Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
458 postów 1677 komentarzy

W obronie cywilizacji łacińskiej przed bandytami i obłudnikami

Janusz Górzyński - Quis et deus? – KTÓŻ JAK BÓG! Discedite a me omnes pessimi haeretici, filii diaboli, et pestes animarum: vos detestor, et abominor, et cum Ecclesia Dei anathematizo. Jan kard. Bona O Cist

Lekarz to nie ludobójca!!!

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Św. Józef Moscati - lekarz o wielkim sercu

Kto przyjmuje Komunię Świętą każdego ranka, ma ze sobą ładunek energii, który nie ulega wyczerpaniu."Św. Józef Moscati
 
Św. Józef Moscati - lekarz o wielkim sercu
Marek Wójtowicz SJ
 
Józef Moscati urodził się 25 lipca 1880 roku w Benevento. Pochodził z bardzo licznej rodziny, która na stałe zamieszkała w Neapolu. Po ukończeniu medycyny w 1903 roku rozpoczął pracę w szpitalu. Był bardzo utalentowany i szybko zdobywał kolejne specjalizacje. Jednak na pierwszym miejscu stawiał swoje życie wewnętrzne i wierzył w pomoc Boskiego Lekarza. Dlatego codziennie uczestniczył we Mszy świętej czerpiąc od Jezusa siły w wypełnianiu swego niełatwego powołania. Posługę chorym traktował jako misję powierzoną mu od Boga. Ludzi najuboższych leczył za darmo, dlatego właśnie oni okazywali mu największą miłość i przywiązanie.
 
Jego pierwszą placówką był Szpital Zjednoczenia w Neapolu. Doktor Moscati z narażeniem życia uczestniczył w ewakuacji szpitala w Torre del Greco podczas erupcji Wezowiusza 8 kwietnia 1906 roku. Zaś w roku 1911 ofiarnie angażował się w walce z cholerą, badał jej przyczyny i szukał sposobów jej zapobiegania. W ludziach chorych widział zawsze cierpiącego Chrystusa.
 
Jego ojciec zmarł w czasie jego studiów, natomiast matka zmarła na cukrzycę w 1914 roku. Doktor Moscati był pionierem na terenie Neapolu jeśli chodzi o leczenie tej choroby z zastosowaniem insuliny. Interesował się różnymi dziedzinami medycyny. Był odpowiedzialny z Instytut Anatomii i przyczynił się do jego rozwoju. W prosektorium zawiesił krzyż i zamieścił napis: O mors ero mors tua (O śmierci będę twoją śmiercią). Podczas pierwszej wojny światowej odwiedzał i leczył około 3000 żołnierzy.
 
„Jego działalność świadczyła o szczególnej wrażliwości na cierpienie drugiego człowieka i głębokiej trosce nie tylko o zdrowie fizyczne pacjenta, ale także stan duchowy. Na ogół obok porad lekarskich udzielał upomnień, zachęcał do rachunku sumienia i przyjmowania sakramentów. Wyróżniał się bezinteresownością i brakiem przywiązania do pieniędzy. Niejednokrotnie zdarzało się, że odmawiał przyjęcia zbyt wysokiego, jego zdaniem, honorarium, a nawet wspomagał finansowo swoich pacjentów”.
 
Od roku 1922 doktor Moscati był wykładowcą medycyny a rok później reprezentował Włochy na Międzynarodowym Kongresie Fizjologii w Edynburgu. Zmarł nagle 12 kwietnia 1927 roku. Wkrótce jego doczesne szczątki zostały przeniesione do najbardziej lubianego przez niego kościoła Gesu’ Nuovo w Neapolu. Znajduje się w nim sławna rzeźba Chrystusa złożonego do grobu wykonana przez G. Sammartino. To właśnie przy „bezsilnym”, martwym Jezusie uczył się doktor Moscati jak leczyć nieuleczalnie chorych nie tracąc nigdy nadziei.
 
W czasie uroczystości beatyfikacyjnych w 1975 roku, papież Paweł VI powiedział o nim: "Postać Józefa Moscatiego potwierdza, że powołanie do świętości jest skierowane do wszystkichTen człowiek uczynił ze swego życia dzieło ewangeliczne. Był profesorem uniwersytetu. Zostawił wśród swoich uczniów pamięć niezwykłej wiedzy, ale przede wszystkim prawości moralnej, czystości wewnętrznej i ducha ofiary".
 
