Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
437 postów 1425 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Państwo i prawo

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

PAŃSTWO I PRAWO W CYWILIZACJI ŁACIŃSKIEJ

  

PAŃSTWO I PRAWO W CYWILIZACJI ŁACIŃSKIEJ
WYDANIE NOWE I POPRAWIONE
 
PROF. FELIKS KONECZNY /fragmenty/
I.                 Rozdział wstępny
Rozprawa niniejsza stanowi prostą konsekwencję ogłoszonych poprzednio prac „O wielości cywilizacyj" i „Rozwój moralności", tudzież przygotowanej już do druku obszernej, dwutomowej „Cywilizacji bizantyńskiej". Nauka o cywilizacjibyłaby defektowna bez nauki o państwie.
Zagadnienie cywilizacji stanowi trzon całej Historii powszechnej, przedstawiaprzeto jak największy interes naukowy. Obok tego posiada doniosłość praktyczną.Śmiem twierdzić, że wszystkie a wszystkie „kryzysy" przez które Europa przecho­dziła i przechodzi, pochodzą z pomieszania cywilizacji, a powrót do czystej cywi­lizacji łacińskiej stanowi warunek odrodzenia Europy. Przyznam się atoli i dosubiektywnego bodźca, który zniewala do tych studiów, a każe wołać w głos, że trzeba pielęgnować i wywyższać cywilizację łacińską: przekonanie, że niepodle­głość Polski możliwa jest tylko w cywilizacji łacińskiej. Odrodzona cywilizacja ła­cińska byłaby gwarantką lepszej przyszłości Polski i Europy.
Pomieszały się cywilizacje trzy: łacińska z bizantyńską i żydowską, nadto, w Eu­ropie wschodniej, czwarta, turańska.Kwestia żydowska nie jest ani rasową, ani re­ligijną lecz cywilizacyjną. Ich religia nie jest uniwersalna i być nią nie zamierza;w toku dziejów następuje coraz większe zacieśnienie jej do rodowitych Żydów, coraz więcej niemożliwości, żeby mogła mieć wyznawców poza tymi, którzy sięw niej zrodzili. Religia żydowska staje się coraz bardziej wyłącznie plemienną; w mia­rę, jak od tory przechodzi w talmud, następnie w szulchanaruch, potem w kabałę, wre­szcie w chasydyzm. Najwięksi żydowscy uczeni twierdzą, że właściwie nie jest to religia objawiona, lecz „objawione prawo". Żydowska metoda prawniczego myśleniapodminowała prawodawstwa całej Europy, aż poczucie prawne rozminęło się z ety­cznym, a w końcu prawo straciło etykę.
Bizantynizm nie jest sakralną cywilizacją, lecz oddaje sprawy religijne do de­cyzji Głowy państwa. Rodzące się z tego niekonsekwencje doprowadziły do tego, iż siłom fizycznym przyznano faktyczną supremację nad duchowymi, formie nad treścią. Uznaje wprawdzie odrębność prawa publicznego od prywatnego, lecz oka­zuje często skłonność do monizmu prawa publicznego, a do osłabiania prywatne­go. Zwalnia od etyki życie publicznej państwowość jest całkiem bezetyczna.
 
Bizantynizm jest gniazdem omnipotencji państwa. Nie zna historyzmu, a społe­czeństwo podporządkowuje bezwzględnie państwu opartemu na biurokracji i eta­tyzmie. Nienawidzi personalizmu, pielęgnuje gromadność i mechanizmyw życiu zbiorowym; nie pojmuje tedy jedności bez jednostajności. Narodowoś­ci nie wytwarza.
Wręcz przeciwnie cywilizacja łacińska posiada historyzm, poczucie narodowe, treść ceni nad formę, siłom duchowym przyznaje supremację nad fizycznymi,sprawy religijne oddaje do decyzji hierarchii duchownej, a od państwa wymaga, żeby się poddawało wymaganiom etyki katolickiej. Państwo opiera się na społe­czeństwie, pielęgnuje w życiu zbiorowym personalizm, a więc organizmy, oparte na autonomii, na samorządach prowincji i stanów, terytorialnych i zawodowych.Poszukuje jedności w rozmaitości. Broni dualizmu prawniczego, lecz żąda, by pra­wo publiczne oparte było na etyce na równi z prywatnym. Omnipotencja państwa stanowi diametralne przeciwieństwo z cywilizacją łacińską.
Bizantynizm miewał okresy ekspansji ku Zachodowi. W Niemczech pozostałi już od X w. dzielą się Niemcy pomiędzy dwie cywilizacje, łacińską i bizantyńską.Dwoistość tę znać na całej historii niemieckiej; poczucie narodowe datuje sięw Niemczech dopiero od początku XIX w. Z Niemiec szerzył się bizantynizm po­lityczny już w średniowieczu na Zachód i odnosił niejedno zwycięstwo; Rosję zaś pozyskał za Piotra W.
Nie zna sporu o supremację tych lub owych sił, ani też w ogóle żadnych wąt­pliwości etycznych, cywilizacja turańska. Całe życie posiada ustrój obozowy.Wódz jest władcą życia i mienia, gdyż poddani pozostają do niego w stosunku za­wisłości osobistej. Cywilizacja ta osiągnęła szczyt w kulturze ojgurskiej (Mongo­łów dżingischańskich), przeszła na Tatarów Kipczaku, na Ruś i Moskwę.Najczystszą jej formą stała się kozaczyzna. W Rosji zmieszała się z innymi cywi­lizacjami, zwłaszcza z bizantyńską. Na Polskę oddziałała turańska z trzech stron: od turańszczyzny muzułmańskiej (tatarskiej i tureckiej) i od kozaczyzny, wytwa­rzając mieszankę cywilizacyjną, której przejawem stał się sarmatyzm; później zaś w czasach porozbiorowych, trzecim źródłem wpływów turańszczyzny stała się państwowość rosyjska - a wpływy te działają (i to mocno) nawet po odzyskaniuniepodległości.
Z tego chaosu cywilizacyjnego wiedzie oczywista droga do stanu acywilizacyj-nego. Jeżeli nie ma zginąć, runąć, przepaść marnie to wszystko, co zwykliśmy na­zywać „Europą", trzeba dokonać zwrotu radykalnego (póki nie za późno) ioczyścić cywilizację łacińską, strząsając z siebie niebezpieczne nabytki miesza­nek. Jest to kwestia życia lub śmierci dla narodów europejskich.
 
Państwa europejskie muszą nawrócić stanowczo ku cywilizacji łacińskiej. Dla Polski jest to wręcz sprawa nagląca.
Z takiego toku myśli wyłoniły się niniejsze roztrząsania o „państwie w cywili­zacji łacińskiej".
Pochodząc od autora, przywykłego sua mente vivere i pisane nową metodą, mo­że się to dziełko wydać zrazu dziwnym; lecz jestem przekonany, że czytelnikw miarę lektury nabierać będzie przekonania, jako cała ta książka składa się zespostrzeżeń i uwag całkiem prostych, które rozumieją się same przez się, i w któ­rych nie ma nic takiego, czego by każdy nie potrafił ująć i napisać, tylko robota jest nieco mozolna.
Polskiemu czytelnikowi będzie zapewne nietrudno poczuć się w państwie cy­wilizacji łacińskiej, jako w swoim żywiole. Tradycja polskich pisarzy politycznychod XV w. aż do Sejmu czteroletniego jest cywilizacyjnie łacińską na wskroś. Nasz polski historyzm musi nas zwrócić w tym samym kierunku.
Kiedy po rozbiorach przerwała się ciągłość polskiej nauki, cios ten udzielił sięrównież naukom stosowanym politycznym. Naukę o państwie zagubioną w po­wszechnej ruinie polskości, trzeba było wyłaniać na nowo z nurtów współczesnychspekulacji filozoficznych; ponieważ zaś rozkwitnęły one w Niemczech, tam zwa­biały ku sobie naszych statystów-teoretyków. Lecz od razu u pierwszego z nich,Józefa Gołuchowskiego, następuje znamienny odskok.
Podczas gdy niemiecka nauka miała zabrnąć w omnipotencję państwa, zdaniem Gołuchowskiego (wyrażonym w 1822 r.) ingerencja państwa musi maleć w miarę rozwoju intelektu zbiorowego; państwo ma być podobne mądremu wychowawcy, który dąży do tego, by jak najrychlej stał się zbytecznym swemu wychowankowi. Rozwój państwa polega na zmniejszaniu wszelkiej „mechaniki politycznej". Traf­nego zaiste użył wyrażenia, boć mechanizmy miały stać się zmorą państwowości europejskiej. Zastrzegał się zaś, że urządzenia państwowe winny wyrastać z ducha narodowego, a co narzucone z zewnątrz, należy odrzucać.
Józef Gołuchowski wszedł w koleiny filozofii Schellinga, lecz filozofia stanowiładla niego tylko punkt zaczepienia do teoretycznego studium spraw życia publicz­nego. Był w nim materiał na twórcę nowoczesnego polskiej nauki o państwie i dla­tego należy mu się tutaj wspominka jako pionierowi. Niestety, nie było mu danym rozwijać się w tym kierunku. Wykładał w Wilnie zaledwie przez kwartał (od końcapaździernika 1823 do końca stycznia 1824), zasuspendowany przez Nowosilcowa,
 
Wyraz „państwowość” nie jest wcale synonimem Państwa , lecz oznacza urządzenia panstwowe
 
a w sierpniu 1824 wydalony z uniwersytetu i z miasta wraz z Lelewelem, Dani-łowiczem i Bobrowskim.
Minęły cztery pokolenia, w ciągu których doprowadzono „mechanikę politycz­ną" do ostateczności. Jak zawsze błoga reakcja przeciwko złu, wyszła od Kościoła.Korporacjonizm katolicki zwraca naukę o państwie na tory autonomii i każe pań­stwu oprzeć się na społeczeństwie, a potępia uprawiane dotychczas tłumienie roz­woju  społecznego  (zaiste  bizantyńskie).  Ze wznowionej  katolickiej  nauki
0          państwie wynika nieuchronnie program autonomiczny.
Państwo w cywilizacji łacińskiej musi być organizmem i stosownie do tego roz­snuta jest treść niniejszego dziełka.
Konsekwencją tego jest radykalne przeciwstawienie się prądowi totalizmu pań­stwowego. Propaguje natomiast hasło totalizmu etycznego. Żądam, żeby moralnośćobowiązywała nie tylko w życiu prywatnym, lecz zupełnie tak samo i jednakowo takżew życiu publicznym, w każdym urzędzie, w każdej ustawie i w całej polityce. Jestemgłęboko przekonany, że mniej będzie sposobności do demoralizacji życia publiczne­go, jeżeli porzucimy zasadę wszechwładzy państwa; głoszę przeto obok totalizmu etycznego i na jego tle drugie hasło: autonomii.
Obmyślałem i spisuję te motywowane projekty nowego państwa w czasie sro­gim, kiedy zawisła nad nami kara Boska za Sowiniec. Nie chcieli służyć Prawdzie ci, którzy do tego byli powołani, więc użyła Opatrzność narzędzi ślepych i wrogich
1          oto przewalają się nad naszymi nieszczęsnymi głowami gęsta Dei per latrones.
Sługom zła kazano ziemię ze zła uprzątnąć.
Praca niniejsza nie jest improwizacją. Polega częściowo na zebraniu w systematy­czną całość wielu rzeczy,porozrzucanych w długim szeregu prac poprzednich, w któ­rych znajdują się informacje i uzasadnienia bardziej szczegółowe. Są to rozprawyi rozprawki, większe i mniejsze książki, broszury i artykuły. Wymieniam je w po­rządku chronologicznym:
Głos w sprawie ludowej, Kraków 1896 w 8-ce, str 127.
W sprawie górnośląskiej, Kraków 1903, mała 8-ka, str 58.
Oświata a dobrobyt w Galicji (Biblioteka Warszawska), 1903.
Konserwatyzm chłopski (jw. sierpień i wrzesień 1903).
(ciągu dalszego brak - przyp. wyd. londyńskiego).
Po powstaniu listopadowym byi krótko ministrem oświaty, w r. 1835 więziony w cytadeliwarszawskiej. W latach 1847, 1849 i 1859 wydal trzy dziefa w kwestii włościańskiej. Zob. „Uwagi o Józefie Gołuchowskim" w Księdze pamiątkowej Uniwersytetu wileńskiego, Wilno1929.
II. Wobec cywilizacji.
Trzonem całej historii powszechnej jest zagadnienie cywilizacji. Cywiliza­cja jest to metoda ustroju życia zbiorowego. Prawo stanowi w nim czynnik pier­wszorzędny i jest z natury rzeczy częścią metody, jak najbardziej znamienną.Każda cywilizacja ma swoje pojęcia o prawie i wysnuwa z nich odrębne syste­my prawa.
Są tedy dwa źródła prawa: etyka lub władza. Obydwa tkwią w samych zawiąz­kach jakiejkolwiek kultury, jakiegokolwiek ustroju życia zbiorowego choćbynajprymitywniejszego; tkwią w ustroju rodowym. Nie było zaś nigdy ani stadności,ani matriarchatu. Władza ojcowska była dożywotnią, tyczyła się synów, wnukówi prawnuków, skupiających się w ród pod zwierzchnością wspólnego przodka, któ­ry był właścicielem wszystkich i wszystkiego. W rodowej gromadzie, mogącej obejmować kilkadziesiąt głów wytwarzały się normy wzajemnych stosunków, tj. poglądy na to, co jest godziwym, a co niegodziwym.
Etyka jest starsza od prawa. Prawo nie było potrzebnym, póki się nie wydarzyło przestępstwo. Sankcje prawne nie mogły powstać wcześniej, aż gdy zaszła potrze­ba, żeby niegodziwość poskramiać siłą. Musiała zaś powstać kwestia prawna, gdy okazała się jakaś wątpliwość etyczna. Prawo pierwotne rodzi się z etyki i rozwija się wraz z jej rozwojem, w miarę rozwoju stosunków.
Młodszość prawa jest atoli nieznaczna. Po śmierci założyciela rodu mogły sięstosunki układać rozmaicie. Każdy z synów patriarchy stawał się sam patriarchąi właścicielem swego potomstwa i mógł się wyodrębnić ród odrębny; również atolimogli pozostawać dalej razem. Zachodziła potrzeba norm, kto ma być głową go­spodarki rodowej i jak uregulować dalsze współżycie. Określono dotychczas sześćtypów ustrojów rodowych, a zatem istniała rozmaitość praw.
Niegodziwością było świadome wyrządzanie szkody współrodowcowi. Obo­wiązki etyczne wobec członków innego rodu zaczęły się dopiero natenczas gdy ro­dy złączyły się w plemię. Powstaje etyka zrzeszeniowa, rozszerzająca się dalej zplemion na lud. Żydzi rozciągnęli etykę na wszystkich współwyznawców. Niemiało się obowiązków etycznych poza własnym zrzeszeniem; powszechnym byłtedy stan, który zowiemy etyką podwójną. Dopiero filozofia stoicka nie pozwalała
 
