, ale prawdziwi słudzy Boży, żaden nowy, z jakim się spotkają, objaw wielmożności boskich nie zadziwi ich, bo wiedzą dobrze o tym, że to Pan mocny i daleko większe jeszcze cuda, gdy zechce, zdziałać może. Wreszcie, choćby w danym razie czego dobrze nie rozumieli, inne przecież rzeczy znajdują zapisane w swoich księgach, z których poznają i wnoszą, że i to, czego nie rozumieją, może się zdarzyć.
8. Wiem o tym, bo sama po wiele razy tego doświadczyłam; jak również z własnego i obfitego doświadczenia wiem, co trzymać o pewnych półteologach i półuczonych, którzy wszystkiemu się dziwią i wszystkiego się boją; pamiętne mi to doświadczenie, bo drogo za nie zapłaciłam. Tego przynajmniej pewna jestem, że kto nie chce temu dać wiary, że Bóg mocen jest także i większe jeszcze rzeczy uczynić, i że nieraz się podoba boskiej hojności Jego użyczyć stworzeniom swoim nadzwyczajnych darów i łask swoich, ten własną duszę swoją od przyjęcia podobnych łask na trzy zamki trzyma zamkniętą. Co do was, siostry, strzeżcie się, byście kiedy takim wątpliwościom przystępu do siebie nie dały, ale raczej na coraz żywszą wiarę się zdobywajcie i o wielmożności Boga, która nie ma granic, coraz wyższe myśli miejcie. Ani też nie wdawajcie się w roztrząsania, czy cnotliwi są, czy też grzeszni ci, którym Pan tych łask swoich użycza. Jemu to samemu wiadomo. Nie nasza rzecz, jak wam już mówiłam, wtrącać się w sprawy i wyroki boskiej mądrości Jego; nasza rzecz tylko służyć Jemu w prostocie serca i w pokorze wielbić nieskończoną moc i cudowne sprawy Jego.
9. Wracam do znaku, który wam zapowiedziałam: jest to znak, powtarzam, prawdziwy i niezawodny. Przypatrzcie się tej duszy, którą Bóg, podnosząc do zjednoczenia z sobą, całkiem bezwładną uczynił, aby tym głębiej wpoić w nią prawdziwą mądrość. Nic ona nie widzi, nic nie słyszy, nic nie rozumie przez cały czas gdy trwa to zjednoczenie, choć to zawsze czas krótki i jej daleko krótszy jeszcze się wydaje, niż jest w istocie. Za to Bóg sam tak głęboko przenika wnętrze tej duszy, że gdy wróci do siebie, żadną miarą o tym wątpić nie może, iż była w Bogu i Bóg w niej. I tak mocno ta prawda pozostaje w niej wyryta, że chociażby potem cale lata zostawała bez powtórnego otrzymania tej łaski, nie zdoła przecież o niej zapomnieć ani wątpić o jej rzeczywistości. Chociażby więc nie było innych znaków, chociażby rzeczywistość tego zjednoczenia nie objawiała się w skutkach, jakie po nim pozostają, o czym powiem później, dość byłoby tego jednego; jest to, powtarzam raz jeszcze, znak główny i najważniejszy.
10. Lecz jakimże sposobem, zapytacie, dusza mogła widzieć i poznać, że jest w Bogu i Bóg w niej, kiedy w tym stanie zjednoczenia niczego widzieć ani pojąć nie zdoła? Nie mówię, by widziała wówczas, póki jest w tym stanie, ale jasno widzi potem i to nie sposobem widzenia, jeno sposobem wewnętrznego przeświadczenia i pewności niewzruszonej, jaką Bóg sam mocen jest przejąć duszę. Znam jedną osobę, która długo nie wiedziała o tym, że Bóg jest we wszystkich stworzeniach obecnością i wszechmocnością, i istnością swoją, aż za jedną taką łaską, której Pan jej użyczył, jasno poznała tę prawdę i tak niezachwianie w nią uwierzyła, że choć jeden z onych półuczonych, o których wspomniałam wyżej, na pytanie jej: w jaki sposób Bóg jest w nas obecny? (tyleż wiedząc w tej kwestii, co i ona, nim Pan ją oświecił), dał jej odpowiedź, że jest w nas obecny tylko przez łaskę, ona na taką odpowiedź jego żadną miarą przystać nie mogła, tak głęboko miała już one prawdę w umyśle swoim wyrytą. Tym większej też doznała pociechy, gdy innym, prawdziwie uczonym przedstawiwszy ono zapytanie swoje, z ust ich usłyszała stwierdzenie tej prawdy, o której już takie miała wewnętrzne przeświadczenie i pewność niezachwianą.
11. Myliłybyście się jednak, gdybyście sądziły, że .ta pewność odnosi s.ię do jakiego cielesnego przedmiotu czy kształtu, tak jak mamy pewność, że ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa, choć go nie widzimy, obecne jest w Najświętszym Sakramencie. Tu nic nie masz cielesnego, tu jest tylko samo Bóstwo. Skądże więc, pytacie, taka może być w nas pewność o tym, czego nie widzimy? - Tego ja nie wiem; są to tajemne sprawy wszechmocności boskiej, to tylko wiem, że prawdą jest co mówię, i nigdy nie uwierzę, by dusza, która z podobnego stanu nie wyniosła tej pewności, dostąpiła prawdziwego zjednoczenia całej istności swojej z Bogiem; pewno było to tylko częściowe zjednoczenie którejś władzy, albo inna jaka z tych niezliczonych rodzajów łask, jakie Bóg daje duszom. Daremnym byłoby trudem w tych rzeczach duchowych szukać racji i dochodzić, jakim sposobem one się dzieją; są to rzeczy, których umysł nasz pojąć nie zdoła, więc po co się trudzić na próżno? Dość nam tego, że wiemy, iż wszechmocny jest, który te rzeczy sprawuje. I jak żadna usilność nasza nie zdoła ich osiągnąć, bo jest to wyłączne dzieło wszechmocności i dobroci Jego, tak też nie dziwmy się, że żadne rozumowanie nasze .nie zdoła ich wytłumaczyć, bo jest to tajemnica boskiej wiedzy i mądrości.
12. W tej chwili, w związku z tym, co powiedziałam, że żadna usilność nasza w tych rzeczach niczego osiągnąć nie zdoła, przychodzą mi na pamięć te słowa oblubienicy w Pieśni nad pieśniami: "Wprowadził mię król do piwnicy winnej". Nie mówi, by sama weszła; mówi tylko, że "chodziła na wszystkie strony, szukając miłego swego". Te królewskie piwnice winne to, jak ja rozumiem, sam środek i najgłębsze wnętrze duszy naszej, do którego Pan nas wprowadza, kiedy i jak chce; sami, jakkolwiek byśmy się starali, wnijść tam nie możemy. Jest to rzecz boskiej wielmożności Jego, wprowadzić nas do tego środka duszy, gdzie i sam wchodzi; a na większe jeszcze okazanie, iż to własna sprawa Jego, nie chce, by w tym wnijściu Jego wola nasza jaki bądź udział miała, prócz zupełnego oddania się Jemu. Nie potrzeba Mu też, by drzwi duszy, to jest zmysły i władze, otwierały Mu drogę, bo te owszem, w chwili wejścia Jego, pogrążone są w zupełnym uśpieniu i sam boską mocą swoją, bez otwierania, wchodzi do tego środka duszy, tak jak zamkniętymi drzwiami wszedł do swoich uczniów z tym pozdrowieniem: "Pax vobis; Pokój wam", jak i z grobu powstał bez naruszenia kamienia grobowego. Później, gdy dojdziemy do ostatniego mieszkania, zobaczycie, jak to, pełniej jeszcze niż w tym piątym, dusza, z miłościwej woli Pana, posiada Go w najgłębszym wnętrzu swoim i posiadaniem Jego się cieszy.
13. O córki! Jakże wielkie rzeczy będzie nam dane oglądać, jeśli jeno same nic innego widzieć nie chcemy, tylko niskość i nędzę naszą, i pamiętać będziemy, że nie jesteśmy godne być służebnicami Pana tak wielkiego ani nie zdołamy myślą dosięgnąć cudów wielmożności Jego. Chwała Jemu i dziękczynienie na wieki, amen
 
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIĄTE
Rozdział 2
Mówi w dalszym ciągu o tym samym. - Objaśnia modlitwę zjednoczenia za pomocą miłego porównania. - Jakie skutki pozostawia w duszy ta modlitwa. - Są to rzeczy bardzo ważne.
1. Może wam się zdaje, że już wam powiedziałam wszystko, co jest do powiedzenia o tym piątym mieszkaniu, ale wiele jeszcze nie dostaje, bo - jak mówiłam wyżej - są tu stopnie różne, miara pełniejsza lub skąpsza. Co do samego zjednoczenia, nie zdaje mi się, bym potrafiła jeszcze coś dodać. Ale co się tyczy przysposobienia duszy do otrzymania tych łask, których Bóg tu użycza, i jak Pan w tym celu w niej działa, i co się dzieje w duszy pod wpływem tego działania, o tym wiele jest do mówienia i niektóre przynajmniej w tym przedmiocie szczegóły wyłuszczyć tu wypada. Dla większej jasności użyję tu porównania dobrze przypadającego do rzeczy; za pomocą jego łatwiej zrozumiemy, że choć w tym dziele, w którym Pan sam jest sprawcą, my nic uczynić nie możemy, wiele jednak czynimy, gdy z naszej strony przysposabiamy się do tego, by dzieło to w nas spełnić się mogło.
2. Słyszałyście zapewne, w jaki cudowny sposób, którego tylko Bóg może być sprawcą, powstaje jedwab; jak poczyna się z maleńkiego jajeczka, nie większego od drobnego ziarnka pieprzu (sama tego nigdy nie widziałam, tylko słyszałam, więc jeśli w tym, co powtarzam, znajdzie się jaka niedokładność, nie będzie to z mojej winy). Otóż z nastaniem wiosny, gdy już liście z drzewa morwowego zaczynają się rozwijać, jajeczko to ciepłem słońca ogrzane ożywia się, bo przedtem, póki mu liście morwowe nie dostarczały pokarmu, którym się żywi, było jakby martwe. Teraz z jajeczka wykluwa się robaczek, który żywiąc się liściem morwowym, stopniowo się rozwija, a gdy już do miary swojej urośnie, podsuwają mu całą gałązkę, po której on pełzając, pyszczkiem wysnuwa z siebie jedwab i dziwnie misterną robotą zwija go w kokonik czyli kłębek i w tym kłębku się zamyka, i w nim umiera, aż po niejakim czasie z kłębka onego, w miejsce dużego brzydkiego robaka, dobywa się biały, wdzięcznego kształtu motyl. Gdyby się to nie działo w oczach naszych, gdyby nam coś podobnego tylko opowiadano jako baśń z dawnych czasów, któż by temu dał wiarę? Albo kto by nam to uczonymi dowodami wytłumaczył, żeby takie stworzenie bez rozumu, taki robak albo taka pszczoła, tak pilnie i tak mądrze pracowały na pożytek nasz i żeby jeszcze biedny robak na tej swojej dla nas robocie własne życie tracił? Tego jednego już, siostry, starczy na długie rozmyślanie; w tym jednym już szczególe, nie rozszerzając się dalej, obfity macie przedmiot do rozważania cudownych spraw i nieskończonej mądrości Boga naszego. Cóż by to dopiero było, gdybyśmy znały własności wszystkich dzieł i stworzeń Jego? Wielki to zaiste dla duszy pożytek, zagłębiać się myślą w te wielmożności Boże i radować się z tego, że jesteśmy oblubienicami tak mądrego, tak potężnego Króla.
3. Ale wróćmy do naszego porównania. Robak ten jest to obraz duszy naszej. Naonczas ożywia się ten robak, gdy ciepłem Ducha Świętego zagrzany, poczyna korzystać z ogólnych pomocy łaski, których Bóg użycza każdemu; gdy poczyna używać środków, które Pan w Kościele swoim pozostawił, uczęszczania do spowiedzi, czytania dobrych książek, słuchania słowa Bożego; są to bowiem lekarstwa, których skutecznością dusza umarła w grzechach, w zapomnieniu o Bogu i w okazjach do złego - może wrócić do życia. Wtedy więc poczyna żyć i dalej żywi się tymże pokarmem i pobożnym rozmyślaniem, dopóki nie wzmoże się i nie urośnie do tej miary, o której tu jedynie chcę mówić, bo tamte początki i stopniowe przygotowania pomijam, jako niepotrzebne do mojego tu założenia.
4. Wyrósłszy zatem, poczyna ten robak snuć z siebie jedwab i budować dom, w którym ma umrzeć. Domem tym dla duszy - jak to pragnęłabym jasno wytłumaczyć - jest Chrystus. Jakoż czytałam gdzieś, zdaje mi się, czy słyszałam te słowa, że "życie nasze ukryte jest w Chrystusie", czyli w Bogu, bo to jedno i to samo; i te drugie, że "Chrystus to życie nasze". Czy dokładnie te słowa przytaczam i gdzie one są  zapisane, o to mi tu nie chodzi; dla mojego tu założenia jest to rzecz obojętna.
5. Widzicie już teraz, córki, co z naszej strony możemy przy pomocy łaski Bożej uczynić, aby Pan sam był mieszkaniem naszym, jak nim rzeczywiście jest w tej modlitwie zjednoczenia; możemy budować to mieszkanie, tak jak jedwabnik snuje swój kłębek. Mogłoby tedy się zdawać komu, że jest w naszej mocy ująć coś Bogu albo dodać, kiedy, jak mówię. On jest mieszkaniem naszym, a my z naszej strony możemy budować sami to mieszkanie, aby w nim się zamknąć. Bez wątpienia, możemy i powinniśmy budować to mieszkanie, ale budujemy je, nie ujmując czegokolwiek bądź Bogu albo dodając, jeno samym sobie odejmując i w tę budowę wkładając, tak jak to czyni jedwabnik. Lecz nim jeszcze zdążymy w tym celu uczynić wszystko, co jest w mocy naszej. Bóg już z tą maluczką pracą naszą, która sama z siebie jest niczym, połączy wielmożność swoją i tak wysokiej doda jej ceny, iż stanie się godna tego, by On sam był jej nagrodą. Tak więc, choć w dokonaniu tej sprawy On sam największy koszt położył, przecież i naszą marną usilność raczy tak przyjmować i łączyć z tą wielką pracą i męką, którą za nas wycierpiał, iż to dwoje staje się jedno.
6. Odwagi więc, córki moje, ochotnie kwapmy się do tej pracy, do snucia tego kłębka naszego, wyrzucając z siebie miłość własną i wolę własną, i wszelkie do jakiej bądź rzeczy na ziemi przywiązanie, a wkładając w robotę naszą uczynki pokutne, modlitwę, umartwienie, posłuszeństwo i wszelkie inne cnoty i powinności powołania naszego. Obyśmy je tak pełniły, jak umiemy i jak nas nauczono! Umierajmy, umierajmy już tak jak umiera ten robak, gdy skończy robotę, do której został stworzony. Po takiej śmierci, zobaczycie, jak będziemy oglądały Boga i tak będziemy mieszkały w wielmożności Jego, jak ten robak mieszka w kłębku swoim. A gdy mówię: będziemy oglądały Boga, mówię tu, zważcie to dobrze, o tym oglądaniu, którego dostępuje dusza w stanie zjednoczenia, który opisuję.
7. Zobaczmy teraz, bo to jest punkt główny, do którego zmierzało wszystko, co dotąd powiedziałam, w co się obraca ten robaczek, nasza dusza. Oto gdy w tym stanie modlitwy całkiem już stanie się umarła dla świata, wtedy przemienia się w białego motyla. O cudzie wszechmocności Bożej! Jakże przemieniona wychodzi dusza z tej modlitwy, w której choć tak króciutko - nie trwa to nigdy, jak sądzę, ani pół godziny - była zanurzona w wielmożności Boga i z Nim złączona! Prawdziwie, upewniam was, nie poznaje sama siebie, i taką widzi różnicę między przeszłym swoim stanem a obecnym, jaka jest między ową brzydką poczwarką a białym motylem, który z niej wyszedł. Nie pojmuje, skąd mogła na takie szczęście zasłużyć - czyli raczej, nie pojmuje, skąd ono mogło jej przyjść, bo że na nie nie zasłużyła, to dobrze rozumie. - Takie czuje w sobie pragnienie chwalenia Pana, że chciałaby wniwecz się obrócić i tysiąc razy umrzeć dla Niego. Zatem i powstaje w niej żądza nieugaszona wszelkich jak najcięższych cierpień i krzyżów, i zapał spotęgowany do pokuty, i pociąg niepowstrzymany do samotności, i pragnienie, by wszyscy znali i miłowali Boga, i ból serdeczny na widok Jego obrazy. O tym wszystkim obszerniej i z większymi szczegółami będzie mowa w następnym mieszkaniu; bo chociaż sam rodzaj tej modlitwy zjednoczenia tu i tam prawie jest jednakowy, wielka jednak między tym mieszkaniem a następującym jest różnica pod względem wielkości skutków z niej wynikających. Dusza bowiem - jak już mówiłam - raz do tego stanu podniesiona, jeśli usiłuje postąpić dalej, ujrzy wielkie rzeczy.
8. Lecz któż opisze ten święty niepokój, jaki ogarnia tego motyla, choć równocześnie cieszy się 'spokojem i ciszą wewnętrzną, jakich nigdy jeszcze, odkąd żyje, nie doznał? Prawdziwie ma za co chwalić Pana i dziękować Mu dusza, bo niepokój to taki, że nigdzie sobie miejsca ani spoczynku znaleźć nie może, raz zakosztowawszy tego spoczynku, który znalazła w Bogu. Wszystko jej się przykrzy, cokolwiek widzi na ziemi, zwłaszcza  jeśli Bóg częściej ją dopuszcza do tego zjednoczenia i tego wina jej nalewa, raz w raz wznawiając w niej owo upojenie i cudowne onegoż skutki. Już teraz za nic ma swoje dawne trudy, które znosiła, będąc jeszcze poczwarką i snując powoli swój kłębek. Urosły jej skrzydła, więc, mogąc już latać, czyż miałaby poprzestawać na posuwaniu się krok za krokiem po ziemi? Wszystko, cokolwiek czyni dla Boga, małe się jej wydaje w porównaniu z tym, co by uczynić pragnęła. Już się nie dziwi bohaterskim cierpieniom Świętych, wiedząc z własnego już doświadczenia, jak potężnie Bóg wspomaga i nie do poznania odmienia duszę, tak iż dawna jej słabość i niedołężność do pokuty zamienia się w siłę, a dawne jej przywiązanie do krewnych, do przyjaciół, do dóbr ziemskich, którego przedtem mimo wszelkich postanowień, na jakie się zdobywała i aktów wewnętrznych i zewnętrznych usuwań się, stłumić w sobie nie mogła (owszem, zdawało się jej, że te więzy, im więcej usiłuje z nich się oswobodzić, tym mocniej ją ściskają), tak teraz znikło, że sameż nawet nieodzowne stosunki, które z woli Bożej i z obowiązku miłości bliźniego, z tymi, których zostawiła na świecie, zachowywać musi, ciążą jej jak przykra niewola. Wszystko jej cięży, bo doświadczyła i poznała, że prawdziwej ulgi i odpocznienia żadna rzecz stworzona dać jej nie zdoła.
9. Może się komu zdawać będzie, że zbytnio się o tym przedmiocie rozszerzam, ale w rzeczy samej byłoby o nim do powiedzenia dużo więcej i komu Pan Bóg raczył udzielić tej łaski, ten będzie uważał te słowa za zbyt skąpe. Cóż tedy dziwnego, że ten nasz motyl, czując się obco wśród tych rzeczy ziemskich, szuka sobie miejsca, kędy by spoczął? I dokądże biedny się uda? Do tego stanu zjednoczenia z Bogiem, z którego wyszedł, sam powrócić nie może, bo - jak mówiłam - nie jest to w mocy naszej i jakkolwiek byśmy się starali, daremne będą wszelkie usiłowania nasze, dopóki się nie spodoba Bogu znów nas do tej łaski dopuścić. O Panie, jakież tu nowe strapienie poczyna się dla tej duszy! Kto by się tego spodziewał po otrzymaniu łaski tak wysokiej? Ale tak jest: w ten czy w inny sposób zawsze nam trzeba nosić krzyż, póki tu żyjemy. I kto by mi dowodził, że od czasu, jak dostąpił tej łaski, wciąż używa rozkoszy i spoczynku, temu odpowiem, że jej nigdy nie zaznał. Może, jeśli mu było dane dojść do poprzedniego mieszkania, zakosztował jakich słodkości i smaków, do których bodaj czy nie przyczyniła się jeszcze słabość natury albo może i diabeł, który mu w taki sposób daje do czasu odpoczynek, aby mu później tym sroższą wojnę wytoczył.
10. Strapienie to jednak, o którym mówię, nie tak ma się rozumieć, jakoby dusza do tego stanu podniesiona nie miała pokoju; ma go, owszem, i bardzo wielki, bo sameż te jej cierpienia, jakkolwiek nad wyraz dojmujące, taką przecież wysoką mają cenę i z tak czystego i świętego źródła płyną, że same przez się pokój i zadowolenie do duszy wlewają. Ale bądź co bądź, z samegoż uprzykrzenia, jakie jej sprawują rzeczy tego świata, rodzi się w niej pragnienie wyzwolenia z tych więzów, a pragnienie to tak bolesne, że jedna tylko pamięć na to, że Bóg tak chce, aby jeszcze żyła na tym wygnaniu, zdolna jej przynieść osłodę. Ale i ta osłoda nie jest zupełna, bo mimo wszystko dusza nie ma tu jeszcze tego całkowitego zdania się na wolę Bożą, jakie zobaczymy później. Zgadza się z nią, ale zarazem czuje wielki żal, że nic więcej uczynić nie może, bo jej nie dano więcej, i płacze nad tym rzewnymi łzami. I żałość ta za każdym razem w ten czy w inny sposób w niej się wznawia, ile razy jest na modlitwie. Zapewne też strapienie jej pochodzi z nieznośnego bólu, jakiego doznaje patrząc, jak ludzie Boga obrażają, jak mało Go sobie ważą, jakie mnóstwo dusz między heretykami i niewiernymi idzie na zatracenie. Najwięcej zaś boleje nad zgubą dusz chrześcijańskich, bo jakkolwiek wie, że miłosierdzie Boże nie ma granic, że i największy grzesznik może się jeszcze nawrócić i zbawić, słusznie jednak się lęka, że wielu z nich będzie potępionych.
11. O dziwna potęgo łaski Bożej! Wszak jeszcze kilka lat, może i kilka dni temu, dusza ta żyła sobie spokojnie, troszcząc się tylko o siebie. Któż jej teraz rzucił do serca tak szeroką, tak bolesną troskę o drugich, której by sama z siebie i po długich  latach rozmyślania nie nabyła i nigdy by tą drogą do takiego bólu nie doszła, jaki teraz czuje? Bo chociażbym dni całe i lata strawiła na zgłębianiu i zastanawianiu się nad tym, jak wielkim złem jest grzech, jak wielkim nieszczęściem obraza Boga i że przecież ci, co idą na potępienie, są dziećmi Bożymi i braćmi moimi, jak również nad niebezpieczeństwami, w jakich żyjemy, i szczęściem z opuszczenia tego nędznego życia, czy wszystko to starczy na wzbudzenie we mnie podobnego uczucia? - Nie starczy, córki! Wszystko to, co możemy wzbudzić przez rozmyślanie ani z daleka nie może iść w porównanie z tym bólem, który tu ogarnia i przenika aż do szpiku duszę, choć się o to nie stara, a może i nie chce.
Cóż to za ból, pytacie, i jakie źródło jego? - Zaraz je wam wskażę.
12. Pamiętacie te słowa oblubienicy - które już na innym miejscu, choć w innym związku, przytoczyłam - że "Bóg wprowadził ją do piwnicy winnej i rozrządził w niej miłość". To właśnie tutaj się dzieje. Dusza tu całkiem oddana jest w ręce Boga; wielka moc miłości tak nią owładnęła, że o niczym już nie wie i niczego nie chce, tylko aby Bóg uczynił z nią, cokolwiek Mu się podoba. A Bóg wtedy czyni jej łaskę (której, jak sądzę, nigdy nikomu nie uczyni, jeno takiej duszy, którą już całkiem przyjął za swoją), wyciska na niej swoją pieczęć i dusza, sama nie wiedząc jak się to stało, wychodzi z rąk Pana naznaczona tym Jego znamieniem. Ona prawdziwie nic tu nie działa, tak jak nie działa wosk, gdy obca ręka pieczęć na nim wyciska. Sama nie może wyryć na sobie tego znamienia, tylko gotowa jest na wszystko, i tą gotowością swoją stawszy się miękka jak wosk, zdolna jest przyjąć, co Bóg w niej sprawić zechce, i bez oporu poddaje się Jego ręce. O Boże, jakaż to niewypowiedziana dobroć Twoja, że tak sam dla nas wszystko czynisz! Żądasz jeno od nas dobrej woli, aby dusza, jak ten miękki wosk, nie stawiała Ci oporu!
13. Już teraz widzicie, córki, co tu Bóg nasz czyni, aby dusza już poznała i wiedziała, że należy do Niego: udziela jej tego, co ma sam w sobie, co Boski Syn Jego nosił w sobie, gdy żył na tej ziemi. Większej zaiste łaski uczynić nam nie może. Któż goręcej niż Syn Boży mógł pragnąć wyzwolenia z tego życia śmiertelnego? Przecież sam boskimi usty swymi rzeki na Ostatniej Wieczerzy: "Gorąco pragnąłem".
Ależ, najsłodszy Panie mój, czy nie stanęła wówczas przed oczyma Twymi, czy nie przerażała Ciebie ta straszna męka, którą miałeś umrzeć? - Nie, odpowiadasz mi, bo wielka miłość, jaką miłuję dusze, i wielkie pożądanie, z jakim pragnę ich zbawienia, bez porównania przewyższają wszystką srogość mych cierpień. I cierpienia te, jakie mi zadaje siła niepowstrzymana miłości, odkąd jestem na ziemi, tak są nad wszelki wyraz dojmujące, że wobec nich wszystko, co ucierpiałem w męce i na krzyżu, wydaje mi się niczym.
14. Często się nad tym zastanawiałam w rozmyślaniach moich, a wiedząc, jaką mękę cierpiała i cierpi pewna dusza, którą znam, na widok obrazy Pana naszego, mękę tak nieznośną, że stokroć wolałaby umrzeć niż dłużej ją cierpieć, myślałam sobie: jeśli przy takiej słabej miłości, bo w porównaniu z miłością Chrystusową wszelka i najgorętsza miłość ludzka jest jakoby niczym, dusza owa cierpiała taką mękę nieznośną, jakaż musiała być boleść Pana naszego Jezusa Chrystusa i jaką męką musiało być całe życie Jego, kiedy w boskiej wszechwiedzy swojej bezustannie i każdej chwili miał przed oczyma te niezliczone ciężkie zniewagi, jakie grzechy ludzkie wciąż zadają Ojcu Jego? Męka ta, mam to niewątpliwe przekonanie, bez porównania cięższą Mu była niż wszystkie katusze krzyża. Na krzyżu bowiem, choć cierpiał niewypowiedzianie, ale wiedział przynajmniej, że to już koniec męki Jego; pociecha ta, że przez śmierć swoją przynosi nam zbawienie i Ojcu swemu okazuje nieskończoną miłość swoją, cierpiąc tak srogo dla Niego, była Mu w boleściach Jego osłodą. Podobnie też zdarza się duszom żarliwie Boga miłującym, że wielkie dla Niego podejmują pokuty i umartwienia, a w zapale miłości swojej jakby zgoła ich nie czują i pragnęłyby czynić coraz więcej i więcej, i cokolwiek uczynią, zawsze im tego za mało. Jakąż dopiero radosną do cierpienia gotowością musiało pałać Boskie Serce Jezusa w onej uroczystej chwili, w której tak jawnie miał okazać całą doskonałość posłuszeństwa swego dla Ojca, całą wielkość miłości swojej dla ludzi? O, jakaż to wielka rozkosz cierpieć w spełnianiu woli Bożej! Ale ów ustawiczny widok tylu zniewag. Boskiemu Majestatowi wyrządzanych, tylu dusz, idących do piekła, było to dla Niego, jak sądzę, katuszą tak okropną, że gdyby nie to, że był więcej niż człowiekiem, i jednego dnia takiego cierpienia dość by było na zadanie Mu nie jednej już, ale wielu śmierci
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIĄTE
Rozdział 3
Najpierw mówi o tym samym przedmiocie. - Następnie o innym rodzaju zjednoczenia, do którego dusza za łaską Bożą dojść może, i jak skutecznie do tego dopomaga miłość bliźniego. - Są tu uwagi bardzo pożyteczne.
1. Wróćmy już do gołąbki naszej i zobaczmy, choć w części niejakiej, łaski, jakich Bóg jej użycza w tym stanie. Rozumie się zawsze, że otrzyma je pod warunkiem usilnego z jej strony starania o ciągły postęp w służbie Bożej i w poznaniu samej siebie. Bo gdyby chciała poprzestać na tym, że takiej wysokiej łaski dostąpiła, i opierając się na niej, opuściłaby się w pracy nad sobą i zboczyłaby z drogi wiodącej do nieba, to jest z drogi przykazań, niechybnie spotkałby ją los onego motyla, który, wykluwszy się z poczwarki, pozostawia nasienie, z którego nowe żyjątko się zrodzi, ale sam umiera i ginie na zawsze. Nasienie, mówię, pozostawi po sobie; bo mam to przekonanie, że Bóg nie dopuści, by taka wielka łaska, skoro jej użyczy, była użyczona na próżno, a jeśli ten, kto ją otrzymał, nie skorzysta z niej, zawsze przyniesie pożytek drugim. Nie tylko bowiem wtedy gdy sama trwa w dobrym, ta dusza przez swe święte pragnienia i cnoty wpływa korzystnie na tych, którzy z nią styczność mają i własnym ich zapałem zapala, ale i wówczas gdy ten ogień ostygnie, pozostaje w niej chęć pomagania drugim do postępu i chętnie im mówi o łaskach, jakie Bóg czyni tym, którzy Go miłują i Mu służą.
2. Znałam jedną taką, którą mogę przytoczyć za przykład tego, co mówię. Choć sama bardzo była niewierna Bogu, niezmierną przecież z tego pociechę miała, by drudzy korzystali z łask, jakie Bóg jej uczynił; nauczyła więc drogi modlitwy wewnętrznej tych, którzy jej nie znali i wiele, wiele zdziałała dobrego. Później i ją Pan raczył na nowo oświecić. Prawda, że wówczas jeszcze, gdy tak się sprzeniewierzała Panu, nie doznała na sobie tych wielkich, jak je opisałam, skutków modlitwy zjednoczenia. Ale iluż to musi być takich, których Pan do obcowania z sobą dopuszcza, których wzywa do apostolstwa jak Judasza, których powołuje na królów jak Saula, a którzy przecież taką łaską zaszczyceni, z własnej swej winy giną! Uczmy się tego, siostry, że chcąc się uchronić podobnej zguby, że pragnąc raczej coraz wyżej róść w zasługę, innego na to bezpieczeństwa nie mamy, jeno posłuszeństwo i trzymanie się, bez zbaczania na prawo ani na lewo, drogi przykazań Bożych; to mówię nie tylko do tych, którym Pan podobnych łask użyczył, ale i do wszystkich.
3. Pomimo wszelkich objaśnień, jakie dotąd dałam o tym mieszkaniu, pozostaje jeszcze zapewne wiele niejasności. A ponieważ wnijście do tego mieszkania tak wielkim dla duszy jest zyskiem i szczęściem, dobrze więc będzie, że bliżej jeszcze rzecz wytłumaczę, aby i ci, którym Pan nie użycza owych wysokich łask nadprzyrodzonych, nie tracili przecież nadziei i wiedzieli, że i dla nich wstęp do tego mieszkania jest otwarty, każdy bowiem za pomocą łaski Bożej łatwo może dojść do prawdziwego z Panem zjednoczenia, jeśli jeno zechce usilnie o nie się starać, zrzekając się wszelkiej woli własnej, a trzymając ją złączoną z wolą Boga. O, iluż takich się znajdzie, którzy by to o sobie powiedzieć mogli, że niczego więcej nie pragną, gotowi, jak już mówiłam, umrzeć za tę prawdę! Jeśli i z wami  tak jest, tedyć upewniam was, i po wiele razy powtórzyć to gotowam, już dostąpiłyście owej łaski od Pana i nie macie już czego się troszczyć o to rozkoszne zjednoczenie, o którym mówiłam. Co w nim bowiem jest najcenniejszego, to właśnie w tym usposobieniu woli się zawiera i niepodobna, by doszedł do owego stanu modlitwy zjednoczenia ktoś, kto nie ma całkowicie zdanej woli na wolę Boga. O, jakież to zjednoczenie wszelkiego pożądania godne! Szczęśliwa dusza, która je osiągnęła; będzie żyła spokojna na tej ziemi, nim jeszcze dostąpi pokoju, zgotowanego jej w życiu przyszłym; żadna rzecz, żadna przygoda na tej ziemi, z jedynym tylko wyjątkiem niebezpieczeństwa utracenia Boga albo widoku obrazy Jego, jej nie zasmuci; ani choroba, ani ubóstwo, ani utrata bliskich i drogich, chyba tylko takich, których śmierć jest stratą dla Kościoła Bożego. Widzi i rozumie bowiem, że lepiej wie Pan, co czyni, niż ona wie, czego pragnie.
4. Zważcie tu, że różnego rodzaju mogą być zmartwienia i smutki: są smutki jak i pociechy, powstające z naturalnego usposobienia; są inne, które się rodzą z miłości i ze współczucia w cierpieniach bliźniego; tak smucił się Pan nad śmiercią Łazarza, pierwej nim go wskrzesił z grobu. Takie zmartwienia nie przeszkadzają duszy do trwania w zjednoczeniu z Bogiem, nie wzniecają w niej wzburzeń gwałtownych, nie zakłócają jej pokoju wewnętrznego, albo jeśli ją znienacka na chwilę poruszą, poruszenie to nie trwa długo, bo i sameź te zmartwienia prędko przemijają. Podobnie i smutki te także, rzec można, nie przenikają do głębi duszy, działają tylko na zmysły i na władze przyrodzone i zatrzymują się na powierzchni. Zdarzają się one w mieszkaniach, o których dotąd była mowa; do jednego tylko mieszkania, to jest do tego, o którym będę mówiła na ostatku, zupełnie wstępu nie mają, tam bowiem zawieszenie władz jest warunkiem koniecznym. Pan jednak wszechmogący jest i może i innymi sposobami ubogacić duszę i doprowadzić ją do tego mieszkania, niekoniecznie ową skróconą drogą, o której mówiłam wyżej.
5. Tylko zważcie dobrze, córki, że w każdym razie poczwarka umrzeć musi, a w tym drugim razie więcej was to będzie kosztowało; bowiem tam do umorzenia jej wielką jest dla duszy pomocą uszczęśliwienie, jakiego doznaje, widząc się przeniesioną do życia tak nowego; tu zaś, pozostając w zwyczajnych warunkach życia powszedniego, sama się biedzić musi z umorzeniem tego, co umrzeć powinno. Trudność i praca, przyznaję, tutaj nierównie jest większa, ale się opłaci i tym większa też będzie za nią nagroda, gdy jej zwycięsko dokonacie; a że jej dokonać możecie, to nie ulega żadnej wątpliwości, jeśli jeno wola wasza prawdziwie będzie zjednoczona z wolą Bożą.
To jest zjednoczenie, którego cale życie moje pragnęłam! To jest zjednoczenie, o które zawsze proszę Pana naszego, bo ten jest najpewniejszy i najbezpieczniejszy sposób zjednoczenia.
6. Lecz jakże mało, niestety, jest między nami takich, którzy by do tego doszli! A jak wielu jest takich, którzy wyobrażają sobie, iż tym samym, że wystrzegają się obrazy Bożej i że wstąpili do zakonu, już dokazali wszystkiego. I nie widzą tego mnóstwa robaków, które się jeszcze w nich ukrywają i cnoty ich ogryzają, jak on robak, który podciął bluszcz nad głową Jonasza. Robaki miłości własnej, dobrego rozumienia o sobie, pochopności do sądzenia drugich, choćby w małych rzeczach, i braku miłości bliźnich, gdy ich nie kochamy., jako samych siebie. W wypełnianiu obowiązków naszych ledwo, ledwo dociągamy do koniecznej miary, aby nie było grzechu; ale od takiego usposobienia daleko nam jeszcze do tego, jakie w nas być powinno, jeśli chcemy całą istnością naszą być zjednoczeni z wolą Bożą.
7. A jak mniemacie, córki, jaka jest ta wola Boża? Ta jest wola Boża, abyśmy ze wszech miar byli doskonałymi, i tak stali się jedno z Nim i z Ojcem Jego, jak o to sam prosił Boskiego Majestatu Jego. Patrzcież, ile nam nie dostaje do osiągnięcia tego kresu! Co do mnie, upewniam was, wstyd mię i żal wielki w chwili, gdy to piszę, żem tak od niego daleko, i to jedynie z winy mojej. Bo na to, abyśmy doszli do tej doskonałości, nie potrzeba, by Pan nam użyczał szczególnych, nadzwyczajnych łask i pociech; dość tego, co nam dał, dając nam Syna swego, aby On nas drogi nauczył. Nie sądźcie jednak, by to zjednoczenie z wolą Bożą koniecznie tego wymagało, byś na przykład, gdy ci umrze ojciec albo brat, nie bolała nad tą stratą, albo gdy przyjdą na cię choroby i cierpienia, byś je przyjmowała z radością. Taka obojętność na to, co boli, może być rzeczą dobrą, ale nieraz jest ona także skutkiem czysto ziemskiej tylko roztropności, kiedy człowiek, widząc że inaczej być nie może, z potrzeby robi cnotę. Ileż takich i tym podobnych rzeczy dokazywali starzy filozofowie przez samą tylko, jaką się chlubili, ziemską mądrość swoją! Od nas Pan dwóch tylko rzeczy żąda: byśmy miłowali Jego i byśmy miłowali bliźniego; do tego dwojga ma zmierzać wszystka praca nasza; tego dwojga przestrzegając z wszelką, ile zdołamy, doskonałością, czynimy wolę Jego, a zatem i dochodzimy do zjednoczenia z Nim. Lecz jakże nam daleko do tego, byśmy temu Bogu tak wielkiemu oddawali, jak należy, ten dwojaki dług nasz! Niech nam boska dobroć Jego raczy użyczać łaski swojej, abyśmy zasłużyli dojść do tego stanu, bo jest to w mocy naszej, jeśli tylko szczerze chcemy.
8. Najpewniejszym znakiem, po którym poznać możemy, czy spełniamy tę dwojaką powinność, jest, zdaniem moim, wierne przestrzeganie miłości bliźniego; bo czy kochamy Boga tak, jak należy, tego, mimo wielu wskazówek potwierdzających, że Go kochamy, na pewno jednak nigdy wiedzieć nie możemy; ale łatwo jest poznać, czy kochamy bliźniego. Im wyższy więc ujrzycie w sobie postęp w tej cnocie miłości bliźniego, tym mocniej, miejcie to za rzecz pewną, będziecie utwierdzone w miłości Boga. Bo tak wielka jest miłość Jego ku nam, że w nagrodę za miłość, jaką okażemy bliźniemu, pomnoży w nas obficie miłość ku Niemu; jest to, według mnie, rzecz tak pewna, że niepodobna mi wątpić o tym ani na chwilę.
9. Niezmiernie więc wiele na tym zależy, byśmy jak najpilniej baczyli na siebie, jak się w tym względzie zachowujemy; jeśli i w wewnętrznym usposobieniu i w zewnętrznym postępowaniu naszym okazuje się doskonała, ile być może, miłość bliźniego, wtedy wolno nam ufać, że wszystko w nas jest w porządku, gdyż z powodu słabej naszej natury doskonała miłość bliźniego o tyle tylko być w nas może, o ile się zrodzi, jak drzewko z korzenia, z doskonałej miłości Boga. Starajmy się, siostry, wiedząc, jak wiele na tym zależy, pilne mieć na siebie baczenie, choćby w rzeczach najmniejszych. A na wielkich i wspaniałych myślach, jakie nam nieraz tłumnie przychodzą na modlitwie, gdy nam się zdaje, że gotoweśmy co wielkiego przedsięwziąć i uczynić dla bliźnich, dla zbawienia choćby jednej duszy, na takich myślach, mówię, niewiele polegajmy, bo jeśli potem za myślami nie pójdą uczynki, snadź nie miłość była ich źródłem, jeno wyobraźnia. Toż samo stosuje się i do pokory i do innych cnót. Chytre są i niezliczone zdrady szatana; całe piekło gotów poruszyć, aby w nas wmówić, że posiadamy tę czy ową cnotę, kiedy jej w rzeczy samej nie posiadamy. I wie dobrze diabeł, co robi, bo ciężka z tego oszukania bywa szkoda dla duszy. Nigdy te urojone cnoty, rodzące się z takiego korzenia, nie mogą być wolne od próżnej chwały i pychy, a tylko te, które od Boga pochodzą, czyste są od tej zakały.
10. Śmiech mię nieraz bierze na widok pewnych dusz, które w czasie modlitwy wyobrażają sobie, że pragną upokorzenia i publicznego sponiewierania dla miłości Boga, a potem wykręcają się jak mogą, aby się nie przyznać do małego jakiego uchybienia; a jeśli jeszcze takiej zarzucisz jaką winę, której w istocie nie popełniła, to już taki na to podniesie lament, że nie daj Boże! Niechże, kto nie umie znieść takiego małego upokorzenia, nauczy się przynajmniej lepiej wglądać w siebie i nie polegać na owych rzekomych na modlitwie postanowieniach, bo w rzeczy samej postanowienia te nie były dziełem woli, która, gdy jest prawdziwa, inaczej zupełnie w skutkach się objawia, ale były tylko urojeniem wyobraźni, w której diabeł wyprawia harce i szalbierstwa swoje i łatwo może oszukać niebacznych, szczególnie niewiasty i ludzi nieoświeconych, nie umiejących rozróżniać działania wyobraźni od działania innych władz i tylu innych zawiłości serca ludzkiego. O, siostry, jakże jasno widać na was samych, które z was mają prawdziwą miłość bliźniego, a w których ta miłość nie jest tak doskonała! Gdybyśmy dobrze zrozumiały, jak wielka dla nas jest waga tej cnoty, wszystką wolę i usilność naszą skierowałybyśmy do jej nabycia.