„Cudem kanonizacyjnym Moscatiego stał się przypadek młodego robotnika, Giuseppe Montefusco, umierającego na białaczkę, którego matce przyśnił się lekarz w białym kitlu. W kościele Gesù Nuovo rozpoznała jego twarz jako błogosławionego Giuseppe Moscatiego. Odtąd zaczęła modlić się za wstawiennictwem neapolitańskiego doktora i wkrótce jej syn odzyskał w pełni zdrowie i wrócił do pracy”.
 
Józef Moscati został kanonizowany przez Jana Pawła II 25 października w 1987 roku.
 
DR MOSCATI cz. 1
DR MOSCATI cz. 2
 
Święty Józef Moscati - Patron chorych i lekarzy
 
 
 
 
 
 
Sługa Boży papież Jan Paweł II przemawiając do lekarzy powiedział: „Przekonujecie się namacalnie, że w waszej pracy nie wystarcza sama terapia medyczna i środki techniczne, nawet jeśli są stosowane z wzorową kompetencją zawodową. Potrzebna jest umiejętność ofiarowania choremu także owego szczególnego lekarstwa duchowego, którym jest autentyczna, serdeczna relacja międzyludzka. To ono jest w stanie na nowo rozbudzić w pacjencie miłość do życia, skłaniając go do walki o nie i uzdalniając do wewnętrznego wysiłku, który czasem jest decydującym warunkiem wyzdrowienia. Należy pomagać choremu nie tylko w odzyskaniu zdrowia fizycznego, ale także psychologicznego i moralnego. Aby to było możliwe, lekarz musi odznaczać się kompetencją zawodową, ale zarazem okazywać choremu pełną miłości troskliwość, wzorując się na ewangelicznym przykładzie Dobrego Samarytanina. Katolicki lekarz powinien być wobec każdego człowieka cierpiącego świadkiem wyższych wartości, których najtrwalszym fundamentem jest wiara”.
 