postępować nieuczciwie względem obcych, zanim chrześcijaństwo uczyniło wszy­stkich ludzi bliźnimi.
Z nowych postulatów etycznych musiały powstawać nowe kierunki w prawie. Leczpostulaty mogły nie znajdywać uznania, a konflikt prawa z etyką sięga również dookresu rodowego. Nadużycia zdarzały się, zwłaszcza wyścigi uzurpatorskie do godnoś­ci i władzy starosty rodowego (powstał typ despocji rodowej). Nie zawsze geneza wła­dzy tkwiła w etyce. Zdarzała się władza, pochodząca z popełniania niegodziwości, a prawo wydawane przez taką władzę, mogło być bezprawiem.
Prawo, wywodzące się od władzy, mogło być narzucone bez względu na poglądyetyczne, a towarzyszący takiemu prawu przymus prawny mógł być wcale nieuprawniony. Uprawnienie sprzeczne z etyką jest bezprawiem.
Atoli władza despotyczna nie koniecznie musi być tym samym bezprawną. Lu­dy ziemi wyznają po większej części emanatyzm i wierzą, że władca jest emanacjąbóstwa. Wobec tego nie wolno jej się przeciwić ze względów religijnych, on zaśnie jest krępowany niczym. Wszelka zachcianka jego staje się prawem. Jest to zu­pełnie logiczne przy emanatyzmie a ślepe posłuszeństwo stanowi elementarne■wymaganie emanatycznego porządku w stosunku świata przyrodniczego do nad­przyrodzonego. W tym wypadku władza despotyczna nie jest narzucona, lecz wy­łania się naturalnie ze systemu religijnego. Nie tylko najsurowsza władza, lecz nawet dziwaczna (jak np. Iwana Groźnego) może być nie tylko prawną lecz naj­zupełniej prawną ze stanowiska danej cywilizacji.
Ze zmianą pojęć etycznych musi nastąpić zmiana pojęć prawniczych. Nigdy atoli przeciwnie, nigdy prawo nie pokieruje etyką. O ile prawo chce wytwarzaćecykę, powstaje stan bezetyczny anormalny i po pewnym czasie acywilizacyjny.Słusznym może być tylko takie prawo, które wyłania się z wierzeń lub stosunków stron zainteresowanych i jest zgodne z ich wolą, z ich przekonaniami, czyli innymisłowy: prawo współmierne z cywilizacją.
Żadna cywilizacja nie uznaje gwałtu, jako źródła prawa. Wszystkie stają oporemprzeciwko prawu narzuconemu, nie wyłonionemu.
Musimy zacząć od odróżnienia tych dwojga „praw" albowiem prawo narzucone może pochodzić z nikczemnych gwałtów (np. od łupieżczego najeźdźcy), a więcściśle rzeczy biorąc może być nie prawem, lecz bezprawiem. Czyż można stawiać je obok siebie, w imię np. nieprzerwalności prawa? Nieprzerwalność zachodzić może tam tylko, gdzie nie zmienia się metoda. Właściwie przeto bezprawie sta­nowi przerwę w ciągłości prawa; a bezprawiem jest wszystko, co opiera się nagwałcie. Szwankuje tu terminologia prawnicza, nie posiadając osobnego wyrażeniana bezprawie, przebrane w szaty prawa. Jurysprudencja stawałaby się atoli nieraz współwinną nikczemności, gdyby prawo narzucone traktowała na równi z wyło­nionym. Zawody zaś prawnicze nie mogą się poniżać do tego, by wysługiwać się lada opryszkowi.
Przeciwieństwa prawa narzuconego a wyłonionego śledzić można w całej histo­rii cywilizacji łacińskiej około hasła wolności. Granicę pomiędzy wolnością a przy­musem określić nietrudno: Wolność każdego kończy się tam, gdzie zaczyna sięwolność sąsiada. Adagium stare i powszechnie znane, kiedy powstało i od kogo pochodzi, nie wiadomo. Sądzę, że należałoby je uzupełnić określeniem roli przy­musu; przymus zaś ma stawać w obronie wolności tego sąsiada. O tyle przymusy (sankcje prawne) jest potrzebny, uprawniony; poza tym staje się blumizmem.""Skoro nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, nie można przeto stoso­wać w układzie prawa jednocześnie dwóch metod, a tym mniej trzech lub czte­rech. Mieszanka cywilizacyjna wyradza się w stan acywilizacyjny a prawo złożone z działów niewspółmiernych, prawo cywilizacyjne wielokierunkowe staje się bez-kierunkowym i wychodzi w praktyce na tarczę wszelkiego bezprawia. Prawo musi wiedzieć jasno, do czego zmierza i wyrażać to ściśle; tym samym musi pochodzić w całości z jednej tylko cywilizacji.
Mieszanka cywilizacyjna jest jadem wszelkich organizmów, a stosowana czy to do państwa, czy to do społeczeństwa, sprowadza rozkład. Komu w głowie mieszająsię cywilizacje, taki przy najczystszych nawet intencjach stanie się, chociaż nie­świadomie, trucicielem życia zbiorowego we własnym zrzeszeniu. Albowiemw sprawach związanych z intelektem ludzkim nie obowiązuje wcale prawo przy­rodnicze, jako ta sama przyczyna wywołuje zawsze te same skutki. Z takiej samej myśli ludzkiej powstają czyny rozmaite. Ta sama myśl przeradza się w czyn w każ­dej cywilizacji inaczej.
Przykładem rozdwojenia cywilizacyjnego jest stała historia Niemiec. Tam bi­zantyńska cywilizacja zmagała się z łacińską od czasu Ottonów. Spory cesarstwaz papiestwem były w istocie rzeczy walkami dwóch cywilizacji. Łacińska wzięłagórę w okresie tzw. „bezkrólewia niemieckiego" i aż do drugiej połowy XIV w zmagała się, wychodząc przynajmniej obronną ręką. Przeważyły atoli szalę na rzecz bizantynizmu trzy czynniki historyczne: Zakon Krzyżacki, protestantyzmniemiecki (różny wielce od skandynawskiego i anglosaskiego) i wreszcie pruskaideologia państwowa. Kultura bizantyńsko-niemiecka ostatecznie zwyciężyła, do­konując sprusaczenia całych Niemiec.
Wyraźne ślady wpływów bizantyńskich są w całej Europie. Byłoby dziwnym,gdyby było inaczej. Wszakżeż w pierwszym okresie średniowiecza bogate i uczoneBizancjum było ideałem dla zachodniej Europy ubożuchnej i niepiśmiennej; po aś legizm wszczepiał pojęcia prawa publicznego z epoki cesarstwa, z czasów-Nowego Rzymu". Pewne wpływy z Bizancjum rozchodzą się po całej Europie.Można by się wyrazić, że cała Europa doznaje zatrucia kwasami bizantyńskimi. Si­łom fizycznym przyznano faktyczną supremację nad duchowymi, często formier_ad treścią. Najdosadniejszego przykładu dostarczał problem nawracania pogan. Ni tej sprawie obserwować można w skali największej, jak kwas bizantyński de­prawował zachodnią Europę. Niegdyś Cassiodorus, jeden z Ojców naszej cywili-oświadczył, jako nie wolno przy nawracaniu używać przymusu i Stolica Ap. sjma również wielokrotnie to głosiła. Lecz później wyszła od Krzyżaków fatalnateoria, jako godzi się a nawet trzeba nawracać mieczem, gdy inaczej nie można:dla najwyższego dobra, dla nawrócenia i zbawienia dusz, nie trzeba się wahaćiużyciem przemocy. Cel uświęca środki! Gdy tak promulgowano tę zasadę,otwarły się ciężkie wrota dla wszelkiej zbrodniczości względem nie współwyznaw­ców, zaczęło się zawieszenie etyki względem pogan, moralność dwojaka i złoteczasy dla zbrodniarzy, umiejących pokrywać przestępstwa świętoszkostwem. Czy nie w tej sprawie zawiązek kwestii: siła przed prawem?
Ze stałego sprzężenia cywilizacji bizantyńskiej z łacińską w jednym rydwanie,musiał wreszcie wytworzyć się kołobłęd historyczny (zachodzący nie tylko w Nie­mczech). To samo tyczy się mieszanki wytwarzanej z jakichkolwiek innych cywi-,:zacji. Np. pomieszanie chińskiej z turańską wiedzie do bezwładu. Absurdemwięc jest poszukiwanie czegoś, co byłoby równocześnie perskim, włoskim, japoń­skim, polskim, francuskim, chińskim, hinduskim, żydowskim itd. Z tego nie da się wykrzesać żadnej nowej, wszystkim wspólnej jedni; to może być tylko oboksiebie z mniejszą lub większą niestosownością.
Co powstało osobnymi metodami i co utrzymuje się odrębnością własnej me­tody, to nie da się sporządzić w nową całość.
Zwłaszcza tworzenie wszelkie musi się odbywać w obrębie pewnej metody wjakimś duchu.
Przykład na sztuce:
Przypuśćmy, że polski malarz poddaje się wpływom japońskim. Czyż namaluje w takim razie wesele krakowskie japońską metodą? Może zechce odkrywać syn­tezę matejkowskiej ekspresji z japońską jednopłaszczyzną? Ani też żaden Japoń­czyk nie uznałby Fudżijamy wymalowanej po naszemu. Nie ma krajobrazupolsko-japońskiego, są tylko polskie i japońskie osobno, całkiem osobno. Równieżnie ma cielesnych kształtów polsko-japońskich! Można przyswajać sobie środki techniczne z Polski, z Japonii, z Persji itd., ale to nie wytworzy sztuki jakiejś per-sko-polsko-japońskiej.
 
Absurd ten wystąpi jeszcze jaskrawiej na architekturze. Wyobraźmy sobie dom mieszkalny ze staroegipskimi ścianami skośnymi, z dachem chińskim, lecz z fa­sadą europejską, a urządzony wewnątrz po persku, lecz zbudowany z japońskichtekturek. A może wystarczy wyobrazić sobie gmach europejski, wystawiony pół na pół w stylu bazylikowym i rokoko? itp. itp.
Ponieważ ludzie z rozmaitych cywilizacji stają się niezdatni do współpracy w tym samym zrzeszeniu, a zatem coraz mniej pożytku z prac życia zbiorowego w Europie i coraz mniej staje się możliwą normalna duchowa przemiana sił cywili­zacyjnych, stąd stagnacja to tu, to ówdzie, a coraz częstsza i zagarniająca coraz roz-leglejsze dziedziny. Kontynentowi europejskiemu zagroził stan acywilizacyjny.
Mechaniczna mieszanka prowadzi do obojętności w zasadniczych zagadnie­niach cywilizacyjnych. Górują coraz bardziej pozory, formy pozbawione treści;treść bywa zlekceważona, nie przywiązuje się do niej wagi. Najdonioślejsze spra­wy zbywa się obojętnie.
Apatia moralna, brak zainteresowania sprawami publicznymi stanowią istotnyskir życia publicznego, albowiem zacierają potrzebę tego, co w całym życiu zbio­rowym najpotrzebniejsze, mianowicie odpowiedzialność. Z jej zaś zanikiem zani­kają zdolności twórcze w społeczeństwie. Iluzoryczność odpowiedzialności wiedzieteż do najgroźniejszego z nieszczęść publicznych: do bezkarności zła.
Ten chwast wybujał na kontynencie europejskim tak dalece, iż choćby tylkodlatego grozi Europie całkiem widoczny rozkład i to ogólny rozkład w mieszancecywilizacyjnej.
Prawnik musi się tedy zdecydować, do jakiej należy cywilizacji. Każda cywili­zacja stanowi osobny świat moralny a prawodawstwo musi należeć do któregośz nich i nie może być amoralnym.
Każda cywilizacja ma swoją etykę (łacińska przyjęła katolicką), a odmienność etyk stanowi przegrodę pomiędzy cywilizacjami nie do przebycia. Jakżeż pogodzićchrześcijańskie a żydowskie pojęcie bliźniego? Rozbieżność zaś etyk co do życia prywatnego a publicznego zachodzi aż w pięciu cywilizacjach: w chińskiej, bra­mińskiej, turańskiej, arabskiej i bizantyńskiej; tym samym nie da się żadnej z nich łączyć z cywilizacją łacińską, która poddaje życie publiczne etyce i to tej samej,jak prywatne. Chińczykowi godzi się wypędzać swe dzieci, a nawet zabijać je; jak­żeż to pogodzić z etyką cywilizacji łacińskiej? Gdy Braminowi przyjdzie ochotazrobić się pustelnikiem gdzieś w obcym kraju, za siódmą górą i siódmą rzeką, aże­by w samotności roztrząsać zagadnienia spraw wieczystych, ma prawo opuścić żo­nę i dzieci, nawet ich nie uprzedzając o swym postanowieniu; na coś takiego niemoże zezwolić żadną miarą etyka katolicka, która jest etyką cywilizacji łacińskiej.
 