11. Gdy znowu widzę inne dusze, tak zacietrzewione w przedmiocie swego rozmyślania i tak skrępowane na modlitwie, iż nie śmieją, rzekłbyś, i poruszyć się ani myśli na chwilę odwrócić, by snadź nie uroniło im się co z tej odrobiny uczuć pobożnych i smaków duchowych, które im na modlitwie przyszły, myślę sobie, że są to dusze, nie mające jeszcze ani pojęcia o prawdziwej drodze, którą się dochodzi do zjednoczenia, kiedy tak na własnych pociechach i słodkościach zasadzają całe swoje nabożeństwo. Nie tędy droga, siostry, nie tędy! Bóg żąda uczynków! Gdy widzisz siostrę chorą, której możesz przynieść ulgę, nie wahaj się ani na chwilę poświęcić dla niej nabożeństwo twoje; okaż jej współczucie; co ją boli, niech ciebie boli i jeśli dla posilenia jej potrzeba, byś sama sobie odmówiła pożywienia, ochotnym sercem to uczyń, nie tyle dla niej samej, ile raczej dla miłości Pana, który wiesz, że tego pragnie. To jest prawdziwe zjednoczenie, bo tu wola nasza jedno jest z wolą Jego. Podobnie, gdy kogo chwalą przed tobą, ciesz się z tego, jak gdyby ciebie samą chwalono. Nic w tym nie będzie ci trudnego, jeśli masz pokorę, owszem, przykro ci będzie słuchać pochwał, jakie ci oddają. A jak wielką jest cnotą cieszyć się z pochwał, oddawanych siostrze i z uznania jej cnót, tak również nie mniejsza jest zasługa boleć nad każdym niedostatkiem jej jakby nad własnym, i pokrywać go ile możności.
12. Powtarzam tu tylko pokrótce, co na innym miejscu obszerniej w tym przedmiocie mówiłam, a powtarzam dlatego, że widzę jasno i mam to przekonanie, iż gdyby między nami zabrakło tej miłości, całe nasze życie duchowe poszłoby wniwecz. Nie dajże Boże, by nas miało spotkać takie nieszczęście! Jeśli zaś będzie w was ta miłość prawdziwa, bądźcie pewne, że Pan w boskiej dobroci swojej nie odmówi wam tego zjednoczenia, o którym tu mówię. Inaczej choćbyście wszelkich na modlitwie doznawały pociech i słodkości, choćbyście nawet chwilami dostępowały modlitwy odpocznienia i małego jakiego zawieszenia władz (tak, iżby wam się zdawało, jak to się zdarza niejednej, żeście już doszły do szczytu), dopóki nie ma w was miłości bliźniego takiej, jaka być powinna, daleko wam, wierzajcie, do łaski zjednoczenia. Proścież Pana i błagajcie, aby wam dał tę doskonałą miłość bliźniego, a potem już zdajcie się na boską hojność Jego. Da On wam więcej niż same pragnąć zdołacie, jeśli z waszej strony staracie się i usiłujecie uczynić wszystko, co jest w możności waszej: gwałt zadając woli własnej, a czyniąc we wszystkim wolę sióstr, chociażby z uszczerbkiem tego, co wam się należy; nie dbając o pożytek własny, a myśląc tylko o pożytku ich, choćby się na to wzdrygała wasza natura, i biorąc na siebie, ile razy się zdarzy ku temu sposobność, trud i pracę, aby oszczędzić ich drugim. Nie sądźcie więc, by nabycie miłości nic was kosztować nie miało, by przyszła wam gotowa jak pieczone gołąbki do gąbki. Pomnijcie, ile Boskiego Oblubieńca naszego kosztowała miłość, którą nas umiłował, i jako dla wybawienia nas od śmierci sam poniósł śmierć, i to taką okrutną śmierć na krzyżu
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE PIĄTE
Rozdział 4
W dalszym ciągu objaśnia jeszcze tę modlitwę zjednoczenia. - Jak wielkiej potrzeba tu baczności, aby nas nie oszukał diabeł, czatujący na nas i usiłujący odwieść nas od zaczętej dobrej sprawy.
1. Pragniecie, zapewne, dowiedzieć się, gdzie się obraca nasza gołąbka i gdzie ma odpoczynek swój, skoro już wiemy, że nie może spocząć ani w smakach duchowych, ani w pociechach tej ziemi. Na to pytanie odpowiedzieć wam nie mogę, aż dopiero, gdy będę mówiła o mieszkaniu ostatnim. Daj Boże tylko, bym wówczas o tym pamiętała i miała swobodę do pisania. Blisko pięć miesięcy upłynęło, odkąd zaczęłam to pisanie, a nie mam głowy do odczytania tego, co napisałam; pewno więc w tym pisaniu moim pełno będzie nieładu i powtarzań. Ale mniejsza o to, wszak piszę dla sióstr moich.
2. Chcę wam tu bliżej jeszcze objaśnić, co rozumiem przez tę modlitwę zjednoczenia i wedle zwyczaju mego użyję do tego porównania. Potem szerzej jeszcze pomówimy o owym motylu naszym, który nigdzie na długo nie przysiadzie, bo nie znajduje w sobie prawdziwego odpocznienia (ale wciąż latając, i sobie, i drugim pożytek przynosi).
3. Słyszałyście pewno nieraz, jak Bóg poślubia sobie duchowo dusze ludzkie. Niech będzie błogosławione Jego miłosierdzie, iż tak się raczy poniżać! Jakkolwiek to niezręczne porównanie, nie widzę przecież innego, którym bym jaśniej zdołała wytłumaczyć, co mam na myśli, jak przez porównanie z sakramentem małżeństwa. Wielka wprawdzie zachodzi między jednym a drugim różnica, bo to, o czym tu mówię, to rzeczy na wskroś duchowe (przewyższają one małżeństwo ziemskie o tyle, o ile duch jest wyższy od ciała, także rozkosze, którymi Pan duszę tu napawa, o całe niebo są różne od rozkoszy, jakich używają złączeni związkiem małżeńskim). I miłość łączy się z miłością, i wszystkie działania i sprawy jej tak są niewypowiedziane czyste, subtelne i słodkie, że nie ma wyrazu na ich opisanie; ale Pan umie dać je bardzo wyraźnie uczuć duszy.
4. Otóż, o ile ja rzecz rozumiem, modlitwa zjednoczenia nie dochodzi jeszcze do tego szczytu małżeństwa duchowego; ale, jak tu na ziemi, gdy dwoje ludzi chce się połączyć węzłem małżeńskim, stara się naprzód poznać wzajemnie, czy jedno sprzyja drugiemu, czy może się zrodzić między nimi miłość wzajemna, i mają w tym celu wspólne schadzki i rozmowy, podobnie również przygotowuje się i owo duchowe małżeństwo. Zgoda zobopólna już stanęła; dusza już dokładnie poznała, kto jest Ten, z którym ma się połączyć, i jakie to dla niej szczęście wejść w tak wysoki związek. Ma więc niezachwiane postanowienie czynić we wszystkim wolę swego Oblubieńca i niczego nie zaniechać, w czym może Mu się stać przyjemną, a Pan ze swej strony, widząc w swojej boskiej wszechwiedzy rzetelność i szczerość takiego jej usposobienia, cieszy się nią i chcąc, aby się lepiej jeszcze o tym przekonała, w nieskończonym miłosierdziu swoim raczy niejako przybywać do niej na schadzkę i jednoczyć ją z Sobą. Tak możemy pojąć przebieg tej modlitwy zjednoczenia, choć wszystko to trwa krótką tylko chwilę. W tej boskiej schadzce niczego więcej nie bierze dusza, i niczego nie daje, jeno że w sposób niewypowiedzianie tajemniczy widzi jasno, kto jest ten Oblubieniec, którego ma poślubić. Nigdy, i w tysiąc lat nie zdołałaby za pomocą zmysłów i władz zrozumieć i poznać tego, co tu poznaje w jednej chwili. Bo taki to Oblubieniec, że sam już widok Jego i jedno nań wejrzenie czyni duszę godną tego, by Mu, jak to mówią, oddała rękę swoją. I tak z tej boskiej schadzki wychodzi w Nim rozmiłowana, że z swojej strony gotowa jest uczynić i czyni wszystko, co może, aby te jej niebieskie z Nim zrękowiny nigdy się nie zerwały. Lecz jeśliby ta dusza się opuściła i miłość swoją oddała komu lub czemu innemu, niż Jemu samemu, niechybnie straci wszystko, i będzie to strata tak niewypowiedzianie wielka, jak wielkimi były łaski, które jej ofiarował Oblubieniec, strata bez porównania większa, niż jakie bądź słowa wyrazić zdołają.
5. Przetoż dusze chrześcijańskie, o ile was Pan do tego wzniosłego stanu podnieść raczył, na miłość Jego proszę was, nie zaniedbujcie łaski wam darowanej, a przede wszystkim chrońcie się okazji, bo i na tym stopniu jeszcze dusza nie jest dość silna, by mogła na nie wystawiać siebie bezkarnie. Siły tej później dopiero nabędzie, gdy już dokona się małżeństwo, co  w dalszym dopiero, szóstym mieszkaniu nastąpi. Tutaj łączność z Oblubieńcem polega jeszcze na jednym tylko chwilowym widzeniu się, i diabeł wszelkich użyje sposobów, aby ją rozerwał i węzeł zadzierzgnięty potargał. Później dopiero, gdy węzeł ten się zacieśni, gdy ujrzy duszę całkiem już oddaną Oblubieńcowi, już nie ma takiej śmiałości i boi się przystąpić, bo ile razy spróbuje, tyle razy dowie się z własnego doświadczenia, że nic nie wskóra i ze wstydem i stratą sromotną odejść musi, a dusza, którą napastował, tym większą tylko z napaści jego korzyść odniesie.
6. Wierzcie mi, córki, znałam dusze bardzo uduchowione, które z łaski Pana doszły już do tego stanu, a potem jednak cofnęły się wstecz i diabeł chytrymi zdradami swymi znów je zdobył dla siebie. Snadź nie jeden diabeł, ale całe piekło sprzysięga się na tę zabójczą robotę, bo, jak to nieraz już mówiłam, gdy zdoła zgubić jedną taką duszę, nie ją jedną tylko zgubi, ale wielkie dusz mnóstwo. Ma diabeł nabyte już w tym względzie doświadczenie. Patrząc na te rzesze dusz, które Bóg nieraz za sprawą jednej świętej duszy pociąga do siebie, mamy, zaprawdę, za co chwalić wielmożność łaski Jego. Ileż to tysięcy dusz nawrócili męczennicy! Jaki świetny orszak panien świętych pociągnęła za sobą do Boga jedna taka mężna dzieweczka, jak święta Urszula! A zwłaszcza, kto zliczy to mnóstwo dusz, wydartych diabłu za sprawą takiego świętego Franciszka i świętego Dominika, i innych założycieli Zakonów, albo teraz świeżo za sprawą świętego Ignacego i tego Towarzystwa, któremu on dał początek! Skąd wszyscy ci święci mieli taką moc ku nawracaniu dusz? Nie skądinąd, jeno stąd, że każdy z nich - jak o tym przekonać się możemy czytając ich żywoty - otrzymawszy podobne łaski od Boga, wszelkich dokładał starań i usilności, aby nie postradał z winy swojej wysokiego dostojeństwa takich z Bogiem swoim zaślubin. O córki moje,  i dzisiaj Pan tak samo jest gotów użyczać nam tych łask, jak ich użyczał onym świętym, owszem, większą poniekąd ma dziś potrzebę takich dusz, które by łask tych pragnęły, bo bardzo dzisiaj umniejszyła się liczba tych, którzy by, jak oni święci, całych siebie dla chwały Jego poświęcić chcieli. Zbytnio dziś miłujemy samych siebie, zbytnia dziś roztropność i ostrożność nasza, byśmy snadź w czymkolwiek praw naszych nie uronili. O jakże wielki to błąd nasz! Niechaj Pan w miłosierdziu swoim raczy nas oświecić, byśmy nie wpadli w takie nieszczęsne ciemności!
7. Dwojaka tu jeszcze nasuwa się trudność i wątpliwość, którą mi zarzucić możecie. Pierwsza, że jeśli dusza tak jest, jak mówiłam, oddana woli Bożej i w niczym nie chce iść za wolą własną, jakim sposobem może jeszcze zbłądzić i ulec oszukaniu? A druga: jaką drogą może jeszcze diabeł znaleźć do was przystęp i zagrażać duszy waszej, skoro w takim tu żyjecie odosobnieniu od świata i w takim częstym uczestnictwie sakramentów, i w takim - rzec można - anielskim towarzystwie, gdyż z szczególnej łaski i dobroci Pana, żadna z nas tu niczego innego nie pragnie, jeno tego, by całą istnością swoją Mu służyła i była Mu przyjemną? Co innego ludzie, żyjący na świecie i uplatani w okazje do grzechu, tych diabeł łatwo podejdzie, ale jakim sposobem może się do nas zakraść? Prawda, córki, wielkie Bóg okazał nad nami miłosierdzie swoje, ale gdy wspomnę, że i Judasz należał do grona Apostołów, że codziennie przestawał z Bogiem samym i słuchał Bożych słów Jego, wtedy widzę to jasno i rozumiem, że nigdzie, nawet wśród tych wysokich łask tego piątego mieszkania nie ma dla nas bezpieczeństwa.
8. Odpowiadając więc na pierwszą wątpliwość twierdzę, że gdyby dusza zawsze była zjednoczona z wolą Bożą, rzecz jasna, że nigdy by zbłądzić ani zginąć nie mogła. Ale podchodzi ją diabeł swymi subtelnymi fortelami, i pod udanym pozorem dobrego, po cichu i nieznacznie, pociąga ją naprzód do małych niewierności, potem namawia do większych, wmawiając w nią, że nic w nich nie ma złego, za czym powoli rozum jej zaciemnia i wolę oziębia, i starą miłość własną do życia pobudza, aż tak, krok z krokiem oddali się od woli Bożej, a przystanie do swojej.
W tym już się zawiera odpowiedź i na drugi zarzut wasz, bo nie ma zamknięcia tak ścisłego, do którego by diabeł się nie wcisnął, ani puszczy tak odludnej, do której by nie trafił. A nadto, dodam jeszcze, może się to dzieje z dopuszczenia Pana samego, dla wystawienia na próbę tej duszy, którą powołuje do tego, aby była światłem dla drugich; boć lepiej, jeśli już ma być niedobra, żeby się taką okazała zaraz z początku, niż później dopiero, gdy już wiele szkody w duszach narobi.
9. Na uchronienie się od tych niebezpieczeństw diabelskich (oprócz ustawicznej, nasamprzód błagalnej modlitwy do Boga, aby On nas trzymał w mocnych rękach swoich; oprócz ciągłej pamięci na tę prawdę niezawodną, że jeśli On nas opuści, tejże chwili zapadamy się w przepaść; i wreszcie oprócz takiego przeświadczenia o własnej nędzy naszej, iżbyśmy nigdy w niczym nie polegali na samych sobie, co byłoby istnym szaleństwem), nie znam środka pewniejszego nad ten, byśmy z szczególną nieustającą pilnością i bacznością zważali na siebie, jak postępujemy w cnotach, czy nam ich przybywa, czy też ubywa, a zwłaszcza pod względem miłości zobopólnej i szczerego pragnienia, aby nas wszyscy mieli za najmniejszych i ostatnich, i doskonałego, o ile zdołamy, pełnienia powszednich obowiązków naszych. Tak badając siebie i Pana błagając, aby nas oświecił, łatwo od razu ujrzymy zyski nasze i straty. Nie sądźcie zresztą, by Bóg, gdy wyniesie duszę na tak wysoki szczebel, tak ją wypuszczał ze swej opieki, iżby diabeł, chcąc ją oszukać i skusić, łatwą miał z nią robotę; boska miłość Jego tak dba o tę duszę i tak na wszelki sposób pragnie uchronić ją od zguby, iż niezliczone wciąż zsyła jej wewnętrzne natchnienia i przestrogi, w świetle których dusza nie może, choćby nawet chciała, ukryć przed sobą, jeśli w czym jaką szkodę poniosła.
10. Ostatecznie więc niech ten będzie wniosek z wszystkiego, byśmy się starali o ciągły postęp w cnotach; jeśli nie ma w nas tego zapału, słusznie lękać się powinniśmy, że nam diabeł chce w czym nogę podstawić. Bo i niepodobna, aby dusza, doszedłszy do tej wysokości, ustała kiedy w ciągłym udoskonalaniu się. Miłość prawdziwa nigdy nie próżnuje, to więc bezczynne stanie na miejscu byłoby złym znakiem. Dusza, która za cel sobie zakłada stać się oblubienicą Boga samego, która dostąpiła zaszczytu obcowania z Boskim Jego Majestatem, która już na takie wysokie, jak je opisałam, szczyty wstąpiła, nie może zasypiać w bezczynności.
A iżbyście zobaczyły, córki, jak Pan poczyna sobie z duszą, którą już przyjął sobie za oblubienicę, przeto wprowadzę was teraz do mieszkania szóstego. Tam się przekonacie, jak małą i marną jest rzeczą wszystko, czymkolwiek zdołamy usłużyć Panu i ucierpieć dla Niego, w porównaniu z nieogarnioną wielkością tych łask, do otrzymania których tą maluczką pracą i cierpieniem naszym się sposobimy. Snadź też może dlatego Pan zrządził, że mi kazano pisać o tych rzeczach, abyśmy, mając przed oczyma taką nagrodę i poznając takie bez miary i granic miłosierdzie Jego, z którego raczy udzielać i objawiać siebie nam nędznym robakom - zapomnieli już o własnych poziomych przyjemnostkach naszych i z oczyma utkwionymi w boskiej Jego wielmożności, miłością zapaleni, biegli do Niego.
11. Niech łaska Jego raczy to sprawić, bym zdołała choć w cząstce jakiej objaśnić wam rzeczy tak trudne; bo jeśliby On sam i Duch Święty nie prowadzili mego pióra, rzecz pewna, że byłoby to zadanie niepodobne. Lecz gdyby z tego, co piszę, nie miało być dla was pożytku, niechaj mi, błagam Go, nie da napisać ani słowa; boć wiadomo boskiej wszechwiedzy Jego, że ile rozumiem sama z siebie, niczego innego nie pragnę, jeno tego, by było pochwalone Imię Jego i byśmy usiłowali służyć takiemu Panu, który tak hojnie płaci już tu na ziemi. Możemy się z tego dorozumiewać, jak wielka będzie ta zapłata, którą nam gotuje w niebie, nie chwilowa już tylko i z przerwami, jak w tym życiu, ale wiecznie nieustająca i niezmienna, i wolna od tych utrapień i niebezpieczeństw, wśród których, jakby na morzu wzburzonym, płynie to ziemskie życie nasze. O, gdyby me te niebezpieczeństwa, gdyby nie ta obawa, że możemy jeszcze obrazić Go i stracić, prawdziwą rozkoszą byłoby żyć tutaj aż do końca świata, by pracować i cierpieć dla miłości takiego wielkiego Boga i Oblubieńca.
Obyśmy z łaski i miłosierdzia Jego stały się godne w czymkolwiek Mu usłużyć już bez tych uchybień i niedostatków, których pełne są i najlepsze uczynki nasze, amen.
 
 
   Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 1
Mówi, że wraz z większymi łaskami, których Bóg zaczyna duszy użyczać, wzmagają się także jej cierpienia. - Jakie to cierpienia i jak się w nich zachowują ci, którzy już weszli do tego mieszkania szóstego. - Przestrogi pożyteczne dla dusz cierpiących utrapienia wewnętrzne.
1. Już więc, za łaską Ducha Świętego, zacznijmy mówić o mieszkaniu szóstym. Dusza ta, od owego pierwszego ujrzenia Oblubieńca miłością Jego zraniona, pragnie i szuka sposobu zostawania dłużej na samotności i stara się, o ile obowiązki jej stanu na to pozwalają, uchylić się od wszystkiego, co by jej tę samotność zakłócić mogło.
Widzenie Oblubieńca tak głęboko pozostało w niej wyryte, że całym pożądaniem serca swego tęskni do Niego, aby się znowu Nim cieszyć mogła. Właściwie jednak nie jest to rzeczywiste widzenie; na tym stopniu modlitwy, jak już mówiłam, dusza ani oczyma, ani wyobraźnią nic nie widzi, co by się mogło zwać widzeniem. Używam tu tylko tego wyrazu, trzymając się tegoż samego porównania, którym od początku rzecz całą objaśnić usiłuję. Już dusza tu niezachwiane ma postanowienie, że żaden inny nie będzie jej oblubieńcom, jeno Pan, ale jeszcze Oblubieniec, choć widzi gorące pożądanie jej, opóźnia chwilę zaślubin, aby ich jeszcze goręcej pragnęła, aby też nieco własnej pracy i własnego dobra nałożyła dla osiągnięcia tego dobra nad wszystkie dobra. A choć wszystko, cokolwiek z siebie uczynić czy ucierpieć może, mało albo nic nie znaczy w porównaniu z takim zyskiem ogromnym, wszakże niełatwo, upewniam was, córki, zniosłaby utrapienia i krzyże, jakie ją czekają, gdyby jej Pan nie był posilił wstępnym widzeniem i zadatkiem uszczęśliwienia, jakiego dostąpi. O Boże wielki, ileż to i jak ciężkich utrapień, i wewnętrznych i zewnętrznych, musi wycierpieć dusza, zanim wejdzie do mieszkania siódmego!
2. Nieraz, gdy się nad tym zastanawiam, strach jakiś mię ogarnia i myślę sobie, że gdyby dusza wiedziała naprzód, co ją czeka, z największą chyba trudnością przyrodzona jej słabość ludzka odważyłaby się na podjęcie i zniesienie takich cierpień, chociażby one największe przedstawiały korzyści. Co innego, gdy dojdzie się już do mieszkania siódmego, tam już niczego się nie lęka, owszem, nie ma takiego cierpienia, na które by się sama wielkim i ochotnym sercem nie oddała dla miłości Boga. A pochodzi to stąd, że tam już żyje w najbliższym, zawsze prawie nieprzerwanym zjednoczeniu z Boskim Majestatem, z którego płynie ta jej odwaga.
Nie będzie chyba od rzeczy, że wam opiszę niektóre z utrapień, przez które, jak o tym wiem z pewnością, przechodzi się w tym szóstym mieszkaniu. Może nie wszystkie dusze Pan tą drogą prowadzi, wątpię jednak, by którakolwiek z tych, którym dano jest od czasu do czasu w tak wysokiej mierze używać rozkoszy niebieskich, wolna była od przychodzących na nią, w ten czy w inny sposób, utrapień i gorzkości ziemskich.
3. Nie miałam wprawdzie zamiaru dotykać tego przedmiotu, ale przyszło mi na myśl, że dla niejednej duszy, zostającej w tym stanie, wielką to może być pociechą, gdy się dowie, co się dzieje w duszach, którym Bóg podobnych łask użycza. Utrapienia te bowiem nieraz dochodzą do takiego stopnia, że duszy nimi dotkniętej prawdziwie się zdaje, że już wszystko stracone. - Nie będę wymieniała tych cierpień w porządku, w jakim zwykły po sobie następować, jeno w miarę, jak mi które przyjdzie na pamięć. Zacznę od najmniejszych, a do nich najpierw zaliczam szemrania i sądy ludzi, wpośród których ta dusza żyje, albo i takich, z którymi żadnej nie ma styczności i którzy, zdawałoby się, mogliby zgoła nie wiedzieć o jej istnieniu. Mówią więc: "jak to udaje świętą"; "jakie dziwactwa wyprawia dla oszukania świata, dla wyniesienia siebie nad drugich, przecież wielu chrześcijan jest lepszych od niej bez tych nadzwyczajności". Trzeba tu zważyć, że w tym, co ona czyni, nic nie ma nadzwyczajnego ani żadnej przesady, że wprost przeciwnie stara się dobrze wypełniać zwykłe obowiązki swego powołania. Ci, nawet których poczytywała za przyjaciół, odwracają się od niej i najostrzej ją sądzą, i od nich właśnie najwięcej ma do cierpienia, mówią bowiem oni: "wyraźnie ta dusza idzie na zgubę i oszukuje sama siebie"; "widocznie diabeł ją opanował"; "będzie z nią tak samo jak z tą lub ową, która tą drogą poszła na zatracenie"; "postępowaniem swoim pobożność i cnotę podaje w poniewierkę i zwodzi spowiedników swoich", których też ostrzegają, aby się mieli z nią na baczności, przytaczając różne przykłady, jako niejedna już w ten sposób zginęła; słowem, wszelkiego rodzaju obmowy i podejrzenia na nią rzucają.
4. Znam jedną, z którą aż do tego doszło, że słusznie mogła się obawiać, czy znajdzie jeszcze kapłana, który by zechciał ją spowiadać; wiele byłoby o tych przejściach jej do powiedzenia, ale wolę się nad tym nie zatrzymywać. A najgorsze to, że podejrzenia te i sądy nie są rzeczą chwilową tylko, ale nieraz całe życie tę biedną duszę prześladują, bo jeden drugiemu podaje niekorzystne swe o niej uwagi i radzi unikać towarzystwa osoby tak szkodliwej.
Ale, powiecie może, znajdą się przecie i tacy, co ją pochwalą. - O córki, jakże mało ich jest, którzy by sprawiedliwie i z należnym uznaniem osądzili sposób postępowania takiej duszy w Bogu żyjącej, w porównaniu z mnóstwem tych, którzy na nią patrzą ze wstrętem i odrazą! A potem i sameż pochwały, jeśli kiedy z nimi się spotka, większym jeszcze dla tej duszy są utrapieniem, niż wszelkie sądy krzywdzące, bo widzi jasno, że jeśli jest w niej co dobrego, nie jest to ani w cząstce najmniejszej jej zasługą, tylko darem Boga, bo przecież jeszcze niedawno przedtem leżała pogrążona w nędzy duchowej i w ciężkich grzechach. Przynajmniej z początku mękę cierpi, gdy słyszy, że ludzie ją chwalą, później bowiem z mniejszą przykrością już to znosi, uspokajając siebie następującymi czterema racjami. Pierwsza ta, że w miarę, jak nabywa więcej doświadczenia, przekonywa się jasno, że ludzie z równą łatwością mówią dobrze o drugich, jaki i źle, że zatem, jak na nagany tak i na pochwały ich nie ma co zważać. Po wtóre, w oświeceniu wewnętrznym, którego Pan jej stopniowo coraz pełniej użycza, poznaje coraz wyraźniej, że wszelka cnota jej nie z niej samej pochodzi, jeno z daru łaskawości boskiej, więc tak się na nią zapatruje, jak gdyby ją widziała w kim innym, a nie w samej sobie, i nie myśląc o sobie, obraca ją wyłącznie na chwałę Boga. Po trzecie, jeśli z łask, jakich Pan jej użycza, inne dusze odniosły jaki pożytek, tłumaczy to sobie tak, że Bóg w łaskawości swojej dopuścił to dobro ich, używając jej za środek do ich postępu. Po czwarte na koniec, że ma ona już jedynie na celu cześć i chwałę Bożą, a nic nie dba o swoją i tym samym wolna jest od pokusy, która ją trapiła z początku, to jest od obawy, by pochwały jej oddawane nie stały się dla niej, jak stały się dla niejednej, przyczyną upadku; nie troszczy się więc o to, czy ludzie ją szanują, czy też nią gardzą, byleby, w zamian za poniżenie swoje, choć jednej duszy stała się pobudką do chwalenia Boga, a z nią samą niech się dzieje co chce.
5. Za pomocą takich i innych tym podobnych tłumaczeń przykrość, jaką jej sprawują pochwały ludzkie, staje się mniej dotkliwa, choć zawsze do pewnego stopnia ją czuje, chyba że zdoła zupełnie na te pochwały nie zważać. Ale bądź co bądź, widzieć siebie tak niezasłużenie poczytywaną przez ludzi i ogłaszaną za dobrą i cnotliwą, jest to dla duszy cierpienie bez porównania większe, niż wszelkie wyżej wspomniane posądzenia i potępienia. A gdy już dojdzie do tego, że potrafi nie zważać zupełnie na okazywane jej oznaki czci i szacunku, wtedy tym bardziej jeszcze nic nie zważa na wszelkie wyrządzane jej krzywdy i obelgi, owszem, raczej raduje się z nich i brzmią one słodko w jej uszach jakby harmonia pięknej muzyki. Prawda to niezawodna; poniewierki wszelkie i poniżenia nie przygnębiają jej ducha, ale go, przeciwnie, pokrzepiają, bo doświadczenie już ją nauczyło, jak wielkie tą drogą osiąga zyski i korzyści. Za czym już i nie sądzi, by ci, którzy ją prześladują, obrażali Boga; w prześladowaniach tych widzi tylko miłościwe dla dobra jej zrządzenie boskiej łaskawości Jego. Mając zaś to jasne poznanie, że przeciwnicy napaściami swymi pomagają jej do postępu w cnotach, serdeczną, najczulszą ogarnia ich miłością, bo w jej przekonaniu, nieprzyjaciele ci, dając jej sposobność do zaskarbienia sobie tak wielkich zasług, mocniej i lepiej ją kochają niż ci, którzy jej szacunek okazują i głoszą jej pochwały.
6. Różne choroby, nawet najcięższe, zwykł także Pan dopuszczać na duszę do tego stanu podniesioną. Jest to cierpienie o wiele większe od poprzedniego. Towarzyszą mu bóle bardzo dotkliwe, które, gdy dojdą do najwyższego stopnia ostrości, nie sądzę, by mógł być większy ból zewnętrzny na ziemi, choćby wziąć w porównanie wszelkie inne, choćby naj gwałtowniejsze. Bóle te, trapiąc zewnątrz i wewnątrz całego człowieka, tak gnębią duszę, że nie wie sama, co z sobą począć; chętnie zgodziłaby się ponieść raczej choćby najsroższe, prędko kładące koniec życiu, męczeństwo, niż takie bóle cierpieć. Wprawdzie w tej najostrzejszej, krańcowej formie swojej trwają one niedługo; Bóg też nie da człowiekowi cierpieć więcej nad to, co może, i w boskiej dobroci swojej użycza mu najpierw łaski cierpliwości; ale inne, przy tym bardzo dojmujące boleści i wszelkiego rodzaju niemoce zsyła prawie bez przerwy.
7. Znam osobę, która prawdziwie może powiedzieć o sobie, że od chwili, jak Pan zaczął jej użyczać łaski, o której tu mowa, to jest od czterdziestu lat, dnia jednego nie miała bez boleści i innych różnego rodzaju cierpień cielesnych skutkiem zniszczonego jej zdrowia, nie wspominając już o innych ciężkich utrapieniach. Prawda, że przedtem była bardzo niecnotliwa i w porównaniu z piekłem, na które zasłużyła, wszystkie one cierpienia wydawały się jej drobnostką. Inne dusze, które nie tak ciężko Go obrażały, Pan może inną drogą prowadzi; ja dla siebie wybrałabym zawsze drogę cierpienia, choćby dla tego samego, że cierpiąc, naśladujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa; prócz tego i wiele innych jeszcze korzyści cierpienie nam przynosi.
Cóż dopiero mówić o cierpieniach wewnętrznych? Gdybym zdołała opisać je dokładnie, tamte zewnętrzne, wobec nich wydałyby się małe; ale niepodobna wyrazić słowy, jak te cierpienia duszę nękają i dręczą.
8. Wspomnę tu najpierw o męce, jaką cierpi taka dusza, gdy natrafi na spowiednika małodusznego, który nie mając doświadczenia dróg życia wewnętrznego i spostrzegłszy tu rzeczy niezwyczajne, wszystkiego się lęka, o wszystkim wątpi, we wszystkim widzi niebezpieczeństwo. Jeśli nadto w duszy, w której się dzieją takie rzeczy niezwyczajne, dostrzeże jakąś niedoskonałość (snadź wyobraża sobie, że komu Bóg podobnych łask użycza, ten powinien być aniołem, co przecież jest niemożliwe, dopóki dusza żyje w tym śmiertelnym ciele), od razu i z góry potępia wszystkie te objawy nadprzyrodzone, przypisując je diabłu albo chorobliwemu rozdrażnieniu i melancholii. W gruncie nie dziwię się temu, bo tak dziś na świecie pełno jest złego i tyle za sprawą tej melancholii i chorobliwych jej urojeń diabeł duszom szkód wyrządza, że słusznie spowiednicy nie dowierzają podobnym objawom i jak największą względem nich zachowują ostrożność. Ale biedna ta dusza, która i tak już lęka się o siebie, gdy przystępując do spowiednika jako do swego sędziego, usłyszy z jego ust taki wyrok potępienia; nie może nie doznać wielkiego udręczenia i trwogi, które taką jej mękę wewnętrzną sprawiają, jakiej, kto jej sam nie doświadczył, ani przedstawić sobie nie zdoła. Tym sroższe to dla niej cierpienie, że sądzi, iż dla jej niecnotliwego przedtem życia. Bóg za karę dopuścił na nią zmamienie diabelskie. Bo chociaż w chwili, gdy Pan jej daje tę łaskę, spokojna jest i ani jej podobna przypuścić, by była to sprawa ducha złego i by łaska ta mogła pochodzić skądinąd niż od Boga, wszakże gdy już przeminie, a przemija bardzo prędko, pamięć zaś na grzechy swoje nigdy w niej nie ustaje, a nadto widzi jeszcze codzienne uchybienia swoje - bo na tych nigdy nie zbywa - zaraz męka owa się wznawia. Jeśli spowiednik dodaje jej otuchy, uspokaja się, choć do czasu tylko, bo trwoga zawsze powraca; ale jeśli miast uspokojenia, sam jeszcze jej strachu dodaje, wtedy już udręczenie jej staje się wprost nieznośne, zwłaszcza jeśli do tego przyłączą się oschłości, dochodzące nieraz do tego stopnia, że zdaje jej się, iż nigdy jeszcze, jak żyje, nie podniosła myśli do Boga i nigdy podnieść nie potrafi; gdy zaś jej mówią o boskich wielmożnościach Jego, mowa ta wydaje się jej jakby głuchy jakiś szmer nieuchwytnego opowiadania o kimś bardzo dalekim.
9. Wszystko to jednak byłoby jeszcze niczym, gdyby nie ta myśl dręcząca, która ją wciąż prześladuje, że nie umie zdać spowiednikom dokładnej sprawy z wewnętrznego stanu swego, że tylko ich oszukuje, i jakkolwiek najpilniej roztrząsa sumienie swoje, tak iż żadnego nie pominie, mimowolnego nawet poruszenia, żeby go nie wyznała, wszystko to przecież nie zdoła jej uspokoić. Rozum jej w takie popadł zaćmienie, że nie jest zdolny rozróżnić i poznać prawdy, tylko wierzy ślepo, cokolwiek mu nasunie wyobraźnia (ona sama w takich chwilach jest panią), a diabeł, snadź z dopuszczenia Pana, chcącego tym sposobem wystawić duszę na próbę, zarzuca ją tysiącem niedorzecznych myśli i wmawia w nią, że już jest odrzucona od Boga. Uciski te wewnętrzne taką jej zadają mękę dojmującą i nieznośną, że nie wiem, z czym bym ją porównać mogła, chyba tylko z mękami, które potępieni cierpią w piekle; bo jak na męki piekielne, tak i na tę zawieruchę wewnętrzną żadnej znikąd nie ma pociechy. Daremnie dusza szuka jej u spowiednika; spowiednik, rzekłbyś zmówił się z czartami na większe jeszcze jej udręczenie. Tak np. spowiednik pewnej osoby, widząc tę duszę w takiej męce, bojąc się, by tyle naraz katuszy wewnętrznych nie skróciło jej życia (gdy nieco pierwsza gwałtowność ucisków zelżała), polecił jej, by mu dawała znać, ile razy będzie w takim stanie; rychło się jednak przekonał, że to rzecz daremna, bo nadmiar cierpienia tak biedną obezwładnił, że niepodobna jej było spełnić tego polecenia. Daremnie jej również w takim stanie szukać ulgi i pociechy w czytaniu pobożnym; zdarza się wtedy, że wziąwszy do ręki książkę pisaną we własnym jej rodzimym języku i choć dobrze umie czytać, przecież nic nie rozumie tego, co czyta, jak gdyby ani jednej litery nie znała; do tego stopnia umysł pod naciskiem tego bólu traci przytomność i możność zastanowienia się nad czymkolwiek.
10. Słowem, dopóki trwa ta burza, żadnej na nią nie ma rady, tylko czekać zmiłowania Bożego, które w chwili, kiedy dusza najmniej się tego spodziewa, jednym słowem swoim lub zewnętrznym jakim, jakby przypadkiem, zrządzeniem, tak nagle i tak zupełnie tę nawałność uśmierza, że mogłoby się zdawać, iż w tej duszy, zalanej teraz światłością słońca Bożego i niewypowiedzianej pociechy, żadna nigdy chmurka nie powstała. I jak żołnierz, który wyszedł zwycięsko ze śmiertelnego boju, dusza ta teraz wysławia i dzięki czyni Panu, który sam w niej i za nią walczył i dał jej zwycięstwo; bo jasno to widzi, że sama nie walczyła, że wszystek oręż, jakim mogła się bronić, dostał się był niejako w ręce przeciwnika; za czym poznaje tym jaśniej własną nędzę swoją i jak mało albo nic nie zdołałaby uczynić sama z siebie, gdyby Pan ją wypuścił z obrony swojej.
11. Nie potrzeba jej już chyba długiego zastanawiania się, aby zrozumiała tę prawdę; przekonała się o niej z własnego doświadczenia; zupełna ta niemoc i bezwładność, w jakiej zostawała, jasnym jej jest dowodem nicości i nędzy. A łaska (choć z pewnością nie była jej ani na chwilę pozbawiona, bo w ciągu całej tej zawieruchy niczym nie obraża Boga i za nic w świecie nie chciałaby Go obrazić) tak głęboko gdzieś jest w niej ukryta, że nie czuje w sobie ani jednej iskierki miłości Bożej. Jeśli kiedy uczyniła co dobrego albo jakiej z miłosierdzia Boga dostąpiła łaski, wszystko to teraz wydaje się jakby snem tylko i urojeniem; grzechy tylko swoje widzi z pewnością, że je popełniła.
12. O Jezu, jakże godna pożałowania ta dusza tak opuszczona i żadnej sobie - jak mówiłam - pociechy na tej ziemi znaleźć nie mogąca! Nie sądźcie więc, siostry, jeślibyście kiedy znalazły się w podobnym stanie, byście łatwiej zdołały uśmierzyć w sobie te cierpienia, gdybyście miały dostatki i życie swobodniejsze. Bynajmniej, córki, bo jak potępionym w piekle, choćbyś ofiarował wszystkie rozkosze, jakie są na świecie, żadnej by to ulgi nie przyniosło, owszem, spotęgowałoby jeszcze ich mękę, tak i tu jest w tym utrapieniu duszy; pochodzi ono z nadziemskiego źródła i żadna rzecz ziemska nic na nie nie poradzi. Chce ten wielki Bóg przywieść nas tą drogą do uznania nieograniczonej nad nami władzy Jego i własnej nędzy naszej; a dwojakie to uznanie bardzo nam potrzebne jest do tego, co Pan dalej w nas zdziałać zamierza.
13. Cóż więc pocznie ta biedna dusza, gdy ta męka jej na kilka dni albo i dalej się przedłuża? Bo jeśli się modli, jest to, jak gdyby się nie modliła, tak ta modlitwa nie wnika do wnętrza, za czym i żadnej nie może jej dać pociechy. Gdy modli się ustnie, sama nie rozumie, co mówi; na modlitwę wewnętrzną tym bardziej w takim stanie nie pora, kiedy władze duszy niezdolne są skupić się i rozmyślać. Samotność, zamiast pożytku, przynosi jej szkodę, a przy tym jednak towarzystwo i rozmowa z innymi nową jej tylko mękę sprawiają. I tak, choć walczy z sobą i robi, co może, aby przezwyciężyć (s.333) siebie, nie uleczony nosi w sobie niesmak i ciężkość, które i na zewnątrz bardzo wyraźnie się objawiają.
A czy zdoła w tym stanie opisać, co jej jest? - Nie zdoła, gdyż są to męki i cierpienia duchowe, na określenie których mowa ludzka nie ma wyrazu. Najlepszy jeszcze, zdaniem moim, sposób (nie na oddalenie tego cierpienia, bo takiego nie znam, ale przynajmniej na uczynienie go możliwym do zniesienia), to zajęcie się uczynkami miłosiernymi i ufanie w miłosierdzie Boga, który nigdy nie opuszcza tych, co w Nim nadzieję swą pokładają. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen.
14. O innych udręczeniach zewnętrznych za sprawą czartów powstałych, nie mam tu potrzeby się rozwodzić; nie są one, jak sądzę, tak częste, w każdym razie przynajmniej nie są po większej części tak głęboko dojmujące. Jakkolwiek by diabeł wytężał wszystką złość i siłę swoją, nie zdoła on jednak, jak mnie się zdaje, tak obezwładnić władz duszy ani takiego w niej sprawić strwożenia. W każdym razie, rozum tu na tyle zachowuje swobodę swoją, że widzi i wie, iż diabeł nic więcej uczynić nie może nad to, co mu Pan pozwoli; a póki rozum jest swobodny i przytomny, wszelkie inne cierpienia mało znaczą w porównaniu z tymi, o których wyżej była mowa.
15. Co do innych jeszcze cierpień wewnętrznych, opiszę je po kolei w dalszym ciągu tego mieszkania, objaśniając różne stopnie modlitwy i łaski, jakich Pan tu użycza. Cierpienia te, choć niektóre z nich ostrzejszy niż poprzednie ból zadają, jak o tym świadczy samo wyczerpanie, w jakim pozostawiają ciało, rzeczywiście jednak nie zasługują na nazwę cierpienia i niewłaściwie tak je nazywamy, gdyż są to raczej wielkie łaski od Pana i dusza, choć cierpi, czuje przecież całą wielkość tej łaski, bez żadnego porównania przewyższającej wszelką jej zasługę. Największe z tych cierpień, w towarzystwie wielu innych, przychodzi w chwili, gdy dusza już ma wnijść do mieszkania siódmego. Opiszę tu niektóre tylko z tych cierpień, bo wszystkich niepodobna, tym bardziej, że niepodobna również dać o nich zupełnie jasnego pojęcia. Są one bowiem innego rodzaju i o wiele wyższego niż opisane poprzednio; a jeśli o tych ostatnich, choć niższe są, niewiele powiedzieć zdołałam, tym bardziej więc o tamtych dokładnie i z zupełną jasnością mówić nie potrafię. Niechaj Pan w tym, jak we wszystkim, wspiera nas łaską swoją, przez zasługi Syna swego, amen.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 2
Mówi o różnych sposobach, jakimi Pan rozbudza duszę; są to łaski niewypowiedzianie wielkie i rzeczy wzniosie, ale dusza nie powinna się ich lękać.
1. Mogłoby się zdawać, że daleko odeszliśmy od gołąbki naszej, ale tak nie jest, bo właśnie te cierpienia, o których mówiliśmy, podnoszą ją do tym wyższego wzlotu.
Teraz już przystępuję do objaśnienia, jak sobie z nią poczyna Oblubieniec i jak przed ostatecznym przyjęciem jej za swoją, uczy ją wpierw pragnąć coraz goręcej łaski tych boskich zaślubin. Używa do tego sposobów tak nieuchwytnie duchowych, że ich dusza sama nie rozumie, i ja też, jak sądzę, nie zdołam wytłumaczyć ich w sposób zrozumiały, chyba dla takich tylko, którzy sami przez to przechodzili. Są to porywy miłosne tak subtelne i całkiem wewnętrzne, z samej głębi duszy wynikające, iż żadnego nie widzę porównania, które by mogło dać odpowiednie o nich pojęcie.