Lekarzy darzę szczególną miłością – mówi błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty. Wasz zawód jest także powołaniem – powołaniem spełniania Bożej miłości, Bożej litości, Bożej mocy uzdrawiania cierpiących. Bóg wybrał was do spełniania szczególnej misji. Być lekarzem oznacza gotowość dotykania Boga w każdym cierpiącym, czy to bogatym, czy to biednym, bowiem choroba dotyka wszystkich”.
Przykładem w tym względzie może być włoski lekarz, 47 – letni Giuseppe (Józef) Moscati, którego papież kanonizował 25 X 1987 roku. Kim był i co ma nam do powiedzenia ten nowy Patron chorych i lekarzy?
Giuseppe urodził się w 25 lipca 1880 roku Benewencie. Miał ośmioro rodzeństwa. Ojciec był urzędnikiem sądowym. Po pewnym czasie rodzina przeniosła się do Neapolu, gdzie Józef zdał egzamin dojrzałości. W związku z wypadkiem jego brata Alberta, podczas defilady i późniejszą koniecznością opiekowania się nim w domu, Józef zaczął interesować się medycyną.Studia uniwersyteckie poświęcone tej właśnie specjalności ukończył w 1903 roku.Podczas erupcji Wezuwiusza 8 kwietnia 1906 roku, Giuseppe brawurowo i z narażeniem życia pokierował ewakuacją jednego ze szpitali. Udało mu się uratować wszystkich pacjentów zanim budynek legł w gruzach. W pięć lat później, kiedy w mieście rozpanoszyła się epidemia cholery, zlecono mu zbadanie jej przyczyn i poproszono o przedstawienie ewentualnych sposobów zaradzenia jej. Z czasem zdobywał kolejne szczeble kariery medycznej. Został zastępcą ordynatora, członkiem senatu Akademii Medycznej, wreszcie zaś doktoryzował się. Odpowiadał za Instytut Anatomii, kierował też szpitalem dla nieuleczalnie chorych. Kiedy jego matka umierała na cukrzycę, jako jeden z pierwszych w Neapolu zaczął stosować insulinę. Po wybuchu I wojny światowej chciał wstąpić do wojska, jednak komisja poborowa miała wówczas uznać, że lepiej będzie, jeśli jako lekarz pomoże pielęgnować rannych, niż miałby walczyć na froncie. W 1923 roku, już jako docent i wykładowca uniwersytecki, reprezentował Italię na edynburskim Międzynarodowym Kongresie Fizjologii. Kariera lekarska Giuseppe trwała 24 lata. Zmarł nagle 12 kwietnia 1927 roku, mając zaledwie czterdzieści siedem lat. Jak każdego dnia, rano uczestniczył w Mszy świętej i przystąpił do Komunii; później pracował w szpitalu. Po powrocie do domu i zjedzeniu posiłku przyjmował pacjentów. Po południu źle się poczuł i zmarł w fotelu w swoim gabinecie. Jego śmierć poruszyła wiele osób, w sposób szczególny najuboższych pacjentów, którzy wielokrotnie doświadczyli jego troskliwości. Ciało złożono najpierw na jednym z miejskich cmentarzy, z czasem zaś przeniesiono je do kościoła Gesu Nuovo. Cud kanonizacyjny Moscatiego to sen, w którym ukazał się on w lekarskim kitlu matce pewnego robotnika, chorego na białaczkę. Gdy ta rozpoznała jego twarz na jednym z wizerunków znajdujących się w kościele Gesu Nouvo, zaczęła intensywnie modlić się i prosić Giuseppe o wstawiennictwo. Wkrótce jej syn wyzdrowiał i powrócił do pełnienia obowiązków zawodowych w pełni sił. Został beatyfikowany 6 listopada 1975 roku przez papieża Pawła VI, kanonizowany zaś 25 października 1987 roku przez Jana Pawła II.
