Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
442 posty 1480 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Czarne legendy Kościoła katolickiego

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Jak masoneria i inni wrogowie Kościoła Bożego zakłamywali historię i rolę Stolicy Apostolskiej w dziejach powszechnych i poszczególnych narodów

 
 
 
Czarne legendy Kościoła katolickiego.
 
"Niechaj historia nie ośmiela się mówić nic fałszywego ani taić niczego prawdziwego!" Według niego, należy przestać taić mroczne punkty z historii Kościoła, gdyż "nie ma się on czego obawiać w obliczu prawdy".(Leon XIII)
 
Jak to było z inkwizycją?
 
Ciemne lochy, tortury, żądni krwi duchowni - oto w skrócie pojęcia kojarzące się z Trybunatem Świętej Inkwizycji. Co najmniej od Oświecenia (XVIII w.) trwa nieustanna propaganda usiłująca wmówić, głównie katolikom, że Kościół nie ma prawa nikogo pouczać, bowiem również na jego koncie jest krwawa plama inkwizycji, za którą katolicy są odpowiedzialni i za którą powinni ciągle przepraszać. Nie trzeba się zbytnio domyślać, że autorzy tej propagandy są - najoględniej mówiąc - niezbyt życzliwi Kościołowi świętemu.
Każda propaganda jest często naginaniem faktów, a nierzadko zwykłym rozmijaniem się z rzeczywistością. W przypadku propagandowych frazesów o Świętej Inkwizycji mamy do czynienia z wyjątkowo pokaźną ilością przekłamań.
Na początek sięgnijmy do historii. Inkryminatorzy pre-totalitarnych metod stosowanych rzekomo przez Kościół Katolicki (czego dowodem ma być w ich rozumieniu właśnie Inkwizycja) krytykując inkwizycję, powołują się tylko i wyłącznie na przykład Inkwizycji Hiszpańskiej. Tymczasem Inkwizycja Hiszpańska była zupełnie odrębną instytucją od Inkwizycji Rzymskiej. Ta pierwsza była dziełem władzy świeckiej i pozostawała pod jej wyłączną kontrolą; została powołana przez hiszpańskich królów pod koniec XV wieku. Inkwizycja Rzymska powołana zaś została przez papieża Grzegorza IX w 1231 roku i podlegała tylko władzom kościelnym. Trzeba również pamiętać, że oprócz instytucjonalnej odrębności Inkwizycji Hiszpańskiej od Inkwizycji Rzymskiej, działalność tej pierwszej była niejednokrotnie przedmiotem ostrej krytyki Stolicy Apostolskiej. Na przykład Innocenty VIII skasował około 200 wyroków Inkwizycji Hiszpańskiej w ciągu jednego roku; Aleksander VI unieważnił tylko w 1498 roku około 250 wyroków. Podobną postawę zajmowali w XVI wieku papieże: Paweł III, Pius IV, Grzegorz XIII. Doszło nawet do takiej sytuacji, że w 1509 roku rządowy edykt hiszpański, powtórzony w roku 1605, nakładał karę śmierci za publiczne ogłaszanie decyzji Stolicy Apostolskiej unieważniających wyroki Inkwizycji Hiszpańskiej. W 1519 roku papież Leon X wyklął, wbrew woli króla Hiszpanii Karola I (który w Niemczech panował jako cesarz Karol V), zarówno Wielkiego Inkwizytora jak i jego pomocników. O tych faktach zazwyczaj milczą wszyscy oskarżyciele Kościoła (jedyną chyba pracą w języku polskim traktującą rzetelnie o inkwizycji jest przedwojenna książka Józefa Tyszkiewicza: Inkwizycja Hiszpańska, 1929 r.).
Trzeba stale pamiętać o tym, że Stolica Apostolska nigdy nie traktowała postępowania inkwizycyjnego jako naczelnego instrumentu w duszpasterskiej działalności Kościoła. Widzieliśmy w przypadku Inkwizycji Hiszpańskiej, która była potępiana przez kolejnych papieży jako agenda władzy świeckiej naginająca religię do swoich celów. Podobne stanowisko zajmowali następcy św. Piotra i w wiekach wcześniejszych. W czasach rzekomo "ciemnego" średniowiecza, papież Aleksander III odnosząc się do inkwizycyjnego badania heretyków, tak pisał w 1162 roku w liście do arcybiskupa Reims: "Lepiej uniewinnić winnych, niż przez nadmierną surowość targnąć się na życie niewinnych". Z kolei w 1286 roku papież Honoriusz IV unieważnił surowe inkwizycyjne rozporządzenia cesarza Fryderyka II i wszystkich skazanych na ich podstawie ludzi - amnestionował. To właśnie władza świecka była aż nazbyt chętna do postępowania inkwizycyjnego. Pouczającym jest tu przykład Fryderyka II (sam nie należał do gorliwych chrześcijan i ściągnął na siebie klątwę papieską), który jako pierwszy wydał prawa karzące śmiercią heretyków i powołujące inkwizycyjne trybunały. Ustanowienie podległej papieżowi Inkwizycji Rzymskiej miało m. in. zapobiec nadużyciom tej procedury dla celów władzy świeckiej.
Inna grupa przekłamań dotyczy samej procedury sądowej (bo inkwizycja była sądem) postępowania inkwizycyjnego. Najczęściej inkwizycję przedstawia się jako totalitarną policję polityczną, przed którą nie było ucieczki - takie średniowieczne NKWD czy Gestapo. Prawda była jednak zupełnie inna.
Procedura stosowana przez kościelną (czyli Rzymską) inkwizycję w niczym nie przypominała metod stosowanych przez policję polityczną. Procedura ta była powolna, drobiazgowa i opatrzona dodatkowymi zabezpieczeniami na rzecz oskarżonych. Nic w tym nie byto z nagłości, podstępności czy szpiegowania. Każdy, kto tylko czuł się (słusznie czy nie) zagrożonym w czymś przez inkwizycję, miał dość czasu, by się ukryć. Przybyły z Rzymu inkwizytor składał bowiem najpierw wizytę miejscowemu biskupowi, któremu przedstawiał uwierzytelniające go dokumenty. Dopiero potem przystępowano do kompletowania sądu inkwizycyjnego, w skład którego - oprócz inkwizytora i biskupa - wchodził opat lub przełożony miejscowego zakonu oraz notariusz ze swoimi sekretarzami. Powoływano też ławników w różnej liczbie. Zaś przed rozpoczęciem postępowania inkwizycyjnego ogłaszano na danym terenie tzw. czas łaski. Ktokolwiek ujawniłby w tym czasie swoje heretyckie poglądy, podlegałby zwykłej pokucie, jak każdy spowiadający się w konfesjonale.
Kolejnym mitem rozpowszechnianym w odniesieniu do inkwizycji jest rzekoma liczba jej ofiar. Od czasów Oświecenia mówi się o setkach tysięcy czy nawet milionach, którzy zginęli na inkwizycyjnych stosach. Wmawia się, że każdy wyrok trybunału inkwizycyjnego automatycznie oznaczał wyrok śmierci (spalenie na stosie). Tymczasem znakomita większość wyroków wydanych przez inkwizycję (cały czas mowa o inkwizycji kościelnej, bo za nią Kościół odpowiada) dotyczyła nałożenia rozmaitych form pokuty (np. chodzenia w stroju pokutnym, umartwień cielesnych, podejmowania pielgrzymek) lub banicji. Gdy mówiono o straceniu kogoś, często miano na myśli tzw. spalenie "in effigo" czyli nie spalenie człowieka, ale spalenie jego wizerunku. Kary śmierci nigdy nie orzekał trybunał duchowny, pozostawała ona w gestii i była wykonywana przez władzę świecką.
Dzisiaj, nawet niechętni Kościołowi badacze przyznają, że mówienie o setkach tysięcy ofiar inkwizycji kościelnej jest zwykłym mijaniem się z prawdą. Coraz wyraźniej widać, jak celowo wymyślano w tym przypadku mityczne wręcz liczby. Nawet w odniesieniu do państwowej Inkwizycji Hiszpańskiej, historycy o lewicowo-liberalnej orientacji przyznają ostatnio, że drastycznie zawyżano liczbę jej ofiar, a mówienie o ludobójstwie inkwizycji włożyć trzeba między bajki. Przekonuje wydana u nas w ubiegłym roku "Historia Hiszpanii" (zob. M. Tunon de Lara, J, V. Baruque, A. Dominguez Ortiz: Historia Hiszpanii. Kraków 1998, s. 224).
Bez ryzyka popełnienia błędu stwierdzić można, że o wiele więcej ofiar spowodowały polowania na czarownice urządzane w XVII i XVIII wieku w protestanckich Niemczech, kiedy stracono wiele niewinnych kobiet podejrzanych o czary (wbrew potocznym wyobrażeniom, "topienie czarownic" nie miało nic wspólnego z inkwizycją!), czy też prześladowania katolików w Anglii w XVI i XVII wieku.
Jest jeszcze mit o krwiożerczych, żądnych tortur inkwizytorach. Prawda jest taka, że zgodnie z procedurą przypisaną kościelnej inkwizycji, tortur nie można było stosować na żądanie inkwizytora ani w jego obecności. Tortury stosowano tylko w ostateczności i tylko przez władze świeckie, za zgodą miejscowego biskupa. Zeznania tak uzyskane musiały być powtórzone w sądzie co najmniej 24 godziny później. Przysługiwała zresztą apelacja do Rzymu, zaś postępowanie apelacyjne było długotrwałe i nie musiało oznaczać potwierdzenia wyroku. Ponadto oskarżony miał prawo zaskarżyć bezstronność inkwizytora lub któregoś z sędziów, co pociągało za sobą kolejne odwleczenie procedury (powołanie zastępców).
Dobór duchownych na urząd inkwizytora prowadzono bardzo starannie. Musieli to być ludzie o wysokich kwalifikacjach moralnych i intelektualnych. Niektórzy z nich, tak jak np. zmarły w 1252 roku Piotr z Werony, są dzisiaj świętymi naszego Kościoła. To prawda, że w inkwizycji, jak w każdej złożonej z ludzi instytucji, trafiali się sprzeniewiercy (np. Konrad z Marburga czy Torquemada z Inkwizycji Hiszpańskiej), ale byty to wyjątki, reguła była bowiem zupełnie inna. Również w najnowszych badaniach przyznaje się, że inkwizytorzy reprezentowali sobą nie krwiożerczych oprawców, ale przede wszystkim duszpasterzy troszczących się o Kościół i wiernych. Zacytujmy fragment wydanej u nas w latach 80-tych książki francuskiego dominikanina, który pisał o inkwizycyjnej działalności: "Przypomnijmy jednak, że zasadniczym motywem tej, tak szokującej nas dziś działalności, była intencja duszpasterska. Inkwizycja nie była przede wszystkim "policją wiary", jak ją się czasem nazywa. Jej zasadniczym celem nie była ochrona kościelnego credo lub uniemożliwienie heretykom godzenia w ortodoksyjne przekonania chrześcijan, a w konsekwencji w ich zbawienie, ale chodziło o to, by przekonać heretyka o niezgodności jego wierzeń z wiarą chrześcijańską i go nawrócić, choćby się to miało dokonać przez zbawienną obawę kary, która - jak to sobie wyobrażano - miała skłonić do opamiętania. Z drugiej strony, w działalności inkwizytorów nadal dużą rolę odgrywało kaznodziejstwo. W interesującym nas okresie "kaznodziejstwo generalne" było swego rodzaju misją pojednania, a najróżniejsze zabiegi "czasu łaski", które podejmowano w pierwszym etapie procedury inkwizycyjnej, posiadały niezaprzeczalną wartość duszpasterką. Miały one ostrzec wahających się, oczyścić wiarę nieświadomych błędów, wzmocnić ją u wiernych i wzbudzić niepokój sumienia nieprzychylnych Kościołowi. We wzmiankach o niejednym inkwizytorze podkreśla się, że był on wielkim kaznodzieją (miri in praedicatione favoris... et consolate fidelium). Tych zalet wymagano od niego nieprzypadkowo" (zob. M. H. Vicaire OP: Dominik i jego Bracia Kaznodzieje. Wyd. "W Drodze". Poznań 1985, s. 94,).
Wbrew rozpowszechnianej od wieków mitologii dotyczącej inkwizycji, fakty historyczne są jednoznaczne. Inkwizycja nie jest krwawą plamą w historii Kościoła. Trzeba się wstydzić nie tyle inkwizycji (kościelnej), co raczej sytuacji, która wymusiła konieczność jej powstania. Gdy brakowało świętych i świętości, zawsze do głosu dochodzili heretycy i rozmaici wynalazcy zwodniczych idei.
W średniowieczu sytuacja była podwójnie niebezpieczna. Nie dotykała ona tylko duszy indywidualnego człowieka i Kościoła jako społeczności wiernych, ale zagrażała istnieniu społeczeństwa, jako takiego; było to przecież w czasach, gdy życie państwowe i społeczne w istocie wspierało się na wskazaniach religii i moralności nauczanej przez Kościół. Szczególnie w połowie XII wieku sytuacja była krytyczna. Głównie w południowej Francji (ale także w Italii) zaczęła się szerzyć, przybyła z Azji, herezja katarów (albigensów). Przechodzenie do tej sekty było nie tylko sprawą indywidualnego sumienia. Skoro bowiem manichejscy katarowie głosili, że stworzenie materialne nie jest dziełem Boga ale szatana, to oznaczało, że należy wyniszczać ludzkie ciało. Wyniszczanie to odbywać się mogło tylko przez masowe samobójstwa albo przez wyczerpanie ciała w orgiastycznych rozpustach. Zakazana jest więc rodzina (w niej dokonuje się przedłużanie szatańskiego tworzenia materii poprzez narodziny dziecka) i społeczeństwo jako takie, bo utrwala porządek materialnych rzeczy stworzonych. Katarowie zakazują składania przysiąg. W sytuacji, kiedy charakterystyczny dla średniowiecza ustrój feudalny opierał się na instytucji przysięgi (przysięga lenna), był to kolejny cios w społeczeństwo i popychanie do niszczącej wszystko anarchii. Herezja oznaczała społeczną rewolucję.
Na początku XIII wieku doszło do sytuacji, że niemal całe południe Francji (Langwedocja) zostało stopniowo opanowane przez herezję kataryzmu. Papież Innocenty III zmuszony został nawet do ogłoszenia antykatarskiej krucjaty, a jeden z następnych papieży (Grzegorz IX) powołał Trybunał Świętej Inkwizycji. Powtórzmy: nie chodziło tylko (choć przede wszystkim) o kwestie duszpasterskie, ale również o zachowanie ładu społecznego. Stąd też wypływało współdziałanie władzy świeckiej w postępowaniu inkwizycyjnym.
Gdyby dziś w Polsce (lub w jednej z jej części) rosła we wpływy np. sekta Hare Kriszna czy sataniści, czy zdecydowana reakcja władzy świeckiej i Kościoła przeciw takiemu zjawisku spotkałaby się z krytyką? Czy ktoś krytykuje dzisiaj państwo niemieckie, będące jak najbardziej w Europie, że zakazuje pracy w administracji członkom sekty scjentologów, która zmierza do faktycznego podminowania społeczeństwa?
Trzeba nawracać przykładem (najlepiej własnym) i słowem; nie należy apoteozować przemocy. Niekiedy trzeba jednak sięgnąć do surowych środków, by ocalić wielu i wiele. To nakazuje cnota roztropności. Często mówi się (zazwyczaj zmyślając) o ofiarach inkwizycji kościelnej. Mniej, o wiele mniej osób zadaje sobie pytanie: ile osób uratowała inkwizycja? Uratowała poprzez nawrócenie, ale i przez odstraszający przykład. Historia uczy, że grzech zaniechania często mścił się później bardzo okrutnie.
Trzeba było dziesiątków milionów ofiar systemu sowieckiego, żeby dowiedzieć się, ile kosztowało zaniechanie przez premiera Kiereńskiego (drugi premier Rosji po obaleniu caratu) postawienia przed sąd Lenina i jego towarzyszy. Kiereński, choć mógł, nie uczynił tego. Zapłaciła za to Rosja i miliony szarych ludzi. A ileż cierpień zaoszczędzonoby podjęciem w 1935 roku wojny prewencyjnej przeciw Hitlerowi (rozważanej przez Piłsudskiego)? Nie jest to efekciarskie dywagowanie historii czy zwykłe gdybanie. To jest przede wszystkim roztropność i nieuciekanie od odpowiedzialności za innych. W średniowieczu pasterze Kościoła nie uciekali od tej odpowiedzialności. Byli świadomi ciążącego na ich barkach obowiązku umacniania braci w wierze i strzeżenia ich największego skarbu - nieśmiertelnych dusz - przed błędami herezji (błędami mającymi także swoje społeczne konsekwencje). Pamiętali, co pisał święty Piotr, Książę Apostołów i pierwszy papież, przestrzegający swych braci w wierze przed heretykami: "Ci zaś, jak nierozumne zwierzęta, przeznaczone z natury na schwytanie i zagładę, wypowiadając bluźnierstwa na to, czego nie znają, podlegną właśnie takiej zagładzie jako one, otrzymując karę jako zapłatę za niesprawiedliwość" (2 P 2, 12-13). Czyż nie jest czasem tak, że na dnie całej krytyki Świętej Inkwizycji jest fundamentalny sprzeciw wobec uprawnień Kościoła do strzeżenia depozytu wiary; chęć odebrania Kościołowi władzy nauczycielskiej (nadanej mu przez Chrystusa Pana) i zanegowania płynącego z niej obowiązku troski o uczniów? Czyż Świętą Inkwizycję nie potępiają rozmaici nie święci, samozwańczy inkwizytorzy politycznej poprawności, postmodernizmu i "salonów" różnych obediencji? 
Grzegorz Kucharczyk
 