2. W niczym one niepodobne do innych uczuć pobożnych i pociech, na jakie sami z siebie zdobyć się zdołamy, niepodobne nawet do owych smaków duchowych, o których wyżej była mowa. Nieraz w chwili, gdy dusza najmniej się tego spodziewa, gdy zgoła nie myśli o Bogu, Pan nagle swoją boską mocą ją budzi, jakby jasny meteor na chwilę się ukazujący, jakby uderzenie gromu, tylko bez huku żadnego ni łoskotu; dość, że dusza wie i czuje, że usłyszała wezwanie swego Boga i tak wyraźnie to czuje, że nieraz, w początkach zwłaszcza, przerażona tym niespodzianym wezwaniem, drży cała i żali się nawet, choć bólu żadnego nie doznaje. Wyraźne ma uczucie rany jej zadanej, rany nad wyraz słodkiej; kto ją zranił i jak, tego nie wie, ale to jasno widzi, że jest to rzecz niewypowiedzianie kosztowna i droga, i chciałaby nigdy nie być wyleczona z tej rany. Skarży się w słowach miłością płonących, wyraźnie nawet usty je wymawiając Oblubieńcowi swemu, i więcej nad to nic uczynić nie może; bo choć czuje bliskość Jego, nie raczy jeszcze objawić jej się w sposób taki, by mogła się cieszyć Jego widokiem. Jest to wielkie dla niej cierpienie, choć słodkie przy tym i wdzięczne; chociażby chciała uwolnić się od niego, nie może, ale nigdy by tego nie chciała. Cierpienie to nierównie większą rozkosz jej sprawia, niż owe słodkie, bez żadnego cierpienia, upojenie, które towarzyszy modlitwie odpocznienia.
3. Wysilam się, siostry, aby wam wytłumaczyć to działanie miłości, a przecież nie wiem, jak to wytłumaczyć; bo zdawać się może, że tu zachodzi sprzeczność, gdy z jednej strony Umiłowany jest razem z duszą, a z drugiej strony przecież wzywa ją jakoby, aby poszła do Niego, i to znakiem tak wyraźnym, że żadnej dusza wątpliwości mieć nie może, i głosem tak przenikającym do jej umysłu, że niepodobna, aby go nie usłyszała. Snadź Oblubieniec, z swojego w siódmym mieszkaniu przybytku, nie chce jeszcze wyraźnymi słowy przemówić, ale sam już głos Jego (choć jeszcze niezrozumiały) tak potężne wywiera wrażenie, że wszystka w dalszych mieszkaniach czeladź i zmysły, i wyobraźnia, i władze umilkną i ruszyć się nie ważą.
O mocny mój Boże, jakże głębokie są tajemnice Twoje i jakże niewypowiedzianie różnią się sprawy ducha Twego od wszystkiego, cokolwiek tu na ziemi widzieć możemy i zrozumieć, kiedy żadne porównanie z rzeczy ziemskich wzięte nie zdoła nam wytłumaczyć nawet tej łaski, tak małej przecież w porównaniu z tymi cudami większych łask, które Ty w duszach sprawujesz!
4. Głos Oblubieńca w taki zachwyt tę duszę wprawia, że cała ustaje od żądzy nieugaszonej, a przecież sama nie wie, o co prosić ma, bo wyraźnie to czuje, że Bóg jej jest z nią i przy niej obecny.
Ale powiecie, że jeśli to czuje, czegóż więc jeszcze pragnie, i co jej jeszcze może sprawiać cierpienie, i jakiego jeszcze większego może chcieć szczęścia? - Nie wiem; to tylko wiem, że tu cierpi ból jakby przeszywający wnętrzności i że Ten, który jej zadał tę ranę, wyciąga z niej strzałę swoją i odczuwa, że razem z nią i same wnętrzności wyrywa, tak głęboki jest i przenikający ból miłości, którego od tej rany doznaje. Przychodzi mi na myśl, czy to może z ognia tego ogniska przedwiecznie płonącego, którym jest Bóg mój, iskierka jaka padając na duszę daje jej bolesne uczucie potęgi tego pożaru, a że jeszcze jest niezdolna, by ją pochłonęła całą, pozostawia ją z tym bólem tak rozkosznym, który jej samym dotknięciem swoim zadała? Zdaje mi się, że natrafiłam tu na porównanie, nad które nie zdołałabym wynaleźć trafniejszego. Ból ten tak dziwnie słodki - że i na nazwę bólu nie zasługuje - nie zawsze jest jednakowy; czasem trwa długo, czasem przemija w jednej chwili, jak się spodoba Panu, bo własnym staraniem, czy jaką bądź ludzką drogą, wywołać go niepodobna; ale i wówczas, gdy dłużej trwa, ból ten to umniejsza się, to zwiększa. Słowem, nigdy nie pozostaje w jednym stanie i dlatego nigdy nie pochłania całej duszy, bo w chwili, gdy już zdaje się, że cała spłonie, iskierka ona gaśnie, pozostawiając w duszy tylko tęsknotę do ponowienia się tego bólu miłosnego, który w niej sprawiła.
5. Tutaj już nie ma potrzeby dochodzić, czy to, co się dzieje w duszy, nie jest skutkiem przyrodzonego zapędu, melancholii, sprawy diabelskiej lub przywidzenia; jasno i widocznie rzecz tu mówi sama za siebie i żadnej tu nie może być o tym wątpliwości, że ten zapal miłości pochodzi z owych wiecznie niezmiennych przybytków, kędy Pan mieszka. Sam też sposób działania tej łaski nie taki jest, jaki bywa na innych stopniach modlitwy, kiedy sama wielkość rozkosznego upojenia może dać powód do wątpliwości. Tutaj wszystkie zmysły i władze żadnego nie doznają upojenia; zdumione, ale przytomne i spokojne, patrzą tylko, co to się dzieje, nie przeszkadzając duszy w jej złączeniu z Oblubieńcom, ani też, jak sądzę, niezdolne zwiększyć w czymkolwiek albo oddalić tego jej bólu rozkosznego.
Komu Pan użycza tej łaski (a czytając to, każdy może się przekonać, czy ją otrzymał, czy nie), temu też tyle zarazem innych łask daje, że nie ma co się obawiać, czy nie ulega złudzeniu. Tego tylko niechaj się lęka, by doznawszy tak wielkiej łaski, nie okazał się niewdzięczny. Niech z wszystkich sił swoich stara się służyć Panu i życie swoje coraz bardziej odmieniać na lepsze, a wtedy zobaczy, jak daleko ta łaska go zawiedzie i jak za wierne jej użycie otrzyma coraz więcej. Chociaż ta jedna już starczy za wszystko. Znam jedną duszę, która, dostąpiwszy tej łaski, przez cały szereg lat żadnych więcej nie otrzymywała; ale ta jedna takim ją napełnia uszczęśliwieniem, że chociażby jej przyszło niezliczone lata służyć Panu w nieustających cierpieniach, samo posiadanie tej jednej łaski poczytywałaby sobie za przeobfitą zapłatę. Chwała i dziękczynienie Jemu na wieki wieczne, amen.
6. Ale, zapytacie może, dlaczego w tym stanie większe jest bezpieczeństwo od zdrad złego ducha niż w innym? - Zdaje mi się, że te są przyczyny: Naprzód, nigdy chyba zły duch nie może sprawić takiego, jak ten, słodkiego bólu; może oszukiwać pozorem udanych pociech i rozkoszy, rzekomo duchowych, ale nie może z bólem takim połączyć spokoju i wesela duszy. Moc jego nie sięga dalej poza zewnętrzną powierzchnię duszy, a cierpienia, jeśli kiedy od niego pochodzą, nigdy, sądzę, nie będą słodkie i spokojne, jeno pełne niepokoju i wewnętrznej rozterki. Po wtóre, rozkoszna owa nawałnica z innej sfery przychodzi niż ta, nad którą on ma panowanie. Po trzecie na koniec, nie mogą być sprawą złego ducha wielkie korzyści, jakie dusza z tego cierpienia odnosi, jako to: wola, każdej chwili gotowa do cierpienia dla miłości Boga, pragnienie coraz większych utrapień i krzyżów, stanowczość w uchylaniu się od przyjemności ziemskich i rozmów światowych i inne tym podobne.
7. Rzecz jasna, że ból ten nie może być przywidzeniem; jakkolwiek by która o to się starała, nie zdoła nigdy sama z siebie wywołać czegoś podobnego; a ból ten, gdy Pan go ześle, tak jest dotykalny i oczywisty, że jest niemożliwe, by było w tym jakie przywidzenie (urojenie rzeczy nie istniejącej) albo, by kto cierpi ten ból, mógł wątpić o tym, że istotnie go cierpi. Która by zaś po takim przejściu miała jaką wątpliwość, to niech będzie pewna, że to nie były owe nawałności, bo te z taką siłą dają się uczuć duszy, jak gdy komu w uszach zabrzmi jaki głos potężny. Na koniec, żeby te zachwyty miłosne pochodziły z melancholii, jest to zarzut tak widocznie niedorzeczny, że nie warto go i zbijać. Melancholia dziwadła swoje wyrabia i tworzy w samej tylko wyobraźni; te porywy, przeciwnie, rodzą się w najgłębszym wnętrzu duszy.
Nie przeczę, że mogę się mylić; ale póki z ust ludzi znających się na rzeczy nie usłyszę racji mocniej przekonywających, dopóty pozostanę przy swoim zdaniu. Znam jedną, która wciąż i we wszystkim lękała się nad miarę, by snadź w łaskach, jakie otrzymywała, nie było złudzenia diabelskiego, a jednak co do tej łaski nigdy najmniejszej obawy nie miała i chociażby nawet chciała, nie zdołałaby podobnej obawy do siebie przypuścić.
8. Są i inne jeszcze sposoby, których Pan używa na rozbudzenie duszy. Zdarza się, że w chwili, gdy dusza modli się ustnie tylko i prawie nie myśli o rzeczach wewnętrznych, znienacka ogarnia ją i przenika jakby płomień rozkoszny i zarazem całe je wnętrze napełnia się jakby wonią jakąś niewypowiedzianie słodką, a tak silną, że udziela się wszystkim zmysłom i na wskroś ją przejmuje. Nie mówię, żeby to była woń rzeczywista; używam tylko porównania, przez które to tylko chcę powiedzieć, że jest to coś, co wyraźnie oznajmia duszy obecność Oblubieńca i wznieca w niej najsłodsze pożądanie cieszenia się obecnością Jego i wylania się przed Nim w żarliwych aktach miłości i dziękczynienia. Łaska ta z tego samego źródła pochodzi, z którego płyną i owe zapały miłosne, o których mówiłam; ale bólu tu nie ma żadnego i sama tęsknota do posiadania Boga i cieszenia się obecnością Jego nie sprawia cierpienia; tak przynajmniej bywa najczęściej. I tutaj również nie ma się czego lękać z tych samych, jakie wyżej wymieniłam, powodów; niech więc o to tylko się troszczy, aby łaskę przyjęła i godne za nią dzięki czyniła.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 3
Mówi o tym samym w dalszym ciągu: w jaki sposób Bóg, gdy Mu się spodoba, mówi do duszy, i jak dusza wobec tej łaski zachować się powinna. - Znaki ku rozpoznaniu, czy nie zachodzi w tym wypadku jakie złudzenie. - Przestrogi wielce pożyteczne.
1. Jest inny jeszcze sposób, którym Bóg rozbudza duszę. Łaska to na pozór wyższa od poprzednich, ale większe w niej może zachodzić niebezpieczeństwo, i dlatego nieco dłużej tu nad nią się zatrzymam. Są to pewne mowy i słowa, które w rozmaity sposób dają się słyszeć duszy. Czasem słowa te dochodzą do niej jakby z zewnątrz, czasem znowu z samego jej wnętrza; czasem brzmią one w samej tylko najwyższej części, czasem znowu tak się dobitnie na sposób mowy wyraźnie rozlegają, iż słyszy je uszami. Nieraz i często nawet może to być urojenie, zwłaszcza u osób chorobliwej wyobraźni albo wyraźnie podlegających melancholii.
2. Z takimi, zdaniem moim, nie należy zważać na to, co mówią, jakkolwiek by upewniały, że widzą i słyszą, i czują; ale nie należy także straszyć ich diabłem, przypisując jemu te ich przywidzenia. Trzeba ich spokojnie wysłuchać i obchodzić się z nimi, jak z chorymi; a przełożona czy spowiednik, gdy która takie przed nimi rzeczy wyznaje, niech jej tylko zalecą, by na nie uwagi nie zwracała, bo widzenia i objawienia nie są koniecznym ani głównym do służby Bożej warunkiem. Niech ją ostrzegą, że niejedną już diabeł tym sposobem oszukał i zawiódł na bezdroża, dodając jednak, aby jej zbytnio nie zasmucić, że jej, da Pan Bóg, nie spotka to nieszczęście, byleby tylko panowała nad sobą. Gdyby jej wprost oznajmiono, że rzekome widzenia jej są tylko wytworem melancholii, nic by to nie pomogło i nigdy by się nie uspokoiła, bo tak jest pewna, że istotnie widziała i słyszała to, co opowiada, że gotowa jest na to przysiąc.
3. Należy jednak takiej, choć z wszelką oględnością, zakazać do czasu rozmyślania i na wszelki sposób starać się przywieść ją do tego, by na te widzenia swoje, ile możności, zupełnie nie zważała. Diabeł bowiem umie i zwykł korzystać z chorobliwego usposobienia takich dusz słabych i chociażby nie zdołał zaszkodzić im samym, szkodzi przez nie drugim. Dlatego też każda, nie tylko chora, ale i zdrowa, słusznie się takich nadzwyczajności obawiać powinna, dopóki nie nabędzie jasnego poznania działań ducha Bożego. W początkach więc, twierdzę to bez wahania, zawsze będzie najlepiej sprzeciwiać się tym niezwykłym objawom i tłumić je w sobie ile możności. Jeśli one pochodzą od Boga, takie odrzucanie ich przez pokorne uznanie swej niegodności będzie tym dzielniejszą dla duszy pomocą do postępu w dobrym. Przy tym te łaski, im ściślejszej będą poddane próbie, tym bardziej się będę wzmagały. Tak jest niezawodnie, ale z tego nie wynika, by należało duszę w takim stanie zbytnio udręczać, skoro sama czyni, co może i prawdziwie więcej uczynić nie może.
4. Wracam do tych słów wewnętrznych, o których zaczęłam mówić. W którymkolwiek ze sposobów wyżej wymienionych słyszy je dusza, mogą one zarówno pochodzić bądź od Boga, bądź od czarta, bądź też z wyobraźni. Wskażę tu, o ile przy pomocy Bożej potrafię, znaki, po których można rozpoznać to różne ich pochodzenie i kiedy te mowy wewnętrzne mogą grozić niebezpieczeństwem. Nie będzie to, jak sądzę, rzeczą bez pożytku, bo wiele jest dusz, oddających się modlitwie wewnętrznej, które takie słowa słyszą, i nie chciałabym, byście sądziły, siostry, że czynicie co złego, gdy podobnym objawom wiary odmawiacie, tak samo jak nie ma grzechu w tym, gdy kto w nie wierzy. Gdy słowa te mają na celu tylko pociechę waszą albo ostrzeżenie was o błędach waszych, ktokolwiek by je mówił, a choćby i były tylko przywidzeniem wyobraźni, wszystko to jedno, skutek z nich zawsze może być dobry. To jedno tylko dobrze sobie zapiszcie w sercu i w pamięci: choćby te słowa rzeczywiście i niezawodnie były od Boga, nie dowodzi to bynajmniej, byście wy były dobre i lepsze od drugich; Bóg i do faryzeuszów mówił, i to często, a przecież pozostali faryzeuszami. Całe dobro na tym tu polega, by z tego odnieść prawdziwy pożytek. Każde słowo, niezupełnie zgodne z Pismem św. odrzućcie od siebie, jako pochodzące od szatana, bo chociażby było tylko z chorobliwej wyobraźni, jest zawsze pokusą przeciw wierze, którą potrzeba odrzucić, co nie będzie rzeczą trudną, gdyż pokusy takie nie mają wielkiej siły.
5. Skądkolwiek słowa słyszane pochodzą, czy z wewnątrz duszy, czy z jej wyższej części, czy z zewnątrz, nie stanowi to różnicy; w każdym z tych różnych sposobów może być głos Boży. Czy zaś istotnie pochodzi od Niego, są na to pewne znaki, z których tu przytoczę niektóre, zdaniem moim najpewniejsze: Pierwszym i nad inne pewniejszym jest wszechwładna potęga i siła, jaką słowo Boże w sobie zawiera, staje się więc nie tylko słowem, ale i czynem. Objaśnię to bliżej. Weźmy na przykład duszę udręczoną do najwyższego stopnia strapieniem wewnętrznym, o którym wyżej mówiłam, i zaciemnieniem rozumu i oschłością ducha. Otóż, od jednego takiego słowa, od jednego: nie smuć się, które w sobie usłyszy, natychmiast odzyskuje spokój, pocieszenie i jasne oświecenie wewnętrzne. Znika od razu wszystko strapienie, kiedy przed chwilą jeszcze zdawało jej się, że wszystek świat i wszyscy uczeni i teologowie, choćby się razem zebrali i wspólnymi siłami zdobywali się na przekonywające dla uspokojenia jej dowodzenia, nie zdołaliby zdjąć jej z serca tego ciężaru. Albo innym razem dusza ta (s.342) będzie pogrążona w smutku i miotana trwogą, bo spowiednik czy kto nastraszył ją, że to, co w niej się dzieje, jest sprawą ducha złego. A oto jedno takie słowo: Jam jest, nie bój się, rozpędza owe strachy bez śladu i niewypowiedziana pociecha napełnia ją całą i tak jasno widzi to i czuje, że Pan jest, że Jego duch, a nie duch ciemności, w niej działa, iż nikt już nie dokazałby tego, by najmniejsza wątpliwość tę pewność jej zachwiała. Albo jeszcze, ciężki ma frasunek z powodu ważnej jakiej sprawy, którą podjęła, a której załatwieniu stają na drodze trudności i przeciwieństwa; aż oto otrzymuje zapewnienie, że wszystko pójdzie dobrze, i w tejże chwili niepokój jej znika i miejsce jego zajmuje niezachwiana otucha. Podobnych przykładów mogłabym wiele jeszcze przytoczyć.
6. Drugim znakiem jest wielki spokój, jaki słowo, od Boga pochodzące pozostawia w duszy, pobożne skupienie i radosna gotowość od oddawania chwały Panu. O Panie! Jeśli już jedno słowo, przyniesione od Ciebie przez sługę i posła Twego (bo jak słyszałam, nie Pan sam, przynajmniej w tym mieszkaniu, je mówi, tylko jeden z aniołów) - taką ma siłę, jakiż dopiero będzie skutek, gdy Ty sam je powiesz duszy złączonej z Tobą miłością?
7. Trzeci znak jest ten, że słowa, pochodzące od Boga, nie tak prędko uchodzą z pamięci, jak to bywa ze słowami, które tu na ziemi słyszymy od ludzi. Słowa ludzkie bowiem, jakkolwiek by to byli ludzie poważni i uczeni, nie tak prędko pozostają wyryte w pamięci, ani też, gdy nam przepowiadają rzeczy przyszłe, takiej wiary do nich nie przywiązujemy. Kto usłyszał słowo, pochodzące od Boga, pamięta je bardzo długo albo i nigdy go nie zapomni; jeśli zaś to słowo oznajmia coś, co się ma stać w przyszłości, wierzy w nie z pewnością niezachwianą. W rozumie wprawdzie, gdy chodzi o rzecz jaką, na pozór niepodobną, mogą niekiedy powstawać wątpliwości i wahanie się, czy tak się stanie, ale w głębi duszy, wbrew wszelkim nieprawdopodobieństwom i przeciwnym pozorom, pozostaje pewność niewzruszona. I chociażby się zdawało, że wszystko idzie na opak i że zanosi się na wynik wręcz przeciwny temu, który jej był zapowiedziany, i chociażby całe lata upłynęły między obietnicą, którą słyszała, a spełnieniem jej, ona przecież nie traci otuchy i ufa, że Bóg na wykonanie tego, co postanowił, znajdzie sposoby, o których ludzie nie wiedzą i w końcu stanie się tak, jak On chce. Nie znaczy to jednak, jak mówiłam, by dusza nie cierpiała na widok tylu przeciwieństw i przeszkód. Czas powoli zaciera pierwszą żywość wrażenia, jakiego doznała, gdy usłyszała owo słowo; wówczas czuła w sobie całą potęgą działania jego i pewność niezawodną, że ono pochodzi od Boga; teraz, gdy dłuższy czas upłynął, zakradają się jej do serca wątpliwości, czy to, co słyszała, nie było sprawą złego ducha albo urojeniem wyobraźni. W chwili jednak, gdy słyszy to słowo, wątpliwości takie są rzeczą wprost niemożebną i dusza gotowa by i śmierć ponieść na stwierdzenie tej prawdy, że Bóg do niej mówi. Snadź diabeł sam wznieca w niej te wątpliwości dla udręczenia jej i odebrania jej odwagi, zwłaszcza gdy chodzi o jaką sprawę, z której ma wyniknąć wielki pożytek dla dusz, albo która ma się przyczynić do znacznego rozszerzenia służby Bożej. Czegóż on wtedy nie uczyni? Nie mogąc szkodzić jej inaczej, stara się przynajmniej wiarę w duszy osłabić, a i to już niemały mu zysk przynosi, bo wielka to szkoda dla duszy, gdy zachwieje się w niej wiara w potęgę i wszechmocność Boga, iż mocen jest zdziałać rzeczy, których żaden rozum ludzki nie pojmie.
8. Lecz pomimo wszystkich tych walk, które miotają duszą, i choć zawsze się znajdzie ktoś (choćby i spowiednik, przed którym ona te rzeczy wyznaje), co słowa te, które słyszała, za niedorzeczne osądzi, i chociaż mnożące się niepowodzenia zdają się zapowiadać, że obietnice się nie spełnią, zawsze jednak na dnie duszy pozostaje iskierka pewności tak żywa, iż choćby wszystkie inne nadzieje zawiodły, tej pewności, nawet gdyby chciała, stłumić w sobie nie zdoła. Aż w końcu - jak mówiłam - słowo Pańskie się spełnia i taka wtedy duszę przenika radość i uszczęśliwienie, iż chciałaby tylko wciąż chwalić Boski Majestat Jego, i to nie tyle dla pomyślnego skutku samej sprawy, choć bardzo go pragnęła, ile raczej dlatego, że spełniło się to, co Pan jej przepowiedział.
9. Nie wiem, jak to się dzieje, że dusza z takim gorącym pożądaniem pragnie, by słowa te okazały się prawdziwe. Nie sądzę, by ją tyle bolało, gdyby ją samą schwytano na kłamstwie, ile by cierpiała nad tym, gdyby one słowa się nie sprawdziły. A przecież sprawdzenie się ich nie od niej zależy; objawiając je drugim, powtórzyła tylko, co sama słyszała i powiedziała to, co jej było powiedziane. Znam jedną duszę, której po niezliczone razy, gdy zostawała w takim zawieszeniu, przychodziła na myśl historia Jonasza proroka i obawa jego, by zlecona mu przepowiednia o upadku Niniwy nie pozostała bez skutku. Dlatego więc, że słowa te pochodzą od ducha Bożego, wzrasta w duszy pragnienie, by one nie wydały się omylne, bo Ten, który je wyrzekł jest prawdą najwyższą. Stąd owa wielka radość duszy, gdy wreszcie, po długich trudnościach i zawiłościach, ujrzy szczęśliwe rzeczy obiecanej spełnienie. I chociażby skutkiem tego najcięższe miały przyjść utrapienia, woli raczej je wycierpieć, niżby to, co wie z pewnością, że Pan jej oznajmił, miało się nie sprawdzić. Może nie wszyscy zresztą podlegają tej ułomności, jeśli to może zwać się ułomnością; co do mnie, nie śmiałabym jej ganić i widzieć w niej co złego.
10. Gdy słowa słyszane pochodzą z wyobraźni, nie ma w nich żadnej z wymienionych cech, znamionujących słowo od Boga: ani tej pewności, ani tego pokoju, ani tej pociechy wewnętrznej, jakie z niego się rodzą. Może się zdarzyć i znam takie dusze, którym to istotnie się zdarzało, że głęboko pogrążone w modlitwie odpocznienia i snu duchowego, skutkiem słabej swej kompleksji, chorobliwej wyobraźni czy nie wiem jakiej innej przyczyny, tak wychodzą z siebie, że nie czują zgoła wrażeń rzeczy zewnętrznych, i zmysły wszystkie w takim są uśpieniu, jak u człowieka śpiącego, a może i rzeczywiście śpią. Wyobrażają sobie wtedy, że słyszą słowa albo widzą widzenia jakby we śnie, i sądzą, że są to słowa albo widzenia od Boga; i tyleż z tego skutku, ile, gdy komu co się przyśni. Może i to być, że gorąco i z wielkim afektem prosząc Pana o jaką łaskę, dusza wyobrazi sobie, że słyszy odpowiedź Jego przychylną. Kto jednak z własnego doświadczenia poznał już sposób i charakter słów, pochodzących od Boga, nie da się wprowadzić w błąd urojeniom wyobraźni.
11. Większe grozi niebezpieczeństwo złudzenia za sprawą złego ducha. Ale jeśli słowa, które słyszysz, noszą na sobie wspomniane wyżej znamiona, z zupełną pewnością możesz polegać na tym, że są one od Boga. Wszakże gdy chodzi o rzecz ważną, o sprawę jaką, którą sama masz podjąć albo która dotyczy osób trzecich, nie bądź tak pewna siebie, byś miała przystąpić do rzeczy pierwej, nim zasięgniesz zdania uczonego i roztropnego spowiednika. Bez upoważnienia jego nie powinnaś nic zaczynać, chociażbyś ciągle i coraz wyraźniej głos on słyszała, choćby dla ciebie było rzeczą jasną jak słońce, że to Bóg mówi. Pan sam tego żąda i takiego postępowania nie tylko nie mamy poczytywać sobie za ociąganie się, ale przeciwnie, mamy być pewne, że wtedy właśnie najlepiej spełniamy jego zlecenie. Wszak On sam nakazał, byśmy spowiednika uważały za zastępcę Jego, który nas upewnia, czy to, co słyszałyśmy, było istotnie słowem Jego. Ta pewność będzie nam dodawała odwagi, zwłaszcza gdy sprawa, o którą chodzi, z wielkimi połączona jest trudnościami. A Pan i spowiednika natchnąć potrafi, gdy zechce, i sprawić to, że uwierzy i uzna w tych słowach działanie ducha Jego. Gdyby zaś w danym razie nie zechciał tego uczynić, będzie to dla ciebie znak, że uczyniwszy, co do ciebie należało, do niczego więcej nie jesteś zobowiązana. Trzymać się innej drogi niż tej, którą tu wskazuję, iść w takiej rzeczy za własnym zdaniem i rozumieniem swoim, jest to w moim przekonaniu zuchwałość w najwyższym stopniu niebezpieczna. Ostrzegam was też, siostry, i w imieniu Pana proszę, by podobna zuchwałość nigdy w żadnej z was nie powstała.
12. Innym jeszcze sposobem, bardzo bezpiecznym i pewnym, jak sądzę. Bóg może mówić do duszy, to jest przez widzenie umysłowe, jak to zaraz objaśnię. Dzieje się to w najgłębszym wnętrzu duszy. Dusza wyraźnie słyszy słuchem wewnętrznym Pana do niej mówiącego. A w takiej ta mowa Jego dochodzi ją tajemnicy, że sam już ten sposób i cudowne działanie tego widzenia dają jej niewątpliwą rękojmię i pewność, iż diabeł tu żadnego nie może mieć przystępu. Przedziwne skutki, jakie w niej to widzenie pozostawia, jeszcze ją mocniej upewniają, że słowa, które słyszała, były od Boga. Jest zupełnie przekonana, że nie pochodziły one z wyobraźni, o czym zresztą każdy w podobnych zdarzeniach przy pewnym zastanowieniu przekonać się może, biorąc pod uwagę następujące racje. Najpierw, wielka zachodzi różnica między mową od Boga a mową urojoną w wyobraźni, pod względem jasności. Gdy Bóg mówi, słowa Jego tak są wyraźne i jasne, że każda zgłoska niezatarcie utkwi w pamięci i chociażby sens był ten sam, sposób wyrażenia rzeczy jest zupełnie inny. W urojeniach wyobraźni, przeciwnie, mowa nie jest tak jasna ani słowa tak dobitne; brzmią one raczej jakby niewyraźne dźwięki, słyszane w stanie na wpół sennym.
13. Po wtóre, dają zrozumieć te słowa takie rzeczy, których dusza zupełnie nie miała na myśli. Często przychodzą całkiem znienacka albo w ciągu rozmowy z drugimi - i choć nieraz odpowiadają na myśl, która chwilowo przeszła przez głowę albo która dawniej duszę zajmowała - najczęściej jednak mówią o rzeczach, o których nigdy się duszy ani marzyło. Niepodobna więc, by wyobraźnia takie mowy tworzyła, by dusza ulegając jej złudzeniom mogła sobie uroić rzeczy, których nigdy ani nie pragnęła, ani ich nie szukała, ani nawet o nich nie wiedziała.
14. Po trzecie, gdy Bóg mówi, dusza nic sama nie tworzy, tylko słucha; przeciwnie, przysłuchując się słowom urojonym w wyobraźni, podobna jest do człowieka, który sam sobie w myśli układa, co chce, aby mu kto powiedział.
15. Po czwarte, różna bardzo jest tej dwojakiej mowy treść i siła; w mowie Bożej jedno słowo daje naraz zrozumienie wielu rzeczy, których rozum ludzki nie zdołałby tak w jednej chwili objąć i wyrazić.
16. Po piąte na koniec, głos od Boga pochodzący, oprócz słów mówi czasem milcząco i wyraża nieraz w sposób, którego określić nie zdołam, dużo więcej niż się zawiera w samym jego brzmieniu.
O tym sposobie słyszenia bez słów na innym miejscu obszerniej mówić będę; jest tu za co chwalić i uwielbiać Pana, taka to dziwna tajemnica boskiej łaskawości Jego. Wiem o niejednej duszy, które co do tych różnych rodzajów i sposobów mowy wewnętrznej wielkie miewały wątpliwości (zwłaszcza jedna, która przez to przechodziła, a jest ich więcej) i nie mogą ich zrozumieć. Osoba owa dostępując bardzo często tej łaski od Pana, z wielką pilnością nad nią się zastanawiała. Główną i największą wątpliwość w pierwszych początkach miała tę, czy głos i słowa, które słyszy nie są prostym tylko urojeniem wyobraźni. Złudzenia diabelskie łatwiej jest rozpoznać, bo jakkolwiek za pomocą subtelnej przebiegłości swojej duch zły umie się przebierać w anioła światłości, nie potrafi tu jednak dokonać nic więcej, tylko to, że podrabia mowę Bożą w słowach tak jasnych i wyraźnych, że słysząc je, niepodobna wątpić o tym, że się je słyszało i rozumiało prawie tak, jak kiedy mówi duch prawdy. Lecz nigdy nie zdoła podrobić owych skutków przedziwnych, które, jak opisałam wyżej, słowo od Boga sprawuje. Nie da duszy ani owego pokoju, ani wewnętrznego oświecenia, raczej sprawi w niej niepokój i zamieszanie. Ostatecznie jednak szkoda, jaką wyrządzić może, będzie nieznaczna albo i żadna, jeśli jeno dusza ma pokorę i wiernie trzyma się tej zasady, którą wyżej zaleciłam, że choćby coś wyraźnie słyszała, nigdy nie powinna zabierać się do działania bez upoważnienia odpowiednich osób.
17. Jeśli kiedy usłyszysz w sobie słowa tchnące szczególną na ciebie łaskawością, pełne pociech rozkosznych i pieszczot (s.148) duchowych, dobrze uważaj na siebie, czy nie zaczynasz mieć o sobie wyższego rozumienia. Im czulej brzmią te słowa, a ty nie czujesz w sobie tym głębszego zawstydzenia, bądź pewna, że słowa te nie pochodzą z ducha Bożego. Bo jest to prawda niezawodna, że gdy mowa taka jest od Boga, dusza, im większą Pan jej łaskawość okazuje, tym szczerzej gardzi sobą, tym żywiej pamięta na grzechy swoje i tym goręcej, bez względu na własny pożytek, wszystką wolę, pamięć i wszystkie władze swoje pragnie poświęcić na cześć i chwałę Boga. Za nic ma wszystko, cokolwiek mogła uczynić dobrego, lęka się wielce, aby w czymkolwiek nie rozminęła się z wolą Bożą, mocniejsze ma przekonanie, że niegodna jest takich łask, że zasłużyła tylko na piekło. Jeśli dary i łaski użyczane ci na modlitwie, chociażby były wielkie, nadzwyczajne i liczne, takie w tobie skutki sprawują, nie bój się, ale ufaj w miłosierdziu Pana, który wierny jest i nie dopuści tego, by diabeł cię oszukał; chociaż i z taką ufnością zawsze jest dobrze chodzić w świętej bojaźni Bożej.
18. Kogo Pan nie prowadzi tą drogą, temu może się zdawać, że te dusze mogłyby się uchronić niebezpieczeństw, jakie na tej drodze im grożą; mogłyby przecież nie słuchać tych słów, jeśli dochodzą ich z zewnątrz, albo jeśli to są słowa wewnętrzne, odwrócić od nich uwagę.
Nie mogłyby, odpowiadam, jest to zupełne niepodobieństwo. Nie mówię o takich słowach, które człowiek sam wyobraża sobie, że słyszy. Takie bowiem urojenia wyobraźni, zwłaszcza gdy słowa te nie tyczą jakiej rzeczy, mającej szczególną wagę dla słyszącego, dlatego że ich pragnie - każdy, kto chce, może puścić mimo siebie i na nic nie zważać. Ale do kogo Bóg mówi, ten nie może nie słyszeć albo myśleć o czym innym. Ten bowiem, który mocen był rozkazać słońcu - na prośbę Jozuego, jeśli dobrze pamiętam - aby stanęło, mocen jest kazać stanąć i władzom duszy i wszystkiemu jej wnętrzu. Nie masz takiej siły, która by zdołała uchylić się od tego rozkazu. Jasno po tym dusza poznaje, że inny jest i większy od niej Pan, który włada tą twierdzą jej, a poznanie to pobudza ją do czci i najgłębszej pokory.
Niechże On w boskiej dobroci swojej użycza nam łaski, abyśmy umiały, jak mówiłam, patrzeć tylko tego, co się jemu podoba, a o sobie samych zupełnie zapomnieć, amen.
Obym była zdołała jasno wyłożyć to, co objaśnić zamierzałam, aby stąd dla dusz, którym Pan użycza tej łaski, była jaka pożyteczna rada i wskazówka.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 4
Opowiada, jak Bóg na modlitwie zawiesza duszę przez zachwycenie, wyjście z siebie albo porwanie, co zdaniem piszącej, wszystko jest jedno, i jak duszy potrzeba wielkiego męstwa, aby zdolna była przyjąć te nadzwyczajne łaski, udzielone jej przez Pana.
1. Cóż więc pocznie i gdzie, wśród tych utrapień i ciężkości, o których mówiłam, znajdzie sobie odpocznienie biedny nasz motyl? Wszystkie te próby do tego zmierzają, by dusza coraz mocniej pożądała złączenia się z Oblubieńcem. Boska wielmożność Jego, znając przyrodzoną słabość naszą, przez te utrapienia i wiele innych cierpień powoli ją przysposabia, aby nabierała odwagi i męstwa potrzebnego jej do zjednoczenia się z Panem tak wielkim i posiadania Go za Oblubieńca.
2. Uśmiechniecie się może, że o takiej rzeczy mówię i pomyślicie, że to żarty. Wszak na to, aby wyjść za króla, nie potrzeba, powiecie, szczególnej odwagi i nie ma takiej, choćby najniższego stanu niewiasty, która by się na takie męstwo nie zdobyła. - Gdyby tu chodziło o poślubienie króla tej ziemi, miałybyście słuszność, ale do zaślubin z Królem nieba wielkiej, upewniam was, większej niż wam się zdaje, potrzeba odwagi. Do rzeczy tak wysokiej natura nasza zbyt jest nieśmiała i niska. I jakkolwiek byście czuły i rozumiały, jak bardzo takie zjednoczenie z Bogiem jest rzeczą dla nas pożądaną, pewna tego jestem, że bez szczególnej łaski i pomocy Boga niepodobna byłoby je osiągnąć. Jakoż zobaczycie, co czyni Pan w boskiej swojej wielmożności, aby zawrzeć z nią te zaślubiny: nasamprzód, jeśli dobrze rzecz rozumiem, przez zachwycenie odrywa ją od zmysłów. Gdyby bowiem, będąc przy zmysłach, ujrzała tak z bliska ogromny on Majestat, snadź niepodobna, by tego widoku nie przypłaciła życiem. Mówię tu o rzeczywistych zachwyceniach, nie o zwykłych słabościach niewieścich. Bo są - jak już o tym wspomniałam - istoty tak słabej kompleks j i, że dość im jednej chwili modlitwy odpocznienia, aby już wpadły jakby w stan konania.
Chcę tu więc opisać różne rodzaje zachwyceń (o ile z wielokrotnych rozmów moich z mężami duchownymi powzięłam o nich wiadomość). Nie wiem jednak, czy potrafię teraz tak jasno i dokładnie te rzeczy przedstawić, jak mi się to udało na innym miejscu, gdzie już o tym pisałam. Ale tego, co tam o zachwyceniach i o innych jeszcze łaskach nadprzyrodzonych powiedziałam, nie zaszkodzi tu powtórzyć głównie dla tego związku, w jakim one właśnie z tym szóstym mieszkaniem pozostają.
3. Nieraz zachwycenie w taki sposób przychodzi, że dusza od jednego słowa, które choćby nie na modlitwie usłyszy od Boga albo dawniej słyszane sobie przypomni, tknięta i przeniknięta do głębi, odchodzi od siebie. Pan w boskiej łaskawości swojej ulitowawszy się nad nią, iż od tak dawna cierpi tęskniąc za posiadaniem Jego, w najgłębszym wnętrzu jej wzbudza, rzekłbyś, i w wielki płomień roznieca one, jak wyżej mówiłam, iskierkę, iż cała płonąca odnawia się w tym ogniu jak feniks i pobożnie ufać może, iż są odpuszczone jej winy. Oczywiście, z tym że się pierwej do tej łaski przysposobiła przez te środki, jakie Kościół przepisuje. Tak czystą, całą i piękną Pan łączy z sobą w sposób tak głęboko ukryty, że nikt, oprócz ich dwojga, nie przeniknie tej tajemnicy. I sama dusza nie poznaje tak złączenia tego, iżby je potem zdołała opisać, choć dobrze je czuje wewnątrz. Nie jest to bowiem taki stan, jaki bywa w omdleniu albo w apopleksji, gdzie człowiek nic nie czuje ani wewnątrz, ani zewnątrz.
4. Nigdy, o ile ja rzecz rozumiem, dusza nie jest tak sposobna do rzeczy Bożych, nigdy nie ma tak jasnego, jak w tym stanie, oświecenia wewnętrznego i poznania wielmożności Pańskiej. Może się to zdawać rzeczą niepodobną, bo jeśli władze, a wraz z nimi i zmysły, tak są tu pochłonięte, że poniekąd wydają się jakby martwe, jakże dusza może jeszcze rozumieć, że poznaje tę tajemnicę? - Tego ja nie wiem, nie wie tego bodaj żadne stworzenie, wie tylko sam Stworzyciel, jak zna i wiele innych tajemnic, które się dzieją w tym stanie, to jest w tych dwu ostatnich mieszkaniach. Mogłabym je obydwa połączyć w jedno, bo z szóstego mieszkania do siódmego nie ma drzwi zamkniętych; ale ponieważ w ostatnim są rzeczy, które się nie objawiają duszy dopóki do niego nie wnijdzie, dlatego wolałam je rozdzielić.
5. W tym stanie zawieszenia, jeśli spodoba się Panu objawić jej jakie tajemnice rzeczy niebieskich za pomocą widzeń wyobrażeniowych, to dusza potrafi je potem opisać, bo tak głęboko pozostają wyryte w pamięci, że nigdy ich nie zapomni. Lecz jeśli te widzenia są w rodzaju czysto umysłowych, nie zawsze je zdoła powtórzyć; snadź dlatego, że bywają w tych widzeniach objawienia zbyt wysokie, aby człowiek, póki żyje w tym ciele śmiertelnym, mógł je pojąć i poznać tak, iżby był zdolny je wypowiedzieć. Zdarzają się jednak i inne widzenia umysłowe, nie tak przewyższające, i o tych dusza, gdy powróci do zmysłów, potrafi mówić i poniekąd je opisać. Ale może nie wszystkie jeszcze wiecie, co to znaczy widzenie, zwłaszcza umysłowe. Objaśnię to więc w swoim miejscu, jak mi zlecono, i choć to z mojej strony wydaje się rzeczą niewłaściwą, może jednak będzie z tego niejaki pożytek dla której duszy.
6. Zapytacie może: jeśli o owych tak wysokich łaskach, jakich jej Pan tu użycza, dusza niezdolna jest mówić ani ich wspominać, jakąż więc z nich korzyść odnosi? - O córki, odnosi wielką, tak wielką, że i słów nie ma na wyrażenie jej, bo jakkolwiek tajemnic tych wypowiedzieć nie zdoła, nosi je przecież niezatartymi zgłoskami zapisane w najgłębszym wnętrzu swoim i nigdy ich nie wypuszcza z pamięci.
Lecz, zapytacie jeszcze, skoro te rzeczy nie przedstawiają się duszy sposobem wyobrażeń ani ich władzami swymi pojąć nie zdoła, jakże więc może chować je w pamięci? - Tego znowu ja także nie rozumiem. Ale to rozumiem, że widzenia te wrażają do duszy jasne poznanie pewnych prawd, a mianowicie tak jasne i głębokie poznanie wielkości Boga, że chociażby wiary nie było, która jej mówi, kto jest Bóg, i każe jej wierzyć w Niego i czcić Go jako Boga, samo to poznanie nieprzepartą byłoby dla niej pobudką do oddania Mu boskiej czci i pokłonu, jak Go uczcił i pokłon Mu oddał Jakub, gdy w owym widzeniu swoim ujrzał drabinę z ziemi do nieba sięgającą, a wraz z nią widział snadź inne jeszcze tajemnice, których wypowiedzieć nie zdołał. Z samego bowiem tylko widoku Aniołów, zstępujących i wstępujących, gdyby go przy tym światłość wewnętrzna nie oświecała, nie byłby poznał tych wielkich objawień, które się w owym widzeniu zawierały.