W materiałach zebranych w specjalnych zbiorach (Bastion, Westermarck, Cathre-in, w pamiętnikach zjazdów etnologii religijnej) przejawiają się rozbieżności nie­słychane. Ks. Cathrein np. nabrał przekonania, że „może nie ma takiej zbrodni, Która by nie uchodziła za cnotę gdzieś kiedyś u jakiegoś ludu".
Jakżeż tu obmyślać syntezę! Skoro niemożliwa synteza etyk, niemożliwa tym sa­mym synteza pomiędzy cywilizacjami. Moralność według metod sprzecznych?! Wy­znawana zaś gdziekolwiek etyka musi być czerpana z jednej tylko i tej samej.
Mieszanka cywilizacyjna pociąga za sobą chwiejność etyki, która chwieje sięprzy wszystkim na tyle stron, ile cywilizacji zmieszano, przynajmniej tedy na dwieperony. Ludzie nie wiedzą co uważać za złe, a to stanowi najgorszą chorobę, istny skir życia choćby prywatnego; a cóż dopiero publicznego. Doprowadziliśmy doistotnego harmideru etyk. Europejczyk „przeciętny" doszedł do tego szczebla roz­woju, iż nie wie co dobre a co złe, bo coraz trudniej orientować się w chaosie sy­stemów, w których ma wybierać i dobierać, boć mu przysługuje liberum arbitrium.Czyż nie panuje podobny galimatias w pojęciach o nauce i sztuce? Czy to przy­padek, czy też konsekwencja, że równocześnie z ignorancją dobra a zła nie ma się pewności, co jest piękne, a co szpetne, co prawdziwe, a co złudne? Nie trzeba się tedy dziwić, że w rezultacie galimatiasów wszelkiego rodzaju ów przeciętny Eu­ropejczyk nie wie co mu pożyteczne, a co szkodliwe. Po wątpliwościach etycznychnastępują wątpliwości we wszystkich kategoriach bytu, aż w końcu nie wiedzą, co jest korzystne, a co szkodliwe. Kierują się impulsami doraźnymi, za każdym razeminaczej. Korona zbiorowej kultury czynu, nabiera również impulsywności, a co ta­ka polityka wzniesie, to sypie się i rozsypuje po niedługim czasie. Państwo kiero­wane impulsywnymi zachciankami i przywidzeniami!!
Tradycja prawa polskiego nie zna innego podłoża cywilizacyjnego, jak tylko ła­cińskie. Łacińską na wskroś jest też tradycja polskich pisarzy politycznych odw. XV aż do Sejmu czteroletniego i rozbrzmiała ta łacińskość na nowo wielkimgłosem, skoro tylko odrodziło się ponowne zainteresowanie naukami polityczny­mi. Dotychczas nie wydaliśmy ani jednego pisarza, który by snuł nam teorię sa-mowładztwa cezaropapizmu lub pragnął zgnębić personalizm i prawo prywatne narzecz totalizmu państwowego.
Zastanawiający to fakt, że prawo polskie nie opuściło szlaków łacińskich aniwówczas, kiedy kultura polska, uległszy wpływom turańskim, popadła w tak zwa­ny sarmatyzm. Turańszczyzna zabija przymioty duchowe. Wprowadza w umysły bezład, z czego wytwarza się czasem bezład intelektu. Doznaliśmy tego na sobie; lecz wśród największego upadku naszej kultury nie znajdzie się nigdzie ni śladuturańskich pojęć prawniczych.
Rozwój historyczny prawa odbywał się w Polsce według zasad cywilizacji łaciń­skiej. Nie przynoszę pod tym względem nic nowego, lecz doczepiam się skromnie do długiego szeregu poprzedników. Dołączam tylko nowe ogniwo do wiadomego pasma polskiej myśli. Każde pokolenie mogło to zrobić, gdyż przybywa nowychproblemów, cywilizacja żywotna szerzy się i pogłębia, może nawet powstać naukajaka nowa. Nowe nabytki trzeba spawać z ogniwami poprzednimi.
Musimy wreszcie objąć cały łańcuch wzrokiem nowoczesnych metod nauko­wych. Innymi słowy: musimy się wreszcie zdobyć na nowoczesną filozofię prawa w obrębie cywilizacji łacińskiej. Roztrząsanie zasad prawa w tej cywilizacji pragniebyć przyczynkiem do dzieła, do którego nauka polska wydaje mi się szczególniepowołana.
 
II.             Etyka a prawo
Stosunek etyki do prawa stanowi zagadnienie godne najwyższych szczebli umy­słu ludzkiego. Najsubtelniejsze kwestie metafizyczne ocierają się w nim częstoo najzawilsze problemy bytu ziemskiego z życia tak jednostki jako też zrzeszeń,od najprostszych powszedniości bytowania materialnego aż do najwznioślejszych momentów historii. Pomiędzy etyką a prawem rozgrywa się walna część życia pry­watnego, a publiczne całe.Nie może istnieć etyka powszechna, skoro każda cywilizacja ma swoją własną. Ogólno-ludzki trzon etyczny zawiera zaledwie cztery punkty. Powszechnie potę­pia się kradzież, cudzołóstwo, zdradę swego zrzeszenia, tudzież brak czci wzglę­dem rodziców i starszych w swym zrzeszeniu. W ustroju rodowym starosta rodujest właścicielem swych potomnych i wszelkiego ich mienia; wymaganie więcowej czci tłumaczy się zawisłością i dyscypliną ustroju. Dopiero po emancypacjirodziny część starszych staje się przejawem etycznym, a część rodziców uznaćmożna za fakt etyczny, dopiero po wprowadzeniu instytucji pełnoletności osobi­stej i rzeczowej. To zaś następuje dopiero na tak wysokim szczeblu cywilizacyj­nym i po tak długim rozwoju etyki, iż nie należy to do ogólno-ludzkiego zasobu.Cały ów zasób tłumaczy się utylitarnie; da się odnieść do obrony własności (żona jest własnością męża). Etyka zaś nie rodzi się z utyłitaryzmu. Z tego źródła wy­pływa samolubstwo, gdy tymczasem etyka wymaga altruizmu.Istnieją atoli pewne pojęcia, stanowiące niejako generalia etyk. Jest ich siedem: obowiązek, bezinteresowność, odpowiedzialność, sprawiedliwość, sumienie, sto­sunek do czasu i do pracy. Jeżeli się zna tych siedem rzędnych, można określićrodzaj i szczebel etyki wszędzie i gdziekolwiek. Nie należy do tego szeregu kwe­stia prawdomówności. Są ludy, który popierają kłamstwo zasadniczo, inne nie za­wsze, jeszcze innym jest to obojętne. Sprawa nie nasuwająca utyłitaryzmu bezpośrednio, wywołuje już rozmaitość sądów i do generaliów nie należy.Same zaś generalia świadczą raczej przeciwko „jednolitości etycznej", gdyżw pojęcia te wstawia się w rozmaitych cywilizacjach fakty etyczne rozmaite, częstowręcz przeciwne. W pewnej cywilizacji bywa obowiązkiem to i owo, co w rozu­mieniu innej cywilizacji toruje drogę niemoralności. Np. obowiązek spłodzenia syna w cywilizacji chińskiej, bramińskiej i żydowskiej wiódł do licencji w prawiemałżeńskim. Bezinteresowność, przestrzegająca obowiązków choćby wbrew inte­resowi osobistemu, bywa rozmaicie ścieśniana i rozszerzana, chociaż samo źródło etyk tkwi bezwarunkowo w bezinteresowności. Spór etyki z utylitaryzmem tyczy się wszelkich kombinacji życia. Etyka nie jest utylitarną, lecz utylitaryzm winien być etyczny; jeżeli jednak każda cywilizacja na swoją etykę. Każda podaje inne warunki, gdy np. chodzi o kwestię, czy w danym wypadku interes jednostki zgod­ny jest z dobrem ogółu.
Dopiero odpowiedzialność stanowi istotną sankcję etyczną w wypełnianiu obo­wiązków. Poczucia tego nie może być wiele, gdy panuje emanatyzm. Również nie sprzyja rozwojowi odpowiedzialności wyobrażenie gromadnego stosunku do Boga.Tylko przy kreatyzmie i z poczucia osobistego do Boga stosunku odpowiedzial­ność może się rozwijać wszechstronnie.
Luki w tym poczuciu stanowią kalectwo moralne, a czyż (niestety) życie zbio­rowe nawet w cywilizacji łacińskiej nie obfituje w nie? W najprostszym do tegostanu rzeczy stosunku pozostaje sprawiedliwość. Pojęcie jej jest jakby syntezą po­przednich. Skoro atoli zachodzą różnice w poglądach na godziwość i niegodziwość,a zatem nie może też być zgodności co do tego, co jest sprawiedliwym, a co nie­sprawiedliwością. Sumienie - to autokrytyka etyczna - inaczej będzie przemawiaćw tym samym wypadku do Japończyka, inaczej do Hindusa, a zgoła odmienniedo uczestników cywilizacji łacińskiej. Bądź co bądź, sumienie uwzględnia zawszei wszędzie generalia etyki; boć z nich składa się ideał wszelkiego dobra.
Rodzaj i szczeble cywilizacji (a więc pośrednio także rodzaj etyki) zawisły wiel­ce od poglądów na pracę. Np. obecnie aż cztery cywilizacje gardzą pracą fizyczną:chińska, bramińska, arabska i turańska. Obok tego istnieją rozmaite poglądy co do rozmiarów i owoców pracy.
Ostatnią pozycję w generaliach etyki stanowi stosunek człowieka do czasu. Związek ten jest widoczny na całej kuli ziemskiej. W Indiach i w Chinach czasnależy do spraw obojętnych. Opanowywanie czasu stanowi szczyt rozwoju cywi­lizacyjnego, a koroną tego dzieła wysoki altruizm. Lecz zagadnienie miłości mieścisię dopiero w etyce chrześcijańskiej, jako jej generalissimum.
Siedem generaliów to siedem niewiadomych, w których wstawiają wartość do­piero religie i cywilizacje, wytwarzając systemy etyczne, Nasza cywilizacja, łaciń­ska, przyjęła etykę katolicką. Czyż cywilizacja nasza nie jest w ogóle dziełem Kościoła, czyż nie stanowimy grona narodów wychowanych przez Kościół?
 
Dotknąć tu musimy kwestii: etyki naturalne a sztuczne. Porozumiejmy się na­przód co do słownictwa. Wyraz „naturalna" bierzemy tu w znaczeniu etyki historycznej, wyrobionej historycznie i na historyzmie opartej, a nie w przeciwstawie­niu do etyki nadprzyrodzonej, religijnej.
Naturalne są starsze. Według filozofii katolickiej człowiek może rozumem włas­nym dojść nawet do prawd religijnych, tym bardziej przeto do poznania porządku moralnego.
Etyki naturalne wszędzie i zawsze były i są etykami rodowymi. Opierają się na bezwzględnej solidarności (i solidarnej odpowiedzialności) członków rodu, ale też etyka obowiązuje tylko względem współrodowców. Żadne obowiązki nie sięgałypierwotnie poza ród, a sprawiedliwość ograniczona była tylko do „swoich". W In­diach powstała nadto etyka kastowa, mocą której kary są tym surowsze, im niższą kasta przestępcy. Niegdyś tam nawet procent od pożyczek był tym wyższy im zniższej kasty pochodził dłużnik.
Etyki naturalne wyradzają się łatwo w dezorganizację życia rodzinnego. W ob­rębie tego samego ludu, w zasadzie monogamicznego, mogą być plemiona poli­gamiczne. Wiadomy jest cudaczny system łączenia poligamii z poliandrią(u Todów nilgeryjskich ); znamy także system nadawania kobiet w lenno, co sta­nowi zarazem podstawę wszelkich zależności społecznych (w Afryce i w pań­stwach Azande i Mangbetu   ).
Z poczucia sprawiedliwości wywodzi się msta, której dotychczas ziemia pełna. Wcale nie słabnie; wśród Arabów przybiera nawet na nowo na surowości i srogości.Stanowi ona filar ładu społecznego. Łatwiej misjonarzowi usunąć wielożeństwo,niż mstę. Instytucja genezy niewątpliwie etycznej wyradza się jednak w końcuw powszechną wojenkę wszystkich ze wszystkimi. W Albanii i Macedonii mstakwitnie jeszcze w najlepsze.
Chociaż uznaje się w pracy źródło własności (np. kto pierwszy ziemię „ożywił")jednakże murzyni afrykańscy przeciwią się wydajności pracy poza pewne granice, wymierzone skąpo. Nie wolno pracować więcej niż „trzeba"! Musi z tego wynikaćpowszechna nędza i nałogowe próżniactwo. Robi się to w imię sprawiedliwościspołecznej, żeby nie było bogaczy.
O etykach rodowych można powiedzieć, że leki ich gorsze od chorób. Postępmożliwy dopiero przy emancypacji rodziny. Nie wszędzie jednak dokonuje się ten pochód; dużo ludów utknęło w drodze.
W poludniowo-zachodnich Indiach - przyp. wydawcy.
Dzisiaj na wyżynie Azande, na pograniczu Sudanu, Republiki Środkowoafrykańskiej i Zairuoraz w Ugandzie żyje grupa plemion murzyńskich o nazwie Mangbetu - przyp. wydawcy.
 
Bądź co bądź, jakaś etyka istnieje w każdym ustroju rodowym, chociaż wcalenie jednakowa, bo każdy rodzaj ustroju rodowego (a mamy ich dotychczas - sześć)może znieść swoją moralność odmienną od innych odmian ustrojowych. To pew­na, że etyka jest wcześniejsza od prawa, gdyż towarzyszy najprymitywniejszym na­wet związkom zrzeszeń ludzkich w samym ich zaraniu. Moralność nie z uczućwypływa (jakżeż zmiennych), lecz z pojęć, a jakieś pojęcia o moralności istniejąod samych początków życia zbiorowego. Ani nawet najdrobniejsze zrzeszenie nie zdołałoby się utrzymać, gdyby w nim nie było pojęć dobra i zła, gdyby w nim niebyło zgody na to, co uważać za godziwe, a niegodziwe, chociażby zrazu miały roz­strzygać o tym względy utylitarności. Abstrakcyjne pojęcia moralności mogą sięz początku ograniczać do niektórych tylko, a ciasnych dziedzin życia, lecz jakieśmuszą istnieć i stanowić źródło norm postępowania.
Sama możliwość etyk rodowych, naturalnych, świadczy o ich starszeństwiewzględem prawa. W naturalnej kolei rzeczy, etyka wyprzedza prawo, a prawo mabyć tylko pieczęcią na postulatach etycznych, wiadomych już uprzednio.
Gdy prawo nie kroczy śladami etyki, powstaje jej dwoistość. Tego nie zniesiena dłuższą metę żadne zrzeszenie, lecz skaże samo siebie na upadek w rozkładzie, z coraz większą utratą walorów moralnych.
Natomiast nie da się nigdy prawa przemienić w etykę. Etyka nie może być za­wisłą od prawa, jakie obowiązuje gdzieś w danej chwili. Albo jest prawa przodow­niczką, albo całkiem dla prawa nie istnieje.
Wszystkie słupy cywilizacji łacińskiej, poczynając od jej klasycznych funda­mentów, od Platona, oświadczały się za oparciem prawa o etykę, uważając za celpaństwa, by uprawiało moralność w zorganizowanej zbiorowości, by było sprzęże­niem etyki z polityką. Katolicyzm trzyma się zasady św. Augustyna „Quid sint regna remota iusticia, nisi magna łatrocinia"? A synod toledański z XII w. wyciąłjędrną formułę: „Rex eris, si recte facis; si autem non facis, non eris". Zasadniczooddzielił prawo od moralności dopiero Niemiec Kaspar Schoppe (Scioppius 1576-1649) w dziele „Poedia politices", konkludując, że wystarcza, jeżeli polityka nie zachwala czegoś widocznie występnego. Uważano to za maksimum licencji dlapaństwa aż do w. XIX, kiedy dopiero wzmógł się prąd generalny ateizmu w poli­tyce i pojawili się teoretycy prawa, rozgrzeszający państwo od tych nawet ograni­czeń, jakie mu nakładał Schoppe.
Ciekawa to jednak rzecz, że im bardziej politycy wzruszają ramiona na wspo­mnienie etyki w życiu publicznym, tym bardziej każą się wychwalać za swe cnoty wszelakie i używają nawet terroru, żeby być chwalonym za przymioty... moralne! Kto żąda moralności w życiu publicznym, musi tym samym być przeciwnikiem
tzw. omnipotencji państwa. W państwie wszechwładnym, któremu wszystko wol­no, coraz trudniej o moralność. A skoro państwu godzi się wszystko, a zatem wolnomu także zwalniać od zobowiązań. „Świstki papieru"! A gdy wszelkie umowy utracą wartość trwałości, stosunki między ludźmi staną się niemożliwe i nieuchronną będziestagnacja całego życia społecznego. Zacznie się rozkład społeczeństwa.
Ponieważ etyka rozwija się przez obowiązkowość dobrowolną, wykwita tedy zespołeczeństwa, a nie z państwa.
Bezprawie zmieści się, niestety, w każdej formie rządów, choćby nawet zapro­wadzono najbardziej wyidealizowaną państwowość korporacyjną, albowiem nie wymyśli nikt takiego ustroju państwowego, w którym bezprawie byłoby niemoż­liwością. Chodzi o to, żeby bezprawiu utrudniać coraz bardziej drogę, żeby wytwa­rzać dla niego coraz trudniejsze warunki.
Prawo wyłonione staje się zwyczajowym, przechodząc tradycją z pokolenia na po­kolenie. Zwyczaj wytwarza się z poczucia etycznego i ze zaspokajania potrzeb zgod­nych z tym poczuciem. Prawo narzucone jest zarazem naruszeniem zwyczaju.
Prawo zwyczajowe jest prawem słusznym. Im bardziej późniejsze prawo pisane oddala się od zwyczajowego, tym łatwiej wyradza się w niesłuszność. Prawo pisaneniekoniecznie bywa postępem wobec zwyczajowego.
Najdawniejszymi zwyczajowymi są prawa rodowe. Ani jedno z nich nie byłonigdy skodyfikowane, spisane. Należą do przedpiśmiennego okresu ludów.Przygodne wzmianki w źródłach pisanych odkrywają niekiedy jakieś szcze­góły, strzępy i złomki, z których dokonuje się mozolnej rekonstrukcji całoś­ci. Ludy pozostające dotychczas na prymitywnym stopniu rozwoju nie mająinnego prawa, jak tylko rodowe, zwyczajowe. Obowiązuje zaś rodowe prawo,póki nie nastąpi emancypacja rodziny i skutkiem tego rozwiązanie ustrojurodowego. Nie doszło do tego w cywilizacji chińskiej, jakkolwiek od daw­nych już wieków piśmiennej; toteż społeczeństwo rządzi się tam starym pra­wem zwyczajowym rodów i związków kupieckich. Iurisprudentia w Chinachjeszcze nie istnieje, bo niepotrzebna.
Wyłonił się najpierw ten dział prawa prywatnego, który wytwarza się około in­stytucji rodziny. Przede wszystkim tedy prawo małżeńskie, wraz z pierwszą swąkonsekwencją: prawem familijnym. Na drugim miejscu prawo majątkowe: naj­dawniejszym majątkiem własność na własnych dzieciach. Te, nie będąc wolnymi osobiście bez względu na wiek, nie mogły też posiadać własnego mienia za życia ojca. Instytucja pełnoletności z osiągnięciem pewnego wieku jest absolutnie nie­znana ustrojowi rodowemu i niedopuszczalną w nim. Starosta rodowy ma jednak obowiązek żywić wszystkich członków rodu. Na majątek starosty pracują wszyscy
 