Inkwizycja Hiszpańska – hr. Józef Tyszkiewicz
 
Prawdziwa historia musi być widziana z pewnej perspektywy dziejowej, byśmy mogli objąć całokształt faktów; musi być w niej zachowany ten naturalny koloryt danej epoki, muszą też być rozważone wszelkie porywy namiętności, troski lub radości narodów, ideały kierujące ich duchowością i wreszcie ścierające się wówczas zdania i zasady (…) Historyk zapomnieć musi o swych osobistych sympatiach lub antypatiach – bo inaczej nigdy nie wzniesie się na poziom historii, a najwspanialsze jego prace pozostaną tylko zamaskowanymi pamfletami.(…) A cóż dopiero dzieje się z prawdą gdy historia jest tendencyjnie zafałszowana, a podręczniki jej tak umyślnie układane, by rzucać na dane stosunki lub nawet całe okresy historyczne, pewne specyficzne światła lub cienie (…).
Dobrze wiedzieli co czynią, ci wszyscy zagorzali demokraci, gdy walczyli o wyrwanie kierunku nauczania z rąk Kościoła. Wiedzieli oni (i wiedzą dobrze), iż odsuwali w ten sposób jedynego stróża prawdy od wpływu na młode pokolenia i że odsunąwszy Kościół, mogli już całkiem swobodnie przeinaczać i fałszować historię.(…) Ale wśród setek przekręconych faktów historycznych, wśród całych bibliotek różnorodnych fałszów, są niektóre specjalnie ulubione tematy (…). Jednym z takich znakomitych tematów dla bezkrytycznych harców historycznych, zwróconych przeciwko Kościołowi, są zazwyczaj Wieki średnie, a przede wszystkim inkwizycja hiszpańska.
A iluż to wierzących katolików, spuszcza smutnie głowę i bije się w piersi, słysząc gromy padające na Kościół, za to “ciemne średniowiecze”, za te “Stosy inkwizytorskie”… świat wierzy, iż to są rzeczywiste gromy, padające z ognia wzburzonych serc, gdy faktycznie to tylko tak w “Pięknej Helenie” Offenbacha: brzmi wielki gong blaszany, kuty z fałszu i obłudy, w którym za kulisami uderza Kalchas masonerii.(…)
Dzisiaj do umyślnych błędów historii, przybyły silnie na umysłowość działające, celowe fałsze: powieści, teatru i kina, byle więcej niezdrowej sensacji, byle bardziej w oczach ogółu zohydzić Kościół katolicki.(…)
Pragnąc jasno i dokładnie przedstawić sprawę Inkwizycji… należałoby rozpocząć od zagadnień metafizycznych; od wyjaśnienia rzeczywistej wartości duszy ludzkiej i rozważenia ceny jej zbawienia, od dokładnego uzmysłowienia całej tej grozy niepojętej, jaką w sobie zawiera zwichnięcie duchowości człowieka – czyli po prostu wszelkie naruszenie jedynej prawdy zawartej w doktrynie katolickiej, a więc wszelka herezja (…)
Przede wszystkim więc epokę owych Wieków średnich zupełnie nam mylnie przedstawiono. Te czasy, które dziś jeszcze u olbrzymiej większości ludzi uważane są za okres zastoju nieładu i ciemnoty – to całkiem odwrotnie, przepyszna epoka ludzkości w swej wysokości ideałów, swej harmonii społecznej i w swoim zjednoczeniu. Jest to epoka w której cała cywilizowana ludzkość nosiła zaszczytne miano Chrześcijaństwa, gdy wszelka władza i czyn wszelki, tak zbiorowy, jak i jednostki, stosowała się do spraw etyki i moralności; to epoka w której ludzie szli przez życie w ramach Dekalogu, ku jedynemu celowi każdego człowieka, ku doskonałości i Bogu.(…)
I oto właśnie w tej epoce, Chrześcijaństwo całe poruszone zostaje przez tłumy dziwnych włóczęgów nadciągających ze Wschodu. Są to wygnańcy, walczącego z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi Cesarstwa Bizantyjskiego. Prosty lud nazywa ich Bulgrami lub częściej nawet Bugrami, przez zniekształcenie nazwy Bulgar, skąd mienią się pochodzić. Oni sami jednak nazywają się Katharami, od greckiego “katharos” (czysty), głoszą zaś jakąś nowa religię, propagując odmienny ustrój społeczny. Historia określa ich nazwą albigensów, od najbardziej głośnej i licznej ich grupy.
Owa nowa religia, to rodzaj manicheizmu i jest bliźniaczo podobna do dzisiejszej teozofii; ów nowy ustrój, to znowu rodzony brat dzisiejszego komunizmu. Analogia jest tak wielka, iż śmiało mówić można o tożsamości i dzisiejsi teozofowie świadomie wprowadzają naiwnych w błąd, twierdząc, iż Kościół nigdy ich nie potępił. Siedem wieków temu wszystkie dosłowne tezy teozoficzne zostały ex cathedra potępione pod nazwa herezji albigensów. Różnica polegała li tylko na tym, że prócz zamachu na religię Katharowie jednocześnie podkopywali podstawy ładu społecznego przez szerzenie humanizmu. Tam religia i ustrój społeczny stanowiły całość i tym groźniej, jak ogniska trądu, zarażać poczęły ludność miejscową.
Ale ówczesne społeczeństwo młode jeszcze było, silne i zdrowe, nie zarażone dziedzicznie przez liberalizm, nie obciążone protestantyzmem, więc odruch samoobrony był tak potężny i powszechny. Ohydne zepsucie szerzone przez albigensów pod płaszczykiem faryzeizmu oraz straszne ich okrucieństwo i bezwzględność, dzika nienawiść do Kościoła, wywołały gwałtowne i równie radykalne odruchy i represje zdrowej ludności. Wszędzie, gdzie się osiedlali wybuchały krwawe zamieszki, wzajemne rzezie, więc aby przywrócić spokój, aby ukarać winnych, a uchronić niewinnych – rządy państw europejskich zmuszone zostały do mianowania specjalnych trybunałów, do organizowania zbrojnych ekspedycji karnych.
Ponieważ jednakże ze sprawą publiczną związana też była sprawa religijna, bo z jednej strony jawnie panoszyła się herezja, a z drugiej nie trzeba zapominać, iż w tych czasach religia była ostoją ustroju socjalnego, więc aby wyjaśnić doktrynę katolicką, by pouczyć i nawracać zbłąkanych, by wreszcie odróżnić kozły od owiec, albigensów od chrześcijan – Kościół również zmuszony został do wyłonienia specjalnej komisji. Ta ostatnia składała się z doskonałych teologów i apologetów i nosiła nazwę trybunału badawczego, czyli inkwizycyjnego. Taki był początek instytucji zwanej powszechnie “Trybunałem świętej Inkwizycji”(…).
Nie wolno więc trybunałów inkwizycji identyfikować z sądami świeckimi, bo w myśl papieży, Inkwizycja przy całym swym surowym aparacie sprawiedliwości miała przede wszystkim działać w duchu miłosierdzia trybunałów pokuty. Inkwizytorowie, ścigając i potępiając herezje, mieli jako jedyne, główne zadanie – ratowanie dusz; byli oni sędziami, ale jednocześnie i w wyższym stopniu spowiednikami. Odwrotnie niż sędziowie świeccy, nie zajmowali się tym co oskarżony czyni, lecz sięgali do jego serca i myśli, starali się sprostować błąd i ratować sumienia (…) Tu się właśnie dotyka pojęcia metafizycznego, o wartości duszy ludzkiej, o jej szczęśliwości wiekuistej i zrozumieć to może tylko człowiek głębszy, zwrócony myślą ku Bogu.
Stanowisko takiego sędziego, względem własnego sumienia oraz obowiązku wykorzenienia herezji, było niezmiernie delikatne i trudne, musiano wiec inkwizytorom nadawać dużą władzę dyskrecjonalna, by pozostawić spowiednikowi jak najszersze pole działania. Dobór ludzi na te odpowiedzialne stanowiska robiony musiał być z ogromną znajomością rzeczy. Stolica święta wybierała wypróbowane jednostki i powierzała czynności inkwizytorskie początkowo słynnym z wiedzy i świątobliwości Cystersom, a z czasem najbardziej lubianym przez szerokie koła ludności, zakonom Dominikanów i Franciszkanów.
śluby ubóstwa i posłuszeństwa, ściśle w tych zakonach przestrzegane, dawały już same przez się poważne podstawy pewności, iż nie ulegną oni ani ambicjom osobistym, ani chęci zysków lub wpływowi władz świeckich. Wybierano przy tym uważnie tylko najlepszych zakonników, obawiając się młodzieńczych porywów, braku doświadczenia życiowego, minimalną granicę wieku określono na lat czterdzieści. Wśród setek tych ludzi, w ciągu kilku wieków istnienia trybunałów Inkwizycji, zaledwie kilku zawiodło pokładane w nich nadzieje. Historia Kościoła nie kryje ich nazwisk; byli to: Konrad z Marburga, Robert “le bourge” – ukryty albigens, Deza, Torquemada i Valdes. Wszyscy inni przedstawiają sobą wspaniałe postacie niezależnych, prawych sędziów, pełni godności wobec możnych, niewzruszeni pośród gróźb, zamachów i nacisku rządów, spełniali nieugięcie swą ciężką powinność.
O tych wszystkich inkwizytorach, którzy na stanowisku padli ofiarą swego obowiązku, jakoś cicho w historii wykładanej po szkołach i uniwersytetach, a przecież ich liczba nie jest mała i kilku już zostało przez Kościół kanonizowanych, że przypomnę tu choćby św. Piotra z Werony, męczennika w roku 1252.(…)
Tutaj zaraz spotykamy się z dziwnym na pierwszy rzut oka faktem; oto gdy dzisiejsi mędrkowie napadają na instytucję Inkwizycji, to jakby zmówieni czy też dziwnym zbiegiem okoliczności powodowani, zawsze mierzą w Inkwizycję hiszpańską. O bardzo ożywionej działalności trybunałów we Francji i Włoszech mówi się i pisze bardzo mało, chociaż działalność ta była wybitnie czynna w przeciągu przeszło stulecia. Cóż to za powód tego “dziwnego trafu” ?
Zawsze ściśnięci przez rządy, ścigani przez sądy i rozdrażnioną ludność – owi komuniści i teozofowie Wieków średnich, zostali wreszcie zgnieceni. Większość zbałamuconej przez nich ludności powróciła na łono Kościoła, z przywódców i cudzoziemców zbiegło wielu poza granice świata chrześcijańskiego, upartych stracono, a niedobitki skryły się w podziemiach (…)
Lecz przejdźmy do zbadania samej instytucji Inkwizycji, do zaznajomienia się z procedurą i z wyglądem tego sądu. Przede wszystkim więc jak się taki trybunał formował, jaki był jego osobisty skład ?