7. Nie wiem, czy się dość jasno wyrażam; bo choć powtarzam tylko, co w tym przedmiocie z ust uczeńszych ode mnie słyszałam, być może jednak, że niedobrze słowa ich spamiętałam. Tak samo i Mojżesz nie wszystko zdolny był wypowiedzieć, co w krzaku ognistym oglądał, jeno to tylko, co Bóg mu wypowiedzieć pozwolił. Ale gdyby duszy jego nie objawił tajemnic, z których poznał i uwierzył, że On, Bóg, do niego mówi, nie byłby chyba Mojżesz podjął się takiego pełnego trudów posłannictwa. Snadź więc wielkie rzeczy oglądał wśród cierni onego krzaka ognistego i stąd nabrał odwagi do tych wielkich czynów, które spełnił dla wyzwolenia (s.353) ludu izraelskiego. Tak więc nie do nas, siostry, należy roztrząsać ukryte sprawy Boże i szukać dowodów i racji ku ich zrozumieniu. Skoro bowiem wiemy i wierzymy, iż On możny jest i wszechmogący, więc też, rzecz jasna, że powinnyśmy wierzyć, że takie nieudolne, jakimi my jesteśmy, stworzenia nie mogą mieć siły po temu, by zdołały pojąć wielmożności Jego. Chwalić Go raczej i z całego serca dziękować Mu mamy, że raczy nam objawiać i daje poznać niektóre z tych wielkości swoich.
8. Pragnęłabym bardzo znaleźć porównanie, które by wam pomogło do jaśniejszego choć w części zrozumienia tego, o czym tu mówię; zupełnie odpowiedniego, sądzę, że nie da się znaleźć, ale w braku lepszego, poprzestańmy na następującym.
Przedstawmy sobie w pałacu jakiegoś króla czy możnego pana komnatę czy, jak to podobno zowią, salon pełen najrozmaitszych kryształów, porcelan i innych podobnych sprzętów, ustawionych w takim porządku, że wchodzący widzi je niemal wszystkie od razu. Mnie kiedyś zdarzyło się widzieć taki salon w pałacu księżnej Alby (u której, z rozkazu, danego mi przez przełożonych skutkiem usilnego żądania tej pani, zmuszona byłam się zatrzymać). Wchodząc, zdumiałam się i zachodziłam w głowę, do jakiego użytku może służyć takie natłoczenie różnych ciekawostek i przyszłam do wniosku, że chyba na to, aby była z nich chwała Panu, który wszystko stworzył. Teraz rada jestem z tego wspomnienia, bo dobrze mi przypada do tego, co tu mam na myśli. Otóż, choć dosyć długo zatrzymałam się tam, tak zupełnie wszystko co tam oglądałam, i te rozmaite sprzęty, i kształty, i wyrób ich zapomniałam, jak gdybym ich nigdy nie była widziała; ani jednego szczegółu dokładnie nie pamiętałam, ogólnie tylko niejasne pozostało mi wspomnienie. Tak jest poniekąd i tu, w tym zachwyceniu, o którym mówię. Dusza tu jest złączona zupełnie z Bogiem i przebywa z Nim w tej komnacie nieba empirejskiego, które snadź jest w samym wnętrzu naszej duszy (bo skoro Bóg mieszka w duszy, rzecz jasna, że w niejże samej muszą być i te dwa ostatnie mieszkania, w których Bóg w szczególny sposób przebywa). W tym więc zachwyceniu dusza nie zawsze dostępuje poznania Jego tajemnic (tak bowiem jest upojona rozkoszą posiadania swego Oblubieńca, iż niczego więcej pragnąć nie umie), niekiedy jednak spodoba się Panu ocucić ją z tego upojenia, aby w jednej chwili, jakby w mgnieniu oka, ujrzała wszystkie cuda, nagromadzone w tej Bożej komnacie. Wtedy gdy wróci do siebie, pozostaje jej wspomnienie tych wspaniałości, ale opisać ich szczegółowo nie zdoła, bo natura jej nie sięga dalej i wyżej nad to, co Bóg w sposób nadprzyrodzony dał jej ujrzeć.
9. Ale gdy przyznaję, że dusza w tym zachwyceniu widzi, czy więc będzie to widzenie przez wyobraźnię? - Tego nie zdołam powiedzieć; mam tu na myśli jedynie widzenie umysłowe, o widzeniach przez wyobraźnię na teraz nie mówię. Ale taka jest niewiedza i taka tępość moja, że w niczym nie umiem wyrazić się, jak należy. Toteż, jeśli w całej tej rozprawie mojej powiedziałam co trafnego, rzecz jasna, że nie ja to powiedziałam.
Jeśli kiedy dusza, mając zachwycenia od Boga, nie otrzymuje w nich poznania tych tajemnic niebieskich, zachwycenia, według mojego przekonania, nie są zachwyceniami; są to raczej czysto przyrodzone omdlenia, jakim zwykły podlegać osoby słabej kompleksji, szczególnie niewiasty, gdy zbytnie natężenie duchowe zmoże ich siły fizyczne i wprawia je skutkiem tego w taki stan upojenia, jak to już, zdaje mi się, objaśniłam, gdy była mowa o modlitwie odpocznienia. Z zachwyceniem taki stan nic nie ma wspólnego. W prawdziwym bowiem zachwyceniu Bóg duszę całą porywa do siebie i, jako oddanej Mu na własność, jako oblubienicy swojej, ukazuje jej cząstkę królestwa swego, do którego, stając się oblubienicą Jego, nabyła prawo. Mała to tylko cząsteczka, lecz u tego Boga tak wielkiego i rzecz najmniejsza jest wielka. I chcąc, aby bez przeszkody cieszyła się tą rozkoszną cząstką swoją, zawiesza Pan władze jej i zmysły, i w jednej chwili na Jego rozkaz zamykają się drzwi mieszkań poprzednich i jedne tylko pozostają otwarte drzwi do tego mieszkania, w którym On przebywa, aby dusza wolny do Niego wstęp miała. Niech będzie błogosławione takie wielkie miłosierdzie Jego! Nieszczęśni zaś ci, którzy rozmyślnie to miłosierdzie Jego od siebie odpychają i nie chcą z niego skorzystać!
10. O, siostry moje! Jakże niczym jest wszystko, co opuściłyśmy, i wszystko, co czynimy, i co kiedy bądź uczynić zdołamy dla miłości tego Boga, który tak miłościwie raczy zostawać w społeczności z takimi, jak my, robakami! A kiedy dana nam jest nadzieja, że już w tym życiu możemy się cieszyć szczęściem tej boskiej społeczności, czegóż jeszcze czekamy? Czemu się ociągamy? Jaka siła jest zdolna powstrzymać nas, byśmy choć na chwilę zaprzestały za przykładem oblubienicy tego Pana "szukać po ulicach i rynkach?"   O, jakież to śmiechu warte mamidło, co jest na świecie, jeśli nam do tego celu nie dopomaga i do niego nie wiedzie! I chociażby wiecznie trwać mogły wszystkie uciechy, bogactwa i rozkosze jego - wszystko to śmiech i gnój w porównaniu z tymi skarbami, których posiadaniem cieszyć się mamy bez końca. A i te skarby jeszcze niczym są w porównaniu ze szczęśliwością posiadania Pana naszego. Stwórcy i Władcy wszystkich skarbów nieba i ziemi.
11. O ślepoto ludzka! Kiedyż już, kiedyż zejdzie nam z oczu ta ziemia? Dla nas, co prawda, nie ma ona takiego powabu, by zdołała nas zaślepić zupełnie, wszakże i w naszych oczach widzę ździebełka i pyłki, które, gdybyśmy im dopuściły wzmóc się, wielką nam mogą wyrządzić szkodę, jeżeli nie obrócimy sobie na pożytek tych uchybień i niedostatków naszych, poznając z nich coraz jaśniej nędzę naszą. Niech one nam otwierają oczy i poprawią wzrok nasz wewnętrzny, na podobieństwo onego błota, którym Oblubieniec nasz pomazał oczy ślepego i uzdrowił go. Widząc coraz wyraźniej wielkie niedoskonałości nasze, coraz goręcej błagajmy Pana, aby z nędz naszych wyprowadził dobro nasze, iżbyśmy we wszystkim stały się przyjemne Boskiemu Majestatowi Jego.
12. Daleko, ani się spostrzegłszy, odeszłam od założenia mego. Wybaczcie mi, siostry, ale stanąwszy wobec tych wielkości Bożych, to jest doszedłszy do tego punktu, gdzie wypadło mówić o nich, nie zdołam, wierzajcie, powstrzymać uczucia głębokiej żałości na widok tych niewypowiedzianie wielkich strat, jakie sami, z własnej winy naszej, sobie wyrządzamy. Prawda, że są to łaski, których Pan sam użycza, komu chce; ale gdybyśmy Go miłowali tak, jak On nas miłuje, snadź użyczałby ich wszystkim. On tego pragnie, by miał komu dawać, a nieskończona hojność darów Jego nie zdoła nigdy wyczerpać nieskończonych bogactw Jego.
13. Wracam do rzeczy. W chwili, gdy Pan zechce na duszę zesłać zachwycenie, zamykają się na rozkaz Oblubieńca, jak mówiłam, drzwi wszystkich mieszkań, i nie tylko mieszkań, ale i samejże twierdzy i zewnętrznych jej murów. Zatrzymuje się oddech do tego stopnia, że zachwycona, choćby, jak bywa niekiedy, zachowała jeszcze na chwilę władzę innych zmysłów swoich, ani słowa przemówić nie zdoła. Najczęściej jednak i zmysły, i wszystko od razu ulega zawieszeniu. Ręce i wszystkie członki stygną, jakby już dusza z nich wyszła; czasem niepodobna już dostrzec najmniejszego znaku życia. Trwa to w tym najwyższym stopniu natężenia czas krótki. Skrajne owo zawieszenie stopniowo wolnieje; ciało jakby znowu nieco życia i tchu nabiera, aby znowu w takiż sposób umierać, a duszy życia przysporzyć. Samo jednak owo wielkie zachwycenie, jak mówię, prędko przechodzi.
14. Lecz choć przejdzie, wola nieraz cały dzień albo i przez parę dni tak pozostaje jakby upojona, i umysł tak pogrążony w tym, co mu dane było oglądać, iż oboje niczym nie są zdolne się zająć, jeno tym, co może duszę pobudzić do większej miłości Boga. W tym też kierunku dusza jest cała rozbudzona i przytomna, ale w kierunku przeciwnym, to jest, by w kierunku stworzeń miała myślą się zwracać i sercem się przywiązywać, jest jakoby drzemiąca i uśpiona.
15. A gdy już całkiem wróci do siebie, o jakież dusza czuje w sobie zawstydzenie i jak wielkie i nieugaszone pragnienie poświęcenia całej siebie Bogu! Jeśli już tamte stopnie modlitwy, o których mówiłam poprzednio, takie zadziwiające zostawiają po sobie skutki, jakiż dopiero będzie skutek tej łaski, tak niewypowiedzianie wielkiej i wzniosłej? Chciałaby dusza mieć tysiąckrotne życie, aby je całe oddać Bogu. Chciałaby wszystkie, ile ich jest na ziemi, stworzenia przemienić w tyleż języków, aby wszystkie za nią chwaliły Boga. Pała żądzą niepowstrzymaną czynienia pokuty, a przecież, czyniąc ją, ma to uczucie, że nic nie czyni, bo siła miłości przewyższa dotkliwość bólu. I jasno teraz rozumie, jakim sposobem męczennicy tak łatwo, jakby zgoła ich nie czując, mogli znosić okropności męki, jaką im zadawano; Pan ich wspierał miłością swoją i mękę lekką im czynił. Dlatego też dusze takie zwykły żalić się Panu, gdy nie tyle im daje cierpień, ile by ich pragnęły.
16. Za wielką łaskę też sobie poczytują, gdy Bóg im te zachwycenia daje w ukryciu, bo gdy co podobnego spotka je przy świadkach, tak wielkie stąd mają zawstydzenie i zmieszanie, że przed nim jakby znika rozkoszne upojenie, jakim się cieszyły. Martwią się i troszczą, co sobie pomyślą ci, którzy na to patrzyli. Znając bowiem przewrotność świata, lękają się, że ci nieproszeni świadkowie na opak osądzą to, co widzieli, i nie tylko nie oddadzą za to chwały Panu, jak by powinni, ale jeszcze będzie to dla nich okazją do niesłusznych wniosków i domysłów. Zmartwienie to jednak i zawstydzenie zdaje się poniekąd znakiem nie dość głębokiej pokory. Bo jeśli pragniesz być wzgardzona, cóż cię to ma obchodzić, co ludzie o tobie pomyślą? Tak kiedyś, w podobnym zmartwieniu, z ust Pana samego usłyszała jedna, o której wiem: Nie martw się, ludzie albo Mnie chwalić będą, albo ciebie ganić, więc czy w pierwszym razie, czy w drugim, zawsze będziesz zysk miała. Wiem także, że ona, tak upomniana, wielkiej z tych słów nabrała otuchy i pociechy; dlatego też, gdyby która kiedy w takim smutku była, dla niej te słowa tu piszę. Chce Pan nasz, aby wiadomo było wszystkim, że ta dusza już jest Jego własnością i że nikomu tknąć jej nie wolno. Na ciele, na sławie, na majątku niech ją krzywdzą i owszem, wszystko to będzie na chwałę Boskiego Majestatu Jego, ale na duszy - nie! Tę, byleby sama była wierna Oblubieńcowi i nigdy nie śmiała grzesznie oddalić się od Niego, potrafi On obronić od całego świata, a choćby i od całego piekła.
17. Nie wiem, czy było mi dane choć w części wytłumaczyć, co to jest zachwycenie. W części, mówię, bo zrozumieć i objaśnić ten przedmiot w zupełności, jest to, jak mówiłam, rzecz niepodobna. Ale czas, strawiony na tym pisaniu, nie będzie, jak sądzę, czasem straconym, skoro teraz wiecie, jakie są znaki prawdziwego zachwycenia i jak skutki tego o całe niebo są różne od tych, które sprawuje zachwycenie zmyślone. Zmyślonym je zowie, nie żebym tę, która je miewa, pomawiała o rozmyślne oszukaństwo, ale że ona sama jest oszukana. A że znaki i skutki, jakie na niej się okazują, nie zgadzają się z wielkością takiej nadzwyczajnej łaski, przeto samaż ta łaska idzie przez nią w pośmiewisko i słusznie potem ludzie nie dowierzają i takiej, której Pan prawdziwie tej łaski użycza. Niech Jemu będzie błogosławieństwo i dziękczynienie na wieki, amen, amen.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 5
Opowiada w dalszym ciągu o innym, różnym od poprzedniego sposobie zachwycenia, gdy Bóg podnosi duszę do siebie pewnym lotem ducha. - Jakiej tu potrzeba odwagi. - Niejakie objaśnienie tej łaski, jaką Pan w tym zachwyceniu duszę wzbogaca.
1. Drugi sposób zachwycenia, który ja nazywam lotem ducha, choć w gruncie rzeczy takim samym jest zachwyceniem, w wewnętrznym jednak na duszę działaniu swoim bardzo się różni od poprzedniego. Takie tu znienacka powstaje w duszy poruszenie, z taką nagłością i niepowstrzymaną szybkością duch czuje się porwany, że mimo woli, zwłaszcza w początkach, dostępującego tej łaski wielki strach ogarnia. Dlatego wam mówiłam, że nieustraszonej odwagi potrzeba temu, komu Bóg ma tej łaski użyczyć, i wielkiej wiary, ufności i bezwarunkowego zdania się duszy na Boga, aby z nią uczynił, co Mu się spodoba. Czy małe to, sądzicie, dla człowieka przerażenie, gdy zupełnie przytomny i zdrowe mając swoich pięć zmysłów nagle uczuje, że mu duszę porywają, a za duszą nieraz i ciało, jak to nieraz w Żywotach Świętych czytamy, nie wiedząc zgoła, kto go porywa, dokąd i jakim sposobem? W pierwszych bowiem chwilach tego niespodzianego pochwycenia dusza nie ma jeszcze zupełnej pewności, czy to sprawa Boża.
2. Ale czyż nie ma sposobu, zapytacie, oparcia się tej sile? - Nie ma żadnego. Owszem, opór raczej zwiększa jeszcze gwałtowność porwania, jak o tym wiem od jednej, która przez to przechodziła. Bóg bowiem chce okazać tej duszy, że gdy tyle razy i z takim szczerym zapałem oddała Mu całą siebie, powinna wiedzieć, że żadnej już nie ma władzy nad sobą. Jakoż widząc, że im więcej się opiera, z tym gwałtowniejszą potęgą siła Boża ją chwyta i porywa, dusza owa postanowiła sobie uczynić z potrzeby cnotę i tak się względem tej siły zachowywać, jak się zachowuje źdźbło słomy wobec bursztynu, który ją, jak może kiedy widziałyście, niepowstrzymanie do siebie przyciąga. Źdźbło, mówię, i tak jest niezawodnie, bo nie z taką łatwością największy siłacz podniesie z ziemi ździebełko słomy, z jaką ten Boski Olbrzym nasz i wszechpotężny Pan porywa, gdy chce, duszę człowieka.
3. W czwartym mieszkaniu - jeśli dobrze pamiętam - gdzie była mowa o smakach duchowych, mówiłam, że dusza tymi smakami się ciesząca, jest jak sadzawka, do której cicho i spokojnie, bez wzburzenia ni szumu, spływa woda ze źródła; tu jest inaczej. Tu wielki ten Bóg, który w ręku swoim trzyma źródło wodne i morzu nakłada wędzidło, aby nie przekroczyło granic swoich, szeroko otwiera zdroje i upusty, którymi wody spływają do sadzawki; za czym wody te z pędem wielkim wzbierają potężną falą i wysoko w górę unoszą łódkę duszy. I jak czasu burzy ani sternik, ani żaden z tych, co kierują łodzią, nie zdołają zapobiec temu, by fale, nawałnic się piętrzące, nie poniosły łodzi w kierunku, w jakim same pędzą, tak, o wiele więcej jeszcze, dusza nie jest zdolna oprzeć się, choćby chciała, potędze zalewających wnętrze jej wód Bożych. Wszystko też, co zewnątrz jest, mianowicie zmysły jej i władze, przed tą siłą i wolą wyższego nad nie muszą ustąpić i zamilknąć, jakby nie istniały.
4. W chwili, gdy to piszę, upewniam was, siostry, cała przerażona jestem od zdumienia na samo wspomnienie tej ogromnej potęgi, jaką tu wielki on Król i Pan nasz objawia. Cóż więc dopiero musi się dziać w tych, którzy tego na samych sobie doznają? Najgorszy nawet z grzeszników, jacy żyją na świecie, gdyby boska wielmożność Pana tak mu się ukazała, jak się ukazuje tym duszom, nie śmiałby Go już obrażać, pewna tego jestem, bo strach sam, jeśli nie miłość, powstrzymałby go od grzechu. O jakże wielki zaciągają obowiązek dusze, tak wysokim objawieniem ostrzeżone, starania się o to z wszystkich sił swoich, by tego Pana w niczym nie obrażać! Na miłość Jego błagam każdą z was, której by boska łaskawość Jego tych czy innych podobnych łask użyczyła, nie przestawajcie gnuśnie na samym tylko braniu, ale bądźcie hojne i w oddawaniu. Pomnijcie, że kto wiele dłużny, wiele też ma do spłacenia.
5. Wielkiej do tego potrzeba odwagi, bo wszystko tu śmiałość odbiera. I gdyby Pan sam nie dodawał duszy otuchy, choć obdarzona tak wspaniale, w nieustającym żyłaby strapieniu. Patrząc bowiem na te wielkie rzeczy, które On w boskiej swej wielmożności jej czyni, a potem wglądając w siebie i widząc, jak mało Jemu w porównaniu z tym, co Mu jest winna, oddaje, i jak to maluczko, co czyni, pełne jest skaz, uchybień i niedostatków, chciałaby zgoła już zupełnie usunąć z swej pamięci te swoje tak niedoskonałe uczynki. I stara się raczej nie myśleć nigdy o nich, a pomnieć tylko na grzechy swoje, wszystką nadzieję i otuchę pokładając w miłosierdziu Boga i ufając, że kiedy sama nie ma czym się wypłacić. On niedostatek jej pokryje tą litością i zmiłowaniem, które zawsze po wszystkie czasy okazywał nad grzesznikami.
6. Może wtedy i ona usłyszy to samo, co Pan pewnego razu odpowiedział jednej, gdy w podobnym strapieniu, klęcząc przed krucyfiksem, żaliła się, że nigdy nie miała nic, co by mogła oddać Bogu, albo opuścić dla Niego: Oto ci oddaję wszystkie boleści i wszystkie gorzkości, jakie wycierpiałem w Męce mojej, weź je i ofiaruj je Ojcu mojemu, jako własność twoją. Słowa te taką tę duszę napełniły radością, i tak po nich uczuła się wzbogacona, że nigdy odtąd nie straciła ich z pamięci, i ile razy znowu przyjdzie na nią podobne strapienie i uczucie swej nędzy, jedno na te słowa wspomnienie nową napełnia ją otuchą i pociechą.
Mogłabym niejeden jeszcze taki przykład wam przytoczyć, bo dzięki częstym moim z tylu duszami świętymi i bogomyślnymi stosunkom, wiele podobnych szczegółów się dowiedziałam, lecz wolę je pominąć, abyście nie myślały, że mówię o sobie. Tego wszakże jednego przykładu pominąć nie chciałabym, bo wielki, jak sądzę, może być z niego dla was pożytek, ten mianowicie, byście poznały z niego i pamiętały na to, że Pan tego tylko od nas żąda, byśmy znały i coraz głębiej i jaśniej starały się poznać ubóstwo i nędzę naszą, bo nic nie mamy, czego byśmy darmo od Niego nie otrzymały. Tak więc, siostry moje, wielkiej, jak mówiłam, odwagi potrzeba duszy, którą Pan na ten stopień wyniesie. Potrzeba jej odwagi wobec jednego i drugiego, owszem, wobec tego drugiego większej jeszcze potrzeba jej odwagi, niż do tamtego, które łatwiej zniesie, jeśli będzie miała pokorę. Niechaj Pan z nieskończonej dobroci swojej raczy jej nam użyczyć.
7. Wracam teraz do owego tak gwałtownie nagłego porwania ducha. Jest to takie porwanie, że prawdziwie zdawać się może, że duch opuszcza ciało, choć z drugiej strony, jasna rzecz i niewątpliwa, że nie jest to śmierć. Lecz przez kilka chwil dusza rzeczywiście samej sobie nie zdoła zdać sprawy, czy jeszcze jest w ciele, czy też z niego wyszła. Zdaje jej się, że cała była przeniesiona do innej zupełnie krainy, różnej od tej, którą tu zamieszkujemy; że tam jej się ukazała światłość bez porównania żadnego jaśniejsza niż ta nasza światłość ziemska, i w tej światłości tyle rzeczy przedziwnych, że choćby całe życie nad nimi myślała, nigdy by ich myślą nie ogarnęła. Nieraz też, tą światłością oświecona, w jednej chwili nabywa poznania tylu naraz prawd i tajemnic, których by przy najusilniejszej przez długie lata pracy i największym umysłu i wyobraźni natężeniu ni w tysiącznej części nie doszła. Dzieje się to nie sposobem widzenia umysłowego, ale widzenia przez wyobraźnię, w którym oczyma duszy widzi się nierównie jaśniej niż tu oczyma ciała, i rozumie się wiele rzeczy bez pomocy słów. Na przykład, jeśli dusza w tym widzeniu ujrzy którego ze Świętych, poznaje go od razu, jakby dawnego znajomego.
8. Niekiedy znowu, obok rzeczy, które widzi okiem wewnętrznym w widzeniu umysłowym, przedstawiają jej się inne rzeczy nadprzyrodzone, jak hufce anielskie ze swoim Boskim Panem. Wszystko to i wiele innych rzeczy, których wyrazić nie zdołam, choć oczyma ciała nic nie widzi, przedstawia się jej przedziwnym jakimś, niewypowiedzianym sposobem wewnętrznego poznania. Kto inny, zdolniejszy ode mnie, jeśli przez to przechodził, potrafi może to wytłumaczyć, ale i najzdolniejszemu nie sądzę, by to poszło łatwo. Czy wszystko to dzieje się w ciele, czy w rozłączeniu z ciałem, tego nie wiem; ale jak nie śmiałabym twierdzić, by ciało w tych chwilach (s.362) zostawało bez duszy, tak również nie przysięgłabym na to, że dusza tak zachwycona pozostaje w ciele.
9. Nieraz przychodzi mi ta myśl, że jak słońce taką ma siłę, że stojąc na niebie i nie ruszając się z miejsca, na wszystkie strony promienie swe rozsyła, tak również nie ma w tym nic niepodobnego, by dusza i duch, które tak samo są jedno jak słońce i jego promienie, ogrzane potęgą tego zapału, który zsyła na nie prawdziwe Słońce Sprawiedliwości, nie mogły jakim wyższym pierwiastkiem swoim wznieść się wyżej nad siebie. Może być, że sama nie wiem, co mówię. Ale cokolwiek bądź, to wiem i tak jest, że nie z taką szybkością pocisk za przyłożeniem zapału wybucha ze strzelby, z jaką we wnętrzu duszy zrywa się to, co (w braku odpowiedniejszego wyrazu) nazywam lotem. Lot ten, choć cichy i bez szmeru, tak przecież jest wyraźny i tak dotykalnie dusza czuje się nim porwana, że nie może to żadną miarą być złudzeniem. Dusza tu, o ile zdołam zrozumieć, całkiem wychodzi z siebie i w tym stanie wspaniałe ogląda rzeczy, jakie Bóg jej objawia. Gdy zaś wróci do siebie, czuje w sobie niewypowiedzianie wielkie z owego zachwycenia pożytki. Za nic już ma wszystkie rzeczy ziemskie, bo w porównaniu z tym, co oglądała, wydają jej się tylko błotem. Życie na tej ziemi odtąd ciąży jej jak brzemię nieznośne i w czym. się przedtem kochała, tym teraz się brzydzi. Snadź dlatego spodobało się Panu ukazać jej nieco ze wspaniałości tej krainy niebieskiej, w której ma zamieszkać - podobnie, jak ludowi izraelskiemu przed wejściem do Ziemi Obiecanej wysłańcy przynieśli bogate okazy urodzajności owej krainy - aby łatwiej zniosła trudy tej uciążliwej drogi, mając przed oczyma ów kres błogosławiony, u którego znajdzie odpocznienie. Jakkolwiek więc mogłoby się komu zdawać, że z takiego zachwycenia w jednej chwili przemijającego, niewielka może być korzyść, w rzeczy samej jednak pożytki, jakie ono pozostawia w duszy, tak są niezmierne, że ten tylko zdoła je ocenić, kto ich sam na sobie doświadczył.
10. Z tego też jasno się okazuje, że zachwycenia te nie są ani przywidzeniem wyobraźni, ani sprawą złego ducha. Przywidzenie jest tu wprost niepodobieństwem; zły duch zaś żadną miarą nie zdoła sprawić w duszy tego rodzaju widzeń i wrażeń, takie w niej dobre skutki działających, taki jej przynoszących pokój, pogodę ducha i postęp w dobrym, a szczególnie te trzy owoce, których tu dusza w bardzo wysokim stopniu dostępuje. Naprzód, wyższe poznanie wielkości Boga, bo w miarę bliższego i w szerszej mierze oglądania Jego doskonałości, dusza też coraz jaśniej poznaje Jego nieogarnioną piękność i wielmożność. Po wtóre, głębsze poznanie samej siebie i głębsza pokora, tak iż nie śmie już i oczu podnieść do nieba na wspomnienie, że ona, takie nędzne i niskie w porównaniu z takim wielkim Panem stworzenie, ważyła się kiedy bądź obrazić Jego, tylu cudownych rzeczy Stworzyciela. Po trzecie na koniec, stanowcze wszystkimi rzeczami tej ziemi wzgardzenie, o ile nie służą jej do tego jedynego celu, by mogła je obrócić na służbę i chwałę tego Boga tak wielkiego.
11. Te są klejnoty, które Oblubieniec na pierwsze zrękowiny daje swojej oblubienicy, a które ona, znając ich nieskończoną cenę, w sercu swym chowa. Bo i widzenia one głęboko pozostają w jej pamięci wyryte i sądzę, że niepodobna, by ich zapomniała kiedy, aż do dnia, gdy zacznie cieszyć się nimi na wieki. Chybaby sama z własnej i wielkiej winy swojej te klejnoty utraciła; ale Oblubieniec, jak ją nimi obdarzył, tak też mocen jest użyczyć jej łaski, aby się ustrzegła takiej nieszczęsnej utraty.
12. Niemałej więc, powtarzam raz jeszcze, jak i same już to widzicie, potrzeba tu odwagi. Niemały to, zaiste, przestrach dla duszy, gdy czuje prawdziwie, jakby się rozłączała z ciałem, gdy zmysły ją odchodzą, sama nie wie jak i dokąd. Odwagę tu potrzebną Ten tylko dać jej mocen, który daje i tę łaskę zachwycenia. Powiecie może, że przestrach ten dobrze się duszy opłaca. Na to i ja się zgadzam. Chwała i dziękczynienie na wieki niech będzie Jemu, który możny jest tak wielkie (s.365) rzeczy czynić, tak wielkie dary dawać stworzeniom swoim. Niechaj w boskiej łaskawości swojej i nam to dać raczy, byśmy były godne służyć Jemu, amen.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 6
Mówi o skutku opisanej w poprzednim rozdziale modlitwy, po którym poznaje się, czy ona jest prawdziwa, czy też zmamieniem tylko. - O innej jeszcze łasce, jaką Pan czyni tu duszy, aby Go tym więcej wysławiała.
1. Łaski te, tak wzniosłe, wzbudzają w duszy takie pragnienie posiadania już zupełnie Tego, który ją nimi obdarza, że życie zamienia jej się w mękę, choć męka to słodka. Z tęsknotą nieutuloną pragnie śmierci i ustawicznie błaga Boga ze łzami, aby ją zabrał z tego wygnania. Wszystko, co widzi i słyszy wokoło siebie, jest dla niej umęczeniem, jedna tylko samotność znaczną jej ulgę przynosi. Ale i tu niebawem ból ten wewnętrzny się wznawia i wszędzie jej towarzyszy. I tak nigdzie nasz biedny motyl nie może znaleźć sobie trwałego odpocznienia. Owszem, ten wciąż tlejący w niej ogień tęsknej miłości za lada powiewem, zdolnym go podniecić, na nowo płomieniem wybucha i duszę znowu unosi. Stąd też zachwycenia w tym mieszkaniu bywają bardzo częste i nie ma sposobu zapobieżenia im, chociażby przyszły przy świadkach. Za czym niebawem wszczynają się prześladowania i szemrania, które nie dają jej pokoju i wzniecają w niej strachy, którym ona, jakkolwiek by chciała, obronić się nie zdoła, bo wielu jest tych, którzy tak ją straszą, a między nimi szczególnie spowiednicy.
2. I choć z jednej strony, w najgłębszym wnętrzu swoim, czuje wielką pewność i otuchę, zwłaszcza gdy sama jest z Bogiem, z drugiej strony jednak wielki ma smutek, lękając się, czy istotnie diabeł jej nie zwodzi i czy zmamiona przez niego nie obraża tego Pana, którego nad wszystko miłuje. O szemrania i sądy ludzkie mało dba, ale bardzo ją boli, gdy spowiednik ją nęka wyrzutami, jak gdyby tu była w czym winna. W tym udręczeniu nieustannie prosi wszystkich, aby się za nią modlili i Pana blaga, aby ją prowadził inną drogą, jeśli ta, jak wciąż jej mówią, jest tak niebezpieczna. Z tym wszystkim jednak, widząc, że tą drogą wielkie uczyniła w dobrym postępy i z tego, co czyta, słyszy i co jej oznajmują przykazania Boże mając pewność, że jest to droga, wiodąca do nieba, nie może, choćby chciała, wymóc tego na sobie, by nie pragnęła na niej pozostać i na tyle tylko zdobyć się zdoła, że zdaje się na wolę i zrządzenie Boga. Lecz i to, że nie potrafi pragnąć tego, co jej każą, dręczy ją, bo zdaje się jej, że przez to popełnia nieposłuszeństwo względem spowiednika, a ma to przekonanie, że właśnie tylko posłuszeństwo i chronienie się obrazy Bożej może ją obronić od niebezpieczeństwa zdrady i omamień złego ducha. I im mocniejsze widzi w sobie postanowienie raczej dać się porąbać na sztuki, niż świadomie popełnić jeden grzech powszedni, tym srożej to ją smuci, że snadź popełnia ich tyle mimo woli swojej.
3. Bóg daje tej duszy tak gorące pragnienie podobania Mu się we wszystkim, tak żywą bojaźń obrażania Go w czymkolwiek, choćby najmniejszą niedoskonałością, gdyby jej uniknąć zdołała, że dla tego już samego rada by uciekła od ludzi i szczerze zazdrości tym, którym kiedyś dane było, albo dziś jeszcze dane jest żyć na pustyni. A przy tym jednak chciałaby rzucić się w sam wir świata, czyby tam nie znalazła choć jednej duszy, którą by zdołała skłonić do wierniej szego służenia i gorliwszego oddawania chwały Bogu. I jeśli jest niewiastą, smuci się, że jako taka, będąc skrępowana, tej chęci swojej zadośćuczynić nie może i z zazdrością spogląda na mężów, którym wolno jest publicznie podnosić głos swój i swobodnie opowiadać wszystkim wielmożności tego wielkiego Boga i Pana Zastępów.
4. O biedny motylu, iż tylu więzami skrępowany, nie możesz ulecieć, kędy byś chciał! Zlituj się nad nim, Boże mój; daj folgę tej biednej duszy, aby już mogła choć w części jakiej spełnić na cześć i chwałę Twoją swe pragnienia. Nie zważaj na niegodność jej ani na jej niskość! Wszechmogący jesteś, Panie, i na rozkaz Twój rozstępują się głębiny morskie i Jordan zatrzymuje się w biegu swoim, swobodne otwierając przejście synom izraelskim. Nie żałuj jej! Twoją mocą wsparta, zdoła ona wielkie wytrzymać utrapienia. Gotowa jest na nie, pragnie je wycierpieć, więc wyciągnij, Panie, możne ramię Twoje, nie dopuszczaj tego, by całe życie jej zejść miało na poziomych drobiazgach. Objaw w tym biednym niewieścim stworzeniu wielmożność Twoją, aby świat, widząc, że nie ma w tym żadnej własnej jej siły, Tobie samemu wszystką chwałę oddawał. A ją niech to kosztuje, ile chce, choćby to był koszt największy, bo tego tylko pragnie, gotowa tysiąc razy oddać życie swoje, aby choć jedna dusza za jej sprawą większą Tobie cześć i chwałę oddała. Za taką cenę wszelką ofiarę poczytywałaby sobie za zysk niezrównany, dobrze to rozumiejąc, że nie jest godna i najmniejszej rzeczy dla Ciebie ucierpieć, a cóż dopiero umrzeć dla chwały Twojej!
5. Po co i na jaki pożytek napisałam powyższe słowa? - Snadź sama nie wiedziałam, co piszę. Ale to wiedzmy, siostry, że takie są, bez żadnego wątpienia, skutki, jakie te zawieszenia czy zachwycenia po sobie zostawiają. Nie są to pragnienia przelotne; trwają one ustawicznie i przy każdej sposobności wypełnienia ich czynem okazuje się, że nie ma tu żadnego złudzenia. Dlaczego mówię, że pragnienia te trwają ustawicznie? - Bo bywają tu wprawdzie chwile małoduszności, kiedy dusza słania się po niższym poziomie i takie czuje w sobie wylęknienie, że nie miałaby, jak sądzi, odwagi do podjęcia najmniejszego trudu. W takich chwilach, jak sądzę, Pan pozostawia duszę samej sobie i własnemu jej przyrodzeniu, dla większego jej dobra. Wówczas bowiem widzi ona, że jeśli kiedy miała do czego odwagę, miała ją nie z samej siebie, ale jedynie z daru łaskawości Bożej. I w przenikającej poznania tego jasności sama w sobie się unicestwia i jaśniej jeszcze poznaje moc i dobroć Boga, który w takim nędznym stworzeniu raczył je okazać. Ale najczęściej zwykły stan tej duszy taki jest, jak go wyżej opisałam.
6. Jedno tu, siostry, zważcie, że wielkie te żądze oglądania Pana taki nieraz ból gwałtowny sprawują, że nie należy zwiększać ich, ale raczej, o ile to rzecz możebna, myśl od nich odrywać. O ile to rzecz możebna, mówię, bo jest pewien rodzaj tych pragnień, o którym później mówić będę, którym oprzeć się nie można, jak o tym same się przekonacie. Ale pragnienia tego pierwszego rodzaju, o którym mówię obecnie, nieraz dadzą się stłumić. Rozum tu bowiem zupełnie jest swobodny, może więc uzgodnić się z wolą Bożą, i mówić, co mówił św. Marcin. Może także tę żądzę i tęsknotę swoją, zwłaszcza gdy ból z niej powstający bardzo się wzmaga, powściągnąć tą uwagą, że chociaż takie pragnienia bywają znakiem wysokiego już postępu w cnocie, kto wie, czy nie zły duch je wznieca, aby miała siebie za doskonałą i świętą. Uwaga to w każdym czasie bardzo pożyteczna, bo zawsze nam dobrze chodzić w bojaźni. Mam wprawdzie to przekonanie, że takiego pokoju i takiej swobody ducha, jakich dusza przy tym bólu doznaje, diabeł nie jest mocen sprawić. Pragnieniom przez niego wzbudzonym zawsze towarzyszyć będzie większe lub mniejsze wzburzenie namiętności, jakie zwykło powstawać w duszy w razie jakiego zmartwienia o rzeczy świeckie. Ale kto sam nie doświadczył jednego i drugiego, nie potrafi rozpoznać tej różnicy i poczytując sobie za rzecz wielką, będzie je, ile zdoła, podniecał, ciężką przez to wyrządzając sobie szkodę na zdrowiu. Bo ból, z tej tęsknoty powstający, jest nieustanny, albo przynajmniej bardzo często się wznawia.
7. I na to również zwróćcie uwagę, że cierpienia te nieraz bywają skutkiem słabej kompleksji, szczególnie u osób łatwo roztkliwiających się i za lada małym powodem gotowych do płaczu. Takim diabeł sto razy wmówi, że płaczą z wielkiej miłości Boga, choć łzy ich zupełnie z tego źródła nie płyną. Owszem, jeśli to powtarza się przez czas dłuższy (że dusza taka za każdym najmniejszym słowem, jakie usłyszy, albo wspomnieniem o Bogu zaraz się rzewnymi łzami zalewa i powstrzymać ich nie umie), i płacze bez końca, bardzo być może, że raczej humory jakieś, nagromadzone około serca, tę obfitość łez wywołują, niżby je miała wyciskać siła miłości Bożej. Ale one, ponieważ słyszały, że dar łez jest łaską, nie tylko nie usiłują powstrzymać się od płaczu, ale raczej pobudzają się do łez ile zdołają. A diabeł zawsze tu wygrywa, bo płaczka taka tym ciągłym płakaniem swoim rychło, jak on tego pragnie, przywodzi siebie do takiego stanu zniemożenia, że już ani modlić się nie zdoła, ani Reguły zachować.
8. Widzę stąd, jak stajecie zdziwione z takim zapytaniem na ustach: cóż więc mamy począć, kiedy takie we wszystkim jest niebezpieczeństwo? I kiedy nawet taką rzecz dobrą, jaką jest dar łez, uważam za mogącą podlegać zmamieniu, czy nie jestem sama zmamiona? Być może, iż jestem w błędzie, ale wierzajcie, że mówię tu z własnego doświadczenia, bo niejedną widziałam taką. Nie powiadam, bym doświadczała tego na samej sobie, bo nie jestem bynajmniej tkliwa z natury; przeciwnie, serce tak mam twarde, że mi nieraz aż przykro. Niekiedy jednak, gdy wewnątrz ogień wielki zapłonie, z serca tego, choć tak nieużytego, sączą się łzy jak z alembiku. Takie łzy łatwo można poznać po skutkach; nie sprawują one żadnego wzburzenia w duszy, ale raczej przynoszą jej uspokojenie i pokrzepienie, a zdrowiu rzadko się zdarza, by zaszkodziły. Co do tamtych łez, tyle przynajmniej jest w nich dobrego, że ciału tylko szkodzą, a nie duszy (jeśli ta jest prawdziwie pokorna). Ale bez pokory nie będzie rzeczą nieużyteczną mieć je w podejrzeniu.
9. Nie sądźmy, by w sprawie naszego uświęcenia głównie chodziło o łzy, chodzi o to, byśmy rękę przykładały do dzieła i pracowały usilnie nad postępem w cnotach. O to jedno starać się powinniśmy; na ściąganie łez nie wysilajmy się. Przyjdą same, gdy spodoba się Bogu je zesłać; wtedy też zroszą one suchą rolę dusz naszych i wielki sprawią urodzaj, tym większy, im mniej będzie naszego o nie starania. Ta jest woda z nieba na nas płynąca. Ta druga zaś, którą sami z utrudzeniem, jakby kopiąc w ziemi, wydobyć usiłujemy, nic z tamtą nie ma wspólnego, i nieraz, nakopawszy się aż do umęczenia, miasto spodziewanego zdroju, ani strumyczka nawet wody nie znajdziemy. Lepiej nam więc, siostry, zdaniem moim, trzymać się w obecności Pana i stawiać sobie przed oczy miłosierdzie i wielmożność Jego, a naszą niskość. On zaś niech daje nam, co Jemu się spodoba, wodę czy posuchę, jak zechce. Wie On lepiej niż my, czego nam potrzeba. Zdając się tak na wolę Jego, będziemy miały spokój i diabeł już nie tak łatwo znajdzie sposobność do zastawiania na nas swych sideł.
10. Niekiedy wśród owych wrażeń bolesnych zarazem i słodkich. Pan użycza duszy nadzwyczajnej modlitwy i pewnego, niepojętego dla niej rozradowania. Opiszę je tu dokładniej, abyście, gdyby Pan raczył wam udzielić tej łaski, czyniły Mu za nią dzięki należne i wiedziały zawczasu, co w tym stanie dzieje się w duszy. Rozradowanie to, o ile rzecz rozumiem, zasadza się na dziwnie bliskim zjednoczeniu władz duszy z Bogiem, tylko że tu pozostawia im, jak również i zmysłom, swobodę, aby mogły się cieszyć szczęściem swoim, choć same nie pojmują, co to jest, czym się cieszą i w jaki sposób tym szczęściem się cieszą. Może to się wydawać jakąś baśnią arabską, a przecież tak jest prawdziwie. Tak wielką tu i nieobjętą dusza się cieszy rozkoszą, że chciałaby cieszyć się nią nie tylko sama, ale opowiadać ją wszystkim, aby wszyscy pomagali jej chwalić Pana, jak do tego jedynie dąży wszystko pragnienie. O, jakie by gody wyprawiała, gdyby to było w jej możności, jakie by na wszystek świat zawodziła okrzyki radości, aby wszystkim była wiadoma ta rozkosz, w którą opływa! Jak on syn marnotrawny, gdy wreszcie do domu ojca powrócił, i ona ma to uczucie, jakby została odszukana, jakby sama siebie znalazła. I jak on ojciec odzyskanego marnotrawcy, rada by zwołała wszystkich i wielką ucztę im zastawiła, aby się z nią cieszyli, iż w takim bezpiecznym znalazła się schronieniu Bo pewna tego jest i najmniejszej o tym nie może mieć wątpliwości, że zupełnie jest w tej chwili przynajmniej zabezpieczona od złego. I, zdaniem moim, ma słuszność, taka bowiem wielka radość i rozkosz, jaką czuje w najgłębszym wnętrzu jestestwa swego, taki przy tym pokój i takie pragnienie wysławiania Boga, niepodobna, by mogło pochodzić od ducha złego.