narodowcy, lecz w zamian należy im się utrzymanie i na tej podstawie można uważaćten majątek za faktyczną własność rodu.
Z prawa familijnego i majątkowego musi wytworzyć się, jako prosta konse­kwencja, prawo spadkowe. Zrazu chodzi tylko o następstwo na stanowisku staro­sty rodowego; potem wyłaniają się kombinacje z powodu ceny kupna żony, posagu i wiana. Dalszy rozwój stosunków zaznacza się problemem, czy po zgonie ojca je­den tylko z jego synów dziedziczy cały majątek, najstarszy, najmłodszy, czy wy­znaczony przez ojca, czy też każdy syn staje się głową rodu swych potomnych i dziedzicem części majątku rodowego? i jak te części sprawiedliwie oznaczyć? Pra­wo rodowe nie jest tedy tak „prostym", jak się powszechnie mniema, toteż wy­kazuje wiele rozmaitości.
Prawo małżeńskie (z familijnym) majątkowe i spadkowe są ściśle związane z so­bą, zależne od siebie wzajemnie jak najbardziej; tworzą grupę, którą nazywam tró-prawem. Jest to walna część prawa prywatnego, a fundamentalna.
Rozmaitość trójprawa zawisła od rozmaitości cywilizacji, a polega głównie na rozmaitości pojęć etycznych. Władza starosty rodowego pochodzi z obowiązku, że­by przestrzegał porządku etycznego w rodzie, żeby nie dopuszczał niegodziwości, względnie, żeby ją tłumił sankcjami prawnymi.
Obok trójprawa powstawały zawiązki innych działów prawa. Jeżeli obcy nie miałznajdować się poza prawem, musiał być przyjęty do rodu, choćby na czas ograniczony;w takim razie nabywał ochrony etycznej i prawnej na równi z członkami zrzeszenia.Jest to tzw. prawo gościnności, najstarsza fikcja prawna. Rozwinęło się to potem w sta­łe adopcje rodowe, a po emancypacji rodziny w usynowienie; później wyrosło na tymtle przyjmowanie do herbu, nadawanie obywatelstwa miejskiego obcym, wreszcie in-dygenaty w imię całego państwa. Ta sama tendencja, żeby obcemu zapewnić opiekęprawa, rozszerzyła się w okresie wyższego rozwoju cywilizacyjnego na obywateli ob­cego państwa w ogóle; z indywidualnego stał się podmiot prawa ogólnym. Rozmaite państwa gwarantowały wzajemnie swym obywatelom swobodę ruchów u siebie, pra­wa zarobkowania i nabywania itd.
Można tedy uważać pradawne prawo gościnności za zalążek międzynarodowegoprawa prywatnego.
Odsłania się przed nami coraz więcej widoków z życia zbiorowego. Można byje wybierać bez końca, nie mając nigdy pewności, czy się czego nie opuściło. Nie możemy się zapuszczać w te powikłane ścieżki, które mogłyby się stać dla nas ła­two błędnikiem. Ażeby tego uniknąć, spróbujmy generalizować i klasyfikować.
Dziedziny życia trzeba sobie ująć w pewien schemat. Przyda się to w wielu na­ukach, nie najmniej w prawie. Jak wyliczyć i jak objąć wszystko, co ludzkie? Tetysiączne sprawy, ich powikłania, skomplikowane coraz bardziej w miarę postę­pującego rozwoju. W jaką formułę wcielić wszelkie możliwości życia zbiorowegowszystkich krajów i wszystkich czasów.
Istnieje pięć kategorii bytowania ludzkiego. Dwie są cielesne, fizyczne, mate­rialne: zdrowie i dobrobyt; również dwie duchowe: dobro (moralne) i prawda; nad­to piąta kategoria: piękno, stanowiące pomost pomiędzy tamtymi działami, jakokategoria wspólna ciału i duszy, przemawiająca do umysłu za pomocą zmysłów.
Nie ma takiego przejawu życia, który by nie pozostawał w jakimś stosunku dojednej z tych pięciu kategorii, często do dwóch lub więcej. Wszelka myśl, wszelkieuczucie, każdy czyn należy do którejś z tych kategorii. Nazwijmy to quincunxembytu ludzkiego.
Pełnia bytu wymaga rozwoju obu działów, fizycznego i duchowego. Niedoma­ganie jednej z tych kategorii może się skończyć wykolejeniem całości. Czy jednak wszystkie mają być jednakowo pełnoprawne? Byt musi być zorganizowany, agdzie organizacja, tam hierarchia. Dobru moralnemu należy się hegemonia życia.Innymi słowy: życie należy tak urządzić, iż by wszystkie kategorie bytu stosowały się do etyki. Pojęcia moralne nie mogą tłumić żadnej innej kategorii, lecz winnygórować nad całym quincunxem. Arcybłędem byłoby zapatrywanie, jakoby życie duchowe wymagało jakiegoś wzajemnego wykluczania się ciała i duszy, lecz nie mniej ciężkim błędem byłoby przypuszczenie, że dobro moralne mogłoby wcho­dzić w kompromis ze złem dla wygody potrzeb fizycznych, np. dla powiększeniadobrobytu. Zwłaszcza chrześcijaństwo polega właśnie na hegemonii kategorii do­bra nad pozostałymi czterema. Nie sprzeciwia się to bynajmniej innej tezie, mia­nowicie, że doskonalenie człowieka wymaga pieczy o wszystkie kategorie życia.
Pojęcia etyczne rozszerzają się na cały quincunx, wydając z siebie liczne poję­cia, pochodne, np. w sprawach o pielęgnowanie lub umartwianie ciała. Na niskich już szczeblach cywilizacyjnych wpływają pojęcia etyczne na systemy gospodar­stwa społecznego, zawisłe wszędzie i zawsze od systemów moralności; tak jest aż do naszych czasów. Na wysokich cywilizacyjnych szczeblach wpływają te pojęciana stosunek nauk i sztuk pięknych, na społeczeństwo w ogóle. Abstrakt moralnyjest wszędzie obecny i zmierza śmiało do tego, by zająć pierwsze miejsce, ażebyobjąć hegemonię.
Działy quincunxa uwydatniają się wyraźniej ze stanowiska etycznego wśródtych ludów, które wzniosły się z ustroju rodowego do rodzinowego przez eman­cypację rodziny. Zdobyła się na to tylko drobna mniejszość rodu ludzkiego; lecz do tej mniejszości weszła cywilizacja łacińska w całości. Niektóre społeczeństwautknęły w połowie drogi. Np. Maurowie hiszpańscy zarzucili etykę rodową, lecz
nie zdołali wytworzyć na czas porządków związanych z emancypacją rodziny i w krytycznym dla siebie okresie dziejowym zawiśli jakby w próżni, graniczącej czę­sto ze stanem acywilizacyjnym.
Życie publiczne udoskonaliło się bez porównania wyżej w takich społeczeń­stwach, które przeszły przez okres organizacji rodowej w sposób dostateczny, tj.aż rodowość zdołała się rozwinąć wysoko i wydać dojrzałe owoce, niż tam, gdzie organizacja rodowa nie zdołała rozwinąć się należycie i przedwcześnie została stłu­miona, lub zgoła nie zdążyła ułożyć się w nowy ustrój społeczny. Nie rozwinął się należycie ród pomiędzy rodziną a plemieniem u Prusów, a może nawet w całym szczepie Bałtyckim; krótko trwał ustrój rodowy we wschodniej Słowiańszczyźniei rozpierzchł się, zanim zdołał posłużyć za podstawę organizacji społecznej lub państwowej, rozkwitł wszechstronnie w Polsce i w krajach Zachodu.
Zasadnicza różnica pomiędzy ustrojem rodowym a rodzinnym polega na tym, że każdy pełnoletni może posiadać własny majątek. Pojęcie własności indywidualnej zjednej strony kurczy się, nie obejmując już własności potomków, lecz z drugiej strony pogłębia się, zrywając związek ze stryjcami rodowymi i zależność od nich. Każdy peł­noletni ma odtąd prawo porzucić ród i założyć gospodarstwo własne.
Prawo własności osobistej, zachęcając by dążono do powiększenia dobrobytu podnosi produkcję - i nawzajem systematyczna produkcja przyczynia się do po­głębienia prawa własności indywidualnej. Doświadczenie wszystkich krajówi wszystkich czasów stwierdza, że produkcja poza własnością osobistą kuleje i sto­pniowo zanika; tudzież, że ochota do produkcji mieści w sobie zawsze, jako cel,osiągnięcie własności indywidualnej; nadzieja osiągnięcia tego celu staje się fakty­cznym warunkiem rozwoju produkcji. Inaczej stanie się dorywczą, chaotyczną i popewnym czasie ugrzęźnie w stagnacji.
Własność jest najlepszym i najwszechstronniejszym środkiem doskonaleniamoralnego i społecznego. Toteż etyka katolicka nawołuje, żeby otworzyć szeroko bramy do nabywania własności osobistej. Jak najwięcej właścicieli i jak najmniejproletariuszów! Wynika z tego, że własność powinna być znaczna na tyle, żebyzbyt drobna nie stawała się właśnie wylęgarnią proletariatu. Etyka rozwiniętaw cywilizacji łacińskiej każe zmierzać do tego, by społeczeństwo posiadało jaknajwiększą ilość osób zamożnych na tyle, by były niezawisłymi ekonomicznie, co będzie zawsze najlepszym wstępem do niezależności moralnej.
Zamożność jednostki nie powstaje wcale z ubóstwa licznych bliźnich, leczstanowi właśnie niezbędny warunek do ich dobrobytu (wszyscy nie mogą goosiągnąć naraz). Ktoś musi się wzbogacić pierwszy i udzieli drugim ze swegodobrobytu zarobków.
 