Wysłany z rozkazu Rzymu inkwizytor, przybywa do danego kraju czy też prowincji i jako delegat najwyższej władzy kościelnej, przedstawia przede wszystkim swe listy uwierzytelniające miejscowemu panującemu biskupowi, aby od nich otrzymać wszelka pomoc władz świeckich i duchownych. Dopiero gdy te formalności zostały załatwione, przystępuje do tworzenia trybunału. Zaprasza wiec do pomocy dwóch sędziów asesorów, z których jednym jest zawsze i z samego prawa, miejscowy biskup, drugim zaś zazwyczaj prowincjał, opat lub przełożony miejscowego najpoważniejszego klasztoru. Następnie powołany był przysięgły notariusz ze swoimi sekretarzami, pomocnikami i pisarzami, który jako sekretarz sądu, musiał w aktach sprawy zamieszczać dosłownie, in extenso, wszelkie zeznania świadków oraz stron oraz protokoły posiedzeń. Większość tych akt do dziś istnieje i tam właśnie widać tę wybitną bezstronność i łagodność trybunałów.
Dalej wybierano ławników, w liczbie sześciu, ośmiu lub dwunastu, zawsze spośród najbardziej znanych z uczciwości i prawości miejscowych obywateli, owi viri probi – mężowie prawi, mieli za obowiązek podawać swe zdanie o moralności i prawdomówności wszystkich świadków oraz – fakt pierwszorzędnej wagi – kontrolować z prawem veta wszelkie zeznania, akty podania i protokoły. Poza tym należeli do sądu prawnicy, rzeczoznawcy, świeccy i duchowni, nieraz bardzo liczni, bo do pięćdziesięciu osób dochodzący.(…)
Trybunał Inkwizycyjny nigdy nie rozpoczynał swoich sędziowskich czynności zaraz po ukonstytuowaniu się, lecz proklamował tzw. czas łaski. Każdy heretyk zgłaszający się bez wezwania do trybunału i odwołujący tam swoje błędy, nie ponosił żadnej odpowiedzialności, poza zwykłą pokuta konfesjonału i nie mógł być ścigany przez władze świeckie. Trzeba też mieć na uwadze fakt, iż uparci heretyccy sekciarze, podczas trwania czasu łaski mieli wszelką możność ucieczki, mogli też skryć się na miejscu u bardzo nieraz możnych protektorów, co nawisem mówiąc nie omieszkał zrobić Luter, co też zrobiło wielu Katharów. Dopiero gdy minął czas łaski, gdy perswazja i dysputy nie dały odpowiedniego rezultatu – zaczynała działać sprawiedliwość.
Poza składem urzędowym, musiał trybunał mieć też i swoją własną policję śledczą, która składała się już z niższych urzędników (…) tych co właśnie tzw. “pachołków Inkwizycji” bała się ludność wielce, bo często byli grubiańscy i gwałtowni, wymagający i chciwi zysku.(…) Nie należy jednak zapominać, że byli to podwładni najemnicy, że skarga odpowiednio na nich zaniesiona do Inkwizytora lub nawet ławników, zawsze była rozpatrywana skrupulatnie (…) przede wszystkim szukano głosu opinii publicznej (…).
Jedyną tajemnicą dla oskarżonego i jego obrońców, były nazwiska świadków, a wynikało to z konieczności swobody świadczenia, gdyż niejednokrotnie oskarżonymi byli ludzie niezmiernie wpływowi i bardzo wysoko w hierarchii społecznej stojący, a zemsta ich była straszna.(…)
Robiono jednak wszystko co można, by zrównoważyć szansę oskarżonego (…). Oskarżony, raz wezwany do sądu, musiał się stawić i w przeciwnym razie podlegał aresztowaniu i sprowadzeniu siłą, lecz Inkwizycja sprzeciwiała się stanowczo , tak często stosowanemu w naszym liberalnym i cywilizowanym XX wieku, więzieniu prewencyjnemu.(…) Nawet podczas samego procesu oskarżony mógł w składzie sądu zakwestionować bezstronność sędziów lub nawet Inkwizytora, a wówczas składali oni natychmiast swe urzędy w ręce zastępców. Wreszcie po wyroku, przysługiwało zawsze prawo apelacji do Rzymu i prawo to tak szeroko było używane, że nieraz na lata całe unieruchamiało czynności Inkwizycji miejscowej (…).
Stwierdzić też należy od razu, iż tortury, powszechnie używane w ówczesnej procedurze świeckiej, zakazane były w sprawach kanoniczych i nigdy w nich nie figurowały.
Nie chcę przez to twierdzić, iż nie były one nigdy stosowane przez Inkwizycje. Bowiem skutkiem specjalnie groźnych wypadków i jako wyjątkowe ustępstwo wobec władz świeckich, zaczęto przy procesach inkwizycyjnych w niezmiernie rzadkich okolicznościach, stosować torturę w roku 1252, ale pod następującymi warunkami: Primo : nigdy na żądanie Inkwizytora i nigdy w jego obecności. Wszelkie powieści, obrazy, sztuki teatralne i filmy kinowe, przedstawiające torturowanych w obecności inkwizytorów są tylko wierutnym kłamstwem, umyślnym i podstępnym fałszem historii. Jest to niezbity dowód oszczerczej zajadłości wrogów Kościoła, starających się w ten sposób wpływać na uczuciowość młodzieży i nieświadomych mas.
Secundo : torturę wolno było zastosować tylko w ostateczności, za zgodą miejscowego biskupa i jedynie przez władze świeckie.
Tertio : stosować ją tak, aby nie pociągała za sobą utraty zdrowia lub jakiegokolwiek kalectwa. Zaś każde zeznanie wydobyte za pomocą bólu nie było ważne o ile je oskarżony nie powtórzył dobrowolnie przed sądem, co najmniej 24 godziny później.
Teraz musimy sobie uprzytomnić, że w tych czasach (…) tortury stanowiły normalny, powszechnie w całym świecie używany środek, przy otrzymywaniu zeznań we wszystkich sądach świeckich i że zadawali je nie jacyś sadyści i maniacy, a właśnie przedstawiciele prawa i rozsądku. Zresztą cztery wieki później działo się to zupełnie na bieżąco w Polsce, a gdy czytamy “Trylogię” Sienkiewicza, to genialnie realistyczne opisy wszelkich “dobywań języka” (…) znów tak bardzo nas nie oburzają. Tu rozumiemy, że były to “inne czasy” – zechciejmy to zastosować i do bardzo rozważnych sądów Inkwizytorów. (…)
Wyżej wspomniałem, że tortury stosowane były przez Inkwizytorów jako rzadki wyjątek, a ponieważ nie chcę, by twierdzenie to stawało się gołosłowne, więc podaje rzeczowy dowód: w całej południowej Francji, gdzie przecież w ciągu dwóch wieków trwała walka z ohydną sektą albigensów, znane są tylko trzy przypadki zastosowania przez Inkwizycje tortury. Nie ma wątpliwości, że gdyby ich było więcej, nie omieszkaliby tego podać historycy obozu liberalnego.(…)
Jako znacznie częstszy sposób na opornych, stosowano odosobnienie, czyli tzw. wiezienie celularne, ale to znów nie było tak okrutne ani bezwzględne jakim jest dzisiaj, w XX wieku. Po zamknięciu opornego kacerza w odosobnionym wiezieniu, które nawiasem mówiąc – było raczej domem rekolekcyjnym lub celą klasztorną, a nie ponurym, wilgotnym lochem czy kazamatą (…) pozostawiano mu długi czas do namysłu i rozwagi. Przez cały czas dostarczano mu odpowiednie książki, odwiedzali go księża, znani kaznodzieje, doświadczeni ludzie świeccy, wpływowi katolicy spośród gorliwych znajomych, często w celu dyskusji główny inkwizytor lub nawet sam biskup.
Dyskusjami, tłumaczeniem prawd wiary, wykrywaniem błędów herezji starano się go nawrócić i dopiero gdy nic już nie pomagało – wydawany był wyrok.
Inkwizytor nigdy nie wyrokował sam, zawsze był tylko prezesem sądu i głos jego rozstrzygał w razie równości. Sam zaś przed podpisaniem wyroku, zasięgał zdania rady prawników, rzeczoznawców i biskupa. (…)
Kary były też bardzo zróżnicowane. I tak w kategorii zadośćuczynienia zaczynały się od ofiarowania jednej świecy dla ołtarza, a kończyły się na bardzo kosztownym i uciążliwym udziale w krucjacie; zaś w kategorii karnej, zaczynały się od drobnej kary pieniężnej ( zazwyczaj na utrzymanie wyżej wspomnianych więzień), dalej szła chłosta, pręgierz, piętnowanie, więzienie karne (świeckie), konfiskata dóbr na rzecz rządu (zależna od władzy świeckiej, nadużycia zdarzały się często, dużą rolę grały intrygi władców i ministrów). Dalej szła banicja (dość często stosowana w Polsce) i wreszcie przekazanie winowajcy w ręce władzy świeckiej, pociągające za sobą niemal bez wyjątku karę śmierci… W Hiszpanii każdy tego rodzaju skazaniec musiał być jeszcze raz sądzony przez najwyższy trybunał państwowy.
Tylko faktycznie zatwardziali renegaci i heretycy, kierownicy innych, podpadali pod tę ostateczność, ale nawet już po wyroku, dawano im jeszcze dużo czasu do namysłu i odwołania błędu.(…)
Ceremonię rozpoczynały nabożeństwa, następnie wygłaszane były raz jeszcze kazania misyjne, po których następował publiczny akt wyznania błędów przez nawróconych harazjachów i pojednanie z Kościołem. Na tych wszystkich obrzędach musieli być skazańcy i jeszcze raz wzywano ich do uznania błędów, a dopiero po odmowie czytano na placu akta spraw i wyroki. Wtedy następował akt ekskomuniki tych wszystkich, których miano przekazać sądom świeckim. Władze świeckie przejąwszy publicznie skazańców, sądziły ich po raz wtóry; tu do sprawy dochodziły wszystkie momenty polityczne i społeczne, a egzekucja następowała nie wcześniej, jak dnia następnego (…). Z przekazaniem skazańca władzy świeckiej nigdy się nie spieszono, zwłaszcza w Hiszpanii odbywało się to dwa do trzech razy w roku (…).
Cała pierwsza część ceremonii, część ściśle religijna, nazywała się w Hiszpanii aktem wiary po hiszpańsku auto da fe . Jest to więc niezbitym dowodem grubego nieuctwa lub co gorzej, wyraźnej złej woli dzisiejszych historyków, łączenie obu wyroków razem i nazywanie stosów na których palono skazańców, czyli świecką egzekucję auto da fe (…) bo podczas auto da fe nigdy nikogo nie zabito ani nie spalono.(…)
Tortury stosowano wszędzie, szczególnie w Niemczech, zaś w Anglii za czasów Henryka VIII, a więc w czasie oderwania się tej krainy od Kościoła, w epoce preliberalizmu stosowano torturę nie tylko do obwinionych, ale i do świadków.
Jak już powyżej zaznaczyłem, wszystkie główne ataki przeciwko Inkwizycji, wszelkie oszczerstwa i kalumnie, rzucane są zawsze na hiszpańską Inkwizycję. Przyjrzyjmy się pokrótce Hiszpanii:
Zdobycie Grenady w 1492 roku położyło kres panowaniu kalifów na Półwyspie Pirenejskim, ale para wielkich monarchów, jakimi niezaprzeczalnie byli Ferdynand i Izabella, oczekiwała na to zwycięstwo, by rozpocząć dzieło unifikacji i uspokojenia społecznego w kraju. Trzy narody, trzy odmienne światopoglądy, spotkały się tam oko w oko, a dzieliły je różnice rasy, religii i wspomnienia, a raczej niechęci przeszłości. Tuziemiec Hiszpan, gorliwy patriota i katolik, Maur – mahometanin, do niedawna władca, dziś zwyciężony, którego interesy lub węzły rodzinne przywiązały do kraju i Żyd, oporny do wszelkiej asymilacji (…).