11. Niemałej i niełatwego przezwyciężenia siebie wymagającej rzeczy dusza dokaże, jeśli pod takim niepowstrzymanym nawałem wewnętrznego rozradowania zdoła milczeć i ukryć w sobie to, co w niej się dzieje. Takie snadź rozradowanie czuł w sobie św. Franciszek, gdy chodził po błoniach i polach wielkim głosem wołając, a napadnięty przez zbójców oznajmił im, iż jest heroldem wielkiego Króla. Czuło je tylu innych świętych, którzy chronili się na puszczę, aby życiem swoim umartwionym takimiż być, jak św. Franciszek, heroldami Pańskimi i głośno oznajmiać, już nie ludziom, ale skałom, zwierzętom i niemym stworzeniom chwałę Boga swego. Tak czynił i on święty - świętym go zowie, bo znając życie jego, przekonana jestem, że nim był - Piotr z Alkantary. A ludzie, słysząc go tak w miejscach bezludnych wołającego, naśmiewali się z niego i brali go za szalonego. O, jakież to, siostry, szczęśliwe i pożądane szaleństwo! Oby Bóg wszystkim nam użyczyć go raczył! A dla was ileż to łask zawiera się w tej jednej łasce, jaką Pan wam uczynił, że ukrył was w tym świętym schronieniu! Tu, jeśliby się spodobało Panu uszczęśliwić was darem tego rozradowania, bezpiecznie możecie je objawiać. Tu w takich chwilach czeka was życzliwe uznanie i poparcie, nie pośmiewiska i obmowy, jakie by was spotkały na świecie, tak mało przywykłym do podobnego sposobu ogłaszania chwały Bożej, iż nie dziw, że na nim ostrzy złośliwy swój język.
12. O, nędzne to życie, o, nieszczęsne to czasy, w których nam żyć przypadło! Szczęśliwa zaiste ta dusza, której się dostała w udziale ta cząstka najlepsza, że mogła uchylić się od tego świata i żyć daleko od niego! Nieraz, gdy jesteśmy razem zebrane, niewypowiedzianą mam pociechę patrząc na was, siostry, i widząc tę wielką waszą radość wewnętrzną, z jaką każda wedle możności dzięki czyni Panu, iż ją przywiódł do tego klasztoru. Widzę tę radość waszą, bo rzecz widoczna, że wszystkie te dziękczynienia wynikają z wnętrza, z głębi dusz waszych. Rada bym jak najczęściej widziała w was te oznaki radości, dość, by jedna zaczęła, a tym samym pobudzi i drugie. Jakiż może być lepszy z języka waszego użytek, jaki odpowiedniejszy przedmiot rozmów waszych, gdy jesteście razem, nad ten, byście wspólnie chwaliły Pana, kiedy tyle mamy do chwalenia Go powodów?
13. Niechaj On w boskiej łaskawości swojej często nas darzy tym rodzajem modlitwy tak bezpiecznym, a tak dla duszy korzystnym. Niech nas nim darzy, bo to jest łaska w wysokim stopniu nadprzyrodzona, o własnych siłach nabyć jej nie zdołamy. Stan taki trwa nieraz dzień cały. Dusza wówczas chodzi jakby na wpół pijana, na podobieństwo człowieka, który obficie trunków zażył, ale nie do tego stopnia, by przytomność i zmysły utracił; albo jak melancholik, który nie całkiem odszedł od zmysłów, ale zostaje pod wrażeniem jednej myśli, która mu utkwiła w wyobraźni i nikt mu jej z głowy wybić nie może.
Niezręczne to porównanie na objaśnienie łaski tak wzniosłej, ale i umysł mój tępy i nic lepszego wynaleźć nie umie. Ale tak jest, jak mówię, że pod wpływem tego rozradowania dusza tak zapomina o wszystkim i o samej sobie, że nic innego nie widzi i nic innego mówić nie potrafi, jeno to, co samo z tego jej rozradowania wytryska, to jest uwielbienie Boga.
Łączmy się, córki moje, łączmy się wszystkie z tą duszą i wspólnie pomagajmy jej chwalić Pana. Na co nam chcieć być od niej mędrszymi? Jaka może być dla nas większa pociecha? Owszem, i wszystkie stworzenia wzywajmy do wspólnego z nami dziękczynienia, niech wszystkie z nami i przez nas wielbią i sławią Stworzyciela swego na wieki wieczne, amen, amen, amen
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 7
Opowiada, w jaki sposób dusze, łaskami wyżej opisanymi od Boga obdarzone, boleją i żalem się kruszą na wspomnienie swoich grzechów. - Jak wielki to błąd, nie ćwiczyć się, choćby kto był już wysoko, w pamięci na człowieczeństwo Pana i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, na Jego Mękę i życie, i na Jego chwalebną Matkę i świętych. - Jakie nieocenione z tej pamięci płyną dla duszy korzyści.
1. Może wam się będzie zdawało, siostry (tym mianowicie, które nigdy jeszcze tych łask nie dostąpiły, tak się zdawać może, bo które już cieszyły się tymi darami prawdziwymi, te rozumieją, o czym tu chcę mówić), że te dusze, którym Pan w tak niewypowiedzianie bliski sposób udziela siebie, bezpieczne są i pewne, iż Go już posiadają na zawsze, za czym już i nie mają czego się lękać, ani grzechów swoich opłakiwać. W wielkim byłybyście błędzie tak sądząc, gdyż żal za grzechy tym wyżej rośnie, im większe łaski dusza od Boga otrzymuje. Jest to ból, który, sądzę, że nigdy nas nie opuści, póki nie znajdziemy się tam, gdzie nic już boleć nie może.
2. Prawda, że ból ten w różnych czasach żywiej lub mniej żywo dojmuje, a także tutaj w inny niż zwykle sposób się objawia. Dusza tu nie myśli o karach, na które za grzechy swoje zasłużyła; to tylko ją boli, że tak była niewdzięczna Temu, któremu tyle zawdzięcza i który tak jest godzien tego, by Mu wszystko stworzenie Jego służyło. Tym głębiej boleje nad tą niewdzięcznością swoją, im jaśniej w świetle tych wielkich rzeczy, których Pan jej użycza, staje jej na oczy boska wielmożność Jego. Zdumiewa się, przerażona, nad niepojętą zuchwałością swoją; płacze nad zaślepieniem swoim, że Boga, nieskończonej czci godnego, tak sobie lekceważyła; tak wielce nierozumną przedstawia jej się głupota jej, że utulić się z żalu nie może, zwłaszcza gdy wspomni, dla jakich to nędznych i niskich rzeczy ważyła się wzgardzić takim wysokim Majestatem. Żywiej stoją jej przed oczyma te grzechy jej, niż wszystkie łaski, które otrzymuje. Łaski te i następne, które w dalszym ciągu opiszę, niewypowiedzianie są wielkie, ale spływają na nią na kształt bystrej rzeki, w pewnych czasach tylko. Grzechy zaś są jakby kałuża błota, którą wciąż ma przed oczyma i ustawicznie w pamięci jej się odnawiają. Jest to doprawdy krzyż nielekki.
3. Znam jedną osobę, która tęsknie pragnęła śmierci, nie dla samego tylko widzenia Boga, ale i dla uwolnienia się od tego nieustannego, jaki w sobie nosiła bólu, iż tak była niewdzięczna Temu, któremu tyle była i będzie winna. Miała to o sobie przekonanie, że na całym świecie nie znajdzie się taki grzesznik, który by jej w niegodziwości dorównał, bo nie ma na całym świecie takiego, nad którym by Bóg tak wielką, jak nad nią, cierpliwość i hojność okazał. Co do bojaźni piekła, tej tu nie znają. Czasem tylko, ale rzadko, bardzo je dręczy obawa postradania Boga. Wszystka ich bojaźń do tego jedynie się ściąga, by Bóg nie wypuścił ich kiedy z rąk swoich i by Go już nigdy nie obraziły i nie wróciły do tego stanu nędzy duchowej, w jakim przedtem żyły. O własną w przyszłym życiu mękę czy chwalę się nie troszczą. A jeśli pragną dla siebie niedługiego zatrzymania w czyśćcu, nie tyle im chodzi o skrócenie kar, które tam cierpieć będą, ile raczej o to, by nie były długo oddalone od Boga.
4. Jakkolwiek by zresztą dusza opływała we wszelkie najwyższe łaski od Boga, nie sądzę, by kiedy mogło być dobrze ' dla niej puścić w niepamięć nędzny stan, w jakim dawniej zostawała. Przykre to wspomnienie, ale z wielu względów bardzo pożyteczne. Chociaż może to mnie tylko tak się zdaje i dlatego, że taka byłam grzeszna, ciągle mam w pamięci grzechy moje. Inne, cnotliwsze ode mnie, nie mają może za co żałować, choć dopóki żyjemy w tym śmiertelnym ciele, nikt chyba nie zdoła uchronić się całkiem od zmazy. Ufność i pamięć na to, że Pan nasz już odpuścił i w niepamięć podał grzechy nasze, żadnej temu bólowi nie przynosi ulgi, raczej mu nowej jeszcze dodaje siły na wspomnienie takiej niewyczerpanej dobroci, łaskami obsypującej niegodne stworzenie, któremu się tylko piekło należy. Świadomość ta, tak sobie wyobrażam, dla takiego świętego Piotra, dla takiej świętej Magdaleny, prawdziwym musiała być męczeństwem. Przy takiej bowiem żarliwej miłości, jaką oboje ci Święci pałali, przy tylu łaskach najwyższych, przy takim jasnym poznaniu, jakie mieli o wielkości i wielmożności Boga, pamięć na dawne grzechy srogim snadź żalem krajała im serce i najtkliwszą je skruchą przenikała.
5. Może też która z was pomyśli sobie, że dusza, ciesząca się posiadaniem łask tak wysokich, nie będzie już się zajmowała rozmyślaniem o tajemnicach najświętszego Człowieczeństwa Pana naszego, ale cała będzie oddana ćwiczeniu się w miłości.- Jest to przedmiot, o którym szeroko pisałam na innym miejscu. Niektórzy wprawdzie mocno mię za to zganili dowodząc, że nie rozumiem tych rzeczy, że różne są drogi, którymi Pan dusze prowadzi, a zatem dusza, która przebywszy już pierwsze początki i postąpiła wyżej, powinna zajmować się wyłącznie tajemnicami Bóstwa samego, a wystrzegać się myśli o rzeczach cielesnych. Mnie jednak wszystkie te ich dowodzenia nie zdołały przekonać, by droga przez nich zalecana była dobra. Może być, że się mylę, może też w słowach tylko się różnimy, a w gruncie rzeczy i oni i ja mówimy toż samo. Ale doświadczyłam na sobie, że czart próbował tą drogą wyprowadzić mię w pole. Własnym więc kosztem nauczona, choć o tym już niejednokrotnie mówiłam, chcę tu raz jeszcze to powtórzyć, abyście miały ostrzeżenie, jak pilnie powinnyście w tym punkcie mieć się na baczności, owszem, nie wierzcie temu, kto by was chciał uczyć inaczej. Postaram się tu dokładniej, niż to tam uczyniłam, wyrazić myśl moją. Kto zaś utrzymuje przeciwnie, (s.376) jeśli w piśmie zechce szerzej i jaśniej rozwinąć zdanie swoje, może się okaże, że ma słuszność, ale tak pobieżnie i w krótkich słowach tylko zbywając rzecz tak wzniosłą i ważną, łatwo może takim, jak my, mało oświeconym niemałą wyrządzić szkodę.
6. Będzie się więc zdawało niejednej duszy, że nie powinna rozmyślać o Męce Pańskiej; tym bardziej zatem nie powinna rozmyślać o życiu Najświętszej Panny i Świętych, choć pamięć o nich tak wielką nam przynosi pociechę i zachętę do dobrego. Przyznaję, że nie mogę pojąć, jak oni uzasadniają swoje pojęcia. Nic wspólnego nie mieć z ciałem i z żadną rzeczą cielesną, wiecznie płonąć jednym nieprzerwanym nigdy zapałem miłości, to rzecz duchów niebieskich. Ale nam, żyjącym w ciele śmiertelnym, potrzeba obcować ze Świętymi i żyć duchem w ich społeczności, i rozważać te wielkie bohaterskie czyny, które oni dla miłości Boga spełnili. Jakże więc daleko bardziej jeszcze nie godzi się nam odwracać rozmyślnie od tego najświętszego Człowieczeństwa Pana naszego Jezusa Chrystusa, które jest wszystkim dobrem naszym i niezawodnym na wszelkie nędze nasze lekarstwem. Doprawdy, niepodobna mi przypuścić, by która dusza pobożna zdolna była tak się świadomie i rozmyślnie oddalić od wcielonego Boga swego, a którzy tak radzą, ci chyba sami nie wiedzą, co mówią i szkodę wielką i samym sobie, i drugim wyrządzają. Za to przynajmniej ręczę, że tacy nie wejdą do tych ostatnich dwu mieszkań, bo opuściwszy przewodnika, którym jest Jezus najsłodszy, jakże mogą iść naprzód? Wielkie to już szczęście, jeśli choć w dalszych mieszkaniach zdołają bezpiecznie się utrzymać. Sam Pan nam mówi, że On jest drogą, i również mówi, że On jest światłością, i że nikt nie przychodzi do Ojca, jeno przez Niego, i że "kto ujrzał Jego, ujrzał i Ojca". Może mi kto zarzuci, że słowa te mają się rozumieć w innym znaczeniu. O innych znaczeniach nic nie wiem; znam tylko to, które zawsze czułam w głębi duszy, że jest prawdziwe i zawsze mi bardzo z nim było dobrze.
7. Są dusze - i niejedna z nich z tym mi się zwierzała - że gdy je Pan podniesie do tego stanu doskonałej kontemplacji, chciałyby już na zawsze w nim pozostać. To być nie może. Ale to prawda, że po otrzymaniu tej łaski pewna w nich następuje zmiana, że mianowicie nie potrafią już, jak przedtem, rozumem rozmyślać o tajemnicach życia i Męki Chrystusowej. Skąd to pochodzi, tego dobrze nie wiem, ale najczęściej tak bywa, że po takich łaskach i widzeniach nadprzyrodzonych rozum staje się mniej sposobny do rozmyślania. A ponieważ rozmyślanie całe zasadza się na szukaniu Boga, więc gdy dusza Go znajdzie i nawyknie do szukania Go wciąż na nowo samą tylko wolą, już nie chce i nie potrzebuje zadawać sobie trudu szukania Go jeszcze rozumem. Może też, jak mnie się zdaje, skutkiem rozpłomienienia woli, szlachetna ta władza chce już działać sama i obchodzić się, jeśli może, bez pomocy tamtej. Nic by w tym nie było złego, ale będzie to rzecz niemożliwa, zwłaszcza dla duszy, która jeszcze nie doszła do tych dwu mieszkań ostatnich; najczęściej skończy się na daremnym traceniu czasu, bo bardzo często, chcąc zagrzać wolę, dusza potrzebuje wezwać na pomoc rozum.
8. Zważcie to dobrze, siostry, że jest to punkt bardzo ważny, dlatego też bliżej jeszcze chcę go wam objaśnić. Choćby dusza pragnęła całkiem i wyłącznie oddać się miłości, o niczym więcej myśleć nie chcąc, nie potrafi przecież tego okazać. Dlaczego? Bo choć wola nie zamarła, ale przymiera w niej ogień, który zwykł ją zapalać, potrzeba więc, by go kto rozdmuchał, aby znowu buchnął płomieniem. Czy byłoby to dobrze, gdyby dusza w tej posusze wewnętrznej czekała z założonymi rękoma, ażeby ogień zstąpił z nieba i pochłonął tę ofiarę, którą z siebie chce uczynić Bogu, jak to niegdyś uczynił święty nasz Ojciec Eliasz? Niekoniecznie, bo niedobrze jest czekać cudów od Boga. Pan sam, jak mówiłam i bliżej jeszcze objaśnię, czyni, gdy zechce, cuda dla tej duszy. Chce jednak także, byśmy pamiętali na nędzę naszą i że nie jesteśmy godni takiej cudownej od Niego pomocy, byśmy zatem sami sobie pomagali, jak możemy. I mam to przekonanie, że jakkolwiek byśmy wysoki już stopień modlitwy osiągnęli, zawsze to nam będzie potrzebne.
9. Prawda, że kogo Pan już dopuści do mieszkania siódmego, ten, z powodów, które, jeśli mię pamięć nie zawiedzie, w swoim miejscu objaśnię, rzadko kiedy jeszcze, albo może i nigdy, nie będzie potrzebował uciekać się do tej pracy rozumu. Ale tam dusza, niewypowiedzianym sposobem z Chrystusem Panem złączona, nigdy nie odchodzi od boku Jego i Pan, wedle Bóstwa zarazem i Człowieczeństwa swego, do nieustającej ją dopuszcza z sobą społeczności.
Gdy więc ogień on, o którym mówiłam, w woli nie płonie, gdy dusza nie czuje w sobie obecności Boga, wtedy potrzeba i Pan sam tego żąda, by za przykładem oblubienicy w Pieśni nad pieśniami szukała Go dusza i pytała stworzeń o Tego, który je stworzył - jak tego nas uczy i święty Augustyn w Rozmyślaniach czyli w Wyznaniach swoich. - Nie możemy zaś siedzieć z rękoma założonymi, niemądrze czas tracąc na oczekiwaniu, aż znowu przyjdzie ta łaska doskonałej kontemplacji, którą raz otrzymaliśmy. Powtórzenia tej łaski, zwłaszcza w początkach, może Pan przez cały rok, a nawet przez kilka lat odmówić. On w boskiej mądrości swojej wie dlaczego, nam pytać o przyczynę ani potrzeba, ani pożyteczne. Wiemy, jaką drogą nam iść trzeba, aby spodobać się Bogu; jest to droga przykazań i rad Jego. Tą drogą idźmy z wszelką, na jaką nas stać pilnością, rozpamiętywając przy tym życie i śmierć Zbawiciela i jako wiele jesteśmy Mu dłużni, reszta zaś sama przyjdzie, gdy Pan zechce.
10. Tu będzie w swoim miejscu odpowiedź na zarzut niektórych, utrzymujących, że nie potrafią zatrzymać umysłu na takich rozmyślaniach; i po tym, co mówiłam wyżej, być może, że z pewnego względu mają słuszność. Wiecie, że co innego jest rozmyślać rozumem, a co innego przedstawiać rozumowi dane prawdy, obecne w pamięci. Ale może mi tu powie która, że nie rozumie tego, co mówię. Moja to wina, snadź sama dość jasno rzeczy nie rozumiem, skoro nie umiem jej zrozumiale wyrazić; wszakże postaram się objaśnić ją jak potrafię. Rozmyślaniem nazywam dłuższe nad daną prawdą zastanawianie się rozumem, co odbywa się w sposób następujący. Zaczynamy rozmyślać nad nieogarnioną wielkością łaski, jaką Bóg nam uczynił dając nam jednorodzonego Syna swego; po czym, postępując dalej, przechodzimy w myśli wszystkie tajemnice boskiego życia Jego. Albo też zaczynamy od modlitwy w Ogrójcu, i rozum, z tego punktu wychodząc, idzie za Panem bolesną drogą, aż do zawieszenia Jego na krzyżu. Albo jeszcze bierzemy jaki fragment Męki Pańskiej, na przykład pojmanie Pana Jezusa, i przedstawiając sobie wszystkie szczegóły tej tajemnicy, zdradę Judasza, ucieczkę Apostołów i tak dalej, zastanawiamy się nad uwagami, które one nam nastręczają, nad uczuciami, które w nas wzbudzają. Jest to doskonały sposób modlitwy i wielka z niego dla duszy zasługa.
11. Wszakże od tego sposobu rozmyślania, słusznie poniekąd - jak mówiłam - mogą się wymawiać niemożnością dusze, które doszły już do wyższego stopnia modlitwy, które Bóg podniósł do stanu widzeń nadprzyrodzonych i kontemplacji doskonałej. Jaka tego przyczyna, tego, powtarzam, nie wiem; ale rzeczywiście tak jest, że tego rodzaju dusze rozumem rozmyślać najczęściej nie są zdolne. Lecz żadną miarą taka dusza nie miałaby słuszności, gdyby utrzymywała, że nie zdoła zupełnie zatrzymywać się przy tych tajemnicach, ani mieć je czasem w pamięci, a przynajmniej w czasach, kiedy Kościół pamiątkę ich obchodzi. Nie może być, by dusza, tak hojnie od Boga obdarzona, zdołała w takie szczególne dni wypuścić z pamięci te najdroższe dowody miłości, jakie Pan jej daje w tych tajemnicach. Są to przecież jakby żywe iskry, coraz mocniej podniecające w niej ogień miłości. Tylko że dusza nie poznaje już tych tajemnic rozumowaniem; poznaje je w sposób doskonalszy. Tak ma nimi umysł przeniknięty, tak je nosi głęboko wyryte w pamięci, że jedno wejrzenie sercem na przykład na Pana, leżącego twarzą na ziemi w Ogrójcu, i na ów straszliwy Jego pot dość jej daje zajęcia i pożywienia nie na jedną godzinę, ale na cale dni. Jednym prostym wejrzeniem widzi nieskończoną wielkość i świętość Pana w tym dobrowolnym dla nas Jego poniżeniu i całą brzydkość naszej niewdzięczności, jaką Mu za taką miłość Jego i takie dla nas Jego cierpienie odpłaciliśmy. Za czym zaraz i wola, choć bez tkliwych uczuć, zapala się pragnieniem wywdzięczenia się w czymkolwiek za taką wielką łaskę i żądzą ucierpienia coś niecoś dla Tego, który dla niej tak srodze cierpiał; takimi i tym podobnymi rzeczami umysł swój i pamięć zajmuje. Dlatego więc dusza taka nie potrafi już rozumem rozmyślać o Męce Pańskiej, i wobec tej niemożności zdaje jej się, że i myśleć o niej nie może.
12. Jeśli zaś istotnie na nią nie pamięta, dobrze jej będzie postarać się, aby pamiętała. Żaden najwyższy sposób modlitwy, pewna tego jestem, nie stanie jej w tym na przeszkodzie, a niemałą, zdaniem moim, miałaby szkodę, gdyby zaniechała jak najczęstszego ćwiczenia się w tym. Co innego, jeśli spodoba się Panu zesłać na nią zachwycenie; wtedy już rozmyślać nie zdoła, choćby chciała. Ale w takim razie, poddanie się bez oporu porywającej ją sile, żadną nie będzie dla niej przeszkodą, będzie jej, owszem, pomocą do wszystkiego dobrego. Przeszkodę raczej sama kładłaby sobie, gdyby w takim stanie siliła się jeszcze na takie, jak mówiłam wyżej, rozmyślanie rozumem, do którego, zdaniem moim, dusza na ten stopień wyniesiona nie jest zdolna. Może zresztą być, że która potrafi, bo różne i niezliczone drogi, którymi Bóg dusze prowadzi. Ale nie potępiajmy przynajmniej tych, które tą drogą iść nie mogą i nie odsądzajmy ich za to od możności korzystania z tych niewypowiedzianych skarbów, jakie się zamykają w tajemnicach życia i śmierci najwyższego dobra naszego. Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nikt we mnie nie wmówi, choćby najbardziej uduchowiony, by zaniechanie tych skarbów mogło wyjść na dobre.
13. Są dusze, które w początkach albo w dalszych już postępach duchowego życia, gdy dojdą albo dochodzić zaczną do modlitwy odpocznienia i zakosztują rozkoszy i smaków, jakich Pan im w tym stanie użycza, wyobrażają sobie, że byłoby to najwyższym dla nich szczęściem, gdyby mogły w tym stanie pozostać na zawsze i bez przerwy używać tych rozkoszy. Takim radzę - jak o tym już mówiłam - niech się tak bardzo nie oddają temu upojeniu. Życie jest długie i sporo w nim różnych utrapień. I abyśmy je umieli znosić jak należy, potrzeba nam zapatrywać się na wzór nasz, Chrystusa, jak On je znosił, jak je za przykładem Jego znosili apostołowie i święci. Dobrze jest być z najsłodszym Jezusem i z Najświętszą Matką Jego; nie odłączajmyż się od tego towarzystwa tak dobrego, że nie masz nad nie lepszego. Bardzo nam rad jest Boski nasz Zbawiciel, gdy przychodzimy do Niego rozważać i sercem podzielać bóle i cierpienia Jego, chociażby z wyrzeczeniem się własnych pociech i smaków naszych. Tym bardziej, że wszak wiemy o tym, córki, iż pociechy nie tak często przychodzą na modlitwie i nie trwają ustawicznie, więc zawsze będzie czas i na jedno, i na drugie. Która by zaś dowodziła, że pociechy u niej są ciągłe, że zatem nigdy nie ma możności zastanowienia się nad tajemnicami Męki Chrystusowej, takiej stan uważałabym za podejrzany i radziłabym jej, aby go sama miała w podejrzeniu i ze wszystkich sił starała się z niego wytrzeźwieć. Jeśli zaś własne siły jej nie starczą, niech się uda do przeoryszy i prosi o naznaczenie jej takiego obowiązku, który by ją zmuszał do ciągłej pilności i uwagi i tym sposobem grożące jej niebezpieczeństwo zażegnał. Bo rzeczywiście niebezpieczeństwo, gdyby stan taki się przedłużał, grozi tu wielkie, szczególnie pod względem czystości serca i porządku w głowie.
14. Sądzę, że dostatecznie wykazałam, jak wielka i rażąca byłaby to niewłaściwość, gdyby dusza, choćby najwyżej uduchowiona, tak chciała stronić od wszelkiej myśli o rzeczach (s.382) cielesnych, by nawet pamięć o najświętszym Człowieczeństwie wydawała się jej szkodliwa. Powołują się tu na słowa, które Pan mówił do uczniów, że lepiej, aby odszedł. Przyznam się, że takiego argumentu znieść nie mogę. Z pewnością nie powiedział Pan tych słów do swojej Najświętszej Matki. Wiedział bowiem, że mocna jest w wierze, że w Jego osobie czci Boga i człowieka, i że choć więcej Go miłuje niż oni, przecież tak doskonała jest Jej miłość, iż Jego obecność wedle ciała nie tylko jej nie osłabia, ale owszem, coraz mocniej podnieca. Mówił zaś te słowa do apostołów dlatego, że oni wówczas nie mieli jeszcze tak mocnej wiary, jaką mieli później, a jaką i nam dziś mieć przystoi. Raz jeszcze upewniam was, córki, takie stronienie od świętego Człowieczeństwa, jakby od jakiej do nabożeństwa przeszkody, jest drogą bardzo niebezpieczną. Łatwo nią diabeł może doprowadzić aż do utraty czci i miłości najświętszego Sakramentu.
15. Zostawałam i ja w tym błędzie. Nie dochodził on wprawdzie, zdaje mi się, do tej ostatniej skrajności, zawsze jednak nie tyle, ile należało, podobałam sobie w pamięci na Pana naszego Jezusa Chrystusa, a usiłowałam utrzymywać się w onym upojeniu, czekając ponowienia się tych rozkoszy, z których ono powstało. Jasno potem poznałam, że byłam na złej drodze. W niemożności posiadania i używania zawsze tych rozkoszy, myśl moja rozpraszała się i błąkała się na wszystkie strony. Dusza moja, na podobieństwo trzepoczącej się ptaszyny, nie mającej kędy by spoczęła, traciła dużo czasu na próżno, ani w cnotach nie postępując, ani z modlitwy nie odnosząc pożytku. Nie mogłam jednak dojść, jaka by tego była przyczyna, i podobno nigdy bym nie doszła, bo zdawało mi się, że dobrze robię. Dopiero pewna osoba świątobliwa, gdym się przed nią zwierzyła i opisała jej mój sposób modlitwy, oświeciła mię. Wtedy dopiero jasno zrozumiałam, na czym mój błąd polegał. I nigdy nie przestanę żałować tego, że był w życiu moim czas, w którym nie wiedziałam tego, że trudno spodziewać się zysku, gdy się go z taką stratą szuka. Ale choćby i był jaki zysk na tej drodze, nie chcę żadnego zysku ani żadnego dobra, które by inną drogą mi przyszło, jeno przez Tego, od którego wszystko dobro pochodzi. Jemu chwała na wieki, amen
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 8
Opowiada, w jaki sposób Bóg udziela siebie duszy przez widzenie umysłowe i daje pewne przestrogi. - Jakie skutki sprawuje to widzenie, gdy jest prawdziwe. - Jak bardzo należy podobne łaski chować w milczeniu.
1. Abyście lepiej jeszcze się przekonały, że tak jest, jak mówię: że im wyżej dusza postąpi, tym bliższe ma obcowanie i towarzystwo z najsłodszym Jezusem, nie będzie od rzeczy, że wam tu pokażę, jak Pan, gdy zechce, zniewala duszę do tego z Nim towarzystwa. Czyni to zaś tak, iż choćby nawet chciała, nie jest w jej możności ani na chwilę odłączyć się od Niego. Jasno to widać z cudownych dróg i sposobów, jakimi On w boskiej łaskawości swojej nam siebie udziela i w niewypowiedzianie dziwnych zjawieniach i widzeniach miłość nam swoją okazuje. O tym chcę tu nieco powiedzieć, raz, abyście wy - gdyby wam Pan podobnych łask użyczyć raczył - nie dziwiły się im i nie przeraziły się, a po wtóre, abyśmy wszystkie, jeśli z łaski Pana zdołam choć w części przynajmniej te rzeczy wyjaśnić, wspólnie z całego serca Go wysławiały. A chociażby nam samym tych wysokich darów odmówił, za innych przecież, nimi zaszczyconych, dzięki Mu winnyśmy czynić, iż On, taki wielki Pan i Mocarz, tak łaskawie raczy się udzielać stworzeniu swemu.
2. Otóż bywa tak, że w chwili, gdy dusza ani się spodziewa, by miała otrzymać taką łaskę i nigdy jej nawet przez myśl nie przeszło, by mogła na coś podobnego zasłużyć, nagle czuje przy sobie Pana naszego Jezusa Chrystusa, choć Go ani oczyma ciała, ani wzrokiem wewnętrznym nie widzi. Nazywają to, nie wiem dlaczego, widzeniem umysłowym. Jedna osoba, której Pan tę łaskę uczynił, prócz innych, o których niżej będzie mowa, z początku wielkie miała z tego powodu strapienie, bo nic nie widząc, nie mogła pojąć, co to jest. Czuła wprawdzie z największą pewnością, że Ten, który jej się w taki sposób objawia, jest to sam Pan Jezus. Jawnie też świadczyły jej o tym przedziwne skutki, jakie w niej to widzenie sprawiało, mimo to jednak, nie mogła się obronić obawie i wątpliwości, czy to widzenie, choć takie wyraźne, że o rzeczywistości jego wątpić nie mogła, istotnie od Boga pochodzi, a nie raczej od złego ducha. Tym bardziej, że o widzeniu umysłowym nigdy przedtem nie była słyszała ani nawet nie przypuszczała, by mogło być takie widzenie. Jasno też wówczas poznała, że Ten, który przedtem już wielokrotnie do niej mówił w sposób wyżej w swoim miejscu opisany, był to nie kto inny, jeno tenże Pan, którego czuła przy sobie. Do chwili bowiem otrzymania tej ostatniej łaski, choć zawsze słyszała i rozumiała słowa, nie wiedziała nigdy, kto mówi.
3. Strwożona więc tym widzeniem (zwłaszcza, że ten rodzaj nie przemija prędko, jak widzenia przez wyobraźnię, ale trwa dużo dłużej, po kilka dni, niekiedy i przeszło rok cały), dusza ta udała się z tym swoim ciężkim strapieniem do zwykłego spowiednika. Ten ją zapytał, skąd może wiedzieć, że to Pan, kiedy nic nie widzi i jak ten Pan wygląda z twarzy? Na to ona odrzekła, że nie wie, że żadnej twarzy nie widzi i nic nie może powiedzieć nad to, co powiedziała, ale to tylko wie, że nie kto inny mówi do niej, jeno Pan, i że nie jest to żadne złudzenie. Jakoż, choć ciągle ją na różny sposób straszono i choć te strachy mocno ją przerażały, najczęściej jednak niepodobna jej było wątpić o tym, że w tych zjawieniach istotnie Pan jest przy niej obecny, zwłaszcza gdy słyszała od Niego te słowa: Nie bój się, to Ja jestem. Słowa te taką miały potęgę, że wobec nich znikała wszelka wątpliwość. Za czym, dziwnie pokrzepiona na duchu i ucieszona, że w takim dobrym znajduje się towarzystwie, czuła wyraźnie, jak wielką cudowna ta łaska jest jej pomocą do ciągłej pamięci na obecność Boga i do usilnej w czuwaniu nad sobą pilności, aby niczego nie uczynić, co by mogło obrazić oczy Boskiego Majestatu Jego, patrzące na nią bezustannie. Ile razy przystępowała do rozmowy z Panem na modlitwie, zawsze czuła Go tak blisko siebie, iż niepodobna, by każdego słowa, każdego westchnienia jej nie słyszał. Ona jednak Jego słowa nie zawsze słyszała, tylko chwilowo i niespodzianie, kiedy Pan widział, że jej tego potrzeba. Czuła Go stojącego przy sobie, z prawej strony, ale nie w taki sposób, w jaki zwykle czujemy czyjąś przy nas obecność. Tu bowiem jest zupełnie inny rodzaj uczucia, a tak subtelny, że nikt by go, sądzę, opisać nie zdołał. Uczucie to jednak jest równie wyraźne jak tamto i taką samą pewność daje, owszem, i dużo większą, wrażenie zmysłowe bowiem może nas omylić, to uczucie nigdy. A takie wielkie z niego wypływają dla duszy korzyści i takie przedziwne skutki wewnętrzne, że niepodobna, by uczucie to mogło się rodzić z melancholii, jak również niepodobna, by zły duch mógł być sprawcą takich łask, jakich tu dusza dostępuje: takiego pokoju, takich nieustających pragnień podobania się Bogu, takiej wzgardy dla wszystkiego, co nie podnosi do Niego. Jakoż później, w miarę jak Pan coraz wyraźniej się jej objawiał, dusza ta z wszelką już pewnością przekonała się, że widzenia jej nie są sprawą czartowską.
4. Przedtem jednak długo wielkim chwilami podlegała obawom, czasem znowu wielkie czuła zawstydzenie, nie mogąc pojąć, skąd i za co taka niesłychana łaska jej się dostała w udziale. Byłyśmy z sobą tak jedno, że nic się nie działo w duszy tamtej, o czym bym ja nie wiedziała. Możecie więc być pewne, że cokolwiek wam mówię o tych przejściach wewnętrznych, wszystko to rzetelną jest prawdą.
Łaska ta, tym samym, że jest od Pana, sprawia w duszy głębokie zawstydzenie i pokorę; gdyby pochodziła od złego ducha, skutki jej byłyby wprost przeciwne. Widząc jasno, że jest to rzecz dana od Boga, żadna bowiem usilność ludzka nie zdołałaby jej sprawić, nie może dusza żadną miarą poczytywać jej sobie za swoje dobro, ani nie uznać tego, że otrzymała ją z ręki Boga. I choć z tych łask, o których mówiłam poprzednio, niektóre, zdaniem moim, są większe, ta jednak tę ma wyższość, że daje duszy szczególnie jasne poznanie Boga, a to nieustające, które za nią idzie z Majestatem Boskim towarzystwo, wzbudza w niej miłość ku Niemu najtkliwszą i gorętsze jeszcze niż tamte, pragnienia poświęcenia całej siebie na służbę Jego. Wielką przy tym daje czystość i jasność sumienia, bo towarzysząca jej wszędzie Boża obecność zniewala ją do ciągłej uwagi na siebie. Wiemy wprawdzie, że Bóg jest wszędzie obecny i że patrzy na wszystkie sprawy nasze, ale taka jest nieudolność naszej natury, że łatwo się o tej prawdzie zapomina. Tutaj zaś zapomnieć o niej niepodobna, bo Pan przy boku duszy stojący, wciąż jej obecność swoją przypomina. Wreszcie i tamte łaski, poprzednio opisane, skutkiem nieustającego zapału miłości, jakim tu dusza płonie ku Temu, którego widzi przy sobie, częściej jeszcze niż przedtem przychodzą.
Słowem, po tych korzyściach, jakie stąd odnosi, dusza poznaje i czuje, jak niesłychanie wielkiej ceny jest ta łaska, której dostąpiła, dziękuje więc za nią Panu i nie oddałaby jej za żadne skarby i rozkosze tej ziemi. Stąd też, gdy spodoba się Panu odjąć od niej tę łaskę, bolesne czuje osamotnienie i tęsknotę. I choćby wówczas z wszelką możliwą usilnością starała się o odzyskanie tego boskiego towarzystwa, nic jej to nie pomoże, łaskę tę bowiem daje Pan, kiedy i komu chce, własną zaś wolą i staraniem nikt jej nie nabędzie. Nieraz też w tym widzeniu odczuwa się obecność którego ze Świętych, co także wielki jej przynosi pożytek.
6. Zapytacie, jakim sposobem, nic nie widząc, może dusza wiedzieć, że jest przy niej Pan Jezus albo Najświętsza Matka Jego, albo jakiś święty? - Tego wam dusza nie wytłumaczy, bo i sama nie zdoła rozpoznać, jakim sposobem to poznaje; to tylko wie z zupełną pewnością, że poznaje. Że poznaje Pana, kiedy mówi do niej, to, zdaje się, łatwiej jeszcze zrozumieć, ale że poznaje świętego, który nic nie mówi, którego Pan snadź tylko dla wspomożenia lub dla towarzystwa jej daje, to rzecz dziwna. Bywają tu inne jeszcze rzeczy duchowe, których niepodobna opisać. Z tego samego okazuje się jasno, jaka jest niskość i nieudolność natury naszej ku zrozumieniu nieogarnionych wielmożności Boga, kiedy i tych nawet, które nam tu wyraźnie objawia, pojąć i wypowiedzieć nie zdołamy. Przeto i ten, komu Pan tej łaski użyczyć raczy, to jedno tylko uczynić może, że ją przyjmie z podziwieniem i z uwielbieniem Boskiego Majestatu Jego. Niechaj za nią szczególne Panu dzięki składa, bo jest to łaska, której nie udziela się każdemu. Niechaj ją ma w jak najwyższej cenie i tym silniej się stara doskonałą Bogu służbę oddawać, kiedy boska łaskawość Jego tak hojnej mu ku temu pomocy użycza. Stąd także nie ma obawy, aby taka dusza miała siebie za lepszą od drugich; przeciwnie, ma ona o sobie to przekonanie, że nikt na całym świecie gorzej Bogu nie służy niż ona, bo czuje to, że na całym świecie nie ma nikogo, kto by Mu do większej niż ona obowiązany był wdzięczności, w czym zupełną ma słuszność. Dlatego też najmniejsze uchybienie żalem serdecznym, jakby ostrym grotem, przeszywa jej wnętrzności.
7. Po tych znakach i skutkach, które ta łaska pozostawia w duszy, każda z was, którą by Pan zechciał tą drogą prowadzić, może się przekonać, że nie jest to ani oszukanie diabelskie, ani złudzenie wyobraźni. Niepodobna bowiem - powtarzam - by proste urojenie fantazji tak długo trwało, a jeszcze bardziej, zdaniem moim, niepodobna, by widzenia, z których takie na duszę spływają korzyści i tak wielki spokój wewnętrzny, mogły być sprawą złego ducha. Nie diabelski to obyczaj wzbogacać dusze w cnoty, ani też nie zdoła on, choćby chciał, sprawić takiej rzeczy dobrej. Toteż, gdyby w tym była ręka jego, zaraz by, pod wpływem takich widzeń, w duszy, zdradą jego oszukanej, powstawały mgły i wyziewy wysokiego rozumienia o sobie i poczytywania siebie za coś lepszego od drugich. Lecz ustawiczne złączenie duszy z Bogiem i zanurzenie się w Nim myślą, tak jest wstrętne diabłu i do takiej doprowadza go wściekłości, że choćby istotnie spróbował kiedy tą drogą kusić dusze' i oszukać, z pewnością drugi raz tej próby nie powtórzy. Bóg też wierny jest i nie dopuści nieprzyjacielowi opanować duszy, która tego jedynie pragnie, by była Jemu przyjemna i gotowa jest życie swoje oddać dla czci i chwały Jego. Nie opuści jej Pan w pokusie i rychło jej odkryje zdrady kusiciela.
8. Powtarzam więc i wciąż to powtarzać będę, że jeśli jeno dusza czuje i widzi w sobie te skutki, które, jak mówiłam, widzenia owe sprawują, bezpieczna jest i może być spokojna. Bo chociażby kiedy z dopuszczenia Bożego diabeł ważył się ją napastować. Pan ją zwycięsko i z większą dla niej korzyścią wyprowadzi z pokusy, a czart odejdzie, sromotnie pobity na głowę. Przeto, córki, która z was idzie tą drogą, niechaj się nie trwoży. Co innego bojaźń Boża; ta zawsze jest dobra i zawsze ją mieć powinnyśmy, abyśmy zawsze czuwały, jak Pan przykazał i w niczym nie ufały samym sobie. Bez takiej świętej bojaźni łatwo mogłybyście, widząc siebie tak wzbogaconymi, opuścić się w pracy wewnętrznej, a to byłoby znakiem, że widzenia wasze nie są z Boga, skoro nie sprawują w was owych skutków, o których mówiłam. W pierwszych początkach tych widzeń dobrze będzie pod sekretem spowiedzi zasięgnąć zdania jakiego prawdziwie uczonego teologa, bo takim z urzędu przystoi oświecać nas, lub też jakiego męża wysoko duchowego, jeśli wam się taki nadarzy. Jeśli nie ma takiego, pożyteczniej jest znieść się z mężem gruntownie uczonym, a najlepiej jest udać się do takiego, który by to dwoje w sobie łączył. Jeśliby wam powiedział, że widzenia wasze są tylko urojeniem, nie frasujcie się o to. Urojenie takie, zapewne, że pożytku wielkiego duszy nie przyniesie, ale i szkody wielkiej wyrządzić jej nie może. Polecajcie tylko siebie miłosierdziu Pana, aby wam nie dopuścił ulec oszukaniu. Gorsze byłoby strapienie, gdyby wam powiedziano, że jest to sprawa złego ducha. Teolog prawdziwie uczony, sądzę, że takiego wyroku o tych widzeniach nie wyda, jeśli jeno takie z nich skutki wynikają, jak je opisałam. Ale chociażby on tak rzecz osądził, Pan sam, przy boku waszym stojący, pocieszy was, pewna tego jestem, i otuchy wam doda, a jemu przymnoży oświecenia wewnętrznego, aby i was wedle prawdy oświecił.