Bogactwa nie są wcale z góry ilościowo ustalone. Mylnym jest mniemanie, ja­koby chodziło tylko o rozmaity rozdział tejże samej ilości bogactw. Właśnie ilość ca jest zmienna, może ubywać i przybywać przez wytwarzanie nowych.
W tej kwestii sprawdza się, jak słusznie zaliczyliśmy do generaliów etyki pojęciao pracy. Cywilizacja łacińska wymaga pracy nie krępowanej. Wszakżeż demokracjapolega na tym, żeby każdy, kto chce robić, mógł się dorobić - w którejkolwiek z trzechkategorii walki o byt (materialnej, umysłowej i moralnej). Nie usuwa to szczebli,których żadna siła ludzka nigdy nie usunie. Im wyższy rozwój cywilizacyjny, tym wię­ksze trafiają się nierówności umysłowe; im zaś niższy, tym bardziej wszyscy są mniejwięcej jednakowo... nieoświeceni. Im wyżej, tym widoczniejsza różnica szczytów!
Praca w społeczeństwie zdrowym musi być na wyrost; chodzi bowiem o to, żebykażdemu pracowitemu i rządnemu zapewnić nie tylko „minimum potrzebne doegzystencji", lecz nadmiar żywności, odzieży i mieszkania; wszystkiego koniecz­nie więcej, niż wymaga niezbędna potrzeba. Dopiero ten nadmiar czyni życie god­nym człowieka cywilizowanego. Czy można zbliżyć się do tego celu, pożerając sięwzajemnie?
Własność ziemska bywa często tylko używalnością. Tak pojmowali ją starożytni drużynnicy germańscy, osiedlając się w Italii; na tym pojęciu opierał się feudalizm.Tak jest dotychczas w Abisynii, gdzie ziemia jest w zasadzie własnością negusa.Kościół popierał przez całe wieki średnie dążenia wasali niższych stopni, by osią­gali własność zupełną. Etyka katolicka, etyka cywilizacji łacińskiej, przechylała się coraz bardziej w kierunku rozpowszechniania własności indywidualnej - po­ciągając prawo za sobą.
Etyka naszej cywilizacji jest tedy religijna, lecz nie jest sakralną, jak bramińska lub żydowska. Zrazu wszelkie prawo było sakralnym. Dopiero Hellada poczęła wy­twarzać prawo świeckie, nie odwołujące się do bogów, a dopiero Rzymianie utworzylipierwszy system prawa niesakralnego (jurysprudencję). Kościół katolicki tę me­todę przejął, przyjął i uznał, żądając tylko stosowania się do etyki.
Obok naturalnych i religijnych istnieją etyki sztuczne, wprowadzające inne po­glądy na stosunek pomiędzy etyką a prawem. Zazwyczaj wymyślają jakąś etykęusilnie, żeby nie była religijna. Eksperyment etyki areligijnej był robiony raz nawielką skalę, na rozmiar olbrzymi, mianowicie w buddyzmie. Skończyło się na tym, że i u łamów nawet wprowadziło się etykę ograniczoną do pewnych sprawżycia, stosownie do szczebla w hierarchii lamaickiej, a do samejże etyki, ma­jącej być areligijną, doczepiły się politeizmy o bardzo niskim poziomie. Etykapozostała u buddystów wszędzie własnością tylko nielicznych wybranych, lecz nigdzie nie oddziałała na masy. Pogłębiła się tylko różnica między garstką elitya ogółem. Tym mniej tedy nie powiódł się ten pomysł nowoczesnym ekspe­rymentatorom.Najstarsze próby należą oczywiście do Chin. W Chinach ustrój rodowy nadwyręża się, lecz jeszcze trwa; ale myśliciele chińscy próbowali nieraz wyrugować ety­kę naturalną rodową, obmyślając na jej miejsce etyki własnego indywidualnego pomysłu, sztuczne, książkowe.Oprócz jednej (Lao Tse'go), żadna z tych prób nie opierała się o religię. Uży­wając naszego nowoczesnego wyrażenia, były to etyki „autonomiczne". Kiedy jespisano po raz pierwszy ok. roku 1135 przed Chr., nie mieściło się tam „prawo włas­ności, prawa dobrego smaku i dobrych obyczajów"; o religii ani słychać. Potem naprzełomie wieków VIII i VII przed Chr. orzekł filozof Kuan-ce (Kon-fu-tse), jako ludjest moralny, gdy ma pełne stodoły i spichrze. Konfucjusz nie tworzył żadnej religii!Sami Chińczycy wyjaśniają nam jego system jako „religię wiernopoddańczości".Współczesny nam filozof chiński, Ku-hung-ming, wyjaśnia, że wielkość konfucja-nizmu polega właśnie na tym, że nie będąc religią, może ją zastąpić i pozwala czło­wiekowi żyć bez religii. Potem Yang-Czu głosił, że cnotliwym jest to, cozgodne jest ze skłonnościami człowieka i co mu wychodzi na zdrowie. W póź­niejszym już okresie, w I połowie IX w. po Chr. spisał Li-Ao „Księgę o pow­rocie do natury". Nie znalazł zwolenników ani monoteizm Maotsego, ani Mehigłoszący, że należy kochać wszystkich ludzi jednakowo. Namnożyło się nato­miast etyk sztucznych; jest ich pełno po książkach, a każda ma lub miała przezpewien czas nieco zwolenników; lecz powszechną etyką chińską pozostała do ostatnich czasów rodowa.Z żadnym „zmysłem religijnym" nie mają nic wspólnego dwie główne japoń­skie etyki książkowe: giri i nowsze bushido. W zebranym dłuższym rejestrze kazuistyki giri znajdujemy kwestie przyprawiające nas o wstrząs. Np. dlaczego córkamusi cześć swą sprzedać, aby dostarczyć ojcu pieniędzy na rozpustę. Bushido uczyhonoru, męstwa i wytrwałości, ale też natrafia się tam na przykłady „spartańskiego sy­stemu trenowania nerwów" dzieciom, co „napełnia nowoczesnego pedagoga zgroząi wątpliwością" - jak nas informuje drugi uczony japoński.Drugim wielkim zbiornikiem etyki „autonomicznej" są Indie. W świętych księ­gach Manu opisano ją dokładnie, ale tam przewidziane są tortury, a nawet kara śmierci za zaniedbanie w rytualności, gdy tymczasem po kradzieżach i zabój­stwach następują tylko lekkie pokuty. A wybryki życia płciowego domagają się ka­ry o tyle tylko, o ile byłyby niebezpieczne dla czystości rasy - i ot jest jedyny ciężkigrzech Hindusa. Zabójstwo stanowi zaś grzech ciężki natomiast, gdy chodzi o bra­mina lub krowę, a z resztą jest grzechem powszednim; zabijanie zaś córek nie jest w ogóle żadnym grzechem. W Weddach i w księgach Manu etyki nie ma, tylkoprzepisy rytuału.
W Europie inicjatorem etyk sztucznych był Baruch Spinoza (t 1677), Żyd, któryzerwał z cywilizacją żydowską, a do łacińskiej nie przystał. W etyce stał się przo­downikiem determinizmu. Inną drogę pozareligijną obmyślił Hume w r. 1751; twierdził, że instynkt moralny jest człowiekowi wrodzony i działa sam przez się.Szerzyła się droga do „autonomii etycznej"; wybrukowali ją encyklopedyści. Na­stępnie Guyau głosił moralność „sans obligation ni sanction"; Krause propagował -Menschheitsbund", by „uzupełnić nie wystarczające religijne związki ludzi".A w r. 1846 wystąpił Max Stirner z twierdzeniem, że wolno każdemu wszystko co potrafi w miarę zdolności i siły. Silniej wyraził się Edward Hartmann, który w ła­tach 1869-1872 obwieszczał, że w sprawach moralności „jest się samemu sobie instan­cją najwyższą i bez apelacji". Od r. 1881 głosił już Nietzsche swego „Ubermenscha". MaxNordau odezwał się w r. 1884, jako „moralność religijna jest dowolna, powierzchow­na i wprost niemoralna".
Obok tego popularyzowały się dwie szkoły: pozytywna i tzw. „ruch etyczny".Ten zaczął się w r. 1867 w Stanach Zjednoczonych, zorganizowany przez Żydar. Adlera, zaszczepiony w r. 1892 w Berlinie i przeszczepiony stamtąd do Polski. Wojowano z wszelką religią pozytywną, aż stanęło na tym, że w dziedzinie moralności każdy stanowi według własnego uznania. Co głowa to etyka! Russel nie za­wahał się wystąpić z zasadą, że postępowaniem naszym winny kierować... impulsy.
Rozradzało się tymczasem plemię Maxa Stirnera i prawnukowie jego żyją między nami, ale doprawdy są już wielce trywialni.
Wszystko to złożyło się w rezultacie na etykę jednostkową, tj., że każda jedno­stka może układać sobie swoją własną etykę i postępować stosownie do swojegocynicznego... widzimisię. Harmider etyk jest stanem nader dogodnym dla ludzipozbawionych etyki. Amoralność łatwo pokryć domyślną jakąś zagadkową etyką jednostkową.
Moralność stała się w etykach „autonomicznych" sprawą prywatną, zupełnienieuchwytną w wirze życia zbiorowego.
Harmiderowi etyk przeciwstawiała się długo filozofia tzw. prawa natury. Odwo­ływano się do pewnych ogólnych zasad etyki i prawa, mających tkwić w samej na­turze ludzkiej tj. w powszechnych pojęciach rozumu ludzkiego i w powszechnym poczuciu słuszności. Wytworzył się osobny dział filozofii, posiadający zaszczytne miejsce w historii metod naukowych. Zwolennicy prawa natury doprowadzili atolido przesady filozofię prawa, opierając w końcu całą naukę prawa wyłącznie na filo­zofowaniu, czym wywołali reakcję szkoły tzw. historycznej, znów przesadnie wykluczającej filozofię z jurysprudencji. U nas zakwitnęło prawo natury ze znacznymopóźnieniem, bo aż za Stanisława Augusta, a głównym jego przedstawicielem był profesor wileński, ks. Hieronim Stroynowski, autor „Nauki prawa przyrodzonego" (1785). Łudzili się, jakoby opierali się na materiale powszechno-ludzkim, na samej istocie człowieczeństwa; podstaw do filozofowania dostarczały im katolicyzm i cy­wilizacja łacińska, a doktryna ich uległa zaniedbaniu i niemal zapomnieniu możedlatego, że sobie nie zdawali sprawy z faktycznego ograniczenia zasięgu swego materiału naukowego, mniemając go powszechno-ludzkim - co następnie łatwo było zakwestionować. Bądź co bądź nie powinno się ich lekceważyć, gdyż zwo­lennicy prawa przyrodzonego politycznego byli długo jedynymi sympatykami na­uki prawa. Poszukiwali zasady ogólnej dla etyki i prawa, a dopiero gdy obalonoich dzieło, rozpoczęło się na dobre rozproszkowanie indywidualne całego zakresu filozofii moralnej. Odrywanie prawa od etyki i dążenia do etyki jednostkowej.
Minął cały wiek odkąd zasypano niepamięcią prawo „przyrodzone". Tli tamatoli pod popiołami iskra prawdy. Ograniczmy się świadomie i celowo, że „przy­rodzonym", będzie nam to, co jest religijnie katolickie, a cywilizacyjnie łacińskie,a wznowienie poprawionego postępem nauki „prawa natury" byłoby może na cza­sie? Bardzo to jest pomyślnym objawem, że wśród uczonych katolickich coraz częściej spotyka się chęć do wznowienia „prawa natury". Mogłoby służyć za po­most pomiędzy etyką a prawem.
Historycznie prawo owo było wznowieniem średniowiecznego prawa „wieczy­stego" (lex perennis), przynajmniej do pewnego stopnia. Może nawiążemy doowej doktryny, modernizując ją odpowiednio.
Bądź co bądź prawo natury wszczepiło w jurysprudencję na nowo ideał słuszności.
Stosunek etyki do prawa musi być uwzględniony w każdej filozofii prawa, jako zasadnicza część przedmiotu, a stosunek ten nie jest ogólno-ludzki, lecz tylkocywilizacyjny i musi być badany w każdej cywilizacji osobno.
Trzeba by atoli umniejszyć niemało wywody dedukcyjne, a przysporzyć nato­miast dużo indukcji.
Albowiem w materiach prawa ścierają się niemal od początku dwie metody:aprioryczna i aposterioryczna. Można by się wyrazić, że są to dwie metody wytwa­rzania prawa. Aposterioryczna wysuwa prawo z doświadczenia dostosowując je dopojęć etycznych. Aprioryczną metodą udziela się sankcji prawnej stosunkom wy-
Jak gdyby wznawia! prawo natury, odezwał się prokurator Sawicki na pierwszej sesji procesu Greisera w Poznaniu 21 czerwca 1946 r. „Pewne zasadnicze prawa człowieka nie mogą być naruszone".
 