Ponieważ w Wiekach średnich religia była ostoją i szkieletem budowy społecznej, więc tez Ferdynand i Izabella starali się, usunąwszy siłą całkiem oporne elementy, stopić pozostałą masę ludności w chrystianizmie i tym sposobem powoli i bez wstrząsów przywrócić jedność moralną i polityczną kraju. (…) Działali bardzo ostrożnie, bez jakichkolwiek gwałtów, rozpoczynając od ułatwienia emigracji dla opornych, przy zupełnej swobodzie kultu a nawet zwolnienia z podatków na przeciąg lat trzech, wszystkich mieszkańców królestwa Grenady. Z drugiej strony wprowadzili ochronę dla wszystkich neofitów, a wzbronione zostało wydziedziczanie przyjmujących katolicyzm dzieci, wyznaczano fundusze posagowe dla nawróconych dziewcząt, uwalniano niewolników neofitów. Wszędzie budowano kościoły, zakładano specjalne wschodnie kolegia dla kształcenia mówców i kaznodziejów języków i narzeczy arabskich, aby łatwiej mogli nieść wśród ludu Słowo Boże i przeprowadzać publiczne dysputy z obrońcami Koranu i Talmudu. Metoda ta okazała się bardzo dobra, pociągnęła liczne rzesze młodzieży, rokowała ogólną unifikację już w najbliższych pokoleniach, ale może właśnie dlatego, iż tak szybkie robiła postępy, załamała się nagle. Przestraszeni bowiem liczbą prawdziwych nawróceń muzułmanie porozumieli się z żydami (…), wybuchł szereg buntów, ostro uśmierzonych w latach 1499 – 1501, po czym przyszła normalna reakcja; rząd dał do wyboru; bądź opcję za krajem i przyjęcie chrześcijaństwa, bądź wygnanie. Ten krok rządu okazał się fatalny – bo jak wszelki gwałt, pociągnął za sobą nowe spiski, bunty i represje, a z drugiej strony stworzył nagle ogromne rzesze wychrztów, bynajmniej nie nawróconych, wśród których wszelkie herezje o wyraźnym podkładzie gnozy i judaizmu poczęły się szybko rozwijać.
I oto nagle koniecznością państwową stała się Inkwizycja.
Już od dawna, Żydzi osiedleni w pierwszym wieku naszej ery w Hiszpanii stanęli po stronie nadciągającego wroga i wspomogli podbój kraju (…), przez to samo zyskali pod rządami Kalifów mnóstwo urzędów i praw. Kiedy jednak po paru wiekach karta historii odwróciła się, gdy znowu Hiszpanie wracać poczęli do swoich siedzib , zdobywali wciąż nowe miasta i prowincje, a Maurów wypierali z powrotem do Afryki. Żydzi bynajmniej nie uciekli, lecz wspomagać zaczęli królów hiszpańskich przeciwko Kalifom. Znowu więc nie tylko że nic ze swych praw nie utracili, ale jeszcze zyskali cały szereg nowych przywilejów.
W kraju wyczerpanym wiekowymi walkami, doszło wreszcie do tego, że w krótkim czasie Żydzi zawładnęli wszystkimi źródłami dochodów państwa, opanowali wszystkie wybitne stanowiska rządowe i to począwszy, jak zazwyczaj, od dostawców armii, bankierów, kupców, lekarzy i prawników, a kończąc na ministrach, radzie koronnej i nawet … mitrach biskupich.
Ci wszyscy wychrzci, a lud zwał ich maranos czyli przeklęci wspierali tamtych, tłum wielki jawnych Żydów i Hiszpania zamieniała się faktycznie w Judeo – Hiszpanię. Wszelkie kapitały i cały handel przeszły w ręce żydowskie, tworząc jednocześnie państwo w państwie, gdyż posiedli całkowitą autonomię – swoje szkoły, prawa sędziów, kanały, wreszcie szereg specjalnych przywilejów, które wciąż nabywali od zrujnowanych wojną książąt, miast i rządów (…).
W roku 1473 nastąpił nieudany zresztą zamach żydowski, podczas którego omalże nie został wydany w ręce Maurów klucz do Hiszpanii – Gibraltar. I dopiero wtedy zrozumiano w najbliższym otoczeniu króla, że należy działać energicznie i konsekwentnie, jeśli chce się uratować kraj od zguby.
Przede wszystkim więc ustanowiono Inkwizycję, powołaną do sądzenia tych wszystkich ukrytych Żydów i Maurów, którzy dla celów politycznych czy finansowych udawali chrześcijan. Inkwizycja hiszpańska nigdy nie sądziła jawnych żydów lub muzułmanów, a starała się dosięgnąć tylko tzw. maranos.
Pomimo faktycznej grozy wypadków, przed przystąpieniem do sądów dano wszystkim czas łaski, a więc całe dwa lata cierpliwie poświęcono na uspokajanie umysłów, na misje i dysputy, wreszcie na dobrowolne powolne likwidowanie interesów oraz swobodną emigrację elementów opornych. W roku 1485 wykryto olbrzymie sprzysiężenie antypaństwowe, zaraz potem nastąpiło zamordowanie legata papieskiego w Saragossie i w tymże roku mord w Le Guardia, który przypominał inne podobne z lat 1452 – 54 i z 1465; w całym kraju ujawnione zostały zdrady i zamachy i te wypadki przyspieszyły wydanie Edyktu Grenady (…) dając wszystkim opornym do wyboru, bądź szczere i wyraźne przyjęcie chrześcijaństwa, bądź banicję. Pozostawiono jeszcze sześć dodatkowych miesięcy na likwidację majątków, po czym nastąpiła deportacja, wygnanie mas żydowskich, uwolnienie kraju od wroga wewnętrznego.(…)
Jak by nie było, wypędzenie kilku dziesiątków tysięcy ludzi, nie należy do środków łagodnych, lecz rząd nie miał innego wyjścia i chronił ich od nieuniknionej rzezi.(…)
Rząd hiszpański, dla którego Trybunał Inkwizycji okazał się państwową koniecznością, nie łatwo na ustanowienie go zyskał pozwolenie Rzymu. Papieże słusznie obawiali się wpływu polityki na bieg spraw i dopiero pod naciskiem wyraźnej schizmy narodowej, ustąpił Sykstus IV, wybierając z dwojga złego – mniejsze. Słuszne były obawy Rzymu, bo Inkwizycja hiszpańska bardzo szybko silnie popadła pod wpływy rządowe i często się zdarzało, iż polityka brała górę nad prawem – zdarzały się nadużycia.
Krytyka katolicka jasno i szczerze to przyznaje, a zresztą cała odpowiedzialność za te pożałowania godne fakty spada wyłącznie na władze cywilne, które nadaremnie zasłaniały się od zarzutów względami racji stanu, która wymaga posunięć sprzecznych z prawami Boga.
Toteż papieże wciąż ponawiali swe protesty; wciąż kasowali wyroki trybunał.ów hiszpańskich, więc np.: Innocenty VIII skasował do 200 wyroków w ciągu jednego roku, Aleksander VI do 250 tylko w roku 1498, Paweł III, Pius IV, Grzegorz XIII. Innocenty bezustannie zajmował oporną, wobec rządu hiszpańskiego pozycję. Różnica zdań była tak wielka, że doprowadziła do ostrego sporu i w Hiszpanii rząd ośmielił się zaprowadzić cenzurę, nie ogłaszał breva papieskie, posunął się aż tak daleko, iż groził śmiercią tym wszystkim, którzy pomocy Rzymu wzywali. W 1509 roku nowy edykt rządowy nakładał karę .śmierci za ogłaszanie w Hiszpanii aktów Stolicy Apostolskiej, skierowanych przeciwko Inkwizycji. Doszło do tego, że w 1510 roku Papież Leon X wyklął, wbrew woli Karola V, tak Wielkiego Inkwizytora, jak i wszystkich jego pomocników; groziło wtedy zupełnym zerwaniem cesarza z Rzymem, lecz … zjawił się Luter, przyszedł niezmiernie ciężki okres reformacji. Papież znów musiał pogodzić się z cesarzem, a to w nadziei uniknięcia większego znacznie nieszczęścia. Jednakże ani przez chwile nie przestała Stolica Apostolska czuwać nad Hiszpanią, dalej łagodziła wyroki, interweniowała, gdzie tylko to było możliwe.(…) Warto jednak przejść do cyfr, gdy się bowiem czyta dzisiejsze podręczniki historyczne, to ma się wrażenie, że inkwizytorzy hiszpańscy w takich masach palili nieszczęsnych żydów, protestantów i masonów, jak chyba może tylko dziś rozstrzeliwują, torturując wprzódy, katolików w Meksyku. Po prostu krocie, jeśli nie miliony ofiar.(…)
Biorę więc najbardziej może wrogie względem Kościoła, ale rzeczowo opracowane dzieło, bo historię Inkwizycji, pisaną przez zdeklarowanego wroga Kościoła, księdza renegata i masona – Lioriente. Znajduje tam takie zdanie: Inkwizycja hiszpańska straciła (dosł. Immola) 234.526 ofiar. Kilka wierszy niżej wyjaśnia on: z których (to ofiar) 9.660 było spalonych “in efige” (tzn. w wizerunku, bo winowajcy umknęli, a palono przedstawiające ich lalki) zaś 206.546 było skazanych na pokuty kościelne (…). 216 faktycznie straconych w ciągu całych trzech wieków trwania Inkwizycji w Hiszpanii (…).
Porównajmy te cyfry z innymi, mniej popularnymi w naszych demokratycznych czasach: rewolucja Francuska w ciągu trzech lat ( a tam są trzy wieki) zamordowała na mocy trybunałów rewolucyjnych 300 tysięcy ludzi.(…)
O tych 216 straconych herazjatach i burzycielach ładu społecznego, od przeszło stu pięćdziesięciu lat, piszą tomy za tomami, przedstawiając w najstraszniejszych barwach grozę wiejącą z postaci okrutnych mnichów, ale o mordercach i łotrach noszących nazwiska Robespierrów, Dantonów i Maratów od lat stu trzydziestu pieją ci sami pisarze hymny pochwalne. Dziś sprzysiężenie milczenia zamknęło usta i sumienia historyków i całej światowej prasy, wobec bandytów bolszewickich i meksykańskich zbójów.(…)
Nie bronię gwałtów Inkwizycji, a tylko staram się pozostawić im “skromne” miejsce w historii. Nie przeczę, że zdarzały się ekscesy, że zwłaszcza przy rozognieniu namiętności politycznych trafiały się wyroki stronnicze, niepotrzebne okrucieństwa, ale raz jeszcze stwierdzić musze, iż instytucja Trybunału św. Inkwizycji, tak długo , jak była niezależna od państwa zawsze działała ostrożnie i z nadmierna niemal łagodnością. Wszelkie nadużycia zdarzały się dopiero wtedy, gdy trybunały popadały pod wpływy polityczne lub – tak jak w Hiszpanii gdzie Inkwizycję całkowicie odcięto od Kościoła.
Każdy historyk bezstronnie badający historie Kościoła musi powtórzyć słowa, którymi de Toqueville kończy swe dzieło: Rozpocząłem badania pełen uprzedzeń przeciwko papieżom – skończyłem je pełen szacunku i podziwu dla Kościoła…
Józef Tyszkiewicz
Fragmenty pracy “Inkwizycja hiszpańska”, Warszawa 1929.
 