9. Jeślibyście, szukając rady, trafiły na spowiednika, którego Pan, choćby i nie zaniedbywał rozmyślania, tą wyższą drogą nie prowadzi, taki od pierwszego słowa przerazi się wyznaniem waszym i od razu wszystko zgani i odrzuci. Dlatego, jak mówiłam, radzę wam udać się raczej do uczonego teologa, chociażby nie był mężem modlitwy. Najlepiej zaś będzie trzymać się takiego, jeśli się nadarzy, który by z głęboką nauką łączył nabytą z własnego doświadczenia znajomość rzeczy duchowych. Przełożona zaś pozwolenia na zniesienie się z takim doradcą niechaj nie odmawia, bo jakkolwiek by o duszę takiej siostry, patrząc na cnotliwe życie jej, była spokojna, zawsze jednak, dla zobopólnego bezpieczeństwa, ścisły ma obowiązek nie tylko nie stawiać siostrze żadnych przeszkód, ale i zrobić jej wszelkie ułatwienia, jakie od niej zależą. A gdy już tak przed upatrzonym powiernikiem się otworzy i stosowne od niego otrzyma wskazówki, niech już ta dusza się uspokoi i nikomu więcej o tym nie mówi. Chociaż zdarza się niekiedy, że diabeł, tam gdzie nie ma żadnego powodu do obawy, takie przecież wznieci w niej niepomierne strachy, że zmuszona będzie, nie poprzestając na onym jednym zwierzeniu się, dalej jeszcze szukać rady i światła u drugich. Zwłaszcza wtedy, jeśli ma spowiednika niedoświadczonego i bojaźliwego, będzie do tego zmuszona, bo on sam będzie ją odsyłał do drugiego i trzeciego po radę. Tym sposobem rzecz, która słusznie miała być trzymana w głębokiej tajemnicy, rozgłasza się i dusza, która pragnęłaby, by nikt o niej nie wiedział, nagle staje się przedmiotem głośnych rozmów i sądów ludzkich, z czego wynikają dla niej ciężkie utrapienia, a i samże Zakon w takich czasach, jak te obecne, może na tym ucierpieć. Wielkiej więc potrzeba tu roztropności i baczności, co zwłaszcza przeoryszom bardzo usilnie zalecam.
10. I to także każda powinna mieć na uwadze, by w postępowaniu swoim nie robiła różnicy między siostrami i tej, która miewa podobne widzenia, nie poczytywać zaraz za lepszą od drugich. Pan każdą duszę prowadzi taką drogą, jaką widzi być dla niej potrzebną. Zapewne, że podobne łaski są dla duszy nimi obdarzonej przysposobieniem do wysokiego postępu w świętości, jeśli czyni z nich należny pożytek; ale nieraz też Bóg tą drogą prowadzi dusze bardzo słabe w cnocie. Samo więc posiadanie tych łask nie stanowi jeszcze osobliwej dla duszy zalety, tak samo jak nieposiadanie ich żadnej jeszcze nie czyni ujmy. Miarą świętości są cnoty; która wierniej i żarliwiej służy Panu w umartwieniu, w pokorze, w czystości sumienia, ta będzie świętsza nad drugie. Ale o tym my tu na ziemi pewności mieć nie możemy, będziemy ją mieli dopiero w on dzień, kiedy Sędzia sprawiedliwy odda każdemu wedle zasług jego. Tam ze zdumieniem ujrzymy, jak dalece sądy Jego różne są od sądów naszych, jak wysoko przewyższają wszelką myśl i pojęcie nasze. Chwała Jemu i dziękczynienie na wieki, amen.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 9
Objaśnia, w jaki sposób Bóg udziela się duszy w widzeniu przez wyobraźnię i jak nic należy nigdy pragnąć tej drogi. - Przyczyny tej bardzo ważnej przestrogi. - Korzyści z niej wypływające.
1. Przystępuję teraz do widzeń przez wyobraźnię, do których, jak mówią, łatwiej niż do poprzednich może zakraść się diabeł; i sądzę, że tak jest. Wszakże, gdy pochodzą od Pana, widzenia te, zdaniem moim, większy z pewnego względu pożytek przynoszą, ponieważ lepiej odpowiadają naszej naturze. Nie przewyższają jednak tych, których Pan użycza w mieszkaniu ostatnim, a które są tak wysokie, że żadne inne im nie dorównają. W rozdziale poprzedzającym mówiłam wam, jako w widzeniu umysłowym Pan daje poznać duszy swoją obecność przy niej, toż samo dzieje się i tu, tylko w inny sposób, który postaram się wam objaśnić za pomocą następującego porównania.
2. Przedstawmy sobie, że mamy w posiadaniu naszym skrzynkę złotą, a w niej zamknięty kamień drogi, niezmiernie wielkiej ceny i cudownej skuteczności. Kamienia tego nigdy na oczy nie widzieliśmy, ale wiemy z zupełną pewnością, że mamy go ukrytego w tej skrzynce i, nosząc ją przy sobie, czujemy po skutkach, jakie sprawuje, dzielność zamkniętego w niej klejnotu. Choć go więc nie widzimy, cenimy go sobie wysoko, bo wiemy z własnego doświadczenia, że ma on moc uzdrawiania pewnych ran, z jakich i nas uzdrowił. Patrzeć nań ani skrzynki otwierać nie śmiemy i, choćbyśmy chcieli, nie moglibyśmy, bo sekret otworzenia jej zna tylko właściciel klejnotu, i choć go nam dla pożytku naszego użyczył, klucz przecież, jako do własności swojej, zatrzymał przy sobie i nie otworzy, aż gdy mu się spodoba pokazać nam on skarb ukryty. I gdy zechce, znowu zamknie i skarb ukryje; jakoż w rzeczy samej tak czyni.
3. Przypuśćmy teraz, że w danej chwili, dla pociechy tego, komu tę skrzynkę powierzył, nagle ją przed nim otworzy. Rzecz jasna, że cudowny blask kamienia, tego, kto go tak ujrzy, nieopisaną napełni radością i głęboko się w pamięci jego wyryje. Otóż podobnie się dzieje w widzeniu przez wyobraźnię, gdy spodoba się Panu duszę nim uszczęśliwić. Jasno jej wtedy ukazuje swoje najświętsze Człowieczeństwo, w tej czy w innej postaci, jak zechce; czy takim, jak się przedstawiało oczom ludzkim, gdy jeszcze mieszkał śmiertelny na tej ziemi, czy też jakim jaśnieje w nieśmiertelnej chwale zmartwychwstania. I choć to widzenie tak szybko przemija, że można by je porównać z szybkością błyskawicy, wszakże wspaniały ten obraz tak pozostaje w wyobraźni wyryty, że niepodobna, jak sądzę, by kiedy mógł się w niej zatrzeć, dopóki dusza nie ujrzy go tam, kędy jej dano będzie cieszyć się nim bez końca.
4. Obraz, mówię, ale nie znaczy to, by dusza widziała Człowieczeństwo Pana, jakby malowane. Widzi je, owszem, prawdziwe i żywe; nieraz nawet do niej przemówi, nieraz i głębokie tajemnice jej objawia. Dodać tu jednak należy, że chociażby to widzenie nie tak szybko przemijało, jak mówiłam, chociażby dłuższy czas trwało, tak samo zawsze niepodobna byłoby utkwić w nim oczy, jak niepodobna utkwić je w słońcu. Przyczyna jednak tu jest inna; na słońce patrzeć nie możemy, bo blask jego razi cielesne oczy nasze; blask zaś tego nadziemskiego widoku nie razi wewnętrznego oka duszy, w której się całe to widzenie odbywa. (Czy może ono kiedy być widome i dla oka zewnętrznego? O tym nic powiedzieć nie mogę, bo ta dusza, z którą jestem tak blisko i której sprawy wewnętrzne tak dokładnie znam, jak swoje własne, nigdy nic podobnego nie doznała, a czego się nie zna z własnego doświadczenia, o tym trudno powiedzieć coś pewnego). Blask i jasność najświętszego Człowieczeństwa jest to jakby światłość wlana do duszy, jakby blask słońca przykryty dziwnie subtelną i przeźroczystą zasłoną z diamentu utkaną; szata jego biała i powiewna, jakby z najcieńszej tkaniny holenderskie. Dusza, której Pan użyczy łaski tego widzenia, zawsze wpada w zachwycenie, bo niskość jej nie jest zdolna znieść tak przerażającego widoku.
5. Przerażającego, mówię, bo chociaż to widzenie tak wdzięczne i tak rozkoszne, jakiego nikt, choćby i tysiąc lat na to się myślą wysilał, nie zdołałby sobie wyobrazić (tak dalece ta piękność przewyższa wszelką objętość wyobraźni i pojęcia ludzkiego), sama przecież obecność Pana ogromnym majestatem swoim mimo woli duszę strachem i przerażeniem przenika. Nie ma tu dusza potrzeby pytać, kogo ma przed sobą, wie ona dobrze i czuje, kto On, i On sam jasno jej siebie oznajmia, Pan wszechmogący nieba i ziemi. Nie jak królowie tego świata, których nikt by nie poznał, gdyby nie blask zewnętrznej okazałości i orszaku królewskiego, którym się otaczają.
6. O Panie, jakże mało Ciebie znamy, choć imię chrześcijańskie nosimy! Cóż będzie w on dzień, gdy przyjdziesz nas sądzić, jeśli tu, gdy z taką łaskawością przychodzisz do duszy, którą sobie za oblubienicę obrałeś, widok Twój takie w niej sprawia przerażenie? Cóż będzie, o córki, gdy strasznym głosem rzeknie: "Idźcie precz, przeklęci", od Ojca mojego?
7. Pamiętajmy na to, póki tu żyjemy i to niech będzie dla nas owocem tych łask, tych cudownych widzeń. Najlepszy to będzie owoc. Święty Hieronim, choć taki święty, nigdy, póki żył, z pamięci swej nie wypuszczał onego dnia sądu strasznego. Czyńmy podobnież, a niczym nam się wydadzą wszelkie cierpienia i surowości zakonne, w których żyjemy;' choćby one najdłużej trwać miały, zawsze to będzie chwila tylko w porównaniu z tą wiecznością, która trwa bez końca. Co do mnie, szczerze wam wyznam, że choć taka grzeszna jestem, nigdy wspomnienie na męki piekielne takiego we mnie strachu nie wzbudzało, jakiego doznawałam na samą myśl o tym straszliwym wejrzeniu gniewu i zapalczywości, jakim w on dzień sądu oczy Pana naszego, te oczy tak piękne, tak słodkie, tak łaskawe, spoglądać będą na potępionych. Serce mi się kraje na to wspomnienie i tak było zawsze przez całe życie moje. Zważcie teraz, jak daleko bardziej tego lękać się musi owa dusza, której Pan sam w taki sposób się objawiał! Widok ten tak głębokim przenika ją uczuciem, że ją aż czucia pozbawia. I ta jest przyczyna, dla której Pan w tych widzeniach sprawia w niej zawieszenie władz i zmysłów, przychodząc tym sposobem w pomoc jej słabości, aby wyszedłszy z siebie mogła się w tym tak wysokim obcowaniu złączyć z boską wielmożnością Jego.
8. Widzenie, w którym by dusza zdolna była przez dłuższy czas wpatrywać się w Pana, nie byłoby, jak sądzę, widzeniem, jeno gwałtownym jakimś natężeniem myśli, sztucznym w wyobraźni utworzeniem postaci, ale martwej w porównaniu z tym, co dusza w prawdziwym widzeniu ogląda.
9. Zdarzają się także dusze (wiem o tym, bo sama miałam do czynienia z takimi, a było ich nie trzy albo cztery, ale wiele), które mają tak chorobliwą wyobraźnię czy też umysł tak niespokojny, że przejmują się tworami swej imaginacji, że cokolwiek im stanie na myśli, to zdaje im się, że na oczy widzą. Gdyby takie dusze ujrzały widzenie prawdziwe, przekonałyby się bez najmniejszej wątpliwości, że rzekome ich widzenia są tylko zmamieniem. Same sobie tworzą w wyobraźni to, co widzą, za czym i z tej pracy swojej nie tylko żadnego nie odnoszą pożytku, ale jeszcze tak po niej zostaną chłodne i obojętne, że prędzej jeszcze i łatwiej zagrzałby je widok jakiegokolwiek obrazka pobożnego. Przy tym, widziadła te od razu zacierają się w pamięci, prędzej jeszcze niż sen, co samo już dowodzi, że żadnej do nich wagi przywiązywać nie warto.
10. Zupełnie inaczej się dzieje w prawdziwych widzeniach, o których tu mówimy. W chwili, gdy dusza ani się spodziewa, ani jej przez myśl nie przejdzie, by miało się z nią stać coś nadzwyczajnego, znienacka zjawia się przed nią Pan i, wznieciwszy zrazu we wszystkich zmysłach i władzach wielkie poruszenie przestrachu i trwogi, natychmiast potem ucisza je w błogim onym pokoju. Podobnie, jak gdy św. Paweł, nagle zatrzymany w swym zapędzie, legł obalony na drodze do Damaszku, wielka nad nim zawrzała z nieba nawałnica, tak i tu, w tym świecie wewnętrznym, w głębi duszy, wielkie nagle staje się wzburzenie, aż w chwilę potem - jak mówiłam - nastaje głębokie uciszenie. Dusza wtedy tak jasnego dostępuje poznania prawd najwyższych, że nie potrzeba jej już innego nauczyciela; Ten, który sam jest Mądrością prawdziwą, oświeca przyrodzoną jej nieudolność i czyni ją zdolną do poznania tych rzeczy. Przez pewien czas niezachwiana trwa w niej pewność, że łaska ta pochodzi od Boga i żadne, jakie by jej czyniono zarzuty, nie zdołają zakłócić tej pewności obawą, że może zły duch ją oszukuje. Później dopiero, zwłaszcza gdy spowiednik ją nastraszy, że może Bóg jako karę za grzechy jej dopuścił na nią takie oszukanie, zachwieje się nieco w tej pewności, ale nie tak, by ją zupełnie straciła. Tak samo zupełnie, jak w pokusach przeciwko wierze, którymi może diabeł dręczyć i niepokoić duszę, ale nie dokaże tego, by wbrew pokusom jego nie stała mocno w wierze. Owszem, im natarczywiej wmawiają w nią te wątpliwości, tym mocniej ona utwierdza się w przekonaniu, że łaska, której dostąpiła, nie może być zmamieniem diabelskim, bo zły duch z pewnością nie sprawiłby w niej tych szczęśliwych skutków, jakie ona z widzeń swoich odnosi. Nie jest on też w mocy tak głęboko wniknąć do samego wnętrza duszy ani, wreszcie, choć może wywołać w wyobraźni pewne widziadła, nigdy jednak nie zdoła nadać im takiej prawdy, takiego majestatu i takiej dzielności, jak je mają widzenia od Boga.
11. Co do spowiednika, może on tu się lękać, i bardzo słusznie; tajników duszy on nie widzi, może też ta, która podobnych łask dostąpiła od Pana, nie potrafi mu jasno wytłumaczyć tego, co w niej się dzieje. Potrzeba tu więc wszelkiej oględności i powściągliwości, pozostawiając rzecz czasowi, aż się okaże, jakie z tych widzeń będą owoce. Trzeba spokojnie, nie spiesząc się, śledzić za tą duszą, jakie postępy robi w pokorze, jak utwierdza się w cnotach, diabeł, jeśli to jego sprawa, rychło się zdradzi i łatwo go zdybać na tysiącznych kłamstwach. Jeśli spowiednik ma doświadczenie i sam tych rzeczy na sobie doznał, prędko tu dojdzie prawdy i z samego przedstawienia rzeczy od razu pozna, czy to, o czym mu mówią, pochodzi od Boga czy też od złego ducha, czy wprost tylko z imaginacji. Jeśli nadto Pan mu użyczył daru rozpoznawania duchów i jeśli ma gruntowną naukę, choćby nie miał własnego w tych rzeczach doświadczenia, zrozumie dobrze, o co chodzi.
12. Ale jednej tu rzeczy, siostry, z waszej strony potrzeba, mianowicie wielkiej szczerości i rzetelności w waszych przed spowiednikiem wyznaniach; nie co do grzechów tylko, bo to się rozumie samo przez się, ale i co do wewnętrznych przejść waszych na modlitwie. W braku tego warunku nie ręczyłabym za to, czy jesteście na dobrej drodze i czy Bóg sam was prowadzi. Albowiem Bóg chce tego i bardzo w tym sobie podoba, byście z tym, który wam miejsce Jego zastępuje, z taką samą, jak z Nim samym, postępowały szczerością i prostotą i szczerze pragnęły tego, by spowiednik znał wszystkie myśli, a tym bardziej jeszcze wszystkie postępki wasze, choćby w rzeczach najmniejszych. Tak postępując na spowiedzi, bądźcie spokojne i o nic się już nie trwóżcie. Choćby to diabeł mamidła swoje wam nasuwał, jeśli jeno macie pokorę i dobre sumienie, nic one wam nie zaszkodzą. Pan wszechmogący umie ze złego wyprowadzić dobre i sprawi to, że tą właśnie drogą, którą diabeł chciał was pociągnąć na zgubę, większą jeszcze korzyść odniesiecie. Mając to, choć mylne, przekonanie, że widzenie, które wam się przedstawia, pochodzi od Boga i uznając w nim dowód szczególnej dla was łaskawości Jego, będziecie tym usilniej się starały czynić wolę Jego we wszystkim i postać Jego, jak wam się ukazała, zawsze chować w pamięci. W tej myśli pewien bardzo uczony teolog mówił , że nie gniewałby się, gdyby diabeł, będąc znakomitym artystą, odmalował mu jakby żyjące wyobrażenie Zbawiciela. Patrząc na nie, pobudzałby siebie widokiem Jego do większej pobożności i tak zwojowałby diabła własnymi piekielnymi sztukami jego; bo, dodawał, chociażby malarz był najgorszym człowiekiem, obraz przecież, ręką jego malowany, gdy przedstawia wyobrażenie Tego, który jest wszystkim dobrem naszym, zawsze będzie godzien czci i poszanowania.
13. Stąd też mocno ganił pewnych spowiedników, którzy penitentkom swoim zalecali oznakami lekceważenia i pogardy znieważać takie wyobrażenie, gdyby im się w widzeniu ukazało. Gdziekolwiek bowiem, mówił, i w jakimkolwiek kształcie ujrzymy obraz Króla naszego, zawsze Mu cześć oddawać powinnyśmy. I wielką, zdaniem moim, miał słuszność. Jeśli bowiem już tu, w ziemskich i ludzkich naszych z ludźmi stosunkach, nikt by tego spokojnie nie zniósł, gdyby widział w podobny sposób poniewierany portret przyjaciela swego, jakże daleko bardziej boleć nas to powinno, gdyby kto w oczach naszych krucyfiksowi czy jakiemu bądź wyobrażeniu Boskiego Pana i Wodza naszego, miast należnego Mu poszanowania, takie zniewagi wyrządzał. Choć na innym miejscu już obszernie o tym mówiłam, chętnie przecież i tu powtórnie o tym wspominam. Wiem, jakie było strapienie jednej duszy, dobrze mi znajomej, gdy spowiednik, jako skuteczny sposób na widzenia jej, zdaniem jego pochodzące od złego ducha, kazał jej Panu Jezusowi, gdy jej się ukaże, figę pokazywać. Dziwny to sposób i nie wiem, kto go mógł wymyślić. Dobry chyba tylko na udręczenie duszy, która, przekonana, że powinna słuchać spowiednika we wszystkim, miałaby siebie za zgubioną, gdyby takiego nawet polecenia jego nie spełniła. Ja, przeciwnie, zaleciłabym wam w podobnym zdarzeniu, z pokorą przedstawiając racje wasze, wymówić się, a gdyby spowiednik mimo to przy rozkazie swoim obstawał, nie słuchać go. Tak przynajmniej radził mi ten, którego zdania w tym wypadku zasięgałam i przyznaję, że racje, jakie mi dawał, w najwyższym stopniu wydały mi się dobre i trafiły mu do przekonania.
14. Jedną między innymi wielką korzyść odnosi dusza z tej łaski od Pana jej dane), tę mianowicie, że gdy rozmyśla o Nim, o życiu lub o męce Jego, widok najsłodszego, zachwycająco pięknego oblicza Jego, jak na nie patrzała w widzeniu, żywo jej się przedstawia w pamięci i wielką, niewypowiedzianą napełnia ją pociechą; podobnie jak łatwiej i milej nam myśleć o kimś, co nam wiele uczynił dobrego, gdy go znamy z twarzy, niż gdybyśmy go nigdy nie byli widzieli. Wielką, upewniam was, pociechę i wielką korzyść przynosi duszy to słodkie wspomnienie.
Wiele innych, jeszcze szczęśliwszych skutków sprawiają te błogie widzenia, ale po tym wszystkim, co tu już powiedziałam i co później jeszcze mam powiedzieć w tym przedmiocie, dłuższym ich wyliczaniem teraz was i siebie trudzić nie będę. Jedną tylko dodam tu ważną przestrogę. Jakkolwiek wiecie albo słyszycie o duszach, którym Bóg takich łask użycza, same dla siebie nigdy nie pragnijcie ani Pana nie proście, by was tą drogą prowadził. Słusznie ta droga wydaje nam się bardzo dobrą, słusznie ją bardzo wysoko cenić i poważać macie, ale, byście się same na nią wpraszały, to wam nie przystoi z wielu różnych powodów, z których tu wymienię główniejsze.
15. Naprzód, nie zgadza się to z pokorą żądać dla siebie tego, na co się nigdy nie zasłużyło. Kto więc takiej rzeczy śmie pragnąć, ten chyba, jak sądzę, nie daje dowodu, by wysoko w tej cnocie postąpił. Jak prostemu wieśniakowi ani na myśl nie przyjdzie, by miał zostać królem, bo między niskością stanu swego a wysokością godności królewskiej widzi przedział do przebycia niepodobny, tak i dusza prawdziwie pokorna ani zamarzy o tym, by mogła być godną łask tak wysokich. Nigdy też, mniemam, niepokorny takich łask nie otrzyma, bo komu Pan chce im użyczyć, temu naprzód daje łaskę jasnego poznania siebie samego. Dusza zaś, znająca samą siebie, nicość i niegodność swoją, jakżeby mogła tak wysoko sięgać myślą i pragnieniem, kiedy już, jak jest istotnie, za wielką łaskę sobie poczytuje, że Bóg dawno jej nie strącił do piekła? - Po wtóre, kto się waży podobne żywić pragnienie, ten już jest oszukany przez diabła, albo co najmniej bardzo bliskie mu grozi od niego niebezpieczeństwo. Diabłu bowiem dość upatrzyć jaką, choćby najciaśniejszą furtkę do duszy uchyloną, a zaraz przez nią się wciśnie i krocie sideł swoich na niebaczną zastawi. - Po trzecie, każda żądza, gdy jest silna i niepowściągnięta, roznieca i porywa za sobą wyobraźnię. Człowiek wyobraża sobie wówczas, że istotnie widzi i słyszy to, czego pożąda, tak jak kto na jawie z upodobaniem i długo o czym myśli, temu często to, o czym myślał za dnia, potem i w nocy się przyśni. - Po czwarte, wielka to śmiałość i zuchwalstwo, by kto sam sobie obierał drogę, jaka mu się podoba, nie wiedząc, czy to droga dla niego odpowiednia i bezpieczna. Każdy z nas ma obowiązek zdać się na Pana, który lepiej nas zna niż my sami siebie, aby nas prowadził, kędy wie, że najlepiej, i aby we wszystkim działa się wola Jego. - Po piąte, czy sądzicie, że małe mają cierpienia i bóle do znoszenia ci, których Pan takimi łaskami obdarza? Zaiste, cierpią oni niezmiernie i na wszelki sposób. A wy, skądże macie tę pewność, że stanie wam siły na zniesienie takich cierpień? - Po szóste, kto wie, czy w tym, w czym upatrujesz zysk i szczęście dla siebie, nie znalazłabyś właśnie pewnej zguby? Przypomnij sobie, jak Saul wyszedł na swoim wyniesieniu na królestwo.
16. Podobnych racji wiele jeszcze mogłabym wam przytoczyć. Wierzajcie, siostry, jedna jest tylko droga bezpieczna: chcieć tego, czego chce Bóg, który zna nas lepiej niż my same siebie. Oddajmy się w ręce Jego, niech czyni z nami i w nas wedle woli swojej. W takim postanowieniu trwając wolą niezachwianą, nigdy nie zbłądzimy i zbłądzić nie możemy. A zważcie jeszcze i to, że z otrzymania, choćby najobfitszego podobnych łask, żadne nie przybywa duszy pomnożenie chwały w niebie; przybywa tylko ściślejszy obowiązek służenia Panu, bo komu więcej dano, od tego i więcej żądać będą. Możności przymnożenia sobie zasług Pan nikomu nie odmawia, choć nie każdemu użycza tych łask nadzwyczajnych; zasługa nasza zawsze od nas samych zależy. Są święci, którzy nigdy widzeń nie mieli ani nie wiedzieli nawet, co to jest miewać widzenia, jak i przeciwnie, są tacy, którym była dana ta łaska, a świętymi nie są. Nie sądźcie, by te widzenia ciągle się powtarzały; na jedną taką łaskę, której Pan jej użyczy, sto i tysiąc dusza wycierpi utrapień i krzyżów; ani też o tym nie myśli, czy i kiedy znowu tę łaskę otrzyma, jeno o tym, by za otrzymaną już wywdzięczyła się Panu, jak zdoła.
17. Zapewne, że te dary niebieskie dzielną powinny być dźwignią i pomocą do cnoty i wyższej doskonałości; ale kto je osiągnie własnym kosztem i nakładem swoim, w nagrodę cierpienia i pracy, ten nierównie większą ma zasługę. Znałam jedną osobę - czyli raczej znałam ich dwie, jedną z nich był mężczyzna - którym Pan podobnych łask użyczał, a one tak gorąco pragnęły służyć Jemu na koszt własny bez tych nadprzyrodzonych rozkoszy i taką miały nieugaszoną żądzę cierpienia, że żaliły się i jakby wymawiały Panu, na co im daje te pociechy. Chętnie uchyliłyby się od tych pociech i słodkości, jakimi Pan zwykł darzyć na modlitwie dusze bogomyślne, jednak nie od widzeń samych, które same z siebie, jak każdy to widzi i jak ci także, o których tu mówię, dobrze to zrozumieli, i pożytek niezmierny w duszy sprawują i najwyższego poszanowania są godne.
18. Prawdę mówiąc, wzniosłe takie pragnienia same już są, jak sądzę, darem nadprzyrodzonym; są one udziałem dusz, czystą, wielką miłością płonących, które zatem rade by dowiodły Panu, że nie służą Jemu jak najemnice dla żołdu. Stąd też - jak mówiłam - nigdy dla pobudzenia siebie do służenia Panu nie dopuszczą do siebie myśli o chwale, jaka je za to czeka; myślą tylko o tym, aby zadośćuczyniły swej miłości. Miłość bowiem z natury swojej ma to do siebie, że bezustannie pracuje i działa jedynie dlatego, że miłuje. Rada by taka dusza, gdyby to było w jej możności, wynalazła sposób spłonięcia do szczętu w tym Bogu, który taki w niej ogień miłości swojej zapala, i gdyby tego była potrzeba, ochotnym sercem wydałaby siebie na zupełne na wieki unicestwienie dla większej chwały Jego. Chwała Jemu i dziękczynienie na wieki, amen, iż tak się raczy poniżać i tak udzielać siebie nędznym stworzeniom swoim, i tak im objawiać nieskończone bogactwa wielmożności i miłości swojej.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 10
Mówi o innych jeszcze łaskach, jakie Bóg, w sposób odmienny od poprzednich, na duszę wylewa, i jakie z nich wielkie wypływają dla niej korzyści.
1. Na różny sposób Bóg udziela w tych widzeniach siebie duszy: dla pocieszenia jej w smutku; dla przygotowania jej do wielkiego, które na nią ma przyjść, strapienia; bądź wreszcie dlatego, że chce się cieszyć nią, aby ona nawzajem cieszyła się posiadaniem Jego. Nie mam potrzeby wchodzić tu w bliższe szczegóły. Chciałam tylko wskazać wam, siostry, o ile ja sama rozumiem, różne odmiany zjawisk na tej drodze, abyście poznać mogły ich właściwości i skutki. Poznanie to, jak z jednej strony uchroni was od złudzeń, bo będziecie pamiętały, że nie każde urojenie wyobraźni jest widzeniem, tak z drugiej strony, dając wam tę pewność, że prawdziwe widzenia są rzeczą możliwą, oszczędzi wam próżnej obawy, jakiej mogłybyście ulec, diabłu tylko na uciechę. Piekielny ten złośnik bowiem ma w tym swój interes, gdy może wsiać do duszy niepokój i strapienie, wiedząc dobrze o tym, że w takim zamieszaniu wewnętrznym nie będzie już zdolna oddać się całkiem Bogu i bez podziału miłować Go i chwalić.
Inne jeszcze Pan ma drogi i sposoby udzielania siebie, nierównie wyższe, a nie mniej, jak sądzę, niebezpieczne od poprzednio opisanych, bo tych chyba diabeł naśladować nie zdoła, tak głęboko są one we wnętrzu duszy ukryte. Dlatego też daleko trudniej o nich mówić, niż o tamtych wyobrażeniowych, które łatwiej dają się opisać.
2. Bywa tak, że w chwili gdy dusza jest na modlitwie zupełnie przytomna i zmysłami swymi władająca, nagle Pan zsyła na nią zawieszenie i objawia jej wzniosłe tajemnice, które tak jej się przedstawiają, jakby je w Bogu samym oglądała. Widzi tu już nie Człowieczeństwo najświętsze Zbawiciela, lecz co innego; chociaż źle się wyrażam mówiąc, że widzi, bo w istocie, nic tu nie widzi. Jest to bowiem widzenie nie przez wyobraźnię, ale umysłowe, w którym poznaje, jak wszystkie rzeczy widome są w Bogu i jak Bóg je wszystkie w sobie obejmuje. Niezmierną dusza z tego widzenia korzyść odnosi; bo chociaż przemija ono w jednej chwili, głęboko jednak pozostaje w umyśle wyryte i niewypowiedzianym duszę przenika zawstydzeniem, ukazując jej jasno, jak wielką jest niegodziwość grzechów naszych, kiedy nie tylko w oczach Boga, ale w Bogu samym - w pośrodku Boga, mówię - takie złości są popełniane. Spróbuję to bliżej objaśnić, za pomocą porówna nią, jeśli zdołam. Chociaż bowiem wszyscy od dzieciństwa słyszymy, że grzech jest złością okropną, snadź przecież nad tym się nie zastanawiamy albo i zrozumieć tego nie chcemy; bo gdybyśmy rozumieli i pamiętali, co to jest grzech, chybabyśmy się nie ważyli na taką straszną zuchwałość.
3. Przedstawmy sobie Pana Boga na kształt ogromnej, nieskończonych rozmiarów komnaty czy pałacu wspaniałego; a w tym pałacu zawiera się wszystek świat, a tym pałacem jest sam Bóg. Powiedzcież teraz, czy może grzesznik, gdy chce popełnić grzech swój, uchylić się, wyjść poza obręb tego pałacu bez granic? Nie może żadną miarą; a więc w pośrodku, w samymże pałacu, to jest w Bogu samym, dzieją się wszystkie te brzydkości i niegodziwości, które my grzesznicy popełniamy. O, jakże by nas ta myśl przerażać powinna! Jakżeby nam potrzeba zastanawiać się nad nią we dnie i w nocy! Jakież to światło z niej płynie na oświecenie nas ciemnych i nędznych, którzy nie możemy się zdobyć na zrozumienie takiej jasnej prawdy. Gdybyśmy ją bowiem zrozumieli, nie mielibyśmy odwagi zdobyć się na taką szaloną zuchwałość! Zważmy, siostry, jak wielkie jest miłosierdzie, jaka niewyczerpana cierpliwość Boga, że nas wówczas nie strąca do przepaści. Najgłębsze Mu za to czyńmy dzięki, ale i wstydźmy się samych siebie, gdybyśmy jeszcze obrażać się mieli, jeśli nam kto uczyni albo powie co złego. Bo jakiż może być większy na świecie wstyd i większa nad to nieprawość, gdybyśmy, wiedząc i widząc, jak Bóg i Stwórca nasz tak cierpliwie znosi tyle zniewag przez stworzenia Jego, nie już w oczach, ale na samymże łonie Jego Mu wyrządzanych, sami znieść nie chcieli jednego słowa, które ktoś w nieobecności naszej, może bez złego zamiaru, na nas powie?
4. O nędzo ludzka! Kiedyż wreszcie zaczniemy, córki, choć z daleka naśladować przykład Pana i Boga naszego? Niechże nam już się nie zdaje, byśmy czynili co wielkiego, gdy cierpliwie znosimy krzywdy i zelżywości. Przyjmijmy je raczej ochotnie i miłujmy tych, którzy nam je wyrządzają, kiedy ten wielki Bóg, choć Go tak ciężko obrażaliśmy, nie przestał przecież nas miłować. Słuszne zaiste ma prawo żądać od nas, byśmy i my odpuszczali wszystkim, choćby nas najciężej pokrzywdzili.
Wielką więc otrzymuje łaskę, komu Pan raczy użyczyć podobnego widzenia; choć ono prędko przemija, wielki pozostawia pożytek w duszy, która zechce z niego skorzystać i w wiernej je zachowuje pamięci.
5. Zdarza się również, że Bóg nagle i w sposób trudny do opisania objawi duszy w samym sobie jaką prawdę, takim blaskiem jaśniejącą, że wobec niego gaśnie niejako wszystko, cokolwiek jest prawdy w stworzeniach. I w świetle tego objawienia dusza poznaje jakby dotykalnie, że On sam jest Prawdą i kłamać nie może. Nigdy jeszcze, choć może po tysiąc razy przedtem je słyszała, nie rozumiała tak jasno tych słów psalmu Dawidowego, że "każdy człowiek kłamie", bo jeden tylko jest prawdziwy i nieomylny - Bóg. Przychodzi mi tu na myśl Piłat, który z takim lekceważeniem traktował rzecz tak wielką, gdy Panu w czasie Męki Jego tak mimochodem i z pogardą zadał pytanie: cóż to jest prawda? Ale jak ten ślepy poganin, tak podobno i my wszyscy, póki żyjemy na tej ziemi, mało co wiemy o tej Prawdzie Najwyższej.
6. Chciałabym to jaśniej wytłumaczyć, ale wyrazić nie umiem. Lecz z tego, co powiedzieć zdołałam, tę, siostry, weźmy dla siebie naukę, że chcąc w czymkolwiek stać się podobnymi Bogu i Oblubieńcowi naszemu, o to przede wszystkim z wielką usilnością się starajmy, byśmy zawsze chodziły w prawdzie. Nie w tym tylko znaczeniu to mówię, byśmy nigdy nie powiedziały kłamstwa. Tego, dzięki Bogu, widzę, wszystkie w tych domach naszych jak najpilniej się wystrzegacie i żadna z was za nic w świecie nie chciałaby skłamać. Lecz o to mi chodzi, byśmy we wszystkim i na wszelki sposób, i przed Bogiem, i przed ludźmi, czyniły prawdę. Byśmy nie chciały, aby nas kto miał za lepsze niż jesteśmy; byśmy w uczynkach naszych oddawały Bogu, co jest Bożego, a sobie przypisywały to, co jest naszego, to jest nędzę i grzech; byśmy się starały każdą rzecz poznawać taką, jaką jest prawdziwie, z czego wyniknie, że mało sobie będziemy ważyły świat, który jest wszystek kłamstwem i fałszem, a zatem i trwać nie może.
7. Zastanawiałam się któregoś dnia nad pytaniem, dlaczego Pan tak bardzo kocha cnotę pokory, i nagle - bez własnego, jak mnie się zdaje, namysłu mego - stanęła mi przed oczyma ta racja, że Bóg jest Prawdą najwyższą, a pokora niczym innym nie jest, jeno chodzeniem w prawdzie. Nie ma zaś prawdy większej nad tę, że sami z siebie nic nie mamy dobrego, że nasza jest tylko nędza i nicość. Kto tego nie rozumie, ten chodzi w kłamstwie. Im zaś kto szczerzej uznaje tę prawdę, tym przyjemniejszy staje się Prawdzie najwyższej, bo sam chodzi w prawdzie. Daj nam Boże, siostry, byśmy z łaski Jego nigdy nie traciły z oczu tego prawdziwego poznania samych siebie, amen.
8. Takich to łask Pan użycza duszy, gdy jako prawdziwej oblubienicy swojej, mocno już utwierdzonej w postanowieniu czynienia we wszystkim woli Jego, chce dać niejakie poznanie tej woli swej i boskich wielmożności swoich. Więcej podobnych łask wymieniać nie mam tu potrzeby. I te dwie, o których była mowa w niniejszym rozdziale, dlatego tylko szerzej wam opisałam, że wielki w tym widzę dla was pożytek, byście o nich wiedziały. Tym bardziej, że żadnego tu zgoła nie ma powodu do obawy, i spokojnie może dusza brać te dary, i dziękować za nie Temu, od którego one pochodzą. Ani diabeł bowiem, ani imaginacja żadnego, zdaniem moim, nie mają do nich przystępu, bezpiecznie więc dusza nimi cieszyć się może
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SZÓSTE
Rozdział 11
Mówi o tęsknotach za Bugiem, które Pan wznieca w duszy, a które są tak gwałtowne, ze mogą odebrać życie; jak wspaniały dusza z tej łaski odnosi owoc.
1. Po tylu i tak wielkich łaskach, jakich Oblubieniec użyczył duszy Mu poślubionej, czy sądzicie, że gołębica czy motyl nasz już na tym poprzestaje (nie myślcie, że zapomniałam o nim), i że wreszcie znalazł sobie miejsce odpocznienia, aby na nim życie swoje zakończył? - Bynajmniej, siostry, owszem, gorzej mu teraz niż przedtem. Chociaż od wielu lat już wciąż otrzymuje te łaski, wciąż jednak dusza jęczy i płacze; bo każda z tych łask nowej i coraz większej dodaje jej boleści. Pochodzi to stąd, że w miarę jak coraz lepiej poznaje wielmożności Boga swego, w miarę jak coraz jaśniej widzi, jakiej nieskończonej miłości godzien jest ten wielki Pan i Bóg, tym więcej też i goręcej Go miłuje. A iż widzi siebie rozłączoną jeszcze z Nim i daleką od szczęścia posiadania Go, wraz z miłością rodzi się w niej i rośnie coraz większa za Nim tęsknota. Tęsknota ta, trwając całe lata, tak się wciąż wzmaga i potęguje, że w końcu doprowadza duszę do tego stanu męki wewnętrznej, o którym tu mówić zamierzam. Całe lata, powiedziałam, bo tak było z tą duszą, której przejścia tu opisuję, ale nie znaczy to, bym przepisywała Bogu czasy i granice. Bóg może w jednej chwili podnieść duszę do wszelkich, jakie tu opisuję, wysokich stanów i do najwyższego ich szczytu. Wszechmogący jest bowiem i mocen uczynić, cokolwiek zechce, i zawsze się skłania do czynienia nam wielkich rzeczy.
2. Wśród tęsknot tych, łez i wzdychań, i gwałtownych porywów, o których wyżej wspominałam (bez wątpienia, że rodzą się one z miłości, płonącej w głębi duszy i sprawują jej cierpienia, dojmujące wprawdzie, ale jeszcze znośne, bo jest to jakoby ogień dymiący, jeszcze nie rozpalony), przychodzą chwile, że gdy dusza ustaje z miłości i płonie tak we własnym ogniu swoim, na jedno jakieś wspomnienie, na jedno słowo, przypominające jej, że śmierć się opóźnia, nagle - sama nie wie jak i skąd - czuje w sobie jakby uderzenie gromu, jakby grot ognisty, przeszywający jej wnętrzności. Nie mówię, żeby to był grot rzeczywisty. Trudno określić dokładnie, co to jest, ale cokolwiek jest, to czuje się wyraźnie i jasno, że jest to coś, co nie może pochodzić z naszej natury. Nie jest to również, choć tak to nazwałam, grom rzeczywisty, ale jest to coś, co ostrzej niż grom razi i rani. I rana ta, o ile rozumiem, nie tam boli, gdzie zwykle czujemy ból, jeno w najgłębszej głębi i wnętrzu duszy, gdzie piorun ten, w mgnieniu oka niknący, wszystko, cokolwiek napotka ziemską naturą naszą tracącego, do szczętu w popiół obraca. Dopóki trwa ten stan, niepodobna, by dusza zachowała jakąkolwiek świadomość własnej istności swojej. Siła ta wyższa w jednej chwili tak więzi i zawiesza jej władze, że nic innego czynić nie są zdolne, jeno to, co wciąż potęguje ten ból jej, to jest kochać, pragnąć i tęsknić.
3. Nie chciałabym, by kto w tym, co mówię, posądzał mnie o przesadę, przeciwnie, czuję to i widzę, że mało jest tego, co mówię, a słów mi nie staje na powiedzenie więcej, bo są to rzeczy niewypowiedziane. Jest tu, powtarzam, zachwycenie zmysłów i władz i zupełna ich niezdolność do wszystkiego, z wyjątkiem jedynie tego, co zwiększa dotkliwość tego bólu. Rozum, przy zupełnym zwykłych czynności jego zawieszeniu, to jedno rozumie najwyraźniej, iż dusza słusznie tym się smuci, że zostaje daleko od Boga. Pan zaś dolewa jeszcze oliwy do tego ognia, żywsze i jaśniejsze dając poznanie boskiej piękności i nieskończonych doskonałości swoich, przez co męka tej duszy do tego stopnia się wzmaga, że z piersi i z ust mimo woli dobywają się głośne jęki i krzyki. Osoba, o której mówię, choć wyćwiczona w cierpliwości i do wielkich cierpień nawykła, nie mogła przecież od tych krzyków się powstrzymać; bo ból ten - jak mówię - nie jest w ciele, jeno we wnętrzu duszy. Dowiedziała się wówczas z własnego doświadczenia, że cierpienia duchowe nierównie bardziej dojmującą mają siłę, niż wszystko, co człowiek może ucierpieć na ciele. W taki (s.407) sposób, myślała sobie, muszą cierpieć dusze w czyśćcu, które choć ciała nie mają, daleko większe przecież znoszą tam męki i katusze, niż wszelkie najsroższe bóle, jakich, żyjąc w ciele, doznać by mogły.
4. Widząc ową osobę w tym stanie, sądziłam naprawdę, że już umiera i nie dziw, bo niebezpieczeństwo śmierci istotnie tu jest bliskie. Zachwyt ten miłości i bólu, choć krótko trwa, rozluźnia w ciele wszystkie stawy i kości. Puls w tym stanie tak słabo bije, jak gdyby dusza za chwilę miała opuścić ciało, co też mogłoby łatwo nastąpić, bo ciepło żywotne uchodzi, a w duszy za to taki pali się ogień, że gdyby jeszcze nieco się wzmógł, już by i stanęła u celu swoich pragnień i z więzów śmiertelności wyzwolona, spoczęłaby w objęciach Boga. Bólu fizycznego, dopóki trwa ta męka wewnętrzna, nie czuje żadnego, chociaż ciało, jak mówiłam, tak się całe rozstraja i tak jest zbolałe, że jeszcze w dwa i trzy dni potem nie ma nawet siły pióra utrzymać w ręku, i nadal też, jak mnie się zdaje, więcej pozostaje osłabione niż przedtem. Że dusza mimo to bólu tego nie czuje, pochodzi to snadź z tej przyczyny, że daleko większy cierpi ból wewnętrzny, z którym się żadne cierpienie fizyczne ani z daleka równać nie może. Podobnie jak gdy w jednym członku ciała ostry nam ból dolega, inne, choćby ich było więcej, wydają się małe albo i zgoła na nie uwagi nie zwracamy. Doświadczyłam tego aż nazbyt na samej sobie. Tutaj, choćby krajano ciało na sztuki, dusza, pewna tego jestem, niczego by nie czuła.