Moscati pomiędzy kolegami jawił się, jako człowiek zupełnie nie przywiązujący wagi do pieniędzy.Oto znamienne świadectwo pewnego lekarza, który często obserwował go w czasie wykonywania obowiązków zawodowych: "On, który lubił widzieć w chorych bolesną postać Chrystusa, nie chciał przyjmować pieniędzy i każdą ofertę w widoczny sposób boleśnie przeżywał.
Jeśli badał osoby bogate i dobrze sytuowane, oczywiście przyjmował należną zapłatę, ale jego niepokój - przed samym sobą i przed Bogiem - budziła obawa, by nigdy nie stać się wyzyskiwaczem". Oto jeden z listów adresowanych do żony pewnego pacjenta: "Szanowna Pani, zwracam część honorarium, ponieważ wydaje mi się, że dała mi Pani za dużo. Oczywiście, od innych, którzy byliby rekinami, wziąłbym więcej, ale od ludzi pracy, nie. Mam nadzieję, że Bóg da radość wyzdrowienia Pani mężowi. Proszę uważać, żeby nie oddalał się od Boga i uczęszczał do źródła zdrowia (Komunii Świętej)".
Moscati ograniczał swoje potrzeby, starał się we wszelki możliwy sposób nieść miłosierdzie bliźnim, w których oczami wiary rozpoznawał cierpiące Oblicze Pana. Wobec osób znajdujących się w najbardziej trudnej sytuacji materialnej posuwał się aż do wkładania kilku banknotów między recepty, albo pod poduszkę pacjenta, u którego wyczuwał ciężką sytuację finansową, szczególnie, kiedy spostrzegł, że choroba powstała na skutek niedożywienia. Czasami takich ludzi osobiście zabezpieczał w lekarstwa, które przepisywał albo płacił za pobyt w szpitalu za tych, którzy nie mieli takiej możliwości. Pewnego dnia, jeden z jego kolegów, który towarzyszył mu w czasie jednej z wizyt zauważył, że jego brak przywiązania do pieniędzy wprawia wszystkich w zakłopotanie, ale odpowiedź, którą dał w tej sprawie był aż nadto wyrazista: "Wybacz, Józek: jeśli jakaś matka płacze z powodu choroby swego dziecka, jak ty możesz przychodzić do mnie, by mi mówić o pieniądzach!"
Można go było wzywać nawet do dzielnic cieszących się złą sławą, ciemnych zaułków, gdzie niebezpiecznie było ryzykować samemu, do tych ciemnych korytarzy, gdzie zmuszony był wchodzić ze świecą - nie odmawiał nigdy. Jeśli ostrzegano go, odpowiadał: "Nie powinno się bać, gdy się idzie czynić dobro".Pewien przyjaciel spotkał go wieczorem w Vomero, na placu Vanvitelli, z dala od zwykle uczęszczanej trasy. Zapytał, co robi w tych stronach: "Wiesz - powiada Moscati śmiejąc się - idę codziennie robić za spluwaczkę biednego studenta". Chodziło o pewnego młodzieńca, który mieszkał sam w wynajętym pokoju, chorego na gruźlicę już w fazie niezakaźnej. Jeśli gospodarze dowiedzieliby się o tym, wyrzuciliby go na ulicę, zatem Moscati przychodził co wieczór, żeby zabrać chusteczki pełne wydzieliny, a następnie spalić je, a na ich miejsce pozostawić czyste.
 