imaginowanym, wymyślonym, a więc nie istniejącym, lecz pomysłom do urządza­nia stosunków. Instytucje są tedy tak samo aposterioryczne lub aprioryczne. Naj­starszym prawem apriorycznym zdaje się być Mojżeszowe prawo agrarne, ułożonena pustyni i nadane koczownikom mającym dopiero zdobyć sobie role i winniceChanaanu.
Aprioryzm prawniczy jest płodem metody medytacyjnej, w której myślenieogranicza się do obmyślania własnych wymysłów, będących zmyśleniem. Aposte-rioryzm jest trudniejszy, gdyż polega na metodzie indukcyjnej i wymaga studiów.
Obie metody znane były już w Helladzie. Aposterioryzm ma fundamentyw Arystotelesie, aprioryzm w świetnej literaturze od Phaleasa do Platona. Jużwówczas apriorycy odznaczali się ślepą wiarą w cudowną moc ustawodawstwa. Zatyp może służyć Periander w Koryncie. Zakazał kupna niewolników, żeby wszyscyobywatele musieli pracować i żeby nie było bezrobotnych. Ustanowił też urząd do kontroli, żeby nikt nie wydawał więcej, niż by miał dochodów. Wieśniakom za­kazał przenosić się do miasta, żeby się z nich nie tworzył proletariat miejski itp.
Aprioryzm prawny nie obejdzie się bez stosowania przemocy. Dlatego jest nie­bezpiecznym i antyspołecznym, gdyż z konieczności ucieka się do gwałtów. Chcącprzeprowadzić prawo
aprioryczne, trzeba wpierw wprowadzić na pewien czas stan exlex. Prawo aprioryczne wymaga często bezprawia, gdy tymczasem aposteriorycznewyłania się z potrzeb ludności.
Prawo trafne powstaje historycznie, a więc aposteriorycznie; nie może być me­dytacyjne.
Tylko prawo aposterioryczne ożywia życie; aprioryzm burzy je pod pozorem sta­wiania nowego. Aprioryzm prawniczy określa bowiem nie stosunki rzeczywiste,już istniejące, lecz wyimaginowane, a więc nie stosunki, lecz pomysły, według których pragnęłoby się stosunki urządzić sztucznie, choćby terrorem. Instytucjepoczęte z aprioryzmu wymagają nieustannego sztucznego oparcia, podpieraniai wspomagania z zewnątrz, a przynoszą zazwyczaj skutki przeciwne zamiarom ioczekiwaniom. Co innego teoria wywodząca się z obserwacji, a co innego doktry­na, stanowiąca tylko wyimaginowany wynik logiki dedukcyjnej, gdy założenie nieuległo nawet sprawdzeniu.
Wobec tego cóż myśleć o modnym dziś „planowaniu". Wszakżeż istnieją osob­ne umyślne rządowe „centralne biura planowania"; ileż jest niecentralnych? Wia­domo, że metoda ta pochodzi z bolszewickiej Rosji, z państwowości najbardziejapriorycznej. Tam zmierza się z całą świadomością do tego, żeby w urządzeniach życia zbiorowego wytępić wszelki nawet ślad jakiegokolwiek aposterioryzmu.Przenosi się to do Polski, nie pytając Polaków o zgodę. Tą specyficznie rosyjskąmetodą planowania tak jesteśmy oszołomieni, iż przestano w ogóle zdawać sobie sprawę z tego, że planowanie mogłoby być również aposterioryczne. Przepojeniobrzydzeniem do planowania opacznego zapominamy, że nie należy niczegow ogóle robić bez planu; chodzi tylko o to, jaką metodą dochodzi się do opraco­wania planu. W cywilizacji łacińskiej planowanie musi być oparte na historyzmie, na danych, z których korzysta się aposteriorycznie.
Można by cały ten problem ująć w jedno pytanie: czy struktura społeczna masię wywodzić z pojęć prawniczych, czy też odwrotnie?
Historyzm nie polega bynajmniej na tym, żeby utknąć moralnie na pewnym pun­kcie przeszłości i zapaść się w nią bez wyjścia. Historyzm poucza jak z przeszłości wy­kuć przyszłość, jak doskonalić dziedzictwo po przodkach. W historyzmie mieści sięzawsze myśl o przyszłości, a zaczynamy od tradycji dlatego, bo nie wierzymy w war­tość budowli, która nie była by opartą na fundamencie przeszłości.
Posiadamy proste kryterium do oceny, czy trafna jest myśl przekazana przezprzeszłość: przyjrzeć się czy się doskonaliła i dotarła do nas udoskonalona. Stu­diować to można najogólniej na dziejach generaliów etyki. Np. dzięki przyjęciuetyki katolickiej obarcza się w cywilizacji łacińskiej wszystko obowiązkami, czyto sztuki piękne, czy też własność. W różnych czasach i okolicznościach mogą za­chodzić obowiązki rozmaite, bo na tym historia wybija swe piętno; dawne mogąstawać się niepotrzebnymi, a natomiast wyłaniać się nowe. Wszelki zaś niespeł­niony obowiązek jest długiem. Jakimże zacofańcem byłby ten, kto by sądził, żenależy się uiszczać tylko z pieniężnych długów, byłby zacofańcem pod względem etycznym; względem zaś prawa byłby obowiązanym o tyle, o ile prawo nadążyłow danej sprawie przejąć etykę. Należy to do rozwoju historycznego. W rozmaitychczasach rozmaity może zachodzić stosunek pomiędzy etyką a prawem.
Obowiązek łączy się jak najściślej z odpowiedzialnością. Doskonalenie jej po­lega na jej ciągłym rozszerzaniu. Ograniczona w ustroju rodowym ogarnia z bie­giem wieków tyle spraw i kombinacji życiowych, iż wreszcie dochodzimy do przekonania, że kresów jej nie ma nigdzie. Kraj naprawdę cywilizowany poznajesię po tym, że nie ma w nim sprawy, przypadłości, rzeczy, w ogóle nie ma niczego takiego, za co nie byłby ktoś odpowiedzialny. W życiu zbiorowym musi odpowie­dzialność być spotęgowana w miarę przechodzenia na wyższe szczeble rozwoju, bo inaczej zrzeszenie staczałoby się do upadku. Iluzoryczność odpowiedzialności(np. biurokracji) równa się bezkarności zła.
Odpowiedzialność etyczna przyczynia się do wzrostu organizmów w życiu zbio­rowym od rodziny poczynając aż do wielkich zrzeszeń: społeczeństwa, państwa,narodu. Organizacja - to ustrój odpowiedzialności. Jeżeli w jakimś zrzeszeniu trafiają się rzeczy, za które nikt nie jest odpowiedzialny, organizacja będzie w tymzrzeszeniu szwankować. Tam zaś, gdzie odpowiedzialność nie jest frazesem, a do­tyczy wszystkiego, tam organizacja dokona się niemal automatycznie, jako wynik pewnych stosunków moralnych. Odpowiedzialność wywołuje szereg błogichskutków; z niej i dzięki niej zrodzą się porządek, ład, celowość, rozkład trafny siłi podział pracy; słowem wszelkie zalety organizmu. Nie zabraknie ochotników,chcących się organizować przy takim organizmie.
Na tych przykładach znać, jak etyka nie traci nigdy roli kierowniczej; w miaręjej upadku cofa się życie zbiorowe na szczeble niższe. Postęp polega tedy na tym, żeby coraz więcej obowiązków i coraz surowsza i wszechstronniejsza odpowie­dzialność stawały się częścią prawa, i żeby były umacniane w razie potrzeby su­rowymi sankcjami prawnymi.
A zatem w miarę rozwoju społecznego wzmaga się prawo i przybywa sankcjiprawnych. Te są dwojakie: uprawnione i nieuprawnione etycznie. Jeżeli przepis prawa pochodzi ze skodyfikowania postulatu etycznego, natenczas sankcje mie­szczą się również w dziedzinie moralności; niemoralnymi stają się, gdy przepis po­wstał poza prawem wyłonionym i poza etyką. Natrafiliśmy znowu na tękonieczność, żeby rozróżniać mala in se, a mala quia prohibita.
Przymus prawny musi mieć jedno ograniczenie, mianowicie czasu. Prawo nie może działać wstecz.
Nie jest krępowana czasem etyka. Co szpetnego się stało, nie przestanie nigdy być szpetnym. Popełnianie czynu ujemnego może być wybaczone, lecz sam ówczyn nie staje się przez to dodatnim. Sankcja etyki, jaką jest sumienie, działawstecz: wyrzuty sumienia i wstyd moralny przed samym sobą nie dadzą się zatrzeć żadnymi środkami psychologicznymi; było to zawsze i pozostanie zawsze przywi­lejem religii.
Etyka nie zna ograniczeń czasu ni w przeszłości, ani na przyszłość. Etyka sama nie zna przedawnienia. Musi je natomiast znać prawo. Sankcje prawne tyczą albonie wypełnienia nakazu, lub też przekroczenia zakazuprawa. Nie mogą tyczyć się niczego takiego, co nie byłoby ani nakazem, ani zakazem, a zatem mogą obowią­zywać dopiero od chwili wydania nakazu lub zakazu. Prawo nie może obowiązy­wać wstecz, bo to się sprzeciwia i logice prawa i moralności. Wydawane zapiłsudczyzny ustawy działające wstecz stanowią hańbę jurysprudencji polskiej, ja­ko pozbawione nie tylko moralności, ale też rozumu prawniczego.
Przedawnienie prawa następuje jednak także w normalnym biegu prawa przyniektórych sprawach i okolicznościach, jeżeli minie pewien czas. Sankcje prawne tyczą nie tylko zbrodniarza i zbrodni, ale dotykają często interesów osób trzecich.
Stosowane zbyt późno mogłyby wprowadzić chaos prawny i wyrządzać szkodyosobom niewinnym, nie pozostającym w żadnym związku z daną sprawą przesta­rzałą. Oczywiście nie wszystko może korzystać z przedawnienia i powoływać się na nie, zdarza się ono częściej w sprawach cywilnych, rzadziej w karnych. Prze­dawnienie staje się nieraz potrzebnym ze względów etycznych.
Prawo jest na dobrej drodze, ilekroć stara się dogonić etykę i zrównać się z nią. Możliwości te są jednakże ograniczone i natrafiają na szkopuł, nie dający się przez­wyciężyć. Nigdy prawo nie określi wszystkich obowiązków etycznych i zawsze bę­dą takie obowiązki, których nigdy nie poprą żadne sankcje prawne.
Nie wszystkie jednak postulaty etyczne dadzą się zamieniać w normy prawne.Np. nie może być nigdy przepisem prawnym katolicka „rada ewangelicz­na", by za złe odpłacać dobrym. Nie sposób skodyfikować np. zasady, żeby nierealizować roszczeń, choćby najbardziej zgodnych z prawem, jeżeli nie są zgod­ne ze słusznością moralną. Oczywista rzecz, że ktoś, wywodzący swą uczciwośćz kodeksu, nie jest uczciwym człowiekiem, ani też taki, który czeka na speł­nienie czegoś dobrego, aż kodeks wystąpi z tym wymaganiem. W najlepszymrazie musimy go obarczyć zarzutem, że nie posiada należytego wykształceniaetycznego.
Lecz nie da się prawem karać wszystkiego, co nie jest cnotą. Człowiek okreś­lający się formułą: jestem w zgodzie z prawem, a więc jestem w porządku - jestna pewno niebezpiecznym drabem.
Pewne luki pomiędzy etyką a prawem zawsze będą istnieć. Każde pokolenieniechaj z etyki coś zamienia w prawo - lecz są pojęcia opierające się wprost temu prawidłu. Np. próba skodyfikowania „rady", żeby za złe odpłacać dobrym z pew­nością nie wyszłaby na pożytek Dobra, byłaby nawet prawdopodobnie dla Dobraniebezpieczna. Nic łatwiejszego jak wpaść na manowce w tych subtelnych spra­wach. Dla przykładu przytoczę pewnik jaki nasuwa się przy studium quincunxa, mianowicie ze względu na brak proporcji między dobrobytem a oświatą. Pewnik ten brzmi: nikt nie powinien mieć więcej pieniędzy niż rozumu. Gdybyż to speł­niać, zniknęłaby większa część bolączek społecznych i politycznych! Ale jak toskodyfikować?
Z drugiej strony etyka czasem nie dopuszcza, żeby skorzystać ze swego prawa. Porządny człowiek bowiem zrobi to natenczas tylko, gdy prawo przyznawane mu przez ustawę, zgodne jest ze słusznością. Ten zaś stosunek zawisł mocno od oko­liczności i nikt tego nie zdoła skodyfikować. Faktem pozostanie, że nie zawsze to uczciwie, żeby korzystać ze swoich praw. Blumizm czyha na to, żeby przepisywadliwe, owe nie przynoszące jurysprudencji zaszczytu „względy formalno-prawne" wyzyskiwać świadomie na swą korzyść, chociaż z widoczną krzywą drugiejjcrony.
Nikczemność, pozostająca w zgodzie z paragrafiarstwem, nie przestaje być nikczemnością. Jeżeli pozwolimy się szerzyć tej przewrotności, która bardzo się wzmogław ostatnim czasie, cóż nas czeka?Społeczeństwo, w którym blumizm wziąłby górę, zgi­nęłoby marnie i to w ohydzie. Mogłoby się zdarzyć, że któreś przyszłe pokolenie - gdysię odrodzi i spopularyzuje na nowo godność ludzka, będzie wspominać z uczuciemulgi; co za szczęście, że wyginęli ci nikczemnicy! Taka jest blumizmu meta. Kwestiato sumienia, tj. autokrytyki moralnej; innymi słowy: kwestia wykształcenia etycznego.
Połączenie wyrażeń: etyka a wykształcenie - zadziwi może czytelnika. Co in­nego: wykształcenie prawnicze - to rozumie każdy; ale czy słyszano o etycznym? W całej Europie (niestety!) przyjęło się mniemanie, że można być wykształconym i najspecjalniej i najogólniej, a z nader słabym wykształceniem etycznym. Jeżelijednak dąży się do osiągnięcia coraz wyższych szczebli moralności, szczeblowatoscca zawisła jest od wykształcenia etycznego. Kształcenie istnieje we wszystkich ro­dzajach pracy fizycznej czy umysłowej; czyż dziedzina moralna miałaby być wyjęta spod tej możności? Jak np. można patrzeć na wszystko (mimo woli) pod kątemestetyki, podobnież można wyrobić w sobie ostrowidztwo etyczne - a postęp mo­ralności wymaga, by ono się rozpowszechniało. Można studiować etykę, jak prawolub matematykę czy cokolwiek.
Wykształcenie etycznepolega na dostrzeganiu związków etycznych pośród spraw; oczywiście także w życiu publicznym. Cywilizacja łacińska wymaga tego bezwarun­kowo, ale też tylko ta jedna cywilizacja poddaje życie publiczne wszystkim przepisomżycia prawnego. Stanowi to niezmienne rozszerzenie pola etycznego, które staje się bezgranicznym. O ileż trudniej czynić zadość takim rozszerzonym wymaganiom! Oileż łatwiej o zadowolenie moralne w innych cywilizacjach.
Oczywiście trzeba uprawiać etykę przede wszystkim w powszednim dniu robo­czym, we własnym zawodzie. Niestety dopiero nieliczne zawody określiły jasno i ściś­le swe etyki specjalne. Nie da się zaś złatać wspólna etyka zawodowa, jeżeli sieją chce czerpać z rozmaitych cywilizacji. Dotychczas zawód lekarski przoduje wyższym roz­wojem, większym wykończeniem swej etyki. Na ogół zaś odczuwa się pewien zastój.Stanowi to wielkie niebezpieczeństwo publiczne, gdyż zanika przez to główny traktwykształcenia etycznego. Ogólny postęp (lub upadek) moralności pozostaje w sto­sunku prostym do stanu etyk zawodowych w danym społeczeństwie.
Jeżeli w korzystaniu ze swego prawa jedna strona nakazuje, a druga zakazuje, pierwszeństwoma strona zakazująca i jej należy się opieka prawna.
Przyjęta przez cywilizację łacińską etyka katolicka ma to do siebie, że w miarę rozwoju cywilizacyjnego powiększa się w niej ilość obowiązków. Póki cywilizacjanasza będzie się rozwijać, będzie też wymagać od swych uczestników coraz wię­kszego wysiłku moralnego. Toteż wykształcenie etyczne wprost nie ma granicw cywilizacji łacińskiej. Czyż chrześcijanin w cywilizacji łacińskiej będzie kiedy­kolwiek zadowolony ze współczesnego stanu moralności? Nigdy, bo zawsze bę­dzie mu przyświecał ideał moralności jeszcze wyższej.
W miarę postępu wykształcenia etycznego odkrywa się coraz nowe widokii szczeble doskonalenia się. Wymagania rosną, a trudności wzjastają jeszcze bar­dziej. Coraz trudniej nadążyć w etyce, żeby rozwój jej nie był słabszy od rozwoju innych kategorii quincunxa. Toteż inteligencja winna być i teleskopem i mikro­skopem etyki, żeby od jej zasięgu nie uronić niczego, ni w oddali, ni w pobliżu, bez względu na skalę spraw wielkich czy drobnych - bo dla etyki wszystko jest jednakowo ważnym.
Prawo i etyka związane są ze sobą tak ściśle, iż do rozwoju prawa niezbędnymjest rozwój etyki, jako nauki o moralności. Nie oddziaływa atoli prawo na etykę(chyba ujemnie na blumistów); choćby największy rozwój nauki i prawa nie bę­dzie mieć wpływu na naukę etyki. W tym szczególnym prawie przejawia się star­szeństwo etyki i przodownicze jej stanowisko.
Rozwój naukowy etyki na większą skalę, wydoskonalenie jej metod, zdobycie dla niej nowych widnokręgów, stanowiłoby zarazem epokę w rozwoju nauki pra­wa. Niestety, etyka, jako nauka, nie dotrzymała kroku innym naukom. Czyż ma­my już na dłuższy czas dosyć podręczników etyki? Czyż moralistów nie razi całkowity niemal brak studiów monograficznych w tej dziedzinie?
Nauce prawa dolega wręcz przeciwne niedomaganie: rojowisko szczegółów,pozbawione coraz bardziej myśli ogólnej. Zupełnie błędnie stała się jurysprudencja nauką analityczną, gdy tymczasem jest ona z całą stanowczością nauką synte­tyczną. Badania analityczne mogą być tylko środkiem do celu, lecz przenigdycelem nauki. Każdy „casus" prawniczy należy rozważać przede wszystkim syste­matycznie. Ekskluzywność analityki w prawie oddaje je na usługi bezprawia.
Ciężką chorobą nauki prawa stał się przerost komentatorstwa. Istny pęd cho­robliwy sprawia, że coraz rzadziej adepci prawa sięgają do tekstów, lecz brodząw komentarzach. Studia swe zaczynają od komentarzy i na komentarzach kończą. Powstają już nawet komentarze do komentarzy, komentarzyki i robótki komen­tatorskie nie przynoszące bynajmniej zaszczytu naukom prawniczym. Przypomi­nają się cechy nauki żydowskiej z okresu hiszpańskiego: napęczniawszy od komentatorstwa, stanęła.
W praktyce życia ostatnich dwóch pokoleń kazuistyka nadaje coraz bardziej ton prawu i prawnikom, a w tym stanie rzeczyformalistyka musi wybijać się na pier­wsze miejsce. Bez przesady zaś można powiedzieć, że przerost formalistyki wyga­nia z prawa moralność.
Patronem formalistyki Shylok, ten, który wpisał do umowy warunek stanowiącyokrucieństwo, najwidoczniejsze bezprawie, a jednak sąd uważał, że musi dopilno­wać litery „prawa". Pozwanego ocalił wymyślony szczęśliwie kruczek, powitanyz zapałem i z uczuciem ulgi. Gdyby nie kruczek byłoby się wyrzynało funt żywegomięsa w imię sprawiedliwości.
Metoda Shylokowska panuje dotychczas w sądownictwie. Stąd pochodzi szcze­gólne wśród pospólstwa mniemanie, że sędziowie nie są sprawiedliwi, jakoby z re­guły byli przekupieni itp. Brak zaufania do sądownictwa jest również powszechny pośród inteligencji; z tą różnicą, że nie gani się sędziów, lecz instytucje.
Formalistyka stanowi wylęgarnię kruczków i wykrętów; wytwarza się istne żonglerstwo formalnościami, raj dla wszelkiego blumizmu.
Nie obejdzie się prawo bez formalności, lecz muszą one mieć swe granice, które wskaże rozważanie prawa ze stanowiska syntezy. Formalność prawna jest potrzeb­na do wartości istoty aktu prawnego, lecz ta sama formalność nie posiada żadnego znaczenia, jeżeli jej nie towarzyszy istota prawa, tj. słuszność sprawy. Zwłaszcza nie może mieć znaczenia formalność oparta na kłamstwie. Nadawanie walorukłamstwu świadczyłoby o złej woli, o blumiźmie. Ani nawet najdokładniejsza for­malność i najskrupulatniejsza, nie może posiadać tej mocy, iż by bezprawiu nadać moc prawa. Etyka najwyższą prawa komentatorką!
Etyka i prawo są w dziejach cywilizacji sprzężone ściśle, bo powinny tworzyć jedną całość, zgodną w motywach i w przejawach. Niezgodność stanowi zawsze klęskę publiczną. Nie ma poczucia tożsamości zrzeszeniowej bez jedności etycz­nej; harmider etyk podważa ściany budowli społecznych i państwowych. Poczucie zrzeszeniowe wymaga również jednakowych pojęć o prawie; stanowi to zresztąprostą konsekwencję jedności etycznej. Może atoli zachodzić wypadek, że w pew­nym zrzeszeniu obowiązują różne prawa, a nie wszystkie godne z właściwymi te­mu zrzeszeniu pojęciami o prawie, narzucone mu przemocą.
Nie ma cięższego nieszczęścia, jak gdy wróg znosi prawo krajowe, a narzuca ob­ce; nie ma nic gorszego, jak nie móc rządzić się „prawem własnym". Ale też niema większej nikczemności i zbrodni, jak pozbawiać ludność prawa rodzimego.
Rzym starożytny nie narzucał swego trójprawa; w niczym nie naruszał w pro­wincjach miejscowych urządzeń prawnych, zwyczajów, wierzeń religijnych i języ­kowych. Z reguły samorząd pozostawiał wolność prawu własnemu i lokalnemu,
z czego wyrobiło się uznanie dla ius gentium. Ubiegano się jednak o rzymskieobywatelstwo, żeby spod prawa własnegoprzejść pod prawo rzymskie, ażebyzwolnić się od prawa rodowego, a pozyskać prawo pełnej własności indywidualnej,chodziło o nabycie mienia osobistego i o jego bezpieczeństwo, o prawo dziedzi­czenia i testamentu. Ubiegano się! Nigdy nikt nie był zmuszany, by przejść podprawo rzymskie, gdyż Rzym uważał jako nie należy być prawodawcą podbitych. Prokonsulowie dopuszczali się nadużyć wielu i wielkich; lecz w prawa podległego ludu nie wtrącali się.
Wspólne pojęcia prawne stanowią drugą - po wspólnym języku - więź społecz­ną. Trzeba atoli trzymać się ściśle określenia: pojęcia prawne - lecz nie „prawo", bo ono może być tym pojęciom wrogie. Może nawet być układane nieprzyjażnie,jako środek do rozsadzania społeczeństwa. Jeżeli to są formułki prawnicze zamiastsumienia, formułki zdane na samowolę każdorazowej władzy - toć to wyraźny bi-zantynizm. Dusi nas etatystyczna cywilizacja bizantyńska. Zwiększają się teżwpływy cywilizacji żydowskiej, dla której prawo jest wszystkim, a sama religia „objawionym prawem". Jest to cywilizacja wyłącznie prawnicza. W cywilizacji ła­cińskiej jest to atoli niemożliwością.
Uderza też wzmagająca się coraz bardziej skłonność do szybkiej zmiany praw;można by to nazwać wyścigami w burzeniu praw. Prawodawstwo staje się rodza­jem radykalizmu, a radykalizm atrybutem prawodawstwa; także radykalizm tem­pa. Pozostawmyż radykalizm raczej etyce! Nie było zaś większego radykaław zakresie etyki, jak św. Tomasz z Akwinu; lecz w zakresie ustawodawstwa trzy­mał się zasady festina lente, żeby ustaw nie zmieniać bez istotnej potrzeby, a wrazie potrzeby nie robić tego nagle.
Zagadnienie: stosunek etyki a prawa stanowi zawsze doniosłą kwestię history­czną. Obecna walka Zachodu ze Wschodem zamienia się też coraz wyraźniej nawielkie starcie o ten problem.
7. VII 1946
 