5. Powiecie może: czy takie zapamiętałe pragnienie nie jest dowodem niedoskonałości? Czemuż ta dusza, kiedy tak jest Bogu oddana, nie zgadza woli swojej z wolą Jego? - Tak ona czyniła, póki mogła i z tej zgodności z wolą Bożą jedynie czerpała siłę i chęci do życia. Teraz nie może pod nawałem tego bólu, który ją pożera, nie jest już panią rozumu swego; rozum jej o niczym innym myśleć nie zdoła, jeno o tym, co jest przyczyną jej męki. Kiedy ma żyć rozłączona z jedynym dobrem swoim, co jej jeszcze po takim życiu? Czuje w sobie i wokoło siebie nieopisaną samotność. Żadne stworzenie, ile ich jest na całej ziemi, nie zdoła jej towarzystwem swoim tej pustki zapełnić, ani bodaj żaden nawet z mieszkańców niebieskich, jeśliby tam nie było Tego, którego miłuje. Wszystko, cokolwiek jest na świecie, miast pociechy i ulgi, sprawia jej tylko mękę i udręczenie. Jest jakby człowiek zawieszony w powietrzu, który ani na ziemi nogi postawić, ani głową nieba dosięgnąć nie może. Dręczona pragnieniem, a wody dostać nie może, owszem, takie jest jej pragnienie, że choć ustaje od niego, żadna woda tej ziemi ugasić go nie zdoła. Sama też na ugaszenie jego nie chce innej wody, jeno tej, o której Pan mówił Samarytance, a tej nikt jej nie daje.
6. O wielki Boże i Panie mój! Jakże srogo udręczasz miłośników Twoich! Ale jakże mało wszystkiego tego udręczenia w porównaniu z tym, co później im dajesz! Rzeczy wielkie wielkim kosztem się nabywają, tego wymaga sprawiedliwość. A w gruncie, koszt to nie tak wielki; bo jeśli te cierpienia mają służyć do oczyszczenia duszy, aby zasłużyła wnijść do mieszkania siódmego, podobnie jak kto ma wejść do nieba, pierwej oczyszcza się w czyśćcu, tedy wszystko ono cierpienie tyle znaczy, co kropla wody w porównaniu z morzem. Więcej powiem, chociaż smutek ten i ta męka tak są wielkie, że żadne chyba cierpienie na tej ziemi srogości ich nie dorówna (jak o tym upewnia osoba, która wiele różnych i ciężkich, tak na ciele, jak w duszy boleści przebyła), dusza w tym stanie nie tylko za nic je poczytuje w porównaniu z tym, co przez nie osiąga, ale i samoż to męczeństwo ceni sobie jako łaskę najdroższą, na którą niczym zasłużyć nie mogła. I chociaż to męczeństwo takie, że żadnej na nie ulgi nie ma, cierpi je przecież ochotnie i, gdyby taka była wola Boża, gotowa jest cierpieć je całe życie, to znaczy, nie umrzeć raz, ale wciąż, całe życie umierać, bo stan ten można porównać tylko z rzeczywistym konaniem.
7. Porównajmy, siostry, to męczeństwo z męką potępionych w piekle. Nie ma tam ani tej zgodności z wolą Bożą, ani tych pociech i słodkości, jakimi tutaj Pan duszę cierpiącą pokrzepia, ani nadziei tych korzyści i nagród, jakie tutaj cierpienia zapewniają. Są tam tylko męki nieustające i coraz wyżej, jeśli chodzi o męki dodatkowe, rosnące ; męki duszy, stokroć boleśniej dojmujące niż wszelkie cierpienia na ciele; męki bez żadnego porównania sroższe od tych, które tylko co opisałam; a męki to wieczne i potępiony wie o tym, że się nigdy nie skończą. O, któż zdoła opisać rozpacz tych nieszczęsnych dusz? I jakie mogą być na tej ziemi prace i trudy, jakie w tym krótkim życiu cierpienia, które by nam były już nie za ciężkie, ale choćby tylko wspomnienia godne, gdy chodzi o uchronienie się onej straszliwej, wiecznej męki? Niepodobna, powtarzam, wyrazić, jaka jest dojmująca siła bólu duszy, jak różny jest ten ból i niezrównanie sroższy nad wszelkie bóle ciała. Ten tylko zdoła tę różnicę ocenić, kto jej sam na sobie doświadczył. I dlatego Pan daje nam w miłosierdziu swoim przechodzić przez to doświadczenie, abyśmy zrozumiały, jaką Mu nieskończoną wdzięczność winnyśmy za to, że raczył nas powołać do stanu, w którym możemy ufać, że nam odpuści grzechy nasze i od męki wiecznej nas wybawi.
8. Wróćmy już do tego, o czym byłam zaczęła, do tej duszy, takie męczeństwo wewnętrzne cierpiącej.
Męka ta, w tym najwyższym stopniu srogości, nie bywa długą, trwa ona co najdłużej trzy do czterech godzin, i gdyby trwała dłużej, sądzę, że przyrodzona słabość organizmu ludzkiego chyba cudem tylko zdołałaby ją wytrzymać. Raz trwało to u niej  kwadrans tylko, a i tak zupełnie odeszła od siebie i cała potem była złamana. Prawda, że zachwycenie to przypadło na nią z nadzwyczajną silą. (Stało się to w Poniedziałek Wielkanocny, w chwili, gdy rozmawiała z innymi, po długiej, przez cały Wielki Tydzień, tak zupełnej oschłości, że prawie zgoła nie czuła uroczystej powagi tego czasu świętego). A tu jedno słowo pobożnej pieśni, rzewnie żalącej się na długość tego wygnania, takim ją nagle ostrym bólem przeszyło, że odeszła od zmysłów. Oprzeć się niepowstrzymanej sile takiego pędu jest to rzecz równie niepodobna, jak gdyby kto, wpadłszy w ogień, chciał odebrać płomieniom ich gorącość, aby go nie paliły. Ani też podobna ukryć tego wielkiego bólu, by obecni skutków jego nie spostrzegli. Nie mogą oni widzieć, co dzieje się w duszy, ale widzą to, co z nią dzieje się zewnątrz. Ona zaś, choć się koło niej krzątają, żadnej z towarzystwa ich nie może mieć pomocy; wszystko, co ją otacza, i ludzie, i rzeczy, wydają jej się jakby mgła i cień.
9. Ponieważ i z was któraś może znaleźć się kiedyś w tym stanie, przytoczę wam tu jeden jeszcze szczegół na dowód, jak i do takich wysokich nadzmysłowych rzeczy może się wmieszać natura i przyrodzona ułomność nasza. Zdarza się niekiedy, wśród tych zapałów miłości, gdy tak umiera od pragnienia śmierci, gdy tak srogo cierpi, że zdaje się, tuż, tuż nastąpić musi rozłączenie jej z ciałem, dusza w tejże chwili prawdziwego doznaje strachu śmierci i chciałaby jakiego zwolnienia swej męki, aby jeszcze nie umarła. Jest to oczywiście mimowolny tylko odruch ułomnej natury, bo z drugiej strony, dusza tę samą zawsze odczuwa tęsknotę, i nie masz żadnego na ból jej lekarstwa, póki go Pan sam nie uleczy, zsyłając jej, jak to najczęściej czyni, wielkie zachwycenie albo widzenie jakie, w którym prawdziwy ten Pocieszyciel pociesza ją i umacnia, aby była gotowa tak długo żyć, jak długo będzie wola Jego.
10. Srogie to i bolesne męczeństwo, lecz dusza niewypowiedziane odnosi z niego korzyści. Nie boi się już żadnych cierpień, jakie na nią przyjść mogą, bo w porównaniu z tym bólem, jaki przebyła, wszelkie strapienia wydają jej się niczym. I miłość Boża większej jeszcze po tym przejściu nabrała w niej siły, z rozkoszą chciałaby jeszcze i jeszcze cierpieć tę mękę. Ale to nie jest w jej mocy, bo niepodobna jej wznowić w sobie tego bólu, póki Pan nie zechce, i niepodobna oprzeć się jemu, gdy przyjdzie. I światem teraz jeszcze więcej gardzi niż przedtem, bo przekonała się w onej męce swojej, że żadna rzecz na świecie nie zdoła jej tego bólu uśmierzyć. Serce też ma nierównie swobodniejsze od wszelkiego przywiązania do stworzeń, bo już jasno ujrzała, że sam tylko Stworzyciel mocen jest pocieszyć ją i nasycić. Więcej wreszcie lęka się i wystrzega obrażenia Boga w czymkolwiek, bo sama na sobie poznała, że wielki ten Pan, jak umie hojnie pocieszać, tak umie też i cierpienia dawać.
11. Dwie rzeczy, zdaniem moim, są w tej wysoko duchowej drodze rzeczywiście grożące śmiercią. Jedną z nich jest samoż ono męczeństwo, które tu opisałam, niebezpieczeństwo to doprawdy niemałe. Drugą jest przewyższająca wszelką miarę szczęśliwość i rozkosz po nim następujące. Pod nawałem tej rozkoszy dusza prawdziwie omdlewa i zdawać się może, że dość byłoby jednej jeszcze kropelki, aby całkiem już wyzwoliła się z więzów ciała; prawdę mówiąc, byłoby to dla niej szczęście nie lada.
Lecz z tego wszystkiego widzicie, siostry, iż nie bez słuszności mówiłam wam na wstępie, że na tej drodze potrzeba odwagi i męstwa. I Zbawiciel, gdybyście Go chciały prosić o podobne łaski, słusznie mógłby wam zadać to samo pytanie, jakim odpowiedział synom Zebedeuszowym na ich prośbę, a mianowicie, czy "możecie pić kielich?"
12. Możemy, możemy - tak każda z nas, pewna tego jestem, siostry, na to pytanie odpowie. I słusznie, bo Pan w boskiej łaskawości swojej każdemu dodaje tyle siły, ile widzi, że mu jej potrzeba. I dusze, które w Nim wszystką ufność swoją położą, w każdej potrzebie zasłania i broni ich, i za nie odpowiada wśród prześladowań nie słowem tylko ale uczynkiem, jak to uczynił Magdalenie. I wreszcie, pierwej jeszcze, nim je z tego świata odwoła od siebie, przeobfitą oddaje im już tu zapłatę, jak to zaraz zobaczycie.
Niechaj będzie błogosławiony na wieki i niech Go chwali wszystko stworzenie, amen.
 
    Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SIÓDME
Rozdział 1
Mówi o wielkich łaskach, jakich Bóg użycza duszy, która dostąpi szczęścia wejścia do tego mieszkania siódmego. - Jak między duszą a duchem, choć to jedna istność, zachodzi pewna różnica. - Są to rzeczy ważne.
1. Po tylu wielkich rzeczach, które wam dotąd o tej drodze duchowej powiedziałam, może wam się zdaje, siostry, że nic już nie pozostaje do powiedzenia. Wielki byłby to błąd tak sądzić. Wielmożność Boga nie ma granic, nie mają granic i dzieła Jego. Kto obliczy wszystkie zmiłowania Jego i wszystkie cuda łaski Jego? Takiemu rachunkowi żaden umysł nie sprosta, więc nie dziwujcie się temu wszystkiemu, choć to rzeczy niesłychane, co się dotąd tu powiedziało, ani tym rzeczom jeszcze większym, które jeszcze powiem. Wszystko to jedna maleńka cyfra w olbrzymiej sumie nieskończonych spraw Bożych.
Wielkie w tym uznawajmy nad nami miłosierdzie Jego, iż raczył jednej udzielić tych boskich darów swoich, abyśmy przez nią wszystkie mogły o nich się dowiedzieć. Im lepiej bowiem poznamy tę łaskawość, z jaką nieskończony Majestat Pana udziela siebie stworzeniom, tym większe będziemy Jemu oddawały dziękczynienia i chwałę, tym usilniej będziemy się starały nie ważyć sobie lekko tej duszy, w której On takie ma upodobanie. Prawda, że każdy ma duszę, ale nie wszyscy tak wysoko ją cenimy, jak tego jest godne stworzenie, na wyobrażenie i podobieństwo Boga uczynione, i dlatego mało kto wie o tych przedziwnych tajemnicach, jakie się w niej zawierają. Niechaj Pan, jeśli taka będzie boska wola Jego, raczy sam ręką moją kierować, dać mi zrozumienie i natchnąć mi słowa odpowiednie, abym umiała choć w cząstce jakiej opisać wam te wielkie rzeczy, które mam do powiedzenia, a które On objawia duszy, wprowadzonej do tego mieszkania. Długo i gorąco o to Go prosiłam; boć wiadomo Jemu, przed którym nic nie ma ukrytego, że nic innego nie mam tu na celu, jeno to, by zmiłowania Jego nie zostały w ukryciu, by głośniej było chwalone i sławione święte Imię Jego.
2. Ufam, siostry, że nie dla mnie, ale dla was, nie odmówi mi tej łaski, byście dobrze zrozumiały, czego wam potrzeba, aby nie było z waszej strony przeszkody do tych błogosławionych między Oblubieńcem a duszą waszą zaślubin, które takie niewypowiedziane, jak zobaczycie, skarby bogactw niebieskich na duszę sprowadzają. O Boże wielki! Jakże może nie drżeć takie nędzne jak ja stworzenie, gdy ma mówić o takiej rzeczy, tak nieskończenie wyższej nad wszelką jego zasługę i nad samoż jego pojęcie! Wielki mię, przyznaję, na samo to wspomnienie wstyd ogarnia, i już myślałam sobie, czy nie byłoby lepiej w kilku krótkich słowach to ostatnie mieszkanie zakończyć, zwłaszcza że mógłby kto sądzić, że mówię o tych rzeczach z własnego doświadczenia, co byłoby nieopisanym dla mnie zawstydzeniem, bo znając siebie taką, jaką jestem, nie zniosłabym takiego o mnie mniemania ludzkiego; byłaby to rzecz straszna. Po głębszym jednak zastanowieniu się przyszłam do uznania, że wszystkie te strachy o to, co kto o mnie pomyśli, są tylko pokusą i małodusznością. Byleby Pan Bóg choć nieco więcej miał chwały, byleby ludzie choć nieco lepiej Go znali, co mi to szkodzi, choćby wszystek świat na mnie powstawał? Tym bardziej, że gdy to pisanie się ukaże, ja może już żyć nie będę. Niech będzie błogosławiony On, który żyje i żyć będzie na wieki, amen.
3. Gdy Pan ulituje się już nad tą duszą, która z tęsknoty do Niego taką mękę cierpiała i cierpi, a którą już sobie wybrał za oblubienicę, wtedy, nim dopełni duchowych z nią zaślubin, wprowadza ją do tego siódmego mieszkania, które jest Jego własnym mieszkaniem. Podobnie bowiem jak mieszka w niebie, tak snadź ma w duszy drugie mieszkanie, w którym Jego boska wielmożność przebywa, które zatem możemy nazwać jakby drugim niebem. Łatwo stąd zrozumiecie, siostry, jak wiele na tym zależy, byśmy, dlatego że nie widzimy duszy, nie wyobrażały jej sobie jakby jakąś masę ciemną. Pospolicie ludzie widzą tylko tę światłość dzienną, która ich zewnątrz oświeca, a nie wiedząc o tym, że jest inna światłość wewnętrzna, która oświeca duszę, wnoszą, że w duszy muszą panować pewne ciemności. Że ciemno jest w duszy, nie żyjącej w stanie łaski, tego nie przeczę. Nie dla braku światła, gdyż Słońce Sprawiedliwości jest w niej, ale ona uczyniła siebie niezdolną, by mogła ogarnąć światłość, jak o tym, jeśli dobrze pamiętam, mówiłam w mieszkaniu pierwszym. Znam osobę, której było dano oglądać w widzeniu duszę w stanie grzechu śmiertelnego. Widziała tę nieszczęsne duszę, pogrążoną jakby w ciemnym lochu, związaną za ręce i nogi, niezdolną uczynić nic dobrego, co by miało zasługę przed Bogiem, i ślepą i niemą. Słusznie więc powinnyśmy się litować nad taką niedolą grzeszników, nie zapominając przy tym, że był czas, kiedy i my w podobnym stanie żyłyśmy i że nad nimi także może Pan jeszcze okazać miłosierdzie swoje, jak je okazał nad nami.
4. O to Go, siostry, ustawicznie błagajmy i niech ten będzie główny cel i przedmiot modlitw naszych. Modlić się za dusze w grzechu śmiertelnym leżące, prawdziwie to wielka jałmużna i uczynek w najwyższym stopniu miłosierny. Przedstawmy sobie człowieka, okutego w ciężkie kajdany, przywiązanego za ręce do słupa, umierającego z głodu, nie iżby mu brakło pożywienia, owszem, ma je tuż pod bokiem i wyborne, ale mając ręce związane, sięgnąć po nie i do ust go podnieść nie może. I tak mdlejąc od nieznośnej czczości we wnętrznościach, już kona, już prawie umiera. Czy nie byłoby to okrucieństwem patrzeć na niego z założonymi rękami, a nie podać mu strawy, którą by się posilił? Ale co znaczy wszystka niedola tego człowieka w porównaniu z tysiąckroć gorszym, okropnym stanem duszy grzesznej, która skuta kajdanami, spętana więzami grzechu, pozbawiona łaski, która jest pokarmem i życiem jej, umiera śmiercią nie jak tamten doczesną, ale śmiercią wieczną! Czy nie widzicie, jakie by to było szczęście i dla niej, i dla was, gdybyście modlitwą waszą skruszyły jej kajdany? A więc na miłość Boga was proszę, nigdy w modlitwach waszych nie zapominajcie o tych nieszczęsnych duszach.
5. Ale tutaj nie o nich chcę mówić, lecz o duszach, które przez miłosierdzie Boże już uczyniły pokutę za grzechy swoje i żyją w stanie łaski. Dusza nie jest to, jak może która gotowa ją sobie przedstawić, jakaś drobina, gdzieś schowana w kącie i w ciasnych granicach zamknięta. Jest to prawdziwy świat wewnętrzny, w którym dosyć jest miejsca na tyle wielkich i pięknych mieszkań, o których wam mówiłam; i tak słusznie być powinno, skoro we wnętrzu tej duszy jest mieszkanie Boga samego.
Do tego swego mieszkania Pan nasamprzód wprowadza duszę, gdy chce ją uszczęśliwić łaską tych boskich zaślubin. Spełniają się one w inny sposób, niż kiedy przedtem dawał jej zachwycenia albo ów rodzaj duchowego złączenia, które się zowie modlitwą odpocznienia. I tam, jestem o tym przekonana, jednoczył ją z sobą, ale dusza wtedy miała to uczucie, jakoby cząstką pewną tylko dano jej było wejść do tego wnętrza, do którego tu ją w tym mieszkaniu siła niepowstrzymana całą pociąga. Lecz to w gruncie nie stanowi różnicy, czy w ten sposób, czy w inny, zawsze ją Pan z sobą jednoczy; tylko że zarazem czyni ją ślepą i niemą, jak Pawła świętego w chwili jego nawrócenia, odbierając jej wszelką władzę, że nie może poznać, jaka to łaska, którą się cieszy, i jakim sposobem nią się cieszy. Wielka rozkosz, w jaką wtedy opływa, polega na tym, że czuje siebie tak bliską Boga i złączoną z Bogiem; ale samaż ta rozkosz i to złączenie zawiesza wszystkie jej władze, tak iż nic nie jest zdolna poznać i zrozumieć.
6. Tu dzieje się inaczej. Tu już Bóg w swojej dobroci zdejmuje duszy łuski z oczu, aby sposobem nadzwyczajnym ujrzała choć w części i poznała łaskę, jaką Pan ją zaszczyca. Wprowadzona do tego mieszkania siódmego, dostępuje wysokiego widzenia umysłowego. Cudownym, Bogu samemu wiadomym, sposobem ukazuje jej się Trójca Przenajświętsza, w płomiennej jasności, na podobieństwo olśniewającego obłoku, która naprzód ogarnia duchowy szczyt duszy i w tej jasności, niewypowiedzianym sposobem poznania, widzi dusza wszystkie razem trzy Osoby i każdą oddzielnie, i z przewyższającą pewnością prawdy poznaje, jako wszystkie te trzy Osoby są jedną istnością, jedno wszechmocnością i mądrością, jednymże Bogiem. I to, co tu poznajemy przez wiarę, to tam, rzec można, poznaje dusza przez widzenie, choć oczy ciała zarówno jak i duszy nic nie widzą, bo nie jest to widzenie przez wyobraźnię. W takim widzeniu trzy Osoby Boskie siebie duszy udzielają i mówią do niej, i dają jej zrozumienie tego, co Pan mówi w Ewangelii, że jeżeli Go kto miłuje, będzie zachowywał Jego naukę, a Ojciec Jego umiłuje go i przyjdą do niego, i będą u niego przebywać.
7. O Boże wielki! Jakaż to różnica słyszeć te słowa i z wiarą je przyjmować, a czuć i rozumieć w taki sposób całą ich prawdę! Dusza, o której mówię, w ciągłym żyje zdumieniu, rosnącym z dniem każdym. Ma to uczucie, że te Boskie trzy Osoby nigdy nie odeszły od niej; jasno widzi, w sposób wyżej opisany, że mieszkają we wnętrzu, w najgłębszym wnętrzu jej, jakby w głębi jakiejś bezdennej. Nie mając nauki, nie potrafi wytłumaczyć, jaka to głębia, ale czuje to, że tam mieszka z nią to boskie towarzystwo.
8. Myślicie może, że takiej dostąpiwszy łączności z Bogiem, dusza powinna w ciągłym być zachwyceniu, a cała pochłonięta tym wewnętrznym widzeniem, niczym się już zająć nie potrafi. - Mylicie się; z większą owszem niż przedtem swobodą i zapałem oddaje się ona wszystkiemu, co się odnosi do służby Bożej, i tylko w chwilach wolnych od zajęć rada przestaje sam na sam z słodkim towarzystwem swoim. I nigdy, chybaby pierwsza sprzeniewierzyła się Bogu, nie odbierze jej Bóg tego jasnego, oczywistego poznania swojej w niej obecności. Ona też wielką ma ufność, że Bóg, skoro jej użyczył tej łaski, nie dopuści tego, by ją miała postradać. Ale choć wie i czuje, że słusznie to sobie obiecywać może, nie zaniecha jednak z większą jeszcze niż dotąd pilnością czuwać nad sobą, by snadź nie obraziła czym Pana i Oblubieńca swego.
9. Rozumie się, że ustawiczne to widzenie Bożej obecności nie jest w dalszym ciągu tak zupełne, czyli raczej tak jasne, jak gdy pierwszy raz się objawi, albo gdy spodoba się Bogu w danej chwili wznowić duszy tę łaskę w pierwszej jasności jej i sile. Gdyby bowiem ta jasność trwała ciągle, niepodobna byłoby duszy widzieć nic innego, ani nawet obcować z ludźmi. Ale choć jasność się zmniejsza, zawsze jednak dusza, ile razy wejdzie w siebie, znajdzie tam to najświętsze swoje towarzystwo. Gdyby w chwili, gdy znajdujesz się, dajmy na to, w jasnym i widnym pokoju w towarzystwie z drugimi, nagle zamknięto okiennice, już byś nie widziała obecnych, bo zrobiło się ciemno. Ale choć ich w tej ciemności nie widzisz i, póki nie będzie światła, widzieć nie możesz, wiesz przecież i masz pewność, że zawsze są w pokoju. Tak jest poniekąd i z tym widzeniem wewnętrznym; z tą tylko różnicą, że gdy okiennice otworzysz, towarzystwo twoje znowu zobaczyć możesz, a tutaj dusza nie może tego. Nie jest w jej mocy, gdy zechce wznowić w sobie owo widzenie; na to potrzeba, by na rozkaz Pański otworzyły się okiennice umysłu i to zrządza Pan, gdy zechce, nie wedle upodobania duszy, jeno wedle upodobania swego; dość tej łaski i tego miłosierdzia Jego, że nigdy jej nie opuszcza i taką jej daje niewątpliwą pewność obecności swojej.
10. Boska wielmożność Jego chce snadź duszę przygotować tu do większych rzeczy, bo jasna rzecz, że taka łaska skuteczną musi jej nieść pomoc do wszelkiego postępu w (s.419) doskonałości, jak i do pozbycia się strachów, jakimi inne łaski nieraz ją przejmowały, o których w swoim miejscu mówiłam. Tak i było z tą duszą. Widziała w sobie postęp pod każdym względem i, w najcięższych nawet utrapieniach i w sprawach najtrudniejszych, rdzeniem duszy nigdy, tak jej się zdawało, nie wyszła z onego wewnętrznego swego z Bogiem mieszkania. Stało się w niej, rzekłbyś, jakby rozdwojenie między wyższą a niższą częścią duszy. W ciężkich, jakie niebawem po użyczeniu jej tej łaski. Bóg na nią dopuścił krzyżach, ta druga narzekała na pierwszą, jak Marta na Marię, i nieraz wymawiała jej, że ciągle tylko siedzi sobie, używając do woli błogiego odpocznienia, a ją pozostawia samą wśród tylu utrapień i posług i do uczestnictwa w rozkoszach swoich jej nie dopuszcza.
11. Wyda się wam to dziwne, córki, ale tak jest prawdziwie. Chociaż dusza, jak wiemy, jest jedną niepodzielną istnością, to, co mówię o onym w niej rozdwojeniu, nie jest tylko przywidzeniem, jest to, owszem, stan zwykły duszy do tej wysokiej łaski podniesionej. Rzeczy wewnętrzne w taki sposób, powtarzam, jej się przedstawiają, że jakkolwiek dusza i duch są jedno, bardzo wyraźnie jednak czuje w sobie pewną między tym dwojgiem różnicę. Rozdzielenie to w wysokim stopniu subtelne, ale daje się sprawdzić w sposób niewątpliwy, i zdarza się nieraz, że jedna strona duszy działa tak, a druga inaczej, wedle smaku, jakiego spodoba się Panu im udzielić. Między duszą również a władzami jest, zdaniem moim, różnica, i te dwie rzeczy nie są zupełnie jedno. Ale tyle jest we wnętrzu naszym subtelnych różności, że zuchwałością byłoby z mojej strony, gdybym się ważyła je objaśniać. Przyjdzie dzień, że to wszystko jasno ujrzymy i zrozumiemy, jeśli Pan w miłosierdziu swoim raczy nas dopuścić tam, kędy wszelkie tajemnice będą wybranym Jego objawione.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SIÓDME
Rozdział 2
Mówi dalej o tym samym. - Objaśnia, czym się różni duchowe zjednoczenie z Bogiem od rzeczywistych duchowych zaślubin. - Objaśnienie tej różnicy za pomoc; odpowiednich porównań.
1. Mówmy teraz o owych duchowych boskich zaślubinach, chociaż wielka ta łaska nie może się dokonać w tym życiu w sposób zupełnie doskonały. Póki bowiem żyjemy w ciele, zawsze jeszcze możemy oddalić się od Boga i tym samym wysokie to szczęście postradać.
Pan, gdy pierwszy raz użycza duszy tej łaski, ukazuje się jej przez widzenie wyobraźni w swoim najświętszym Człowieczeństwie, aby dobrze wiedziała i wątpić o tym nie mogła, że dostępuje tak niesłychanego daru. Innym może objawia się w innym kształcie; lecz ta, o której tu mówię, w takiej Go postaci widziała. Było to w chwilę po przyjęciu Komunii świętej. Pan stanął przed nią z wielką jasnością, wdziękiem i majestatem, takim, z jakim zmartwychwstał i rzekł do niej, że czas już, aby Jego sprawy wzięła za swoje własne, a On będzie miał pieczę o jej. Inne jeszcze potem dodał słowa, które łatwiej sercem odczuć, niż usty wyrazić.
2. Mogłoby się zdawać, że widzenie to nie było rzeczą nową, bo już przedtem nieraz Pan ukazał się jej w takiej samej postaci. Ale taka tu była ogromna różnica, że po tym widzeniu pozostała całkiem nieprzytomna i przerażona; raz, dla samej, nierównie potężniejszej jego siły; po wtóre, dla głębokiego znaczenia słów, które Pan do niej mówił; po trzecie wreszcie dlatego, że Pan jej się ukazał w najgłębszym wnętrzu duszy, a podobnego widzenia, całkiem wewnętrznego, z wyjątkiem jedynie tego, o którym była mowa w poprzedzającym rozdziale, nigdy jeszcze nie miała. Trzeba wam wiedzieć, że między wszystkimi widzeniami poprzednich mieszkań, a widzeniami tego siódmego, różnica jest ogromna, a zrękowiny duchowe, które się zawierają w tamtych, tak się mają do duchowych zaślubin, spełniających się w tym ostatnim, jak się ma zobopólny do siebie stosunek dwojga narzeczonych do stosunku dwojga małżonków, którzy związani węzłem dozgonnym, już się, póki żyją, rozłączyć nie mogą.
3. Używam, jak już mówiłam, tych porównań, w braku innego, odpowiedniejszego sposobu objaśnienia rzeczy. Lecz ma się rozumieć, że nie ma tu myśli o ciele, jak gdyby dusza już w nim nie mieszkała i była czystym duchem. Tym bardziej jeszcze nie ma tego w tym małżeństwie duchowym, bo tajemnicze to zjednoczenie spełnia się w najgłębszym wnętrzu duszy, które snadź jest miejscem, kędy mieszka sam Bóg, i nie potrzeba Mu drzwi, aby wszedł do niego. O drzwiach tu mówię, bo wszelkie łaski, o jakich dotąd mówiłam, przez zmysły i władze, jakby drzwiami wnikały do duszy, a i samo ono ukazanie się boskiego Człowieczeństwa nie inaczej, jak mniemam, się stało. Ale przy zawarciu tego duchowego małżeństwa rzecz się ma zupełnie inaczej. Tutaj Pan zjawia się w onym wnętrzu duszy nie w widzeniu przez wyobraźnię, jeno w widzeniu umysłowym i to jeszcze subtelniejszym od poprzednich; wchodzi drzwiami zamkniętymi, jak wszedł do Apostołów i pozdrowił ich, mówiąc: "Pokój wam". Tak głęboka to tajemnica, tak wysoka łaska, której Bóg tu w jednej chwili duszy udziela, tak niewypowiedziana rozkosz, która tu duszę przenika, że nie wiem, z czym to wszystko porównać. Bo snadź chce Pan w tej chwili, sposobem wyższym nad wszelkie widzenia albo smaki duchowe, objawić duszy chwałę, która ją czeka w niebie. Inaczej tego objaśnić nie zdołam i to jedno tylko wiem i rozumiem, że dusza, to jest sam duch tej duszy, staje się jedno z Bogiem, który, będąc najczystszym i najwyższym duchem, ducha tego z sobą jednoczy, chcąc tym sposobem okazać miłość, jaką nas Boski Majestat Jego miłuje, i dać poznać niektórym duszom, do jakiego niepojętego stopnia ta miłość Jego dochodzi, abyśmy wszyscy znali i wysławiali boską nad nami łaskawość Jego. Taki ogromny, nieogarniony Majestat tak się raczy łączyć ze stworzeniem swoim, że na podobieństwo małżonka, nierozerwalnym węzłem związanego, nigdy nie opuści tej duszy, którą sobie poślubił.
4. Zrękowiny duchowe nie mają tej trwałości; zaręczeni mogą sią rozejść i nieraz się rozchodzą. Tak jest i z duchowym duszy złączeniem z Bogiem. Każde złączenie, choć z natury swojej jest skojarzeniem dwu rzeczy czy istot w jedno, może przecież się rozłączyć i każde pójdzie znowu w swoją stronę. Jakoż i w życiu duchowym tak bywa, że łaska zjednoczenia, której Bóg użyczy duszy na modlitwie, prędko przemija i dusza pozostaje znowu bez tej błogiej z Bogiem swoim społeczności, to jest, już jej nie czuje. Nie tak w tych zaślubinach duchowych, tu dusza ciągle zostaje z Bogiem swoim w owym wnętrzu najgłębszym i nigdy się z Nim nie rozłącza. Chcąc to o ile możności objaśnić, powiedziałabym, że zjednoczenie w zrękowinach jest to jakoby tak ścisłe spojenie dwu świec, iżby obie jedno światło dawały, albo jak samaż świeca, w której wosk, knot i płomień w jedną całość się schodzą. Można jednak rozdzielić te świece i będą znowu dwie, albo i samą świecę można tak rozłożyć, iż będzie osobno knot a osobno wosk. Po drugie zaś, w zaślubinach duchowych, zjednoczenie jest to jakby woda z nieba, deszczem czy rosą padająca do rzeki albo do zdroju i z wodą tychże się zlewająca. I tu już nikt tych dwóch wód nie rozdzieli ani nie rozróżni, która jest z nieba, a która ze zdroju czy z rzeki. Można je porównać jeszcze do strumienia wpadającego do morza i nierozdzielnie w nim wody swoje zanurzającego, albo jeszcze do światłości dziennej, dwoma oddzielnie oknami do pokoju wpadającej, a przecież jedną światłość stanowiącej.
5. Może to miał na myśli święty Paweł, gdy mówił, że "kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem, wskazując na owo wzniosłe małżeństwo, w którym Majestat Boski sprawuje takie między sobą a duszą zjednoczenie. I te drugie słowa Apostoła: "Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk", dusza tu może, jak sądzę, zastosować do siebie. Tu bowiem już duchowy on motyl, o którym mówiliśmy, umiera z rozkoszą, bo już życiem jego jest Chrystus.
6. Że tak jest, to w dalszym następstwie dusza coraz lepiej poznaje po skutkach. Czuje bowiem coraz wyraźniej, że Bóg sam jest sprawcą i dawcą jej życia; świadczą jej o tym tajemne natchnienia i porywy, częstokroć tak żywe i głębokie, że żadną miarą nie może wątpić o boskim ich źródle, a które, choć ich wyrazić i opisać nie zdoła, nieraz jednak do takiej dochodzą potęgi, że mimo woli jej wybuchają w słowach gorącej miłości i tęsknoty. O życie życia mego! O podporo, która mię wspierasz! - takie i tym podobne słowa, w niepowstrzymanym uczuć tych wezbraniu, dusza jakby poniewolnie z siebie wydaje. Wtedy z piersi Miłości wiekuistej, którymi Bóg bezprzestannie karmi tę duszę, falami spływa mleko pociech niebieskich na pokrzepienie wszystkiej czeladzi twierdzy. Chce Pan, by i im dostała się jaka cząstka tej nieogarnionej rozkoszy, w jaką opływa dusza, i dlatego, z tej głębokiej rzeki, w której się pogrążyła maluczka ona kryniczka, chwilami wypuszcza strumyki wody żywej, aby i ci, którzy w potrzebach domowych służą tym dwojgu oblubieńcom, mieli z niej ochłodę i pokrzepienie. Podobnie jak ten, kto by został nagle polany wodą, uczułby to bez wątpienia i nie mógłby nie uczuć, choć się tego nie spodziewał, tak, i z większą jeszcze pewnością, dusza tu czuje te ukryte w niej działania i boskie ich źródło. Jak bowiem woda spływająca jawnie świadczy o tym, że jest źródło, z którego ona wypływa, tak również jasno dusza czuje i widzi, że jest we wnętrzu jej Wyższy nad nią, który ją wodą żywą, z Niego płynącą, ochładza i wypuszcza te strzały, które ją ranią, i życie daje duchowemu jej życiu. Że jest w niej Słońce, wielką światłością jaśniejące, które z wnętrza jej promienie tej światłości swojej na wszystkie jej władze rozsyła. Sama zaś - jak mówiłam - nigdy nie wychodzi z tego ogniska swego wnętrza i nic tam nie zdoła pokoju jej zakłócić, bo ma w pośrodku siebie Tego, który jak apostołom zgromadzonym przyniósł i oznajmił swój pokój, tak mocen jest i jej go dać i zachować.
7. Przychodzi mi na myśl, że to pozdrowienie Pana, równie jak te słowa, które rzekł do świętej Magdaleny, by szła w pokoju, musiały w swoich skutkach dużo więcej zdziałać niż to, co oznajmiało samo ich brzmienie. Słowo Boga do nas jest w nas czynem; zatem i owe słowa w tych duszach, już należycie przysposobionych, musiały zdziałać ten skutek, że usunęły z nich wszystko, cokolwiek w duszy ludzkiej jest cielesnego i uczyniły je czysto duchowymi, aby duchem mogły zawrzeć te niebieskie zaślubiny z Duchem nie stworzonym. Bo rzecz pewna, że gdy dusza wypróżni siebie z wszelkiego przywiązania do rzeczy stworzonych, i oderwie się od nich dla miłości Boga, Bóg niechybnie napełni ją samym sobą. W tej myśli Pan Jezus - nie pamiętam, w którym miejscu to napisano - modląc się za apostołami swymi, prosił Ojca, aby byli jedno z Ojcem i z Nim, jak Pan nasz Jezus Chrystus jest w Ojcu a Ojciec w Nim. Powiedzcie, jaka może być większa miłość nad tę, która się w tych słowach objawia? A do tej miłości przystęp nikomu z nas nie jest wzbroniony, bo tak jeszcze mówi Pan: "Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie". I dodaje: "Ja w nich".
8. Wielki Boże, jakże te słowa prawdziwe! Jak je rozumie dusza, gdy w tych zaślubinach duchowych widzi je sprawdzone na sobie! I jakże moglibyśmy wszyscy je zrozumieć, gdybyśmy z własnej winy naszej nie pozbawiali siebie tego szczęścia! Słowo Jezusa Chrystusa, Króla i Pana naszego, nie może zawodzić; ale my Jemu i sobie czynimy zawód, nie starając się o należne przysposobienie siebie, nie uchylając się od tego wszystkiego, co może nam tę światłość przysłonić i dlatego, nie mając światła, nie widzimy siebie w tym zwierciadle, na które patrzymy, a którym jest wyobrażenie nasze.
9. Gdy więc, jak mówiłam, Pan wprowadzi duszę do tego swego mieszkania, którym jest jej własne wnętrze, dusza ta staje się podobna do nieba empirejskiego, w którym mieszka Bóg. Bo jak ta najwyższa sfera nieba nie obraca się, zdaniem uczonych, jak inne, tak i w duszy, gdy wejdzie do tego siódmego mieszkania, ustają wszelkie poruszenia, jakim przedtem podlegała w swoich władzach i w wyobraźni, które tu już szkodzić jej ani pokoju jej zakłócić nie mogą.
Czy to ma znaczyć, że dusza, gdy dojdzie do tego stanu i tę łaskę otrzyma od Boga, już jest pewna zbawienia swego i zabezpieczenia od upadku? Bynajmniej; oświadczam, owszem, i ostrzegam, że gdziekolwiek, pisząc o tych rzeczach, mówię o bezpieczeństwie duszy, zawsze to ma się rozumieć z tym warunkiem, że jeśli boska łaskawość Pana nie przestanie trzymać jej w swym ręku i jeśli ona Jego w niczym nie obrazi. To przynajmniej wiem z pewnością, że dusza ta, na którą wciąż tu się powołuję, choć podniesiona do tego stanu i już lata całe w nim zostaje, nie ma siebie za bezpieczną, ale raczej z większą niż przedtem bojaźnią Bożą postępuje, strzeże się wszelkiej najmniejszej obrazy Bożej i najgorętszą, jak się w dalszym ciągu powie, pała żądzą służenia Bogu. Ciągły przy tym czuje żal i wstyd, że tak mało dla Niego uczynić jest zdolna, kiedy tak wiele Mu jest winna. Jest to dla niej niemały krzyż i prawdziwa, bardzo ciężka pokuta. Co do umartwień bowiem i surowości, im ostrzejszą czyni pokutę, tym większej doznaje z niej rozkoszy. Prawdziwa dla niej pokuta jest wtedy, gdy Bóg jej odbiera zdrowie i siły do czynienia pokuty. Choć w poprzednich już mieszkaniach mówiłam, jak wielkie to dla duszy utrapienie, to przecież jest ono bez porównania większe. Wszystko to pochodzi z gruntu, z którego teraz życie jej wyrasta, bo wszak drzewo zasadzone nad ściekaniem wód i większą ma świeżość, i obfitszy owoc wydaje. Cóż zatem dziwnego, że takie w tej duszy pragnienia mnożą się i rosną, kiedy istotny duch jej jedno się stal z ową wodą z nieba, o której mówiliśmy.
10. Wracając wszakże do tego, co mówiłam wyżej o pokoju, jakiego dusza w tym mieszkaniu używa, nie sądźmy, by i władze, i zmysły, i namiętności zostawały zawsze w takimże pokoju; dusza sama tylko nigdy go nie traci. I w tym mieszkaniu nie brak takich chwil, kiedy srożą się walki, dolegają utrapienia i trudy; bywa to nawet stan zwyczajny. Ale utrapienia te dusza tutaj nie tak odczuwa, by mogły zamącić jej pokój.
Co się zaś tyczy tego wnętrza duszy, tego ducha, o którym tu mówię, jest to rzecz tak trudna do wytłumaczenia, a także i do uwierzenia, że obawiam się, siostry, byście wobec mojej nieudolności nie miały pokusy odmówienia wiary moim słowom. Może to w rzeczy samej wydawać się niepodobną do pogodzenia sprzecznością, że dusza, jak mówię, cierpi utrapienia i smutki, a przy tym jednak w doskonałym zostaje pokoju. Spróbuję wam to wytłumaczyć za pomocą jednego lub drugiego porównania; daj Boże, by one miały jaki sens; ale choćby go nie miały, tego zawsze pewna jestem, że tak jest, jak wam mówię.
11. Król, na przykład, choć może w rządach swoich ciężkie ma zawikłania i kłopoty, choć może wojny srożą się w jego królestwie, sam przecież spokojnie mieszka w swoim pałacu. Tak i tu, choć w innych mieszkaniach zdarzają się różne rozruchy, pełzają gady jadowite, słychać krzyki i zgiełk, wszystko to nie dosięga duszy w tym siódmym mieszkaniu będącej, ani jej nie zdoła stamtąd wyprowadzić. Wrzawa i zgiełk, dochodzące do jej uszu, sprawują jej niejaką przykrość, ale zmieszać jej i pokoju jej odebrać nie zdołają, bo tu namiętności już są pokonane i boją się bliżej przystąpić, wiedząc, że będą tylko z tym większym wstydem odparte.
Albo drugie porównanie. Boli kogo ciało, ale głowa zdrowa, więc choć cierpią wszystkie członki, głowa nie cierpi.
Sama się śmieję z tych moich porównań i widzę ich niedoskonałość, ale nie mam lepszych. Wszakże, jakkolwiek one wam się wydadzą, to, co powiedziałam, jest prawdą.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SIÓDME
Rozdział 3
Opowiada o wielkich skutkach, jakie sprawia ten najwyższy stopień modlitwy. - Jaka jest uwagi godna różnica między tymi skutkami a łaskami, jakie dusza osiąga w mieszkaniach poprzednich.