Moi Kochani! Posłuchajmy przesłania błogosławionej Misjonarki Miłości z Kalkuty, skierowanego do chorych, by jeszcze lepiej zrozumieć wymowę postawy Moscatiego: „Czy doświadczyłeś radości kochania? Jako lekarz możesz tego doświadczyć. Masz wspaniałą okazję, gdy chory przychodzi do ciebie z wielką ufnością i wiarą, nie tylko po to, by otrzymać kilka tabletek, ale by doświadczyć twojej czułości i opieki, a szczególnie gdy musisz poświęcić się lecząc ubogich. Jezus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili”. 
 
W domu Moscatiego, siostra, która opiekowała się domem, brała wszystkie jego pobory i zarządzała nimi w taki sposób, aby zabezpieczyć godne życie, przeznaczając resztę dla potrzebujących. Profesor wracając z wizyt przynosił adresy biednych rodzin, które tam spotkał, przekazywał je siostrze i prosił o zajęcie się nimi. Jest to jeden z wielu podobnych epizodów świadczonego dobra. Był pewien staruszek, biedny i samotny, który onego czasu był kompozytorem piosenek (w tamtych latach w Neapolu skomponowano najpiękniejsze melodie!). Sytuacja jego była krytyczna, jeśli nie tragiczna, i mogła w sposób nagły jeszcze pogorszyć się. Potrzebował codziennej kontroli, ale Moscati nie mógł mu jej zagwarantować, ponieważ był zajęty pracą w szpitalu. Zrobił więc tak: każdego ranka staruszek spotykał się z nim w kawiarni przy drodze, którą Moscati szedł do szpitala i jadł biszkopty oraz pił szklankę mleka (wszystko, oczywiście, na rachunek profesora). Profesor przechodząc, zaglądał do środka, sprawdzając czy jest obecny, uśmiechał się do niego i wychodził z pośpiechem. Jeżeli któregoś ranka nie zastawał go, rozumiał, że musi szybko go odwiedzić w jego ruderze, aby udzielić mu pomocy.
 
Opowiadania można by mnożyć, ale nie możemy zapominać, że miłosierdzie Moscatiego nie było działalnością dobroczynną kogoś cichego, lecz lekarza cieszącego się dużym prestiżem, będącego pod ciągłym nawałem stresującej pracy, rozrywanego przez liczne zajęcia. Jako badacz, zmuszony był poszerzać swoje wiadomości, dokonywać doświadczeń w laboratorium, pisać sprawozdania naukowe; jako lekarz, konieczna była jego obecność tak w szpitalu, jak i w domu osób prywatnych, które słały mu ustawiczne zaproszenia i usilne prośby; jako docent musiał przygotowywać wykłady, nauczać, sprawdzać pracę uczniów. We wszystkim przejawiał postawę chrześcijańską i nigdy nie uchylał się od niesienia pomocy proszącym go najbiedniejszym.
 
Po jego przedwczesnej śmierci przyjaciele opowiadali o "codziennym trudzie, przez wszystkie godziny, bez odpoczynku, bez umiaru, bez odpoczynku". Temu, kto pytał go, jak jest w stanie to wszystko wytrzymać, odpowiadał w prosty sposób: "Kto przyjmuje Komunię Świętą każdego ranka, ma ze sobą ładunek energii, który nie ulega wyczerpaniu."
O jego umiejętnościach jako lekarza możemy zaświadczyć, wspominając spotkanie ze wspaniałym tenorem Enrico Caruso. Powrócił on do rodzinnego Neapolu po krwotoku, który wystąpił w czasie koncertu w Nowym Jorku. Był badany w najlepszych klinikach w Ameryce, podobnie w Rzymie, i nikt nie był w stanie postawić właściwej diagnozy. W końcu udał się do Moscatiego. Było już jednak zbyt późno i pozostały mu jedynie dwa miesiące życia, a neapolitański lekarz podejrzewał, że chodzi o ropień podpowięziowy. Wszyscy musieli później przyznać jemu rację, chociaż już nic nie mogło to pomóc czterdziestoośmioletniemu tenorowi, który wyjechał z Neapolu jako biedak, a powrócił w 1921 roku z majątkiem szacowanym na ponad pięćdziesiąt milionów ówczesnych lirów (była to suma na owe czasy ogromna). Nie przydały mu się medyczne umiejętności Moscatiego, lecz jego wiara.Nie zawahał się wypomnieć artyście, że konsultował się u wszystkich lekarzy, lecz nie u Jezusa Chrystusa. Tenor odrzekł jemu: "Profesorze, niech pan robi, co trzeba". Moscati zatroszczył się o to, żeby szybko udzielono choremu ostatnich sakramentów i po bratersku towarzyszył mu aż do końca.
 