Mity wokół średniowiecza
 
Niczym innym jak obłudą jest oskarżenie średniowiecza o ciemnotę i zabobony w naszych czasach, kiedy to wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę lub obejrzeć programy w telewizjach kablowych, żeby się przekonać, jak wielkim powodzeniem cieszą się rozmaite wróżki, układacze tarota i uzdrowiciele filipińscy…
 
Epoka średniowiecza nie ma dobrej prasy. Właściwie od czasów tzw. humanistycznego renesansu (XVI w.) po oświecenie (XVIII w.), pozytywizm oraz rozmaite „naukowe światopoglądy” z XIX i XX wieku (z marksizmem na czele) – trwa nieustanne rozbudowywanie „czarnej legendy” wieków średnich. Zazwyczaj przedstawia się je jako epokę regresu cywilizacyjnego, ciemnoty i zabobonów, okrucieństwa i nienawiści do inaczej wierzących. Z pewnością wiele tutaj wyjaśnia fakt, że średniowiecze było tą epoką w dziejach Europy, która najbliższa jest określeniu „epoka chrześcijańska”. Wtedy rzeczywiście istniała christianitas – wspólnota ludów (narodów) chrześcijańskich, gdzie chrześcijaństwo istniało nie tylko w sferze prywatnej, ale i publicznej. Jak wiadomo, dla autorów odrzuconej parę lat temu tzw. konstytucji europejskiej zawarty w preambule opis cywilizacyjnych korzeni Europy ograniczał się do starożytności i oświecenia. O chrześcijaństwie (najpełniej widocznym – jako czynnik cywilizacyjny) nie było ani słowa...
Przyglądając się oskarżeniom rzucanym przez wieki na epokę wieków średnich, widzimy charakterystyczne połączenie niewiedzy z hipokryzją. Bo przecież niczym innym jak obłudą jest oskarżenie średniowiecza o ciemnotę i zabobony w naszych czasach, gdy wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę lub obejrzeć programy w telewizjach kablowych, by się przekonać, jak wielkim powodzeniem cieszą się rozmaite wróżki, układacze tarota i uzdrowiciele filipińscy... Podobnie rzecz się ma z oskarżeniami ludzi średniowiecza o jakieś szczególne okrucieństwo. Z perspektywy XX wieku – epoki ludobójstw – jest to oskarżenie śmieszne. Pod tym względem wieki średnie w porównaniu z niedawno zakończonym wiekiem totalitaryzmów jawią się jako oaza spokoju.
Średniowieczny rozwój nauki
 
Nie chodzi tylko o porównania. Dochodzimy w ten sposób do problemu niewiedzy krytyków „ciemnej epoki średniowiecza”. Przypomnijmy więc, że średniowiecze to epoka systematycznego postępu wiedzy i nauki (także w znaczeniu nauk ścisłych). Do dzisiaj świat akademicki zachodniej cywilizacji opiera się na instytucji, która powstała – przede wszystkim pod patronatem Kościoła – w epoce średniowiecza, czyli na uniwersytecie. Pierwsze uniwersytety powstały na początku XII wieku (Bolonia). Najbardziej renomowane uczelnie sięgają swoimi korzeniami wieków średnich. Dość wspomnieć Oksford i Cambridge, Salamankę i Coimbrę, Sorbonę i Montpellier, Pragę i Kraków.
Rozwój średniowiecznej nauki był uwarunkowany otwartością tej epoki na intelektualny dorobek starożytności. Renesans XVI wieku nie był bowiem pierwszym renesansem w dziejach europejskiej cywilizacji. W VIII i IX wieku mamy do czynienia z tzw. renesansem karolińskim, natomiast tzw. XII-wieczny renesans był czasem odkrywania wielkiego dorobku starożytnych filozofów, przede wszystkim Arystotelesa.
Trwałym dziedzictwem średniowiecza jest również powstanie międzynarodowego świata nauki. To właśnie w wiekach średnich regułą stały się peregrynacje uczonych po różnych ośrodkach naukowych. Łacina – powszechnie uznawany język europejskiej wspólnoty uczonych – umożliwiała wówczas bezproblemową komunikację. Nasz Wincenty Kadłubek, kronikarz z XII wieku, studiował na Sorbonie i tworzył w Krakowie; św. Tomasz z Akwinu, Włoch, uczył się w Kolonii u św. Alberta Wielkiego, a następnie był profesorem na paryskiej Sorbonie. Takie przykłady można mnożyć. Jedno jest pewne: średniowiecze nie było epoką barier, a raczej epoką organicznego tworzenia europejskiej wspólnoty ducha. Pamiętajmy, że mury to raczej specjalność XX wieku i czasów nam współczesnych (por. mur berliński czy najnowsze „osiągnięcie” tego typu – mur między Izraelem a Autonomią Palestyńską).
Tę intelektualną otwartość i ciekawość średniowiecza najlepiej dokumentuje rozwój nauk ścisłych, który dokonał się w tej epoce. Uwarunkowany był on przede wszystkim powstaniem uniwersytetów, które z kolei były wynikiem otwartości Kościoła na naukę. Niezmiernie ważnym czynnikiem było również przejmowanie dorobku starożytnych filozofów (ze wspomnianym Arystotelesem na czele) za pośrednictwem tłumaczeń arabskich. Walka z islamem na płaszczyźnie religijnej i politycznej nie oznaczała bowiem zamknięcia się europejskiej christianitas na kontakty intelektualne ze światem arabskim, zwłaszcza gdy chodziło o odnowienie dziedzictwa grecko-
-rzymskiego.
Współcześni badacze dziejów nauki podkreślają, że to właśnie średniowiecze dało podstawy nauki nowożytnej. Zwraca się uwagę na przykład na pojawienie się na średniowiecznych uniwersytetach na przełomie XII i XIII wieku niezwykłego zjawiska, jakim byli teologowie-filozofowie przyrody. Byli to przede wszystkim reprezentanci – tak oczernianej w późniejszych wiekach – scholastyki (czyli średniowiecznej teologii katolickiej, operującej aparatem pojęciowym zaczerpniętym od Arystotelesa), którzy zajmowali się w swoich badaniach nie tylko ontologią stworzenia, ale również jego fizyczną postacią. Wyśmiewano ich później jako tych, którzy rozważali „liczbę aniołów, które mogłyby się zmieścić na czubku szpilki”, ale to z ich pism można wyczytać podstawy nowożytnej kinematyki i dynamiki, a także pierwsze rozważania dotyczące możliwości ruchu Ziemi wokół własnej osi (co zwiastowało już przewrót kopernikański). Ich rozważania dotyczące nieskończonej pustej przestrzeni w niemałym stopniu przyczyniły się do ukształtowania obrazu kosmosu, który zdominował naukę nowożytną.
Jak stwierdza współczesny brytyjski historyk, E. Grant: „Wiele ważkich problemów, jakie pojawiły się przed uczonymi w XVI i XVII wieku i jakie często rozwiązywano, stanowiło dziedzictwo duchowe średniowiecza. Gdyby nie ono i gdyby nie długa tradycja filozofii przyrody na uniwersytetach średniowiecznych, w XVII wieku nie bardzo byłoby o czym dyskutować. A bez poparcia teologów i Kościoła uniwersytety średniowieczne nie mogłyby wprowadzić do swych programów nauczania nauk ścisłych, logiki i filozofii przyrody, co zapoczątkowało długotrwałe, nieprzerwane zaangażowanie Europy Zachodniej w naukową myśl i problemy”.
 
Co z tą inkwizycją?
 