 
 
 
 
 
 
IX. Naród
Wytknęliśmy szereg przekroczeń przeciwko łacińskim zasadom prawa, popeł­nianych tak przez państwo, jako też przez społeczeństwo. Pozostaje atoli jeszczejeden rodzaj wielkich zrzeszeń.
Rozwój historyczny dokonywał się bowiem dalej, mianowicie w naszej cywili­zacji łacińskiej. Ze społeczeństw wyłaniały się narody. Czyż osiągnięcie tego naj­wyższego szczebla mogło nie wpływać na stosunki społeczeństwa a państwa?Wyraz „nation" oznacza w języku francuskim nie tylko to, co my zowiemy naro­dem, lecz zarazem państwo niepodległe, a zatem po prostu państwo narodowe. Po upadku powstania kościuszkowskiego wyrażano nam z Zachodu współczucie, żeprzestajemy stanowić „nation".
Nie każde społeczeństwo rozkwitnie na naród, gdyż dzieje się to wyłączniew samej tylko cywilizacji łacińskiej. Państwo może istnieć bez idei narodowej, może nawet być antynarodowym; podobnież z drugiej strony może naród istnieć bez państwa, czego dowiedliśmy niestety własnymi dziejami.
Jeżeli państwo starsze jest od społeczeństwa, tym bardziej starszym jest od na­rodu. Nigdy atoli naród nie powstał z państwa (jak sądzą niektórzy uczeni niemieccy IZwiązek rodzicielski zachodzi jedynie pomiędzy społeczeństwem a narodem. Z hi­storii starszeństwa nie wynika jednak wyższość państwa nad społeczeństwo, tymmniej zatem nad narodem.
Naród stanowi zrzeszenie najwyższego rzędu, jest bowiem zorganizowaniemspołeczeństwa do celów duchowych. Społeczeństwo i państwo zmieniają się w cy­wilizacji łacińskiej w narzędzia narodu i winny służyć jego celom, tego wymagacywilizacja łacińska ze swą najwyższą zasadą supremacji sił duchowych. Państwoma stanowić tarczę narodu i jego siłę fizyczną. Wywyższanie państwa ponad spo­łeczeństwo, a cóż dopiero ponad naród, wiodłoby do cywilizacji bizantyńskiej. Ktojest jej zwolennikiem, niechaj to oświadczy jawnie.
W genezie państwa a narodu zachodzi ta zasadnicza różnica, że naród może wy­tworzyć się tylko ewolucyjnie, a państwo rozmaicie, bo może być nawet pocho­dzenia zewnętrznego.
Naród nie może powstać z gwałtu. Jest to zrzeszenie bezwarunkowo dobrowol­ne. Przyrodzone związki krwi zatrzymują się jednak na powstawaniu z pokrew­nych plemion pewnego ludu. Lud jest największym zrzeszeniem społecznymopartym ściśle na warunkach przyrodzonych, wrodzonych.
Nie było dotychczas przykładu, żeby jeden lud wytworzył odrębną narodowość dla siebie; nawet najmniejsze obszary narodowe składają się przynajmniejz dwóch do trzech ludów, z których każdy posiada własną mowę (narzecze; ple­miona mają gwary). Minimalna przestrzeń wynagradza się w takich wypadkach niemal zawsze gęstością zaludnienia.
Dopiero z ludów może (nie musi) powstać naród. Ludy mogą być złączone wjedno państwo przemocą, lecz w jeden naród łączą się albo dobrowolnie, albo też całkiem nie wytworzą narodu. Przyjęcie wspólnego języka literackiego musi byćdobrowolne. Tym bardziej nie da się wcielić nikogo przymusowo do pewnej cy­wilizacji. Cele duchowe nie dadzą się narzucić gwałtem.
Naród jest to zrzeszenie cywilizacyjne pokrewnych ludów do celów ponadmaterialnej walki o byt, a posiadające Ojczyznę i język ojczysty.
Tu nasuwa się pewna uwaga tycząca Polski.
Naród cały musi należeć bez najmniejszych zastrzeżeń do tej samej cywilizacji.
Jakżeż ma się życie zbiorowe w Polsce ułożyć w jakiś ład, skoro układa się we­dług czterech metod? Robi się z tego nieustanne eksperymentowanie, ciągłewstrząsy i wieczna niepewność. Na kronice naszej komisji kodyfikacyjnej znać aż nazbyt poczwórność nieświadomości, co dobre, a co złe. Kroniki zaś polityki we­wnętrznej składają się z długiego szeregu „reorganizacji", co jest niewątpliwieznakiem, że rządziciele są zdezorientowani. Reorganizowano bez ustanku wszy­stko, co tylko wpadło ministrom w ręce. Polska nie mogła nigdy być zorganizo­wana, bo się ciągle reorganizowała.
Trzęsie się ten polski rydwan, bo go szarpią siły działające w rozbieżnych kie­runkach: ale nie rusza z miejsca, gdyż żadna z tych sił nie uzyskała odpowiedniejprzewagi. Ma tu zastosowanie stary przykład o wozie, do którego zaprzężono jednąparę koni z przodu, a drugą z tyłu, a każda ciągnie w kierunku przeciwnym. Doobrazu tego należy atoli dodać jedną poprawkę, a fatalną; do naszego rydwanu wprzężono jeszcze trzecią i czwartą parę koni, po jednej z każdego boku. Czy ten rydwan nie musi być wywrócony, a nawet rozszarpany?!
Całej Europie przydałaby się dezynfekcja od pomieszania cywilizacji, lecz Pol­sce może najbardziej. Trzeba nawrócić do cywilizacji łacińskiej i przestrzegać jejzasad. Polskę należy urządzić i rządzić nią tylko według wymogów jej cywilizacji
rodzimej, którą jest łacińska, a żadna inna. Tylko w zakresie tej cywilizacji można być Polsce pożytecznym.
Naród nie może się wytworzyć inaczej, jak tylko z ludów pokrewnych, lecz do narodowości już wytworzonej i historycznie rozwiniętej, mogą się przyłączać(oczywiście dobrowolnie) ludy także nie pokrewne, lecz sąsiednie.
Nie wszystkim ludom danym jest wytworzyć naród. Przyczyny tego faktu leżądaleko poza tematem niniejszego dziełka. My tu musimy poprzestać ma stwier­dzeniu, że tak jest. Np. lud Kornwalski zaginął całkiem, potomkowie jego rozpły­nęli się w narodzie angielskim; lecz Walijczycy istnieją dotychczas. Posiadają swójwłasny język, a jeżeli kto z nich zechce szczupłą Walię uważać za swoją ojczyznę, żaden Anglik nie rozgniewa się o to. Gzy jednak Walijczycy sami, bez Anglików, zdołaliby zorganizować się należycie do celów ponadmaterialnej walki o byt? Po­nieważ w bycie ziemskim duch musi oprzeć się o ciało, kategorie ponadmaterialne zależą pod wieloma względami od materialnych. Primum vivere, deinde philosop-hari. Wyobraźmyż sobie Walię jako odrębne państwo, odgrodzoną od Anglii pasz­portami, cłami, kwestiami przynależności, odrębnym prawem małżeńskim,spadkowym i wekslowym, osobną monetą i armią itd. Nie ma takiego Walijczyka, któremu uśmiechałaby się ta niepodległość! Dla nich przynależność do państwaangielskiego (na zasadzie równych z równymi) jest od dawnych już czasów czymś identycznym z niepodległością. Ich państwem jest państwo angielskie i dzięki te­mu, że są członkami mocarstwa tak potężnego, mogą sobie pozwolić na pielęgno­wanie walijskich odrębności ludowych, dalecy od obawy, żeby im ktokolwiekchciał w tym przeszkadzać. Poprzestają na tym, że są ludem wolnym, nie krępo­wanym przez nikogo w niczym. Stanowią jeden z ludów angielskiego narodu i ro­zumnie na tym poprzestają.
Nasuwa się uwaga, że gdyby Anglia w przeszłości nie była sprawowała rządów nadIrlandią sposobami niemoralnymi, Irlandczycy też staliby się jednym z ludów naroduangielskiego. Nierozumna polityka zmusiła ich dążyć nie tylko do niepodległości pań­stwowej, lecz do moralnego odtwarzania zatraconej już narodowości, bez względu naogrom kłopotów i ciężarów, wynikających z tego nieuchronnie.
Rzućmy spojrzenie na mapę Francji i uprzytomnijmy sobie (dla przykładu)Normandię i Bretonię. Krainy te posiadają własne języki, obyczaj odrębny i wiele odrębności w prawie zwyczajowym. Coraz tam więcej takich, którzy twierdzą, żenp Bretonia jest ich ojczyzną, na co każdy Francuz (w przeciwieństwie do Angli­ków) rzuca się z oburzenia. Twierdzą, że musi się koniecznie trzymać te ludy w ry­zach, dozorując nawet używanie ich języków, bo inaczej Francja mogłaby sięrozpaść. Boją się „separatyzmów". Czyż jednak Normandia mogłaby rozporządzaćkiedykolwiek własną armią przeciwko francuskiej? Czyż Bretonia mogłaby(i chciałaby) prowadzić z Francją wojnę cłową? Obawy o całość państwa Francu­skiego z tej strony są śmieszne, dopóki rząd centralistyczny nie wymusi na tychludach, że pójdą śladami Irlandii. Go jednak tam zwróciło się przeciw Anglii, to samo tutaj wyszłoby jej na korzyść, albowiem pod zwierzchnictwem angielskim Bretończycy i Normanowie staliby się od razu ludami zupełnie wolnymi. Dziwićsię trzeba, że Francuscy statyści tego nie widzą. Jeżeli jednak pozostawi się tymkrainom całkowitą wolność, nie będzie nigdy pytania, czy oni są Francuzami. Oni sami z własnej woli i we własnym interesie uznają się być ludami narodu francu­skiego. Będą woleli być synami Francji niż Anglii.
Albowiem narodowość nie jest bynajmniej czymś danym z góry, nie jest siłą ja­kąś wrodzoną każdemu żywiołowi etnograficznemu. Dopiero Historia wytwarza narody i to w samej tylko cywilizacji łacińskiej, jest to dziedzictwo o starożytnejcywilizacji rzymskiej, wznowione, kiedy nasza cywilizacja łacińska osiągnęła już wysoki szczebel rozwoju. Najstarszym jest poczucie narodowe polskie, a jednakpoczynało się dopiero około połowy XIII w. na kaliskim dworze księcia BolesławaPobożnego, a ustaliło się, stężało aż po koronacji Władysława Niezłomnego (Ło­kietka) 1320 r. Francuskie poczucie narodowe datuje się dopiero od św. Joannyd'Arc (1429-1431). Był jednak geniusz, który nosił w sobie ideał narodowy wcześ­niej: Dante (1265-1321), a ideał jego szerzył się na Półwyspie Apenińskim. Nie spełnił się jednak i Włosi dopiero w XIX w. stawali się narodem.
Przyczyny tego szczególnego opóźnienia sięgają w głąb kwestii o stosunek spo­łeczeństwa a państwa tak dalece, iż należy się im chwila uwagi.
Włosi w XV w. byli już świadomi tego, jako stanowią jeden naród i dążyli dozjednoczenia wytrwale, ofiarnie, często namiętnie. Wmawiano w siebie, że teni ów ród kondotierski, powołany jest do tego, ażeby pokonawszy współzawodni­ków, rozszerzając własne panowanie, dokonał wreszcie zjednoczenia Italii. Wyba­czali chętnie upatrzonemu kondotierowi najohydniejsze zbrodnie, rozgrzeszali gow imię Ojczyzny; nawet go kochali, delektowali się zbrodniarzem, jeżeli w nimupatrywali zbawcę Włoch. Wybitni mężowie kryli zbrodnie takiego księcia-kon-dotiera, a gdy się zataić nie dały, usprawiedliwiali je. Jakżeż im bowiem zależałona tym, ażeby ten, którego mieli za męża opatrznościowego, miał zwolenników w całych Włoszech! Szły w ten sposób w służbę kondotierów silne charaktery, tęgieumysły i wielkie serca Włoch; a za przykładem tych najlepszych, szły tym chęt-
Aleksander Manzoni „I Promessi Sposi", Milano 1825, wyrazi! najlepiej wioską tęsknotę dojedności narodowej.
 