Opowiadał pewien ksiądz, który często słuchał jego spowiedzi: "W czasie wspólnej podróży tramwajem przepełnionym ludźmi, w którym zapłacił także za mój bilet, zapytany przeze mnie, o czymże rozmyśla, odpowiedział: O Bogu, ojcze, o niebie!"
"Kochać Boga bezgraniczną miłością, nawet w bólu"; jest to maksyma, która wyrażała jednocześnie zarówno jego posłannictwo jako chrześcijańskiego lekarza, jak i spojrzenie, jakim obejmował chorych. Mimo że czasy ówczesne i środowisko wcale nie były łatwe. Jeden ze świadków mówi: "Był poniżany, wyszydzany przez tych, którzy źle widząc jego szczerość, proste i odważne wyznawanie wiary chrześcijańskiej, nazywali go maniakiem, histerykiem, człowiekiem egzaltowanym, fanatykiem". Jest faktem, że Moscati żył w środowisku zdominowanym przez lekarzy o zdeklarowanej przynależności masońskiej i otwartej orientacji materialistycznej.
 
W procesach kanonicznych, podczas których postawy są drobiazgowo analizowane i oceniane, powtarzało się pytanie kościelnego sędziego (czasem nawet bardzo ukryte): "Czy Moscati był religijnym maniakiem?". "Nie- odpowiadają wszyscy świadkowie - był zrównoważony, uważny, pełen szacunku". Swoją drogą, była w jego medycznej profesji, a także konsekwentnie w działaniu, pewna nadzwyczajna idea. Problem polegał na tym, że Moscati był całkowicie przekonany, iż lekarz nie powinien wyłącznie zajmować się zdrowiem ciała pacjenta, lecz również troszczyć się o potrzeby jego rodziny, w jakimkolwiek aspekcie można by je rozważać. Z tego powodu przypisywano mu miłosierną postawę względem tych wszystkich potrzeb, o których mówiliśmy. Z tą samą niezaprzeczalną logiką brał pod uwagę jako priorytety sprawy duchowe pacjentów,jak i troskę o ich dusze. Wyraźmy to całkiem jasno. Mówi jeden ze świadków: "Chorzy wiedzieli, że aby być leczonym przez Moscatiego, trzeba było uczęszczać do sakramentów". I dalej: "Wszystkich chorych pytał, czy są w stanie łaski Bożej, czy uczęszczają do sakramentów, czy są w zgodzie z własnym sumieniem. Słowem, leczył najpierw dusze, a następnie ciała tych, którzy zgłaszali się do niego".Moscati utrzymywał, że w szpitalu "posłannictwem wszystkich" - sióstr zakonnych, pielęgniarzy, lekarzy - jest "współpraca z Bożym Miłosierdziem".Siostra w jego oddziale musiała przede wszystkim rozeznać sytuację duchową pacjenta, przedstawić ją profesorowi, aby ten podczas wykonywania z brawurą i zdecydowaniem swojej sztuki medycznej, był w stanie zgłębić całościowo jego problem, wszystkie jego potrzeby, a przy tym prawie zawsze doprowadzić go do pragnienia zdrowia w sensie naprawdę całościowym ("zbawienia"). Wyrażenia w rodzaju"niech się pan wyspowiada", "proszę poddać się działaniu łaski Boga", "powierzcie się Panu", "pomyślcie o duszy nieśmiertelnej", "Bóg jest panem życia i śmierci"- pojawiały się jako pierwsze, a po nich zalecenia "zdrowotne". Moscati dawał je swoim pacjentom, przede wszystkim wtedy, gdy zorientował się, że ich życie jest w niebezpieczeństwie i w niebezpieczeństwie jest ich wieczne zbawienie.Jest faktem, że kiedy je używał, były akceptowane i wielu pacjentów było im posłusznych. Pewnemu wspaniałemu mediolańskiemu adwokatowi, po tym, jak postawił diagnozę odnośnie jego stanu zdrowia, wysłał list, w którym wskazał mu w mieście imię pewnego księdza, polecając w nim, "aby zawarł pokój z Bogiem, ponieważ od lat był od niego z daleka, gdyż w przeciwnym wypadku nie będzie w stanie wyleczyć jego ciała". Innemu, który wydawał się nie reagować na leczenie, po miesięcznej kuracji spokojnie powiedział: "Dlatego, że nie był pan u spowiedzi, nie wyzdrowieje pan. Bóg w taki sposób panu o tym przypomina". Temu, kto dziwił się jego stylowi, tak to tłumaczył: "Jest to mój nawyk mówienia do chorych o innych sprawach niż ciało, ponieważ oni mają również duszę... Tak zwana psychoanaliza Freuda jest rodzajem leczenia; czymże jest psychoanaliza? Jest to spowiedź przed lekarzem dla uchwycenia sedna zalegających myśli. To jest dobre dla krajów protestanckich, gdzie nie ma spowiedzi. My natomiast mamy katolicką spowiedź." Pewnemu młodemu człowiekowi, którego najgorszą chorobą zdawał się być prawie całkowity brak kręgosłupa, dał receptę, na której napisał: "Leczenie Eucharystią". Trudno nam wyobrazić sobie, jak Moscati łączył leczenie ducha z leczeniem ciała (warto zauważyć, że najpierw wprowadzał on w problem, potem posyłał "chorych na duszy" do któregoś ze znanych sobie księży i osobiście interesował się, czy spotkanie miało miejsce). W jednym z listów do pewnego kolegi Moscati pisze: "Błogosławieni jesteśmy, my lekarze, jeżeli pamiętamy, że obok ciał mamy przed sobą dusze nieśmiertelne, względem których posiadamy ewangeliczny nakaz, żeby kochać je jak siebie samego". "Jest lekarzem ciał i dusz" powiada o nim Bartolo Longo - konstruktor Sanktuarium Pompejańskiego, także ogłoszony błogosławionym - kiedy dał się przez niego zbadać. W wielu listach widzi się, jak profesor wpajał te zasady swoim uczniom: "Macie, w swoim posłannictwie zawierzonym Opatrzności, pamiętać, że wasi chorzy przede wszystkim mają duszę, do której musicie umieć zbliżyć się, i którą musicie przybliżyć do Boga; pamiętajcie, że macie zobowiązanie miłości w waszym gabinecie, gdyż tylko w ten sposób możecie wypełnić wielki mandat niesienia pomocy w nieszczęściu. Nauka i wiara! (16 lipca 1926 roku). „Pamiętajcie, że powinniście zajmować się nie tylko ciałami ale również chorymi duszami, które do was się zgłaszają. Jakże wiele bólu w sposób łatwy możecie uśmierzyć poprzez radę odnoszącą się do duszy, zamiast zimnej recepty przesłanej farmaceucie (1923)". Jednemu z pacjentów zalecał: "Proszę przypomnieć sobie dni swojego dzieciństwa i uczuć, którymi darzyli pana jego bliscy, swoją matkę; proszę do tego powrócić, a przysięgam panu, że obok duszy będzie nasycone także pana ciało, ponieważ pana pierwszym lekarstwem będzie nieskończona miłość (23 czerwiec 1923 r.)."
 