Jednym ze sztandarowych oskarżeń pod adresem średniowiecza jest inkryminowanie panującej wówczas „głębokiej nietolerancji”. W tym kontekście wskazuje się przede wszystkim na instytucję inkwizycji. „Inkwizycja” – to słowo-symbol ucisku i prześladowań za swoje poglądy, to instytucja – wedle jej krytyków – mająca wszelkie znamiona pretotalitarnej koncepcji państwa i społeczeństwa.
Na początku należy poczynić rozróżnienie (czego wielu krytyków nie robi) i oddzielić tzw. inkwizycję rzymską, powstałą pod koniec XII wieku i podległą papieżowi czy innym biskupom, od inkwizycji hiszpańskiej, powstałej w XV wieku, i w o wiele większym stopniu od rzymskiej podległej władzom świeckim. Fakt ten stał się zresztą przyczyną kilkukrotnych upomnień papieskich (w XV i XVI wieku) nadsyłanych z Rzymu do Kościoła hiszpańskiego. Generalnie zresztą jest tak, że „czarna legenda” inkwizycji to przede wszystkim „czarna legenda” inkwizycji hiszpańskiej (por. choćby osławioną postać Wielkiego Inkwizytora Torquemady).
Trzeba pamiętać, że inkwizycja – rozumiana jako badanie przez Kościół spraw dotyczących herezji – pojawiła się w Europie w konkretnym kontekście
historycznym, tzn. gdy na południu Francji, w Prowansji i w Langwedocji, zaczęła szerzyć się niebezpieczna –
nie tylko pod względem religijnym, ale i społecznym – herezja katarów (albigensów). Mówiąc językiem współczesnym, była to groźna sekta – z całą sekciarską „metodologią” podejścia do swoich adeptów (pranie mózgu, przejmowanie majątku itp.). Albigensi odwoływali się do dawnej herezji manicheizmu, która sprowadzała się do diagnozy, że stworzenie jest czymś złym, jest dziełem „złego Boga”. W konsekwencji czymś złym jest ludzkie ciało (nie jest to „świątynia Ducha Świętego”, jak uczy Kościół; stąd można, a nawet należy je niszczyć – na przykład w wyuzdanej rozpuście), ale i społeczeństwo. Iluż współczesnych rodziców, których dzieci zaplątały się w jakąś sektę, życzyłoby sobie twardej rozprawy państwa z sekciarzami.
Na tego rodzaju zapotrzebowanie odpowiadała inkwizycja. Jak zauważa współczesna francuska mediewistka Regine Pernoud: „Instytucja inkwizycji miała też pewną dodatnią stronę w praktycznym życiu. W miejsce procedury śledztwa wprowadzała procedurę oskarżenia. Przede wszystkim jednak w czasach, w których lud nie miał ochoty pobłażać heretykom, wprowadzała regularne sądownictwo”. Wspomniana tutaj procedura oskarżenia oznaczała na przykład (w odniesieniu do rzymskiej inkwizycji) prawo oskarżonego do przedstawienia trybunałowi listy osób, które z różnych racji mogą mu być wrogie (np. z powodów finansowych) i których zeznania z reguły nie były uwzględniane w postępowaniu inkwizycyjnym.
Druga kwestia dotyczy kar zasądzanych przez inkwizycję. Zarówno w odniesieniu do rzymskiej, jak i hiszpańskiej inkwizycji zdecydowana większość z nich miała charakter pokuty religijnej (np. polecano odbycie pielgrzymki do jakiegoś sanktuarium albo nakazywano noszenie specjalnych strojów pokutnych, zwanych w Hiszpanii sambenito). Drugim pod względem częstotliwości występowania rodzajem kary zasądzanym przez trybunały inkwizycji było więzienie. Należy wszakże pamiętać, że wyrok skazujący na więzienie nie oznaczał faktycznego pobytu za kratkami. Na przykład w odniesieniu do inkwizycji hiszpańskiej do reguły należało raczej odbywanie kary w areszcie domowym. Osławione „kazamaty inkwizycji”
także są częścią „czarnej legendy”. W rzeczywistości w niczym nie odbiegały one surowością od więzień państwowych. A wręcz odwrotnie. Jak wskazuje współczesny badacz hiszpańskiej inkwizycji, Henry Kamen, w XVI i XVII wieku nie brakowało przypadków, gdy ludzie udawali herezje, by przenieść się ze zwykłego do inkwizycyjnego więzienia.
Wyroki śmierci były rzadkością, zwłaszcza jeśli porównać to z łatwością, z jaką najwyższym wymiarem kary szafowały sądy państwowe. Jak stwierdza wspomniany wyżej uczony brytyjski: „(...) stosunkowo niska liczba egzekucji przeczy legendzie krwawego trybunału [hiszpańskiej inkwizycji]”. Jak podaje ten sam badacz, w latach 1540 – 1700 karę śmierci rzeczywiście wykonano w odniesieniu do poniżej 2 procent oskarżonych. W praktyce oznaczało to, że inkwizycja skazywała na śmierć poniżej trzech osób rocznie w całym państwie hiszpańskim (wliczając w to także kolonie zamorskie Hiszpanii).
Wbrew temu, co twierdzą autorzy „czarnej legendy” inkwizycji, inkwizytorzy nie byli żądnymi krwi przygłupkami. Przede wszystkim szereg inkwizytorów zostało po śmierci wyniesionych na ołtarze (np. inkwizytorem był XVI-wieczny papież, św. Pius V). Po drugie, bardzo sceptycznie odnosili się oni do oskarżeń mających wszelkie znamiona dyfamacji lub prostej konfabulacji. Weźmy choćby kwestię tzw. procesów o czary, których nasilenie w Europie przypadło na XVI i XVII wiek (gdy „zabobonne średniowiecze” odeszło już do przeszłości).
Otóż udokumentowanym faktem jest to, że przez cały XVI wiek hiszpańska inkwizycja z dużą rezerwą odnosiła się do oskarżeń kobiet o czary. W roku 1614 najwyższe władze inkwizycji (tzw. suprema) przyjęły oficjalną instrukcję w sprawach tzw. procesów o czary, która nakazywała daleko idącą ostrożność w tej kwestii. Zalecała przede wszystkim, iż „najpierw należy zbadać oskarżonych, by sprawdzić, czy są przy zdrowych zmysłach, czy opanowani, czy melancholijni”. Można powiedzieć, że stanowisko hiszpańskich inkwizytorów było powtórzeniem opinii XII-wiecznego biskupa Chartres, Jana z Salisbury, który odnosząc się do „procesów czarownic”, stwierdzał: „Najlepszym lekarstwem na tę chorobę jest trzymanie się twardo wiary, niedawanie posłuchu kłamstwom i niezwracanie uwagi na takie godne politowania szaleństwa”.
 
Grzegorz Kucharczyk
 
Warto poczytać:
E. Grant: Średniowieczne podstawy nauki nowożytnej, Warszawa 2005.
H. Kamen: Inkwizycja hiszpańska, Warszawa 2005.
R. Pernoud: Inaczej o średniowieczu, Gdańsk-Warszawa 2002.
 
Kolejną „czarną kartą” średniowiecznego Kościoła – obok inkwizycji i „zacofania” wieków średnich – wedle jego krytyków miały być krucjaty. Jednym z pierwszych autorów tej czarnej legendy wypraw krzyżowych był Marcin Luter, który pisząc o krucjatach, przyznawał, że „gdybym był żołnierzem i jako sztandar wojskowy widział herb jakiegoś księdza lub krzyż, nawet gdyby to był krucyfiks, uciekałbym, jakby mnie diabeł gonił”...
 
„Czarna legenda” krucjat
 
Dla Lutra nie tak bardzo liczył się „grób, którym władają Saraceni” [chodzi o Święty Grób Chrystusa w Jerozolimie – przyp. mój: G.K.], jak Biblia mordowana i grzebana przez „papistów”, „której ciało strzeżone jest przez inkwizytorów”. Według niemieckiego reformatora ekspansja muzułmanów w Europie powinna być traktowana jako kara Boża, a nie jako zagrożenie; jako kara za grzechy „papistów” (czyt. katolików).
Epoka oświecenia na nowo podjęła krytykę wypraw krzyżowych i do dzisiaj – trudno się oprzeć temu wrażeniu – dla wielu krytyków krucjat najbardziej miarodajny jest sposób myślenia o tych wydarzeniach podany przez oświeceniowców. Edward Gibbon – XVIII-wieczny historyk brytyjski, autor monumentalnej Historii upadku cesarstwa rzymskiego – stwierdzał więc, że „zasadą krucjat był dziki fanatyzm, a najważniejsze rezultaty były analogiczne do samej sprawy (…). Wiara katolików została zepsuta nowymi legendami (…). Aktywny duch łacinników żerował na witalności ich rozumu i religii… Życie i wysiłki milionów, którzy zostali pochowani na Wschodzie, z większym pożytkiem byłyby wykorzystane na rzecz poprawy ich własnych krajów”.
Z kolei Denis Diderot, autor Encyklopedii – biblii francuskich oświeceniowców, tak wyjaśniał przyczyny zwołania I krucjaty w 1095 r.: „Nikt by nie przypuszczał, że przyjdzie czas tak głębokich ciemności i tak wielkiego otępienia ludów i władców co do ich prawdziwych interesów, że jedna część świata ruszy do małego zakątka, by wymordować jego mieszkańców i zawładnąć kawałkiem skały, niewartym nawet kropelki krwi”.
Zauważmy, że krytyka krucjat była tutaj pretekstem dla zamanifestowania pogardliwego stosunku Diderota do chrześcijaństwa w ogóle (Grób Chrystusa jako „kawałek skały, niewarty nawet kropelki krwi”). Dalej autor oświeceniowej Encyklopedii zaproponował własne wyjaśnienie celów krucjat: „Krucjata służyła zadłużonym, by nie spłacać swoich długów; złoczyńcom, by ujść karze za swoje zbrodnie; niezdyscyplinowanym duchownym, by zrzucić jarzmo własnego stanu; nieposłusznym mnichom, by opuścić swoje klasztory; upadłym kobietom, by tym swobodniej prowadzić swoje życie. Widać z tego, że krzyżowców istotnie musiało być wielu”. Również skutki krucjat – według Diderota – były opłakane. Dla Europy oznaczały one bowiem „wyludnienie, wzbogacenie się klasztorów, zubożenie szlachty, ruinę dyscypliny kościelnej, zarzucenie rolnictwa, nieskończoność udręk czynionych pod pretekstem naprawienia tych szkód”.
 
Długa historia idei krucjatowej
 
Jak już zaznaczyłem, wystarczy przejrzeć większość dostępnych monografii o krucjatach na rynku, by się przekonać, że sposób myślenia Lutra i Diderota (czy Gibbona) o wyprawach krzyżowych jest ciągle dominującym sposobem interpretowania tego ważnego wydarzenia w dziejach chrześcijaństwa. Bo trzeba pamiętać – o czym krytycy zdają się zapominać – że krucjaty nie były jakąś tragiczną aberracją, incydentem w dziejach wyznawców Chrystusa, ale były zjawiskiem mającym ponadpięćsetletnią historię; i to nie tylko na Zachodzie, ale i na Wschodzie.
Walczący w I połowie VII wieku z Persami w obronie Ziemi Świętej i relikwii Prawdziwego Krzyża bizantyjski cesarz Herakliusz traktował tę wojnę jako wojnę w obronie Wiary i Krzyża. Co ciekawe, już wtedy wojna ta ze strony chrześcijan była wojną obronną (agresorami byli Persowie, którzy dokonali rzezi chrześcijan w Ziemi Świętej i zabrali relikwie Prawdziwego Krzyża).
Po kilkudziesięciu latach przyszła kolejna, o wiele groźniejsza fala antychrześcijańskich agresorów – muzułmanie. Począwszy od lat 30. VII wieku, przez następnych kilkadziesiąt lat dokonali oni systematycznego podboju ziem chrześcijańskich: Azji Mniejszej, Syrii, Egiptu, Afryki Północnej, Hiszpanii oraz południowej Galii (Francji). Zajęli również Ziemię Świętą. Należy przy tym pamiętać, że te podbite terytoria nie były peryferiami chrześcijaństwa, jego obrzeżami, ale odwrotnie: były terenami, gdzie od wieków kwitło życie chrześcijańskie i chrześcijańska kultura. Takie miasta, jak Antiochia w Syrii, Hippona w Afryce Północnej czy Sewilla w Hiszpanii, cała Kapadocja w Azji Mniejszej, nie mówiąc już o Ziemi Świętej – od zawsze były związane z życiem Kościoła jako siedziby najstarszych biskupstw, miejsca nauczania ojców i doktorów Kościoła.
Pamiętajmy jeszcze o jednym: agresji muzułmańskiej w Europie nie powstrzymał dialog międzyreligijny, ale zwycięstwo Franków w bitwie z Arabami pod Poitiers w 732 r. Zresztą zwycięstwo to nie oznaczało likwidacji zagrożenia. W roku 846 muzułmanie – operujący z opanowanej przez siebie południowej Italii oraz Sycylii – dokonali najazdu na Rzym, niszcząc Bazylikę św. Piotra (i konfesję Księcia Apostołów) oraz Bazylikę św. Pawła za Murami. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby wojska chrześcijańskie dokonały analogicznego najazdu na Mekkę i zniszczyły znajdujący się tam najświętszy dla muzułmanów meczet. Jak długo Kościół musiałby przepraszać za grzechy swoich synów!
Tak więc chrześcijanie, zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie (w VIII i IX wieku Konstantynopol zwycięsko odparł oblężenia Arabów) – chcąc nie chcąc – przyzwyczajali się do tego, że pojęcie „rycerstwa Chrystusowego” (militia Christi) nie tylko ma swoje tradycyjne znaczenie w odniesieniu do mnichów podejmujących walkę duchową za murami klasztorów, ale również walkę w najbardziej dosłownym sensie: walkę podjętą w obronie swojej wiary. I w tym sensie wyprawy krzyżowe były traktowane jako wojna sprawiedliwa. W tym kontekście warto przytoczyć wątek polski.
W XV wieku – pod koniec średniowiecznej epoki – to polscy myśliciele: Stanisław ze Skarbimierza i Paweł Włodkowic (obydwaj księża profesorzy z Akademii Krakowskiej), opracowali teorię wojny sprawiedliwej jako część międzynarodowego prawa narodów (ius gentium). Odbywało się to w kontekście wojny Polski z Krzyżakami i polscy profesorowie uzasadniali prawo Polski do odparcia krzyżackiej agresji, korzystając nawet z pomocy „schizmatyków” (prawosławnych) i pogan (Tatarów), bo takie kontyngenty walczyły po stronie Jagiełły i Witolda pod Grunwaldem. Sytuacja była o tyle delikatna, że Krzyżacy byli przecież zakonem rycerskim (Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), wyrosłym z krucjatowej epoki. Co ciekawe jednak, Polacy nie kwestionowali zasadności wypraw krzyżowych jako takich. Stanisław ze Skarbimierza w swoim głoś­nym traktacie O wojnie sprawiedliwej (De bellum iustum) wyjaśniał: „I nie przeszkadza to, że papież nadaje odpusty tym, którzy wyprawiają się przeciw Saracenom dla odzyskania Ziemi Świętej. Ona bowiem jest uświęcona narodzeniem, mieszkaniem i śmiercią Jezusa Chrystusa, a ponieważ w niej jest czczony nie Chrystus, ale zdradliwy Mahomet, godzi się, aby toczono walkę w celu jej odzyskania, gdyż jest otaczana czcią przez chrześcijan”.
 