niej, śmielej i dalej rzesze karierowiczów i żołdaków kondotiera, dzielące się łu­pami w opanowanej dzielnicy. A kiedy po pewnym czasie zadomowił się system kondotiersko-książęcy, wtedy owi najlepsi stawali się książętom niepotrzebni. Książęta przestali też udawać patriotów.
Bezsilnym jest zło w życiu zbiorowym, dopóki nie urządzi z siebie imitacji do­bra, ażeby wyłudzać współpracę przyjaciół dobra. Nie ma też takiego sobka w ży­ciu publicznym, który by nie udawał ofiarnika; nie ma gwałtownika, który by niechciał uchodzić za szafarza wyższej sprawiedliwości. Zdzierstwo, bezprawie, ter­ror, każą się uważać za zrządzenia i zarządzenia opatrznościowe; powodzenie ich zależy zaś od tego, czy imitacja się uda. Klasycznym krajem i okresem tych prawd jest renesans włoski.
Odkąd uksiążęceni kondotierowie nie potrzebowali niczego udawać, nastały ty­powe rządy niesumiennych zdobywców. Doszło do tego, iż ludności stawało się obojętnym, czy swój czy obcy panuje prawem miecza. Gdybyż to tylko o miecz chodziło! To byli truciciele, zbóje, skrytobójcy.
Na miejscu ideału zjednoczenia Włoch wyrósł z czasem legitymizm dynastycz­ny potomków kondotierów. Zbrodnią polityczną stawała się dążność do zjedno­czenia. Nie było zresztą na całym półwyspie nigdzie hufca zbrojnego, który bychciał służyć idei przebrzmiałej. Siły zbrojne we Włoszech nie były włoskimi. Naj­pierw stanowiły wojska prywatne, osobiste wojska kondotierów, potem składałysię w znacznej części z cudzoziemców, aż w końcu górę wzięli pod Apeninami cu­dzoziemscy władcy. Kto miał wojsko swoje własne, mógł sobie na półwyspie wy­kroić państwo. Włochy stały się dla Europy pojęciem geograficznym, wnarodowość włoską nikt nie wierzył. I tak zostało aż do wielkiego Cavoura, aż do pierwszego uczciwego statysty.
Zbawieniem dla Włochów stał się rozkwit literatury i sztuki, bo inaczej nie mieliby na czym oprzeć ducha i byliby może już w XV w. znikczemnieli. Pomimo jednak tylui tak wielkich artystów i poetów, ogół włoski wykoleił się tylko wolniej i później.
Przez szereg pokoleń żołnierz we Włoszech przywykł mieć tylko wodza, a odwodza oczekiwał zysków materialnych. Co za horrenda, czyta się o tym w źródłachhistorycznych! W życiu cywilnym odpowiednikiem tego było dworactwo i szałzmysłowego użycia. Zbrodniczość zaś, ustaliwszy się z góry, spopularyzowała sięi przeszła na ogół. Trucizna i sztylet najpierw zyskały prawo obywatela na dworachksiążęcych kondotierów, dopiero znacznie później dotarły do „brigantów". Przy­kład szedł z góry, aż wreszcie i „prywatnemu" człowiekowi zechciało się poprawićsobie los tą samą drogą, na jakiej panujący doszedł kiedyś do tronu, a dynastiautrzymywała się przy władzy. Terroru władców i zbirów „państwowych" prostym  potomstwem był terror zbirów niższego szczebla, którzy już nie troszczyli się owładzę. Wreszcie bandytyzm miał się stać na przeszło sto lat plagą i hańba Włoch, a zaczął się od kondotierów na tronach, którzy byli pierwszymi bandytami.
W dalszym rozwoju myśli politycznej włoskiej wyłania się u nich „egoizm na­rodowy". Nie Włosi go jednak wymyślili, chociaż powszechnie uważa się to hasło za włoski pomysł, gdyż Włosi najgłośniej je wywoływali, najgłośniej nim wojowali.Ci, którzy to obmyślili, sprawowali się przy tym po cichu, a za to stosowali zasadąwszechstronnie, a bezlitośnie od dawna, zanim ja opiewał d'Annunzio. Egoizm naro­dowy jest wynalazkiem angielskim. Anglicy go jednak nie popularyzowali przed Eu­ropą; to przypadło Włochom.Nasz Adam Czartoryski biadał jednak już w r. 1823 natym, że miłość Ojczyzny wyradza się w egoizm narodowy.
Z całym zapałem do idei narodowej trzeba sobie powiedzieć, że naród nie może zamienić na cnotę niczego, co mamy za złe społeczeństwu lub państwu. Nie może przeto być wszechwładnym, ani też nie może być zwolnionym od etyki.
Błędnym jest hasło egoizmu narodowego. Nader łatwo przemienić je na zasadę, że dla pewnego narodu dobrem jest wszystko, co szkodliwe dla drugiego, a nawetdla wielu innych narodów. Na tle patriotyzmu obmyślać, co by wyrządzić złegoinnym narodom? Gdyby we wszystkich narodach zakwitnęła ta specjalność, mu­siałoby się to skończyć zniszczeniem powszechnym, ruina naszej cywilizacji łaciń­skiej, a zatem także zanikiem poczucia narodowego. Jeżeli narody będąwzajemnie czyhać na swe istnienie, muszą w końcu przestać istnieć.
Ten sam atoli byłby skutek, gdyby jeden naród zdołał narobić wszystkim in­nym tyle złego, iż osłabione, zdeptane, oddane w niewolę, nie tylko nie mogłybytworzyć własnych państw, lecz ani społecznie się rozwijać, ani pielęgnować swych właściwości narodowych, Gdyby mogło się zdarzyć, iż by jeden naród pobił wszy­stkie inne, ów zwycięski zapadłby ciężko na rozstrój społeczny i obniżyłby swójpoziom umysłowy. Taki naród musiałby się zamienić cały w żołnierzy i w urzęd-ników-gnębicieli. Ani nawet najliczniejszy nie byłby dość licznym, żeby wydaćz siebie w należytej ilości adeptów tych dwóch zawodów, niezbędnych do utrzy­mywania podbojów. Musiałoby zabraknąć, i to po krótkim czasie, głów i rąk dowszelkich zawodów produkcyjnych - a zatem nastąpiłby koniec społeczeństwa.Tym samym zwycięscy tacy przestaliby sami być narodem. Tą drogą doszłoby się również do ruiny cywilizacji łacińskiej. Mogłaby się wytworzyć jakaś nowa kulturacywilizacji turańskiej, obozowej, opartej wyłącznie na sprzęcie wojennym.
„Essai sur diplomatic"; w wydaniu z r. 1864, s. 10.
Z jakiejkolwiek strony traktowalibyśmy „ii sacro egoismo", zawsze w rezulta­cie wyjdzie ruina. Stosunki między narodami nie mogą polegać na egoizmach na­rodowych.
Ponieważ w każdej bajce jest coś prawdy, starajmy się wyłuszczyć ziarno prawdyz bajki samolubstwa narodów. Jest się obowiązanym służyć swemu własnemu naro­dowi i nigdy nie może zachodzić obowiązek, żeby służyć innemu.Naród własny mazawsze i bezwarunkowo pierwszeństwo. Wynika z tego, że nadać się na służbę innegomożna dopiero natenczas, gdy już zaspokojone będą wszystkie możliwe potrzeby wszelkiego rodzaju i we wszystkich kategoriach bytu wśród własnego narodu: sło­wem, gdy wśród własnego narodu zabraknie już sposobności, żeby móc być pożyte­cznym i nie będzie nic do roboty dla patrioty. Kiedyż to może nastać? doprawdydopiero nazajutrz po sądzie ostatecznym! Co wywodziłem w ustępie o granicachpożyteczności w rozdziale II [str. 240], to potwierdza się tutaj, choć z całkiem in­nego punktu obserwacyjnego.
Nikt nie ma obowiązku poświęcać się dla dobra innego narodu. Nie będzie to egoizmem, że się pracuje około dobra własnego narodu. Grzech zaniedbania ist­nieć może tylko względem narodu własnego. W tak brzmiącym prawidle będzie „egoizmu narodowego" w sam raz.
II sacro egoismo jest prawdziwie deprawacją narodu. Gdzie zachodzi fakt tegorodzaju, nastąpiło zarażenie się społeczeństwa od państwa, które zawsze bywałosamolubem. Jakieś przeniesienie natury państwowej na społeczeństwo (naród),pewien rodzaj wywyższenia organizacji państwowej ponad narodową, powodujewidoczne zmechanizowanie się ustroju narodowego. Jest to wykolejenie, a prze­ciwne narodowi tak dalece, iż zawiera w sobie na przyszłość groźbę upadku ideinarodowej. Wszakżeż państwo może bez niej istnieć i trwać w powodzeniu!. Lecz w takim razie nastąpiłoby wycofywanie się z cywilizacji łacińskiej, a zatem ogólnyrozwój wstecz.
Państwo jest z natury swojej samolubne, gdyż jest zrzeszeniem do celów materialnych. Kiedy Polska w XV w. przystępowała do lig antytureckich, nie łączyło się to wprawdzie z widokiem żadnych aneksji, lecz opanowanie osad kupieckichod ujścia Dunaju otwarłoby dla nas Morze Czarne i bylibyśmy narodem bogatym, mogącym państwu dostarczać środków do rozwinięcia potęgi. A kiedy potem JanIII ruszał „ocalić Wiedeń i chrześcijaństwo", nie wiódł pod sobą armii państwapolskiego, lecz wojsko ochotnicze rycerstwa przejętego pewną ideą. Przytoczyłem umyślnie przykłady takie, które mogłyby służyć doskonale za przykłady bardzowysoko rozwiniętego altruizmy międzynarodowego. Tym dobitniej zaznacza się iw tej dziedzinie różnica społeczeństwa a państwa.
Szczególna rzecz, że hasła egoizmu narodowego i totalizmu państwowego sze­rzyły się równocześnie. Na ich dnie tkwią pewne zapatrywania na stosunek etyki a prawa. Obłęd wszechmocy państwowej oparty jest na zastąpieniu moralnościprzez prawo ustawodawcze.Zamiast, żeby prawo oparte było na etyce, zaczyna sięcoraz częściej etykę wywodzić z prawa; to będzie moralnym, co w prawie jest prze­pisane. W mieszance cywilizacyjnej pomieszały się te pojęcia, a w rezultacie cier­pią i moralność i prawo, prawość i prawność. Egoizm narodowy wiedzie łatwo do pewnego nadużycia, mianowicie służyć może za wymówkę przy zaniedbywaniuetyki. A tymczasem mija powaga prawa, o słuszności przestaje się myśleć, a dokrzywd, wyrastających z braku moralności w życiu publicznym, tak się już przyz­wyczajono, iż coraz więcej osób przestaje je nawet odczuwać. Egoizm narodowyudzielił jakby sankcji najwyższej wszystkiemu, co ktoś zechce przedstawić, jakobykorzystne np. dla polskości. Pomysłów może być ilość nieograniczona i gdyby uz­nawano wszędzie „patriotyczną dyspensę", skończyłoby się to na wyrzuceniuw ogóle etyki z życia publicznego - a więc na tym samym, co wydaje z siebie pań­stwo totalne.Tą czy tamtą drogą (więc tym bardziej obiema równocześnie) dochodzisię do bezetyczności tak w państwie jako też w społeczeństwie, a zatem wprowadzasię upadek moralności w narodzie.
Tak przy najlepszych nawet intencjach schodzi się na bezdroża.
 
 

KOMENTARZE

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

ULUBIENI AUTORZY

więcej