Trzeba dobitnie przypomnieć, że Moscati nie robił z siebie uzdrowiciela, albo świętoszka: pracował jako lekarz i profesję swoją wykonywał perfekcyjnie, lecz był jednocześnie świadomy, że ma przed sobą przede wszystkim nieśmiertelną duszę. Nigdy, troszcząc się o sprawy duchowe, nie zaniedbywał ciała. Pewnej siostrze zakonnej, która chciała oddalić się dla jakiegoś świątobliwego zajęcia w czasie godzin pracy, ostro odpowiedział: "Siostro! Bogu służy się pracując." Innej zacnej pani, która zaniedbywała swoje leczenie, mówiąc, że wystarczy modlić się, rzekł: "Dla pani duszy ważniejsze jest wykonanie jednego zastrzyku leczącego chorobę niż odmawianie wielu modlitw."
 
Cała osobowość Moscatiego ujawniła się na oczach wszystkich jego kolegów, a także nieprzyjaciół, w pewnym wspaniałym epizodzie, który zdarzył się w Neapolu w tamtych lata. Był luty 1927 roku (dwa miesiące przed śmiercią Moscatiego, której nikt nie przewidywał). Do miasta przybył, aby wystąpić w czasie pewnego kongresu medycznego, wspaniały profesor Leonardo Bianchi. Był on kierownikiem katedry Psychiatrii i Neurochirurgii, najpierw w Palermo, a następnie w Neapolu. Potem był ministrem oświaty, dalej ministrem obrony i wiceprzewodniczącym Izby Deputowanych. W wieku 75 lat opublikował książkę "Mechanika mózgu". Ponadto był jednym z bardziej znanych masonów. Zaledwie kilka lat wcześniej prowadził publiczną konferencję skierowaną przeciw Jezusowi Chrystusowi. Siedemdziesięcioośmioletni profesor przemawiał w pewnej auli wypełnionej lekarzami i docentami. W pewnej chwili, gdy podniosły się oklaski, osunął się na ziemię. Byli tam obecni lekarze specjaliści z różnych dziedzin i wszyscy, łącznie z Moscatim, podeszli do niego aby udzielić pomocy. Ale posłuchajmy bezpośredniego świadectwa świętego: "Nie chciałem jechać na tą konferencję, ponieważ na dłuższy czas musiałbym oddalić się z Uniwersytetu. Jednak tego dnia jakaś nadludzka siła , której nie byłem się w stanie oprzeć, popchnęła mnie tam... Stało się to, o czym mówi przypowieść z Ewangelii, że zaproszeni o jedenastej i o pierwszej godzinie dnia otrzymają taką samą zapłatę. Jeszcze do tej pory czuję na sobie to spojrzenie (umierającego), które szuka mnie między wielu przybyłymi uczonymi... Leonardo Bianchi był dobrze zorientowany w moich uczuciach religijnych. Znał mnie od czasu, gdy byłem studentem. Podbiegłem blisko do niego, podpowiedziałem mu słowa żalu i wiary, podczas gdy on ściskał mi dłoń, ponieważ nie mógł mówić...". Spróbujmy wyobrazić sobie, w tym okresie masonerię, która była wówczas na Uniwersytecie w Neapolu. Niebywałe było wejście księdza z sakramentami (zawołanego przez Moscatiego), ale równie niebywała była scena, w której stary mason umierający w ramionach najbardziej świętego z lekarzy wypowiada w jasny sposób akty żalu i wiary. Taki był Moscati.
 
Możemy przytoczyć wstrząsające świadectwo, innych znanych luminarzy kultury i medycyny, którzy przychodząc do tego niezwykłego chrześcijanina (godne uwagi jest to, że z Moscatim można było porozmawiać o filozofii, sztuce, literaturze, muzyce, teologii, urbanistyce i to zawsze z pożytkiem oraz przyjemnością intelektualną), zaczynali zastanawiać się nad swoją chrześcijańską tożsamością oraz własnym przeznaczeniem. Inny znakomity lekarz neapolitański, Castellino, "niewierzący", powiedział o nim: "Był jednym z tych najdroższych stworzeń, które kochało życie w stałej rozmowie z Chrystusem, umacniającym smutnych i zwyciężającym śmierć". Inny lekarz powiedział: "Był najdoskonalszym wcieleniem miłosierdzia, które kiedykolwiek znałem, a o którym mówi św. Paweł w liście do Koryntian".
 
Jeszcze jako siedemnastoletni młodzieniec Moscati odpowiedział matce, która przewidywała trudności i niebezpieczeństwa w medycznej profesji: "Co mama mówi! Gotowy jestem położyć się do tego samego łóżka co chory!"I matka, która dobrze go znała, skomentowała to jakby przeczuwając: "Żeby ulżyć cierpieniom chorych sam stanie się męczennikiem!"
 
Biografie Moscatiego zaświadczają zgodnie, że uznawał on profesję medyczną jako swoiste powołanie i posłannictwo, które powinny "wyczerpywać" go, także fizycznie, ponieważ jedynie w taki sposób może wypełnić się Boży zamiar. Wyznał pewnemu przyjacielowi: "Żeby coś napisać, muszę to robić w nocy. Nie mam nawet czasu, aby przygładzić włosy. Szpital, laboratorium, wykłady, zajęcia z semiotyki, ćwiczenia w klinice, wrzawa ciężko chorych, całkowicie mnie pochłaniają i uniemożliwiają inne sprawy (styczeń 1919 r.)". Umarł nagle, w pełni dojrzałości, krótko po skończeniu wizyty, bez możliwości chwili wypoczynku i bez pomocy.
 