„Zbrojna pielgrzymka”
 
Właśnie motyw religijny – czyli miłość do Ziemi Świętej jako miłość do ziemskiej ojczyzny Chrystusa, cześć dla Jego Grobu, bo ten Grób był pierwszym świadkiem Zmartwychwstania – legł u najgłębszych podstaw zwołania i niesłabnącej przez wieki popularności krucjat. Jak pisał św. Bernard z Clair­vaux – doktor Kościoła i wielki propagator II krucjaty (I połowa XII wieku): „Bądź pozdrowione, miasto święte, które Najwyższy poświęcił na swój przybytek, przez które i w którym uratuje się to pokolenie. Bądź pozdrowione, miasto wielkiego Króla, w którym nigdy nie brakło nowych i radosnych cudów… Bądź pozdrowiona, ziemio obiecana, która, płynąc mlekiem i miodem, zapewniasz pożywienie i lekarstwo – dawniej swoim mieszkańcom, dziś całemu światu. Ziemio najlepsza, która przyjęłaś ziarno niebieskie ze spichlerza serca Ojcowskiego, zaowocowałaś obfitością męczenników, a potem wydałaś po całej ziemi plon wiernych z każdego rodu”.
Tak pojmowana miłość do Jerozolimy i Ziemi Świętej była przyczyną ożywienia w X i XI wieku ruchu pielgrzymkowego z Zachodu do ziemskiej ojczyzny Chrystusa (szczególne nasilenie tego ruchu przypadło na lata wokół roku 1000 i 1033 – tysiąclecia od narodzin Chrystusa oraz millennium Męki i Zmartwychwstania). Pielgrzymi niejednokrotnie – już w obrębie Ziemi Świętej – byli narażeni na napaści ze strony muzułmanów, a poza tym mogli się naocznie przekonać, co w praktyce oznaczają rządy muzułmanów nad Miejscami Świętymi. Na początku XI wieku, na polecenie kalifa Al-Hakima, została zburzona bazylika Grobu Świętego w Jerozolimie.
Cytowane słowa św. Bernarda pochodzą z jego traktatu Pochwała nowego rycerstwa, będącego wielką zachętą pod adresem rycerstwa do wstępowania w szeregi zakonów rycerskich. Słowa i postać Doktora Miodoustego (jak nazywany jest św. Bernard) przypominają również, że krucjaty to dzieło świętych. Zresztą początkowo obowiązywała nazwa „zbrojna pielgrzymka”, a nie „krucjata”, by tym bardziej oddać religijny charakter wyprawy. Błogosławiony Urban II zwołał w 1095 r. I krucjatę, II krucjatę organizował bł. Eugeniusz III, a propagował ją św. Bernard. Król Francji św. Ludwik IX w XIII wieku był organizatorem i uczestnikiem dwóch wypraw krzyżowych. Krzyżowcem avant la lettre czuł się papież św. Grzegorz VII, który w liście z 1074 r. wzywał władców Zachodu, by pospieszyli ze zbrojną pomocą chrześcijanom na Wschodzie zagrożonym kolejną falą ekspansji muzułmanów (Turków seldżuckich).
Otóż chęć niesienia pomocy zagrożonym wschodnim chrześcijanom – obok motywu religijnego i obrony Zachodu – była kolejną istotną przyczyną zaistnienia ruchu krucjatowego. Bezpośrednio przed zwołaniem I wyprawy do papieża Urbana II przybyło poselstwo bizantyjskiego cesarza Aleksego II, który prosił biskupa Rzymu o zorganizowanie pomocy dla Bizancjum. Prośba ta została wysłuchana w geście rzeczywistego ekumenizmu (przypomnijmy: od roku 1054 Kościół wschodni znajdował się w stanie schizmy od Rzymu). Dodajmy, że przez niemal dwieście lat obecność krzyżowców w Ziemi Świętej skutecznie powstrzymywała ekspansję muzułmanów w głąb Europy. Nieprzypadkowo ekspansja Turków osmańskich na nasz kontynent (w pierwszej kolejności na Bałkany) rozpoczęła się na początku XIV wieku, dosłownie kilka lat po upadku Akki (w 1291 r.) – ostatniego bastionu krzyżowców w Ziemi Świętej.
 
Krzysztof Kolumb i ostatnia krucjata
 
W 1453 r. Turcy zdobyli Konstantynopol (nasz Jan Długosz pisał na wieść o tym, że „chrześcijaństwu wyłupiono jedno z oczu”). Mimo to nie zniknęła chęć odzyskania Grobu Chrystusa dla chrześcijan. Nie kto inny jak Krzysztof Kolumb zapisał w swoim diariuszu po powrocie z podróży, która zakończyła się odkryciem przez niego Ameryki (choć genueńczyk był przekonany, że odkrył drogę morską do Indii): „W tej podróży do Indii Pan nasz zechciał dokonać ewidentnego cudu, by pocieszyć mnie i innych, gdy chodzi o tę inną podróż, do Grobu Świętego”. Kolumb spodziewał się, że znajdzie w „Indiach” (faktycznie w Ameryce) złoto, które pozwoli sfinansować krucjatę do Ziemi Świętej. Jeszcze w 1518 r. – tuż po zawarciu pokoju między Anglią a Francją – papież Leon X pisał: „Raduj się, Jerozolimo, bo można mieć nadzieję na twoje wybawienie”. Słowa te padły jednak już w zupełnie innej epoce. Rok wcześniej Marcin Luter rozpoczął swoją wojnę z „Nierządnicą Babilonu” (jak nazywał Kościół założony przez Jezusa Chrystusa).
Rzecz jasna, nie chodzi tutaj o bezkrytyczną apologię krucjat. Trudno zapomnieć przecież tragiczny rok 1204, gdy krzyżowcy (znęceni przez wenecjan) zamiast do Ziemi Świętej udali się pod mury Konstantynopola, który zdobyli i splądrowali. Czyn ten został natychmiast potępiony przez ówczesnego papieża Innocentego III (powtórzył to w 2000 r., przebywając w Grecji, papież Jan Paweł II). Cios w Bizancjum był wszakże ciosem w same fundamenty idei krucjatowej, która od początku głosiła i praktykowała pomoc dla Kościoła wschodniego.
Warto jednak pamiętać, że wyprawy krzyżowe to nie jest epizod w dziejach Kościoła (na Zachodzie i Wschodzie), że zostały one wywołane agresją muzułmańską (na Zachodzie i Wschodzie), że skupiły w swoich szeregach setki tysięcy chrześcijan, a w dzieło to angażowali się święci. Bo nie można było brać udziału w „zbrojnej pielgrzymce”, nie będąc człowiekiem wierzącym, dla którego Betlejem, Nazaret i Grób w Jerozolimie coś znaczą, a nie są tylko turystyczną atrakcją. I to jest chyba najgłębsza przyczyna niezrozumienia wypraw krzyżowych przez ich krytyków – począwszy od reformacji i oświecenia. Jak można bronić Grobu Chrystusa, nie wierząc w Chrystusa?
 
Grzegorz Kucharczyk
 
 
Oprócz wypraw krzyżowych oraz trybunałów inkwizycyjnych stałym motywem powracającym w „czarnej legendzie” Kościoła –tj. w antykatolickiej propagandzie, datującej się od czasów reformacji i oświecenia, przekonującej, że Kościół to ośrodek „zacofania i ciemnoty” – jest tzw. sprawa Galileusza.
 „Sprawa Galileusza”
Do dzisiaj wielu ludzi twierdzi, że Galileusz (1564 – 1642) został spalony na stosie za swoje dążenie do ustalenia niewygodnej dla Kościoła prawdy naukowej. Nagromadzenie fałszów i półprawd wokół relacji między włoskim astronomem a władzami kościelnymi jest tak duże, że zweryfikowanie ich wszystkich przekracza rozmiary niniejszego artykułu. Skoncentruję się więc tutaj tylko na sprawach najważniejszych.
Zanim Galileusz popadł w konflikt z władzami kościelnymi, znane było – także w papieskim Rzymie – jego stanowisko, w którym całkowicie popierał on kopernikańską teorię budowy Układu Słonecznego. Stanowisko to nie wzbudziło ze strony władz kościelnych żadnych obiekcji. Pierwsze protesty pojawiły się ze strony jego kolegów po fachu, świeckich astronomów przywiązanych do dawnej teorii (wywodzącej się jeszcze od Arystotelesa) budowy wszechświata. To oni właśnie byli autorami donosów wysyłanych również do trybunałów inkwizycyjnych. W 1616 r. inkwizycja zakazała Galileuszowi głoszenia heliocentrycznej wizji wszechświata bez jej należytego udowodnienia.
Pozycja Galileusza – nie tylko w jego rodzimej Toskanii, ale również w Rzymie – była dość silna. Zwłaszcza od  roku 1623, kiedy to jego przyjaciel, kardynał Barberini, został wybrany na papieża jako Urban VIII. Galileusz był częstym gościem papieża Urbana, z którym dyskutował również na tematy dotyczące astronomii oraz teorii budowy wszechświata. Urban VIII zachęcał wręcz Galileusza, by ten podjął się napisania dzieła sumującego dotychczasowy stan badań w tej kwestii. Jedyne, czego papież wymagał od swojego uczonego przyjaciela, to ujęcie tej problematyki w kategorii hipotez, bez wyraźnego opowiadania się za którąś z nich. Taka była geneza największego dzieła Galileusza Dialog o dwu głównych układach świata. Nie bez znaczenia był przy tym fakt, że dzieło to zostało zaopatrzone w kościelne imprimatur (w późniejszym procesie ustalono, że to sam autor podrobił zezwolenie władz kościelnych).
Publikacja Dialogu ożywiła głosy niechętne Galileuszowi pośród jego kolegów astronomów. Po raz kolejny powiadomili oni inkwizycję. Galileusz został wezwany do Rzymu przez trybunał inkwizycyjny. Wbrew obiegowym stwierdzeniom nie trafił jednak do inkwizycyjnych lochów. Odpowiadał z wolnej stopy, mógł mieszkać, gdzie chciał. Pikanterii całej sprawie dodawało to, że główny inkwizytor był zwolennikiem poglądów Galileusza.
Ostatecznie jednak inkwizycyjny trybunał uznał w 1633 r. winę włoskiego uczonego (tj. rozpowszechnianie nie sprawdzonych, nie udowodnionych poglądów). Jako karę wymierzono mu wyrzeczenie się poglądów, codzienne odmawianie psalmów pokutnych oraz areszt domowy – czyli przebywanie w swej toskańskiej posiadłości, gdzie mógł bez przeszkód kontynuować swoje naukowe badania. Nikt mu tego nie zabronił ani nie zniszczył mu jego naukowych instrumentów. Przez kolejne lata Galileusz nadal pogłębiał swoje astronomiczne obserwacje i utrzymywał nieskrępowane kontakty z licznymi uczonymi z Italii oraz całej Europy. Publikował także kolejne dzieła popierające teorię kopernikańską (w 1638 r. ukazał się w Lejdzie jego Dialog o dwu nowych naukach).
Często tzw. sprawę Galileusza myli się ze spaleniem na stosie Giordana Bruna, przy czym tego ostatniego również przedstawia się jako ofiarę „niechęci Kościoła do naukowego postępu”. Tymczasem Bruno (ksiądz, który porzucił szaty duchowne), którego trudno zrównywać z prawdziwym człowiekiem nauki, jakim był Galileusz, był zafascynowany okultyzmem, alchemią i innymi „paranaukowymi” dziedzinami. Najważniejszym jednak czynnikiem, który przypieczętował jego los, był jego udział w stricte politycznym spisku wymierzonym w trwałość władzy papieża w Państwie Kościelnym, a nie na przykład popieranie kopernikańskiego modelu funkcjonowania wszechświata. Kult Giordana Bruna jako „męczennika za postęp” rozpoczął się na dobre w II połowie XIX wieku, kiedy to po aneksji papieskiego Rzymu przez Włochy (w 1870 r.) rozpoczęło się, głównie za sprawą lóż wolnomularskich, uszlachetnianie Bruna. Przedstawiano go wówczas już nie jako politycznego spiskowca oraz okultystę, ale jako „człowieka nauki” prześladowanego przez Kościół. Włoscy masoni złożyli się nawet na pomnik Giordana Bruna, który stanął na rzymskim Campo di Fiore w latach 80. XIX wieku (fakt ten zdecydowanie oprotestował papież Leon XIII).
 