1. Już więc możemy powiedzieć, że umarł nasz motyl, niewypowiedzianym radując się weselem, iż znalazł w sobie miejsce odpocznienia, iż żyje w nim Chrystus. Zobaczmy teraz, jakie jest życie tej duszy w Chrystusie umarłej i czym się ono różni od tego, jakim żyła sama w sobie? Po skutkach poznamy, czy jest w niej prawdziwie to, co się o tym siódmym mieszkaniu powiedziało. Skutki te, o ile rzecz rozumiem, są następujące:
2. Najprzód, zapomnienie o sobie tak zupełne, jakby ta dusza już nie istniała. Bo, jak już mówiłam, cała jej istność takiego kształtu i kierunku nabrała, że już nie zna siebie, ani już nie myśli dla siebie, ani o niebie, ani o życiu, ani o czci własnej, jeno wszystka jest oddana i poświęcona szerzeniu czci Bożej. Snadź owe słowa, które Pan rzekł do niej, aby miala pieczę o sprawach Jego, a On będzie pamiętał o sprawach jej, wydały swój skutek i w czyn się zamieniły. Nie troszczy się o siebie, cokolwiek by na nią przyjść mogło i w tak zupełnym żyje zapomnieniu o sobie, jakby jej zgoła nie było. Sama przynajmniej w niczym już nie chciałaby być czymś, chyba tam tylko, gdzie widzi, że może w czymkolwiek przyczynić się, (s.428) choćby w rzeczy najmniejszej, do pomnożenia czci i chwały Bożej, bo za to każdej chwili ochotnie jest gotowa oddać życie.
3. Nie sądźcie jednak, córki, by dusza w tym zapomnieniu o sobie zaniedbała wszelkiej myśli o jedzeniu i śnie (jakkolwiek konieczność zaspokajania tych potrzeb niemałą dla niej jest męką), i nie troszczyła się o to, co z obowiązku stanu swego czynić powinna. Mówię tu tylko o rzeczach wewnętrznych. O sprawach bowiem i pracach zewnętrznych dość powiedzieć to jedno, że nie tylko się od nich nie uchyla, ale owszem, najwięcej cierpi, że to, co uczynić zdoła, w jej oczach jest niczym. Ale cokolwiek może i w czym tylko widzi służbę należną Panu, to z pewnością uczyni i żadna rzecz na świecie od tego jej nie powstrzyma.
4. Drugi skutek, jest to wielkie pragnienie cierpienia, ale nie takie już, jak przedtem, by jej pokój wewnętrzny odbierało. Tak głęboko bowiem tkwi w tej duszy górująca nad wszystkim żądza, by spełniła się w niej wola Boża, iż cokolwiek Boski Majestat zrządzi, to poczytuje za najlepsze. Każe jej Pan cierpieć - i owszem; nie każe - dobrze i tak, nie będzie się już tym udręczała, jak to czyniła dawniej.
5. Dusza taka czuje wielką radość wewnętrzną, gdy ją spotka prześladowanie, spokój, z jakim je znosi, o wiele jest głębszy niż w poprzednich mieszkaniach. Żadnego nie ma uczucia nienawiści czy urazy ku tym, którzy jej szkodzą albo szkodzić chcą, przeciwnie, szczególną ogarnia ich miłością, tak iż gdy ujrzy ich w jakim utrapieniu, serdecznie ich żałuje, gotowa wszystko ucierpieć dla uwolnienia ich od cierpienia. Szczerym też sercem poleca ich Bogu, a co większa, z radością zrzekłaby się łask, jakie otrzymuje od Pana, aby wszystkie przeszły na nich, aby już nie obrażali Boga.
6. Lecz jedna rzecz zwłaszcza nad wszystkie inne wydaje mi się dziwna. Widziałyście, jak wielkie utrapienia i cierpienia znosiła ta dusza, aby wreszcie mogła już umrzeć i cieszyć się Panem swoim. A teraz, kiedy osiągnęła to, czego pożądała, tak gorąco pragnie służyć Panu, przyczynić Mu chwały i duszom być pożyteczna, że już nie tylko nie chce umrzeć, ale raczej chciałaby najdłuższe lata żyć w najsroższych cierpieniach, byleby przez nie mogła oddać chwałę Panu, choćby w rzeczy najmniejszej. I chociażby miała pewność, że dusza jej, wyszedłszy z ciała, natychmiast dostąpi szczęśliwości oglądania Boga, i chociażby jej jasno stała przed oczyma chwała, jaką cieszą się Święci, nie pragnie tej szczęśliwości i chwały zaraz osiągnąć. Chwałę swoją na tym zasadza, by mogła w czymkolwiek służyć Panu Ukrzyżowanemu, zwłaszcza gdy widzi, jak ciężko ludzie Go obrażają i jak mało jest tych, którzy by z zapomnieniem o sobie Jego chwały naprawdę we wszystkim szukali.
7. Zdarza się wprawdzie niekiedy, gdy na chwilę mniej żywo staje jej na myśli ten główny cel jej życia, a szczególnie gdy widzi, jak mało Jemu służy, że wracają jej znowu dawne owe tęskne pragnienia posiadania Boga i wyzwolenia się z tego wygnania. Niebawem jednak przyszedłszy do siebie i czując w sobie nieustającą obecność Bożą, na niej poprzestaje i znowu ofiaruje Boskiemu Majestatowi Jego gotowość swą do życia, jako najtrudniejszą ofiarę, jaką Mu może złożyć z siebie.
Śmierć bynajmniej nie jest jej straszną, przeciwnie, przedstawia jej się, jak słodkie zachwycenie. A wszystko to nie pochodzi z niej samej, ale od Boskiego Oblubieńca, który jak przedtem wzniecał w niej one żądze, z tak niesłychaną dla niej męką połączone, tak teraz daje jej te ciche i spokojne pragnienia. Niech będzie pochwalony za wszystko i błogosławiony na wieki.
8. Ostatecznie pragnienia jej nie mają już na celu, jak przedtem, pociech i smaków wewnętrznych; dość jej tego, że ma z sobą Pana swego, że już nie ona żyje, ale On w niej. A jako życie Jego na tej ziemi było jednym ciągłym krzyżem i męką, tak też, rzecz jasna, w niej działa, by życie jej było podobne do życia Jego, przynajmniej w pragnieniu, kiedy niedołężność jej nie zdoła dorównać mu czynem. Ale i do czynu, gdy widzi tego potrzebę, nie odmawia jej dobry Pan boskiej siły swojej.
Wielkie w tej duszy panuje oderwanie się od wszystkiego, połączone z nieustającym pożądaniem albo samotności, albo też takiej pracy, z której by dusze miały pożytek. Żadnych już nie doświadcza oschłości ani udręczeń wewnętrznych, a myśli jej ciągle są złączone z Boskim Panem swoim z takim rzewnym i tkliwym uczuciem, że chciałaby nic innego nie czynić, jeno chwalić Go i chwalić. Jeśli zaś kiedy opuści się na chwilę. Pan sam ją budzi w sposób wyżej opisany. I widzi wtedy z zupełną jasnością, że ten impuls, nie wiem jak go nazwać inaczej, pochodzi, tak samo jak i owe gwałtowne, wspomniane już porywy, z głębi samegoż jej wnętrza. Tu daje się on odczuwać z wielką słodkością, ale źródło jego nie jest ani w myśli, ani w pamięci, ani w jakiej bądź innej władzy i w niczym dusza sama nie przyczynia się do jego wywołania. Jest to rzecz tak zwyczajna i tak często się powtarza, że dusza z wszelką uwagą przypatrzeć się mogła, że tak jest rzeczywiście. Jak ogień, choćby go najsilniej rozniecić, nigdy płomienia swego nie opuszcza w dół, ale niezmiennie w górę się wzbija ku niebu, tak i to poruszenie wewnętrzne, w głębinach duszy poczęte, wstępuje w górę i władze duszy rozbudza.
9. Zaprawdę, chociażby z tej wzniosłej łaski innego nie było pożytku nad ten, że objawia nam tę szczególną troskliwość Boga do udzielenia nam siebie i prośbę Jego niejako - bo inaczej tego nazwać nie można - byśmy zechcieli zostawać z Nim, to jedno już przeobfitą byłoby zapłatą za wszelkie trudy i cierpienia, jakie podjąć zdołamy dla doznania na sobie tych tak słodkich i przenikających podniet boskiej miłości Jego.
Wy, siostry, sądzę, już ich doznałyście, skoro, jak mam nadzieję, doszłyście już do modlitwy zjednoczenia, bo na tym stopniu Pan, jak mniemam, nigdy nie zaniecha wszczynać tych swoich zabiegów około duszy, jeśli tylko ona nie zaniecha chować przykazań Jego. Ile razy więc uczujecie w sobie te wewnętrzne poruszenia, pomnijcie, że pochodzą one z tego ostatniego mieszkania, kędy Bóg mieszka w duszy naszej i dzięki Mu czyńcie najgłębsze. Jest to bowiem poselstwo od Niego, jest to list miłosny, pisany do was ręką niewypowiedzianej miłości Jego, a pisany w taki tajemniczy sposób, iżbyście wy same tylko treść jego i prośbę w nim wyrażoną rozumiały. Nie zaniedbujcie nigdy odpowiedzieć godnie na to wezwanie Jego Boskiego Majestatu, chociażbyście miały wiele zajęć zewnętrznych i stosunków z ludźmi. Czasem bowiem wśród takich zajęć spodoba się Panu dać wam to wezwanie miłosne. I bardzo łatwo możecie odpowiedzieć na nie, gdyż chodzi tu tylko o rzecz wewnętrzną: o jeden akt miłości, o powiedzenie tego, co mówił św. Paweł: "Panie, co chcesz, żebym uczynił?"  A On wam wtedy podda różne sposoby, przez które możecie Mu sprawić radość. Chwile takich natchnień są bardzo cenne, bo wówczas Pan nas i słucha, i usposabia duszę przez owe słodkie poruszenia do uczynienia mężnym sercem wszystkiego, czego On żąda.
10. Tym się różni mieszkanie to od poprzednich, że nigdy tu nie ma oschłości, ani wewnętrznych niepokojów, jakim w tamtych dusza chwilami podlegała. Tu cieszy się pokojem prawie nieustannym. Nie tylko nie ma tu już żadnej obawy, by diabeł mógł udawać tę łaskę tak wzniosłą, ale, przeciwnie, bezpieczne ma i niezachwiane przeświadczenie, że jest to łaska od Boga; bo - jak mówiłam - zmysły i władze przyrodzone żadnego w tym nie mają udziału. Pan tu objawia jej boską wielmożność swoją i trzyma ją przy sobie, w miejscu bezpiecznym, do którego, nie sądzę, by diabeł ważył się przystąpić, a choćby się ważył. Pan go nie dopuści. A wszystkie te łaski, które tu na nią spływają, dusza otrzymuje bez żadnego własnego trudu, prócz tego jednego, że na samym wstępie cała oddała siebie w ręce Boga.
11. I dzieje się to wszystko w najgłębszym pokoju i ciszy, bez najmniejszego rozgłosu i szmeru, podobnie jak przy budowie kościoła Salomonowego, przy której nie było słychać ani zgiełku głosów ludzkich, ani łoskotu młotów i siekier. Prawdziwy tu kościół Boży, świątynia i mieszkanie Boga samego, w którym On sam z duszą samą, a dusza z Nim cieszą się w najgłębszym milczeniu. Rozum tu nie ma czego działać ani szukać; Pan, który go stworzył, każe mu tu spoczywać i tylko jakby przez małą szczelinę pozwala mu przypatrywać się temu, co się dzieje. Chwilami może traci on z oka ten widok i szczelina jakby się zasuwa, ale są to chwile tylko, bo władze, o ile rzecz rozumiem, nie gubią się tutaj, tylko nie działają, są jakby pogrążone w zdumieniu.
12. Zadziwia mię tu, że dusza, gdy dojdzie do tego stanu, nie doświadcza już gwałtownych zachwyceń. Zdarzają się one jeszcze niekiedy, ale bez tych porywów i wzlotów ducha, którym dawniej podlegała; a i te bardzo rzadkie przypadki prawie nigdy nie zdarzają się przy świadkach, jak to przedtem zwykle bywało. Dawniej, gdy jeszcze szukała Oblubieńca, dość było lada okazji, jakiego obrazka pobożnego, albo zasłyszanego ledwo pierwszego słowa kazania, albo jakiejś muzyki, a już dusza odchodziła od siebie; wszystko płoszyło biednego motyla i straszyło, i z miejsca spędzało. Teraz i najsilniejsze pobudki zewnętrzne już na niej tego wrażenia nie wywierają i z wewnętrznego spokoju jej nie wypłoszą. Czy to, że znalazła już miejsce odpocznienia swego; czy że tyle tutaj napatrzyła się wielkich rzeczy, iż nic już jej nie zadziwia; czy że już nie jest samotna jak przedtem, ale takim się boskim cieszy towarzystwem; czy wreszcie z innej jakiej niewiadomej mi przyczyny, dość, że od chwili, jak Pan zaczął jej objawiać tajemnice, w tym ostatnim mieszkaniu ukryte, i w nim ją umieścił, dusza pozbyła się tej wielkiej słabości, której przedtem pokonać nie była zdolna. Może być, że Pan ją umocnił, rozszerzył i uczynił zdolną do znoszenia nawału takich wielkich łask; albo też może chciał wówczas, by jawne się stało przed ludźmi to, co w ukryciu działał w tej duszy, mając w tym objawieniu cel boskiej tylko mądrości Jego wiadomy, bo sądy Jego nieskończenie są wyższe nad wszelkie na tej ziemi myśli i domysły nasze.
13. Takich przedziwnych skutków, oprócz tych łask, których dusza dostępuje na poprzednich stopniach modlitwy, użycza jej Bóg, gdy ją w tym siódmym mieszkaniu z sobą złączy, wraz z owym pocałunkiem, którego pożąda Oblubienica. Tu bowiem, sądzę, spełnia się ta jej prośba. Tu łania zraniona w obfitości znajduje zdroje wód, których pragnęła. Tu raduje się w rozkoszach przybytków Bożych. Tu gołębica, przez Noego wypuszczona z korabia dla sprawdzenia, czy już minęła nawałność potopu, znajduje gałązkę oliwną oznajmując, że natrafiła na grunt stały wśród burz i powodzi tego świata. O Jezu, kto by to umiał dojść ukrytego znaczenia wszystkich, a musi ich być tyle, miejsc Pisma świętego, opisujących całą głębokość tego pokoju duszy! Boże mój, Ty widzisz, ile nam zależy na posiadaniu tego pokoju! Dajże wszystkim wiernym Twoim dobrą wolę do szukania go, a którym już darowałeś ten pokój, spraw w miłosierdziu Twoim, aby go nigdy nie stracili. Bo ostatecznie, dopóki nie dasz im pokoju prawdziwego i nie doprowadzisz ich tam, kędy jest pokój bez końca, zawsze nam grozi ta utrata, zawsze nam potrzeba jej się obawiać. Prawdziwego pokoju, powiadam, nie iżby ten, o którym tu mówię, nie był prawdziwym, ale że jeszcze może się wznowić pierwsza walka, jeślibyśmy oddalili się od Boga.
14. Co musi się dziać w takiej duszy, na samo wspomnienie o tym, że mogłaby kiedy ujrzeć siebie pozbawioną tego największego dobra swego? Wspomnienie to przerażające pobudza ją do tym usilniej szego czuwania nad sobą; stara się moc dobywać z niemocy swojej, aby nigdy z winy własnej nie zaniechała żadnej, jaka jej się nadarzy, sposobności do czynienia tego, co jest dobre i przyjemne w oczach Majestatu Boskiego. Im hojniej Pan ją obdarował, tym więcej ona się lęka obrazy Jego i nie dowierza sobie. Poznawszy jaśniej w tych użyczonych jej wielmożnościach nędzę swoją, tak mocno czuje gniotące ją brzemię grzechów swoich, że nieraz, jak celnik w Ewangelii, nie śmie wznieść oczu w niebo. Czasem przychodzą jej pragnienia zakończenia już tego życia i znalezienia się tam, gdzie będzie już bezpieczna; ale miłość, jaką pała dla (s.434) Oblubieńca swego, zaraz tym pragnieniom jej przeciwny nadaje kierunek i znowu pragnie żyć - jak mówiłam - aby mogła Mu służyć, los swój własny z ufnością zdając na miłosierdzie Jego. Czasem znowu, na widok ogromu i mnóstwa łask jej użyczonych, czuje siebie jakby unicestwioną i lęka się, by nie było z nią jak z okrętem, który zbytnio naładowany, zanurza się i idzie na dno.
15. Nie brak, upewniam was, siostry, nie brak i takiej duszy krzyżów; ale krzyże te nie sprawiają jej udręczenia i nie odbierają jej pokoju. Są to jakoby fale na chwilę wezbrane, jakby burza letnia, która prędko przechodzi i znowu po niej pogoda. Mając bowiem zawsze przy sobie Pana obecnego, dusza rychło zapomina o wszystkim co ją boli. Wieczna chwała Jemu i dziękczynienie od wszystkiego stworzenia Jego, amen.
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
MIESZKANIE SIÓDME
Rozdział 4
Kończy objaśnieniem, jaki cel i zamiar ma Pan w użyczaniu duszy takich wzniosłych łask. - Ważna i pożyteczna nauka, jak Marta zawsze powinna iść w parze z Marią.
1. Nie sądźcie, siostry, by dusza, złączona z Bogiem przez łaskę małżeństwa duchowego, zawsze w tym samym stopniu doznawała tych wielkich skutków, jakie ta wzniosła łaska przynosi. Opisując je powyżej, przedstawiłam wam zwyczajny stan tej duszy. Lecz niekiedy bywa i tak, że Pan ją pozostawia własnemu jej przyrodzeniu, a wtedy wszystkie gadziny jadowite, ile ich jest w podwalach i w niższych mieszkaniach twierdzy, sprzysięgają się z sobą, aby się pomścić na niej za wszystek czas, w którym dosięgnąć jej nie mogły.
2. Wprawdzie niedługo to trwa, najczęściej dzień tylko albo mało co dłużej. I właśnie wśród takiej srogiej zawieruchy, zrywającej się zwykle z okazji jakiego niespodzianego zdarzenia, pokazuje się, jaki to zysk dla duszy, że w takim dobrym żyje z Bogiem swoim towarzystwie. Daje jej Pan w takich chwilach wielką stanowczość, aby w niczym nie odstąpiła do służby Jego i nie zachwiała się w dobrych postanowieniach swoich, które większej jeszcze w tej próbie siły nabierają, ani najmniejszym nawet pierwszym poruszeniem z drogi swojej nie zboczyła. Stan ten, jak mówiłam, rzadko się zdarza, ale niekiedy Pan go dopuszcza, najpierw dlatego, bo chce, by dusza nie zapomniała, czym jest sama z siebie. A po wtóre, by zawsze była pokorna i coraz lepiej poznawała, jak wiele jest winna boskiej dobroci Jego i dziękowała Mu za to i coraz większym sercem Go chwaliła.
3. Nie przypuszczajcie tej myśli do głowy, by przy wielkiej wysokości jej pragnień, przy takim niezłomnym jej postanowieniu, by nie popełnić za nic w świecie żadnej choćby tylko niedoskonałości, dusza ta jednak nie popełniała ich wiele, a czasem nawet i grzechów. Grzechów nie rozmyślnych, bo takiej duszy Pan dodaje skutecznej pomocy, aby się ustrzegła wszelkiej z rozmysłem obrazy Jego, ale grzechów powszednich. Od śmiertelnych bowiem, świadomych przynajmniej, jest wolną, choć nie jest od nich bezpieczną. Ale być może, że ma jaki grzech, śmiertelny nawet, o którym nie wie; i ta myśl niemałą zadaje jej mękę. I drugą jeszcze ta dusza cierpi mękę, gdy widzi dusze idące na zatracenie. A choć wielką ma nadzieję, że do nich nie będzie zaliczona, wszakże, gdy wspomni na tyle smutnych przykładów, zapisanych w Piśmie świętym, na nieszczęsny upadek niejednego, który, zdawało się, wielką miał łaskę u Pana, na takiego na przykład Salomona, który tak bliskie miał obcowanie z Boskim Majestatem Jego, nie może, jak mówiłam, nie bać się o siebie. Która by więc z was najwięcej czuła się w sobie bezpieczna, ta niechaj najwięcej się lęka, bo mówi Dawid, że "szczęśliwy mąż, który się boi Pana". Niech nas boska moc Jego zawsze ma w swojej obronie. Prośba o łaskę, byśmy Go nie obrażały, to jest największe, jakie możemy mieć bezpieczeństwo. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen.
4. Nie będzie tu od rzeczy objaśnienie, w jakim celu Pan tak wielkich łask użycza na tym świecie duszom wybranym. Z samych już skutków, jakie te łaski sprawiają, mogłyście cel ten wyrozumieć, ale wolę jeszcze wam bliżej rzecz wytłumaczyć. Niech sobie żadna nie wyobraża, by łaski miały służyć jedynie dla pociechy dusz, które je otrzymują. Byłby to wielki błąd. Bo nie może Pan użyczyć nam większej łaski nad tę, gdy nas powoła do takiego życia, które by się zasadzało na naśladowaniu życia Jego najmilszego Syna. Mam to więc za rzecz najpewniejszą - jak to już kilkakrotnie w tej księdze mówiłam - że te wzniosłe łaski mają na celu wzmocnienie naszej słabości, abyśmy zdolne były, za przykładem Pana, wielkie znosić cierpienia.
5. Widzimy bowiem, że którzy bliżej złączeni z Chrystusem Panem naszym, ci też więcej cierpieli. Wspomnij, jakie boleści zniosła Najświętsza Matka Jego, jakie prześladowania i męki wycierpieli chwalebni apostołowie. A święty Paweł szczególnie, skądże czerpał siłę do przetrwania tylu, zdawałoby się, przewyższających siły ludzkie trudów i utrapień? Na jego zwłaszcza przykładzie możemy się przekonać, jakie skutki sprawiają widzenia i kontemplacja gdy są prawdziwe, gdy przychodzą z łaski Pana, nie zaś ze złudzenia wyobraźni lub ze zmamienia diabelskiego. Gdy przeżył wizję raju i usłyszał tajemne słowa, których człowiekowi nie godzi się powtarzać, czy może skrył się gdzie na osobności, aby cieszyć się do woli owymi rozkoszami i o niczym więcej nie myśleć? Przeciwnie, o ile wiemy, całe dnie trawił na trudach apostolskich, a i w nocy snadź nie dawał sobie wytchnienia, rękoma swymi pracując na pożywienie. Serce mi się raduje, gdy wspomnę na świętego Piotra, jak w chwili gdy uchodził przed więzieniem. Pan mu się ukazał na drodze i rzekł do niego, że idzie do Rzymu dać się drugi raz ukrzyżować. Ile razy w porządku nabożeństwa kościelnego powraca święto, w które się ta pamiątka obchodz, zawsze myślę sobie z niewypowiedzianą pociechą, co też działo się w duszy świętego Piotra, gdy usłyszał te słowa Pańskie, i co, usłyszawszy je, uczynił. Co uczynił? Z radością prosto poszedł na śmierć. I wielkie to miłosierdzie Boże, jeśli komu da znaleźć podobną łaskę.
6. O siostry moje, pomyślcie, jaka musi być wzniosłość uczuć tej duszy, w której Pan w tak niewypowiedziany sposób zamieszka! Jaka obojętność na wszelkie wczasy i spokój własny! Jaka wzgarda czci i honorów świeckich! Jaka wzgarda samej siebie, daleka od wszelkiej najlżejszej chęci pragnienia szacunku i uznania u ludzi! Bo jeśli ustawicznie jest przy Nim, nigdy nie myśli o samej sobie; wszystka jej myśl do tego zmierza, aby Mu coraz bardziej stawała się przyjemną, aby coraz nowe wynajdywała sposoby, jak i w czym okazać Mu miłość swoją. To jest, córki, kres modlitwy; do tego ma służyć i to małżeństwo duchowe, aby z niego rodziły się czyny, i jeszcze raz czyny.
7. Ten jest - jak wam mówiłam - jedyny nieomylny znak łask i widzeń, prawdziwie od Boga pochodzących. Bo co mi to pomoże, choćbym na samotnej modlitwie najgłębiej była w sobie skupiona i najgorętsze do Pana zasyłała akty miłości, i cuda Mu przyrzekała czynić w służbie Jego, jeślibym potem, wyszedłszy z modlitwy, za pierwszą, jaka mi w drogę wejdzie, okazją czyniła wręcz przeciwnie? Ale źle powiedziałam: co mi to pomoże? Bardzo pomaga, owszem, i wielki pożytek przynosi każda chwila spędzona z Bogiem, a i to postanowienie, choć dla nieudolności naszej pozostaje potem bez skutku, boska łaskawość Jego czasem dopomaga nam spełnić. Może kiedy ześle nam tę pomoc swoją w sposób zrazu dla nas nieprzyjemny, jak to nieraz czyni z duszą nazbyt małoduszną, że zsyła na nią wielkie jakie, wstrętne dla niej, utrapienie, z którego potem zwycięsko ją wyprowadzi. I dusza, poznawszy w tym przejściu skuteczność łaski Jego, łatwiej pozbywa się strachów, które ją wstrzymywały, i ochotniejszym sercem ofiaruje siebie Panu na spełnienie wszelkiej woli Jego. Chciałam więc tylko powiedzieć, że z samych uczuć, aktów i postanowień czynionych na modlitwie, mały jest pożytek w porównaniu z tym wielkim, jaki dusza odnosi, gdy z aktami i słowami zgadzają się uczynki. Choć nie każda zdoła wykonać od razu wszystko, co sobie postanawia, niech stopniowo zdąża do celu, wciąż na nowo pobudzając ku temu wolę swoją. Niech jednak pamięta, że bez tego nałamywania woli, do którego w tym zakątku klasztornym obfitą co dzień znajdzie sposobność, modlitwa, chociażby tego pragnęła, nie przyniesie jej wielkiego pożytku.
8. Zrozumiejcie to dobrze, gdyż jest to rzecz bardzo ważna, nierównie ważniejsza, niżbym wam zdołała słowami wyrazić. Patrzcie na Ukrzyżowanego, a wszystek trud tej walki wyda się wam lekki. Gdy Boski Majestat Jego takimi zdumiewającymi czynami i mękami miłość nam swoją okazał, wy chciałybyście, by poprzestał na tym, że Mu się odwdzięczycie słowami? Czy wiecie, co to znaczy być prawdziwie duchowym? Znaczy to uczynić siebie niewolnikiem Boga, oddać Bogu tak wszystką wolność swoją, iżby On, naznaczywszy tego swego niewolnika piętnem, to jest swoim krzyżem, mógł sprzedać go i wydać za niewolnika całemu światu, tak jak sam był sprzedany i wydany dla zbawienia świata, iżby niewolnik nie widział w tym żadnej dla siebie krzywdy, ale raczej za niemałą łaskę to sobie poczytywał. Kto nie ma do tego mocnej i stanowczej woli, ten niech się nie spodziewa wysokiego postępu. Cała bowiem ta duchowa budowa stoi - jak wam mówiłam - na fundamencie pokory; kto nie założył w sobie naprawdę tego fundamentu, temu Pan nie pozwoli wznieść się wysoko, dla własnego nawet dobra jego, bo tym głębszy byłby z takiej wysokości budowy upadek. Jeśli więc chcecie, siostry, aby dobry był i mocny wasz fundament, starajcie się każda być najmniejszą, niewolnicą wszystkich, pilnie upatrując, jak i czym mogłybyście jedne drugim zrobić przyjemność czy oddać jaką usługę. Cokolwiek uczynicie w tym duchu, więcej uczynicie dla siebie samych niż dla innych, mocne przez to i trwałe kamienie kładąc w wasz fundament, aby wam się twierdza wasza nie zawaliła.
9. Do takiego zabezpieczenia budowy waszej potrzeba, powtarzam, byście fundament wasz zakładały nie na samej tylko modlitwie i bogomyślności. Bez usilnego starania się o cnoty, bez ciągłego ćwiczenia się w nich, zawsze pozostaniecie duchowymi niedorostkami. A daj Boże, by choć na tym się skończyło, by z braku wzrastania nie było coraz większego karłowacenia. Wiecie bowiem, że kto się nie pomnaża, ten się umniejsza, bo miłość, gdy jest prawdziwa, niepodobna, jak sządzę, by nie rosła ciągle, a jeśli nie rośnie, snadź nie jest prawdziwa.
10. Może wam się zdaje, że mówię to tylko dla początkujących, że później, gdy się dusza już napracuje, może odpocząć? Powiedziałam wam już, że dusze te, o których tu mówię, choć wielkie mają odpocznienie, mają je tylko w swym wnętrzu, i na to je mają, aby tym mniej go miały i tym mniej pragnęły zewnętrznie. Jaki cel, sądzicie, mają owe wspomniane, wewnętrzne natchnienia, czyli raczej płomienne pragnienia, które dusza z głębi wnętrza swego we wszystkie zakątki twierdzy do wszystkiej czeladzi mieszkań dalszych, poza obrębem tego siódmego, w którym ona teraz mieszka, zostających, jakby wici jakie rozsyłała? Czy do snu, do odpoczywania je zaprasza? Nie, nie, i jeszcze raz nie! Przeciwnie, do większych trudów pobudza swe zmysły i władze wszystkie, na wojnę je wzywa i sroższą wojnę im wydaje, niż gdyby jeszcze wśród nich mieszkała i z nimi cierpiała. Wówczas bowiem jeszcze nie rozumiała tak jasno, jakim zyskiem są cierpienia; one to przecież były środkiem, którego Bóg użył, aby ją pociągnął do siebie. Samo wreszcie Boże towarzystwo, którym się cieszy, nierównie większych niż przedtem sił jej dodaje. Bo jeśli, jak mówił Dawid: ze świętym święty będziesz, tedy niepodobna (s.440) wątpić o tym, że przez takie przewyższające ducha z duchem złączenie stawszy się jedno z Bogiem mocnym, tej Jego mocy dusza musi się stać uczestniczką, jak to dalej zobaczymy na przykładzie Świętych, którzy z tego źródła czerpali siłę i męstwo do poniesienia katuszy i śmierci męczeńskiej.
11. Jest to również rzecz pewna, że ta silą nadprzyrodzona, która się tu duszy udziela, wpływem swoim dosięga wszystkich mieszkańców twierdzy, a więc i władz, i zmysłów, i samegoż nawet ciała, które częstokroć nie czuje jakby swej słabości. Posilone bowiem ową siłą, którą dusza czerpie, pijąc wino z tej piwnicy winnej, do której wprowadził ją Oblubieniec i przy sobie ją trzyma, czuje jak jej siła rozchodzi się i po słabym ciele, podobnie jak pokarm strawiony w żołądku, i głowę i członki wszystkie pokrzepia. Zatem też twarde życie ma ciało z tą duszą, póki ona w nim żyje; bo chociażby z rozkazu jej wielkie znosiło trudy i umartwienia, nigdy nie dorówna temu, do czego nagli ta siła wewnętrzna, żądająca daleko więcej. I jakkolwiek dusza ciągłą mu wojnę wytacza, wszystko to jeszcze dla niej jest niczym. Z tego snadź wynikały wielkie owe pokuty, które czynili Święci, taka, szczególnie, święta Magdalena, choć miękko wychowana i która w takich przedtem żyła rozkoszach. Stąd pochodził głód, z jakim Ojciec nasz Eliasz łaknął chwały Boga swego, a święty Dominik albo święty Franciszek łowili dusze Bogu, aby Go wielbiły. Z takim zapomnieniem o sobie pracując dla Pana, upewniam was, że niemało oni wycierpieli.
12. Na tę wysokość, proszę was, siostry moje, i my się wznieść usiłujemy. Nie dla pociechy naszej pragnijmy, oddawajmy się modlitwie, ale na to, byśmy z niej zaczerpnęły także siłę do służenia Bogu. Nie szukajmy nowych dróg, co byłoby tylko stratą czasu, bo i dziwną bardzo wymyśliłybyśmy sobie drogę, gdybyśmy na co innego pragnęły otrzymać te łaski, niż na to, na co On je daje, i gdybyśmy nie tędy iść chciały, którędy szedł Pan i wszyscy za Nim święci Jego. Podobnej myśli ani na chwilę nie dopuszczajcie do głowy. 'Chcąc godnie ugościć Pana i zatrzymać Go u siebie, potrzeba, by z Marią Marta zawsze szła w parze. Ładne by to było przyjęcie, zaprosić Go do siebie, a nie dać Mu jeść. Lecz gdyby Marii, siedzącej u nóg Jego, nie przyszła w pomoc Marta, któż by Mu pokarm zgotował? Pokarm zaś, jakiego Pan od nas wygląda, jest ten, byśmy na wszelki sposób, o ile tylko zdołamy, pociągały dusze do Niego, aby dostąpiły zbawienia i wiecznie Go chwaliły.
13. Może mi tu zrobicie zarzut dwojaki. Najprzód, powiecie, gdy Maria siedziała u nóg Pańskich, pozostawiając Marcie krzątanie się około zewnętrznej posługi, Pan przecież pochwalił ją mówiąc, że "najlepszą cząstkę obrała". Na to wam odpowiem, że Maria oddała już Panu posługę Marty, gdy, na pociechę Boskiego Serca Jego, umywała nogi Jego i włosami swymi ocierała. Czy sądzicie, że małym to było dla takiej wykwintnej pani umartwieniem, tak biec przez ulice miasta, i to zapewne samej, bo w zapamiętaniu skruchy i miłości, z jakim śpieszyła do nóg Pana, pewno nie pomyślała o zabraniu z sobą odpowiedniego jej stanowi orszaku, i tak wpaść do domu obcego, w którym nigdy jeszcze noga jej nie postała, wystawić się na urąganie faryzeusza i wszelkie szyderstwa, jakie tam od gości u niego zgromadzonych wycierpieć musiała? Wiemy przecież, jacy to byli ludzie przewrotni i złośliwi, jak zawistnym i wrogim okiem na Pana naszego patrzyli. Sama więc ta cześć i miłość, jaką Maria w ich oczach śmiała okazywać znienawidzonemu przez nich Jezusowi, musiała im być cierniem w sercu. Toteż z oburzeniem i gniewem pewno nie zaniechali wytykać jej dawnego życia i szydzić ze zmiany, jaka w niej zaszła, boć jasna rzecz, że od chwili nawrócenia swego zarzuciła kosztowne swe stroje; urągali jej, że udaje świętoszkę, jak to dziś jeszcze spotyka pobożnych, choć nie tak jak ta święta głośnych. Nie bez krzyżów więc i ciężkich utrapień, bądźcie tego pewne, przyszła jej owa "cząstka najlepsza". Sam już widok tej straszliwej nienawiści, jaką lud on nieszczęsny ścigał najdroższego jej Mistrza, nieznośnym musiał być dla niej cierpieniem, a cóż dopiero wycierpiała, patrząc na mękę i śmierć Zbawiciela? Choć nie jest zapisana w poczet męczenniczek, sądzę przecież, że prawdziwe poniosła męczeństwo, stojąc pod krzyżem Jezusa i potem tyle lat żyjąc z Nim rozłączona, co srogą dla tej duszy, miłością płonącej, musiało być męką. Widzicie z tego, że życie jej niecałe upłynęło u nóg Pańskich w rozkoszach kontemplacji.
14. Drugi zarzut może mi zrobicie taki, że pragnęłybyście pociągać dusze do Boga, ale nie widzicie sposobu do tego, kiedy nie jesteście apostołami i nie do was należy słowo Boże ogłaszać. Na ten zarzut niejednokrotnie już w pismach moich odpowiadałam, a chyba nawet już i w tej księdze Twierdzy wewnętrznej. Z uwagi jednak, że przy świętych, jakie Pan wam daje pragnieniach myśl ta zapewne nieraz wam przychodzi, i tu jeszcze powtórzę, co tam powiedziałam. Zdarza się niekiedy, że duch zły wzbudza w nas wielkie i wspaniałe pragnienia, abyśmy, nimi się uwodząc, zaniechały tego, co byśmy mogły uczynić dla chwały Bożej, pocieszając się tym, żeśmy pragnęły rzeczy wielkich, choć niemożliwych. Otóż choć modlitwą możemy rzeczywiście ogarnąć świat cały, nie sięgajmy jednak tak daleko, ale patrzmy, co możemy dobrego uczynić tym, wśród których żyjemy. Będzie to tym większa zasługa przed Bogiem, że więcej jesteśmy obowiązane tym bliższym przyjść z pomocą. Czy mały, sądzicie, będzie to zysk dla nich zarówno jak i dla was, gdy w postępowaniu waszym taką okażecie pokorę, taką wytrwałość w umartwieniu, taką ochotną do służenia każdej gotowość, taką szczerą dla wszystkich miłość, taką w pełnieniu wszelkiej cnoty stateczność, taką miłość Bożą, iżby wszystkie żarem swoim zapalała? Rzecz pewna, że będzie przyjemna w oczach Boskiego Majestatu taka służba wasza; i tak czyniąc to - co jest w możności waszej - okażecie Panu, że uczyniłybyście więcej, gdybyście mogły, i wedle tej miary Pan odda wam podwójną zapłatę i za to, coście uczynić chciały.
15. Ale powiecie mi może: po cóż to nawracanie, wszak siostry wszystkie i tak są cnotliwe? Po cóż tak sądzić? Im przecież która będzie doskonalsza, tym przyjemniejsza będzie z ust jej chwała Panu, tym pewniejszy z modlitwy jej dla bliźnich pożytek.
Ostatecznie więc, siostry moje, na tym kończę, byśmy nie budowały wysokich wież bez fundamentów. Pan nie patrzy na wielkość czynów, tylko na miłość, z jaką je czynimy. Czyńmy wiernie, co możemy, a boska łaskawość Jego sprawi to, byśmy co dzień mogły więcej. Nie ustawajmy w pracy, nie traćmy serca, choć trud się przedłuża. Dopóki trwa to trochę życia - a którego może dla niejednej będzie mniej jeszcze niż się spodziewa - wewnętrznie i zewnętrznie zanośmy Panu taką ofiarę, na jaką nas stać. Pan zaś ją złączy z tą wielką ofiarą, jaką za nas Ojcu swemu zaniósł na krzyżu, aby przez nią ofiara nasza miała przed Nim pełną wartość i zasługę, nie wedle małości uczynku, ale wedle miary dobrej woli i miłości, z jaką Mu się bez podziału oddałyśmy.
16. Daj nam Boże, siostry i córki moje, znaleźć się wszystkim tam, kędy Go wiecznie wysławiać będziemy! I mnie niechaj użyczy łaski, bym choć w części umiała wypełnić uczynkiem to, czego was nauczam, przez zasługi Syna swego, który żyje i króluje na wieki wieczne, amen. Wstyd mię, upewniam was, wielki wstyd samej siebie i dlatego na miłość tegoż Pana proszę was, nie zapominajcie w modlitwach waszych o tej biednej nędznicy.
 
 
 
Twierdza wewnętrzna 
Św. Teresa od Jezusa (Teresa de Cepeda y Ahumada)
ZAKOŃCZENIE
IHS
1. Choć z niechęcią, jak mówiłam na wstępie, do tego pisania przystępowałam, teraz przecież, gdy doszłam do końca, bardzo z niego jestem zadowolona i trudu, prawda, że bardzo niewielkiego, jaki na nie poświęciłam, nie żałuję. W tym ścisłym zamknięciu, w jakim żadnej prawie nie macie rozrywki, w tych naszych, bardzo szczupłych klasztorach, w których żyjecie, będzie to dla was pociechą oddychać swobodnie w szerokich tej twierdzy wewnętrznej przestrzeniach, do których o każdej porze, nie potrzebując na to pozwolenia przeoryszy, wejść i do woli po nich przechadzać się możecie.
2. Nie do wszystkich jednak mieszkań tej twierdzy o własnych siłach, chociażby się wam zdawały dużymi, dostać się możecie, jeśli was Pan twierdzy sam do nich nie wprowadzi. Dlatego ostrzegam was, gdybyście znalazły drzwi zamknięte, nie próbujcie dobijać się siłą, mógłby się o to zagniewać Pan i już by was nigdy nie wpuścił. On bardzo lubi pokorę. Uznając siebie za niegodne dostania się i do trzeciego mieszkania, niebawem skłonicie ku sobie wolę Jego, że was dopuści do piątego; a tam, wiernie Mu służąc i ustawicznie w tym mieszkaniu przebywając, doczekacie się w końcu tego szczęścia, że was wprowadzi do tego ostatniego, które sam obrał sobie za własny swój przybytek. Do tego mieszkania wszedłszy, nigdy go już nie opuszczajcie, chyba że was zawoła przełożona, której wolę Boski ten Pan chce, byście spełniały, jakby Jego własną. W takim razie, choćby wam z rozkazu jej przyszło długo zostawać poza tym mieszkaniem własnym, zawsze Go za powrotem zastaniecie, mającego drzwi dla was otwarte. A gdy raz zakosztujecie rozkoszy tego królewskiego pałacu, wszędzie i we wszystkim, choćby to były rzeczy najtrudniejsze, znajdziecie dla siebie odpocznienie, bo w tym wszystkim towarzyszyć wam i wszystko wam osładzać będzie nadzieja powrotu do tego waszego z Bogiem przybytku i tej nadziei nikt wam odjąć nie może.
3. Chociaż w opisie tej twierdzy mówiłam o siedmiu tylko mieszkaniach, każde z nich jednak składa się z wielu komnat, na górze i na dole, i po bokach, z wdzięcznymi ogrodami, wodotryskami, klombami, gajami i takim mnóstwem wszelkiego rodzaju rzeczy rozkosznych, że na widok ich chciałybyście rozpłynąć się w uwielbieniach tego Boga wielkiego, który te cuda stworzył na wyobrażenie i podobieństwo swoje. Jeśli w tym, co tu napisano, dla dania wam niejakiego pojęcia o tych cudach i o Tym, który je stworzył, znajdziecie co dobrego, bądźcie pewne, że Pan sam w łaskawości swej boskiej raczył wam to przeze mnie powiedzieć dla pociechy waszej; co się zaś znajdzie złego, to własna robota moja.
4. W zamian za to wielkie pragnienie moje, z jakim pragnę wedle możności dopomóc wam do tego, byście wiernie i godnie służyły temu Bogu i Panu mojemu, o jedną łaskę was proszę. Ile razy to czytać będziecie, wielkie w imieniu moim składajcie Boskiemu Majestatowi Jego dziękczynienie i proście Go, aby dawał wzrost i pomnożenie Kościołowi swemu, heretyków światłością prawdy swojej oświecił, mnie grzechy moje odpuścił i wyzwolił mię z czyśćca, w którym może będę z miłosierdzia Jego, nim ta księga dostanie się do rąk waszych, jeśli uczeni mężowie, którzy pierwej ją przejrzą, uznają ją godną ujrzenia światła dziennego. Jeśliby w tym, co napisałam, znalazł się błąd jaki, będzie to tylko skutkiem niewiadomości mojej. We wszystkim poddaję się nauce świętego Kościoła Rzymskiego, w którym żyję i świadczę się i przyrzekam, że w nim żyć chcę i umierać. Niechaj Bóg Pan nasz będzie pochwalony i błogosławiony na wieki, amen, amen.
5. Pisanie to zostało ukończone w klasztorze Świętego Józefa w Awili, roku 1577, w wigilię świętego Andrzeja, na chwałę Boga, który żyje i króluje na wieki wieków, amen.
 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

ULUBIENI AUTORZY

więcej