Stawał się wszystkim dla wszystkich, aby ukazać Tego, który był "wszystkim", "pozwalał aby zużywano jego życie", żeby mieć prawo mówić o życiu wiecznym. Uciekał się do tego, żeby prosić chorych, aby zamiast pieniędzy zrobili mu prezent w postaci zbliżenia się do Eucharystii i powrotu do utraconej wiary. Z punktu widzenia sztuki medycznej można powiedzieć, że jego zdolności zawodowe były niewiarygodnie wielkie. I to w dwu aspektach. Z jednej strony wydawało się, że wiara (patrzeć na chorego na sposób chrześcijański) ubogacała jego już znaczące umiejętności diagnostyczne, sprawiała wrażenie "odgadywania", "widzenia" chorób cielesnych,odczytywania ich ze znaków niewidzialnych, które wprawiały w osłupienie jego kolegów. Z drugiej strony tak przenikliwa intuicja schodziła tak głęboko, że diagnozował on także choroby duszy. Sam wyznał: "Jest to tak jasne przeczucie, które daje mi Pan, że wydaje mi się, że jest niemożliwe powstrzymanie go i niejednokrotnie widzę również deformacje ich duszy".Zdarzały się epizody, które jego samego napawały lękiem. Pewnego dnia wróciwszy zdenerwowany do domu opowiadał siostrze: "Czy wiesz, co mi się dzisiaj przytrafiło? Przyszła do mnie pewna pani z córką. Pani ta mogła mieć dwadzieścia cztery albo dwadzieścia pięć lat. Patrząc na nią powiedziałem: Proszę pani, pani jeszcze nie była u pierwszej Komunii Świętej! Z łez, które zobaczyłem w jej oczach uświadomiłem sobie, że jest to prawda. Potem patrząc jej w oczy rzekłem: Proszę pani, pani współżyje z pewnym księdzem, który wystąpił ze stanu kapłańskiego. Czy wiesz, że wszystko to było prawdą, a nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak to uczyniłem!" Prawdopodobnie Moscati w swojej pokorze nie przypuszczał nawet, że Chrystus, Niebieski Lekarz, obdarzył go charyzmatem poznania wspierającym jego samarytańską posługę wobec chorych na duszy i ciele. Kiedy Józef Moscati dobrze ulokował się w "miłosierdziu", stał się zarówno wielkim lekarzem w sile swojej wiary, jak i wielkim człowiekiem wierzącym w sile swojej działalności naukowej.
 
W liście pełnym pochwał dla jednego z uczniów, lekarza, który opuszczał go, aby podjąć pierwszą pracę, Moscati pozostawił mu w spadku taką myśl: "Nie nauka, lecz miłosierdzie przemieniło świat... Mam w sercu zawsze żywe ubolewanie z powodu tego, że odchodzicie, a pociesza mnie fakt, że zachowujecie w sobie coś ze mnie; nie dlatego, żebym był coś wart, ale z powodu tego daru duchowego, który umacnia mnie do przetrwania i do promieniowania wokoło. Jesteście we mnie obecni, bądźcie pewni. Całuje was w Chrystusie!"
 
Papież Paweł VI podczas homilii beatyfikacyjnej 16 II 1975 r. mówił: "Jego życie stawiamy jako wzór do naśladowania, bo ono było autentycznie ewangeliczne z zadziwiającym wykorzystaniem talentów otrzymanych od Boga. To lekarz, który z zawodu, z profesji uczynił pole apostolstwa miłości Boga i bliźnich uświęcając siebie i zdobywając innych dla Chrystusa. To profesor, który zostawił po sobie głęboki ślad podziwu, nie tylko przez głębię wiedzy, lecz także przez przykład moralnego postępowania i absolutnego poświęcenia dla drugich”.
 
Najmilsi! Nasze dzisiejsze spotkanie ze świętym Józefem Moscatim zakończmy modlitwą wyjętą z Oborskiego Modlitewnika Chorych:
 
 
„Panie, który pochwaliłeś miłosiernego Samarytanina za to, że nie ominął cierpiącego człowieka, spraw, aby wszyscy Lekarze, Pielęgniarki, Siostry i Personel Medyczny tak samo troskliwie opiekowali się Chorymi. Niech w każdym Chorym potrafią dojrzeć cierpiącego Chrystusa. Obdarz ich swoim miłosierdziem, aby z sercem spełniali każdą posługę, gdyż wtedy cierpienie mniej boli i budzi się nadzieja wyzdrowienia. Obdarzaj ich dobrocią, łagodnością w słowach, cierpliwością i uśmiechem. I spraw, aby okazując miłosierdzie Chorym dostąpili kiedyś Twego miłosierdzia. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen”.
 
                     o.Piotr Męczyński O.Carm. 
 
 
 
 
 
 
 

    

KOMENTARZE

  • POPARCIE DLA LEKARZY KATOLICKICH
    Popieramy lekarzy, którzy podpisali „DEKLARACJĘ WIARY”!
    http://jozefbizon.wordpress.com/2014/06/02/popieramy-lekarzy-ktorzy-podpisali-deklaracje-wiary/

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

ULUBIENI AUTORZY

więcej