Czy reformacja była humanistyczna? 
Nie zmienia to oczywiście faktu, że los Giordana Bruna był tragiczny, tak jak los każdego człowieka, który wyparł się swojego powołania i zaparł posłuszeństwa wobec swoich kościelnych zwierzchników. Nie chodzi tutaj o gloryfikowanie okrutnej kary, którą poniósł Bruno, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tamtych czasach w Europie w ten sposób karano ludzi spiskujących przeciwko ustanowionej władzy. Nie kto inny jak Marcin Luter wzywał w 1525 r. niemieckich książąt do bezwzględnego rozprawienia się z ogólnoniemieckim powstaniem chłopskim pod wodzą Tomasza Münzera (tzw. wojna chłopska). Jan Kalwin w rządzonej przez siebie Genewie nie wahał się palić na stosie ludzi, którzy nie zgadzali się z jego wykładnią Pisma Świętego (taki los spotkał na przykad hiszpańskiego arianina Miguela Serweta).Przy tej okazji należy zauważyć, że często pojawiające się zestawienie pojęć: „renesans – humanizm – reformacja”, sugerujące ścisły związek między tymi zjawiskami, jest zestawieniem mylącym. Warto na przykład pamiętać, że twórcy reformacji (zarówno Luter, jak i Kalwin) krytycznie spoglądali na renesans antycznego humanizmu i antycznych wzorców sztuki w XVI-wiecznej Europie. Na przykład dla Marcina Lutra koronnym dowodem na „zepsucie” papieskiego Rzymu, który odwiedził na początku XVI wieku, był papieski mecenat nad artystami, którzy nawiązywali do „pogańskiej” architektury, rzeźby i malarstwa. To, co także dzisiaj zachwyca miliony pielgrzymów i turystów odwiedzających Wieczne Miasto – a więc m.in. Kaplica Sykstyńska czy muzea watykańskie – byłoby dla twórców reformacji potwierdzeniem „wszeteczeństw Nierządnicy Babilońskiej” (jak zwykle nazywali oni w swoich pismach następcę św. Piotra). Nieprzypadkowo również inauguracja reformacji w jakimś kraju wiązała się z szeroko zakrojonym ikonoklazmem – czyli masowym niszczeniem dzieł sztuki (przede wszystkim sztuki sakralnej). Tego doświadczyły północne Niemcy, Niderlandy oraz Anglia. W tym samym czasie, gdy nad Renem i Tamizą niszczono tysiące zabytkowych ołtarzy, polichromii oraz rzeźb, w krajach katolickich tworzono znakomite dzieła sztuki. Dość wspomnieć Bazylikę św. Piotra w Rzymie czy wspaniały rozwój malarstwa w XVI i XVII-wiecznej Hiszpanii (El Greco, Velázquez).
 
Kościół przeciw pogromom i pogłoskom antyżydowskim 
Kościół wieków średnich spotykał się wreszcie z oskarżeniami (które co rusz pojawiają się także obecnie) o wspieranie antysemityzmu. Zjawisko to najczęściej jest ujmowane w ścisłym związku z wyprawami krzyżowymi, podczas których istotnie dochodziło do antyżydowskich pogromów. Tyle że pogromy te pojawiały się przy okazji tzw. wypraw ludowych, a więc ekspedycji nie autoryzowanych przez władze kościelne czy świeckie, dowodzonych przez samozwańczych „ludowych wizjonerów”. Tak było na przykład w 1096 r. w Nadrenii podczas „wyprawy ludowej” poprzedzającej I wyprawę krzyżową. Także historycy żydowscy przyznają jednak, że w obronie atakowanych Żydów konsekwentnie występowali miejscowi biskupi, którzy nawet otwierali swoje rezydencje dla szukających tam schronienia Żydów (np. w Wormacji, Moguncji czy Spirze).
Gdy tego typu napaści na Żydów powtórzyły się w Nadrenii podczas przygotowań do II wyprawy krzyżowej (1146 – 1147), św. Bernard z Clairvaux, który wzywał do krucjaty w Moguncji i Kolonii, w tych samych kazaniach mówił do przyszłych krzyżowców: „Brońcie Grobu Chrystusa, Pana naszego! Nie plamcie rąk waszych krwią i walką przeciw synom Izraela! Oni również są ciałem Mesjasza i jeżeli uczynicie im krzywdę, dotkniecie źrenicy Boga samego!”.
W okresie średniowiecza Kościół konsekwentnie występował również przeciwko szerzeniu się antyżydowskich legend i pogłosek, które miały wzbudzać nienawiść do Żydów. Na przykład w XIII w. papież Innocenty IV pouczał, aby nie wierzyć plotkom, wedle których Żydzi porywają chrześcijańskie dzieci, by z ich krwi robić macę. W 1348 r. – gdy w Europie szalała tzw. czarna śmierć (epidemia dżumy) – papież Klemens VI w specjalnej bulli zaprzeczał pogłoskom, jakoby to Żydzi (poprzez podstępne zatruwanie studni) byli odpowiedzialni za katastrofalną epidemię.
Kolejni średniowieczni papieże (m.in. Kalikst II, Innocenty III, Grzegorz X) przypominali, że nie wolno zmuszać Żydów do przyjmowania chrztu. W 1419 r. naukę tę powtórzył papież Marcin V, który w swojej bulli pisał: „Ponieważ Żydzi stworzeni są na obraz i podobieństwo Boże, a ich potomstwo będzie kiedyś zbawione, postanawiamy tedy, za przykładem naszych poprzedników, aby nie napadano na nich w synagogach, nie naruszano ich praw i zwyczajów, nie wleczono ich przemocą do chrztu, nie zmuszano do obchodzenia uroczystości chrześcijańskich, do noszenia nowych odznak żydowskich i nie stawiano przeszkód ich stosunkom handlowym z chrześcijanami”.
Papież w cytowanym tekście nawiązywał do decyzji IV soboru laterańskiego (1215), nakładającej na Żydów obowiązek noszenia „odznak”, co – wraz z istnieniem gett żydowskich – jest przedstawiane jako kolejny „dowód” na głęboko tkwiący w Kościele antysemityzm. O wiele bardziej jest to dowód na ahistoryczne myślenie tych, którzy taki zarzut podnoszą (getto kojarzy się w pierwszej kolejności z epoką Holocaustu przeprowadzonego przez Niemców podczas II wojny światowej). Po pierwsze, w okresie średniowiecza częstą praktyką było tworzenie w miastach osobnych dzielnic dla różnych narodowości (np. w miastach włoskich czy hiszpańskich istniały specjalne „dzielnice francuskie”), w miastach muzułmańskich także wyznaczano odrębne dzielnice żydowskie. Po drugie zaś same społeczności żydowskie dążyły do skupienia się w jednym miejscu i do pewnej izolacji od chrześcijańskiego otoczenia. Chęć izolacji miała także swoje uzasadnienie względami bezpieczeństwa, bo – jak pisał żydowski historyk Heinrich Graetz – średniowieczne getto funkcjonowało jako „środek chroniący Żydów przed szykanami pospólstwa”. Jak mamy okazję spostrzec na przykładzie pogranicza Izraela i Autonomii Palestyńskiej, to przeświadczenie, że „za murem bezpieczniej”, nie odeszło bynajmniej do lamusa historii.
Co ciekawe, w rządzonym przez papieży Rzymie – zarówno w średniowieczu, jak i w okresie późniejszym – nie odnotowano żadnych antyżydowskich pogromów. Jak pisze jeden ze współczesnych badaczy, prof. J. Mundy z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku: „W Rzymie, gdzie władcą był papież, każdy kolejny następca św. Piotra traktował wolność Żydów jak świętość”. Inną „wrażliwość” w tej kwestii prezentowali niektórzy twórcy reformacji. Na przykład Marcin Luter opublikował w 1543 r. traktat O Żydach oraz ich kłamstwach, w którym czytamy m.in.: „Po pierwsze należy podłożyć ogień pod ich synagogi i szkoły, a to, co nie spłonie, należy przykryć ziemią (…). Należy tak uczynić dla czci naszego Pana i chrześcijaństwa, by Bóg zobaczył, że jesteśmy chrześcijanami (…). Pod drugie należy zniszczyć ich domy, ponieważ uprawiają w nich to samo co w swoich szkołach (…). Po trzecie należy im odebrać wszystkie księgi modlitewne i Talmudy, które nauczają przesądów, kłamstw i przekleństwa”. Ostatnim etapem zalecanego przez Lutra „udowadniania, że się jest chrześcijaninem” było wysłanie Żydów do przymusowej pracy fizycznej: „Należy młodym Żydom i Żydówkom dać do ręki cepy, siekiery, szpadle, kądziele, wrzeciona – i niech zarabiają na swój chleb w pocie czoła”.
Trudno bezrefleksyjnie utożsamiać reformację z humanizmem, podobnie jak trudno upatrywać w Kościele „rozsadnik ciemnoty i antysemityzmu”.
 
Grzegorz Kucharczyk
 
Warto poczytać:
P. Johnson: Historia Żydów, Kraków 1993.
J.H. Mundy: Europa średniowieczna 1150 – 1309, Warszawa 2001.
R. Nisbet: Przesądy – słownik filozoficzny, Warszawa 1998 [tu opis „sprawy Galileusza”].
 
Warto też przeczytać niniejszy zbiór publikacji (początek można ominąć – bo rozmija się z prawdą)
 
Inkwizycja
 
Propozycję książek wartych przeczytania;
Inaczej o średniowieczu
Hr. Józef Tyszkiewicz – Inkwizycja hiszpańska
Henry Kamen INKWIZYCJA HISZPAŃSKA Rewizja historyczna
Roman Konik W obronie Świętej Inkwizycji

  

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

ULUBIENI AUTORZY

więcej